Co jeszcze pamiętam z wtorku? Cofnijmy się do 30 grudnia 2014 roku. Pieniny. Wszystkie odcienie szarości. Od niemal bezbłędnej, puszystej bieli śniegu, do głębokich, pooranych bruzdami czerni pni drzew.
W tym dniu byliśmy z Bubcem na jednym z pienińskich szlaków. Po odnalezieniu oznakowania na pniu drzewa, zamaskowanego ciężką od śniegu gałęzią, szliśmy już pewniej. Nie mogłam otrząsnąć się z zachwytu. Miłe to uczucie, być tak szczęśliwą z zachwytu nad światem - to trochę tak, jakby utrzymywać się ciągle na wdechu, ale bez potrzeby wypuszczenia powietrza. Czy jakoś tak :) Przez chwilę nasz szlak wiódł ośnieżonym lasem. Sama nie wiem, czy było ciemniej, czy jaśniej niż w innych okolicznościach przyrody. Trasa prowadziła nieco z boku pienińskiego szczytu, którego nazwy nie pamiętam. Gdy skończył się las, wróciły zimowe krajobrazy. Słońce, znajdujące się gdzieś za nami, czy też zboku, roziskrzało połacie śniegu na halach. Dalej nie sięgało; niebo robiło się coraz ciemniejsze i gęstsze. Dotarło do nas, że trochę nam na trasie popada, mieliśmy jednak nadzieję, że nie wpakujemy się w środek śnieżycy.
Minęliśmy Przełęcz Trzy Kopce. Teraz? Wcześniej? Nie odtworzę tego. W każdym razie niebieski szlak wiódł nas konsekwentnie w stronę Trzech Koron. Na wysokości Przełęczy Szopka przecinał go żółty, wiodący z północy na południe, w stronę pienińskiego schroniska PTTK Trzy Korony (znajdującego się sporo pod nimi ;)). Tu widać było, że ludzi trochę już tego dnia przeszło, niekoniecznie jednak wybierali się oni zdobywać koronę Pienin. Sami jednak nie byliśmy.
Ostatni odcinek podejścia na platformę widokową Trzech Koron to w zasadzie wspinaczka po metalowych schodach i kładkach. Inaczej nie sposób by się znaleźć tam nawet nieprzeciętnemu człowiekowi. Wspomnienia z którychś wakacji spędzanych w Pieninach w dzieciństwie, dotyczące tego miejsca, miałam dość mgliste. Trochę skał, trochę przepaści, trochę nieba, mnóstwo zieleni i jeszcze więcej ludzi. Po owych schodach i kładkach ciągnęła się na pewno nie mała kolejka. Tym razem wychodziliśmy tylko my i jacyś ludzie przed nami, chyba para. Wrażenie było niesamowite. Mimo pogody, a może przez nią spotęgowane; otaczały nas gęste, śniegowe chmury, zlewające się szarością ze skalistymi przepaściami i poprzekłuwane ośnieżonymi wierzchołkami drzew. I bez tego jednak czuło się wysokość; ziąb, przestrzeń, zimna pustka. I gęsty śnieg, który jakoś teraz właśnie zaczął padać.
Po zejściu z Trzech Koron mogliśmy po przebytym kawałku niebieskiego zejść zielonym szlakiem w stronę schroniska, ale nawet nie wzięliśmy pod uwagę takiej opcji; konsekwentnie trzymaliśmy się obranego szlaku, który tym razem prowadził na Sokolicę. Po drodze minęliśmy jeszcze Kapliczkę Św. Kingi i ruiny Zamku Pienińskiego. Lokalizacja robiła wrażenie, choć historii zamku jako takiej, już sobie nie przypomnę. Pamiętam za to, że było bardzo stromo. Bardzo ślisko. I zabawnie :)
Dotarlismy na Polanę Wyrobek. Naokoło, bo mogliśmy się tu znaleźć, przebywszy króciutki, prosty odcinek żółtego szlaku, który wcześniej krzyżował się z naszym. Stąd chwilę szliśmy obydwoma, po czym żółty odbiegł na północ, a nasz na wschód, pienińską granią. Po lewej stromo, po prawej przepaść. Przed nami do góry, za nami w dół. Nad nami mokro, pod nami ślisko, dookoła śnieg, wewnątrz nas rozpierająca duma i samozadowolenie ;)
Tak doszliśmy do Sokolicy, kolejnej wizytówki Pienin. Trzecia to najbardziej reprezentacyjny widok na przełom Dunajca, który znajdował się u naszych stóp. No, trochę niżej :)
Po zejściu ze szlaku doprowadzającego na Sokolicę i wróceniu na główny, musieliśmy się trochę cofnąć. Mój plan zejścia niebieskim do końca i znalezienia się po drugiej stronie rzeki miał bowiem jeden słaby punkt; Dunajca zimą się w tym miejscu nie przekracza. Mój umysł nie wygenerował żadnego obrazka, jak bym sobie to wyobrażała. Po prostu - na mapie się dało. W rzeczywistości w tamtym miejscu rzekę pokonuje się promem. Latem.
