wtorek, 3 listopada 2015

Zimowe Pieniny. Wtorek. Co było dalej

Co jeszcze pamiętam z wtorku? Cofnijmy się do 30 grudnia 2014 roku. Pieniny. Wszystkie odcienie szarości. Od niemal bezbłędnej, puszystej bieli śniegu, do głębokich, pooranych bruzdami czerni pni drzew.

W tym dniu byliśmy z Bubcem na jednym z pienińskich szlaków. Po odnalezieniu oznakowania na pniu drzewa, zamaskowanego ciężką od śniegu gałęzią, szliśmy już pewniej. Nie mogłam otrząsnąć się z zachwytu. Miłe to uczucie, być tak szczęśliwą z zachwytu nad światem - to trochę tak, jakby utrzymywać się ciągle na wdechu, ale bez potrzeby wypuszczenia powietrza. Czy jakoś tak :) Przez chwilę nasz szlak wiódł ośnieżonym lasem. Sama nie wiem, czy było ciemniej, czy jaśniej niż w innych okolicznościach przyrody. Trasa prowadziła nieco z boku pienińskiego szczytu, którego nazwy nie pamiętam. Gdy skończył się las, wróciły zimowe krajobrazy. Słońce, znajdujące się gdzieś za nami, czy też zboku, roziskrzało połacie śniegu na halach. Dalej nie sięgało; niebo robiło się coraz ciemniejsze i gęstsze. Dotarło do nas, że trochę nam na trasie popada, mieliśmy jednak nadzieję, że nie wpakujemy się w środek śnieżycy.


Minęliśmy Przełęcz Trzy Kopce. Teraz? Wcześniej? Nie odtworzę tego. W każdym razie niebieski szlak wiódł nas konsekwentnie w stronę Trzech Koron. Na wysokości Przełęczy Szopka przecinał go żółty, wiodący z północy na południe, w stronę pienińskiego schroniska PTTK Trzy Korony (znajdującego się sporo pod nimi ;)). Tu widać było, że ludzi trochę już tego dnia przeszło, niekoniecznie jednak wybierali się oni zdobywać koronę Pienin. Sami jednak nie byliśmy.

Ostatni odcinek podejścia na platformę widokową Trzech Koron to w zasadzie wspinaczka po metalowych schodach i kładkach. Inaczej nie sposób by się znaleźć tam nawet nieprzeciętnemu człowiekowi. Wspomnienia z którychś wakacji spędzanych w Pieninach w dzieciństwie, dotyczące tego miejsca, miałam dość mgliste. Trochę skał, trochę przepaści, trochę nieba, mnóstwo zieleni i jeszcze więcej ludzi. Po owych schodach i kładkach ciągnęła się na pewno nie mała kolejka. Tym razem wychodziliśmy tylko my i jacyś ludzie przed nami, chyba para. Wrażenie było niesamowite. Mimo pogody, a może przez nią spotęgowane; otaczały nas gęste, śniegowe chmury, zlewające się szarością ze skalistymi przepaściami i poprzekłuwane ośnieżonymi wierzchołkami drzew. I bez tego jednak czuło się wysokość; ziąb, przestrzeń, zimna pustka. I gęsty śnieg, który jakoś teraz właśnie zaczął padać.


Po zejściu z Trzech Koron mogliśmy po przebytym kawałku niebieskiego zejść zielonym szlakiem w stronę schroniska, ale nawet nie wzięliśmy pod uwagę takiej opcji; konsekwentnie trzymaliśmy się obranego szlaku, który tym razem prowadził na Sokolicę. Po drodze minęliśmy jeszcze Kapliczkę Św. Kingi i ruiny Zamku Pienińskiego. Lokalizacja robiła wrażenie, choć historii zamku jako takiej, już sobie nie przypomnę. Pamiętam za to, że było bardzo stromo. Bardzo ślisko. I zabawnie :)


Dotarlismy na Polanę Wyrobek. Naokoło, bo mogliśmy się tu znaleźć, przebywszy króciutki, prosty odcinek żółtego szlaku, który wcześniej krzyżował się z naszym. Stąd chwilę szliśmy obydwoma, po czym żółty odbiegł na północ, a nasz na wschód, pienińską granią. Po lewej stromo, po prawej przepaść. Przed nami do góry, za nami w dół. Nad nami mokro, pod nami ślisko, dookoła śnieg, wewnątrz nas rozpierająca duma i samozadowolenie ;)


 Tak doszliśmy do Sokolicy, kolejnej wizytówki Pienin. Trzecia to najbardziej reprezentacyjny widok na przełom Dunajca, który znajdował się u naszych stóp. No, trochę niżej :)


Po zejściu ze szlaku doprowadzającego na Sokolicę i wróceniu na główny, musieliśmy się trochę cofnąć. Mój plan zejścia niebieskim do końca i znalezienia się po drugiej stronie rzeki miał bowiem jeden słaby punkt; Dunajca zimą się w tym miejscu nie przekracza. Mój umysł nie wygenerował żadnego obrazka, jak bym sobie to wyobrażała. Po prostu - na mapie się dało. W rzeczywistości w tamtym miejscu rzekę pokonuje się promem. Latem.
Wróciliśmy się więc kawałek do miejsca, gdzie od niebieskiego szlaku odbijał zielony, na Krościenko nad Dunajcem. Przełęcz Sosnów. Przełęczy nie pamiętam, pamiętam za to ekstremalne zejście, gwarantujące sporo wrażeń nie tylko nam, ale i innej grupie schodzących. Pod mokrym śniegiem na śliskich kamieniach znajdowała się warstwa opadłych liści, o które nie trudno w lesie, ale o tej porze roku i w takich warunkach, jaka to frajda! ;) W każdym razie, było super :)


Nasze łażenie po górach na ten dzień się skończyło. Dotarliśmy nad Dunajec i wzdłuż niego szliśmy drogą w stronę Krościenka. Pierwsze zabudowania, kolejne... Jakiś ładny drewniany domek mi się przypomina... A potem centrum. Szybka decyzja o pilnym spożyciu czegokolwiek, odnalezienie przyjemnej karczmy, zamówienie. Odmarzanie. Było cieplutko, na stole paliła się świeczka, przy której knotku musiałam oczywiście podłubać (stad o niej pamiętam :D). Jakiś kotlet, jakieś placki, jakaś zupa... Głodni byliśmy jak cholera. I zmarznięci, i przemoczeni. Potem musieliśmy jeszcze odstać swoje na przystanku dla busów przy ryneczku. Podczas naszego pobytu w gospodzie zdążyło się całkiem ściemnić, tak więc świecące się teraz przy szyldach i na rynkowym drzewku światełka wywoływały miły, poświąteczny nastrój.


Co było takiego szczególnego w sklepiku warzywnym? Nie pamiętam. Coś jednak musiało być, skoro doczekał się zdjęcia... Tą tajemnicę skryły jednak przede mną czeluści mej niepamięci ;) Jak i wszystko co potem, tj czym wróciliśmy, o której, co potem robiliśmy... Może zmęczenie zrobiło swoje, wyłączyło funkcję nagrywania. Wrażeń przecież było dość :)


2 komentarze:

  1. heh... jak doczytałem o Sokolicy, to zastanawiałem się właśnie jak zamiarowaliście pokonać Dunajec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taa... Przebycie go było pomysłem mojego autorstwa ;) Kiedyś wytyczyłam patrząc na mapę bardzo fajną traskę rowerową. Dopiero w terenie się okazało, że zakładała ona przejechanie w poprzek autostrady :D

      Usuń