Wróciliśmy się więc kawałek do miejsca, gdzie od niebieskiego szlaku odbijał zielony, na Krościenko nad Dunajcem. Przełęcz Sosnów. Przełęczy nie pamiętam, pamiętam za to ekstremalne zejście, gwarantujące sporo wrażeń nie tylko nam, ale i innej grupie schodzących. Pod mokrym śniegiem na śliskich kamieniach znajdowała się warstwa opadłych liści, o które nie trudno w lesie, ale o tej porze roku i w takich warunkach, jaka to frajda! ;) W każdym razie, było super :)
Nasze łażenie po górach na ten dzień się skończyło. Dotarliśmy nad Dunajec i wzdłuż niego szliśmy drogą w stronę Krościenka. Pierwsze zabudowania, kolejne... Jakiś ładny drewniany domek mi się przypomina... A potem centrum. Szybka decyzja o pilnym spożyciu czegokolwiek, odnalezienie przyjemnej karczmy, zamówienie. Odmarzanie. Było cieplutko, na stole paliła się świeczka, przy której knotku musiałam oczywiście podłubać (stad o niej pamiętam :D). Jakiś kotlet, jakieś placki, jakaś zupa... Głodni byliśmy jak cholera. I zmarznięci, i przemoczeni. Potem musieliśmy jeszcze odstać swoje na przystanku dla busów przy ryneczku. Podczas naszego pobytu w gospodzie zdążyło się całkiem ściemnić, tak więc świecące się teraz przy szyldach i na rynkowym drzewku światełka wywoływały miły, poświąteczny nastrój.
Co było takiego szczególnego w sklepiku warzywnym? Nie pamiętam. Coś jednak musiało być, skoro doczekał się zdjęcia... Tą tajemnicę skryły jednak przede mną czeluści mej niepamięci ;) Jak i wszystko co potem, tj czym wróciliśmy, o której, co potem robiliśmy... Może zmęczenie zrobiło swoje, wyłączyło funkcję nagrywania. Wrażeń przecież było dość :)
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skały. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 listopada 2015
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Z Sułoszowej do Pieskowej południowymi polami
Do Sułoszowej dotarłam dnia poprzedniego, rowerem. Przybyłam na zaproszenie chłopaka, który wraz z rodzicami stacjonował w domku po prababci, tocząc przez dni kilka boje z uporem rzeczy martwych i zajadłością sąsiadów. Tak naprawdę wcale nie musieli, jak nie muszą robić w owym miejscu w zasadzie niczego, ale taka już ich natura, że chcą i lubią remontować, naprawiać, polepszać, słowem - robić. No i zrobili. Kopali, nosili, wozili i równali ziemię na podwórku, siali trawę, robili ogrodzenie antykurowe, inne - wyższe i bardziej szczelne - antysąsiadkowe, trochę się też od rzeczonej sąsiadki tradycyjnie musieli wyzwisk nawysłuchiwać, trochę dachu naprawić, trochę rynien założyć... Na brak roboty tam narzekać się nie da. Z resztą - rodzina chłopaka zawsze sobie coś znajdzie, nawet na wczasach nad morzem znajdzie się jakaś obluzowana klamka czy zamek do naprawienia ;)
W każdym razie, o ile dnia poprzedniego dotarłam niemalże na rosół (bo jeszcze chwilę musiałam poczekać, aż z gruzu i żwiru wysypanego pod potencjalny przydomowy chodnik, znikną rusztowania blokujące przejście - no bo jak to tak, obok, po świeżo zasianej trawie...). Po rozgrzewającej zupie i całym wieczorze dogrzewania się przy rozgrzanej do czerwoności rurze od pokojowej kozy, wciąż byłam domarznięta i taka też, pomimo gorącego prysznica, poszłam spać. Ot, przewiało mnie. Dnia następnego, choć przy bezruchu wciąż było mi zimno, energia we mnie powróciła i wynegocjowałam spacer. Co prawda ja chciałam taki całodzienny, daleko daleko, przez którąś z podkrakowskich dolinek aż pod samo miasto, gdzie by nas zgarnęło MPK - ale na drodze kompromisu wyszedł z tego spacer do Pieskowej Skały. Dobre i to :)
Jazda na rowerze w przeciwną stronę dnia poprzedniego spowodowała, że za nic nie chciałam kolejny raz musieć iść do Pieskowej przez, bądź co bądź urokliwe, ale jednak centrum a nie obrzeża wsi. Udało mi się zatem pokierować nas nieco okrężną drogą, przez południowe pola rozciągnięte za domostwami po prawej stronie drogi. Trasa bardzo urokliwa i nam znana, zatem R. na nią bez większego problemu przystał.
Wytyczony jest tamtędy niebieski szlak rowerowy. Cóż, zarówno na spacery piesze jak i przejażdżki rowerowe trasa jest znakomita - wygodny asfalt wiedzie w stronę wschodnią pomiędzy wzniesieniami pokrytymi siecią podłużnych pól uprawnych. Widoki naprawdę przyjemne dla oka - szkoda, że zamknięte w kadrze zdjęcia tracą na tym, co w nich najlepsze - poczuciu przestronności świata.
Minęliśmy pierwsze na trasie zadrzewienie, ciągnące się przez pola prostopadle do dróg - naszej i głównej, biegnącej przez Sułoszowę. Z pewnością trzeba będzie poświęcić kiedyś chwilę, żeby sobie po tym małym lasku niespiesznie pospacerować, obserwując wiewiórki i inne stworzenia. Jednak kawałek dalej to, co ukazało się naszym oczom, przekraczało wszelkie możliwe normy i granice przyzwoitości i kultury. W niezaznaczonym na mapie, widać nie tak dawno nasadzonym, wąskim pasmie lasku po prawej, ktoś z okolicznej ludności - a może wszyscy? - zrobili sobie wysypisko śmieci. Wnioskując po ich ilościach - bardzo skrupulatnie wykorzystywane, a wnosząc po stopniu ich zniszczenia przez warunki pogodowe - od niedawna. Można szacować, że od momentu wprowadzenia nowej ustawy śmieciowej, bo w przeważającej mierze były to, tak łatwe do posegregowania, plastiki... Coś strasznego.
Przykry widok szybko został za nami, a ja tylko czasem obracałam się za siebie - bo przede mną było wystarczająco przyjemnie. Jak już śmieciowy lasek był daleko w tyle, złe wrażenie z czasem zaczęło się zacierać, a spojrzenie w tył przysparzało tylko kolejnych zachwytów nad bezkresem pól.
Minęliśmy jeszcze niewielkie zadrzewienie śródpolne na szczycie pagórka, które w tamtym roku stanowiło miejsce schadzek okolicznego kwiatu młodzieży polskiej, i chwilę później dotarliśmy wreszcie pod lasek, który z zeszłego roku zapamiętałam jako Kołodziejówkę, a obecna mapa chrzci go "Kłodziejówka". Nie wiem, jak jest poprawnie, kiedyś sprawdzę i nauczę się wreszcie operować poprawnymi zwyczajowymi nazwami okolic. Tak czy inaczej, w poprzednim roku bukowy lasek mnie urzekł, w tym nie zawiódł. Poszliśmy tak, jak wiódł niebieski szlak rowerowy, czyli na lewo, wąwozem Babie Doły.
Przeszliśmy kawałek dnem wąwozu, później, za którąś skałą z kolei, zdecydowaliśmy się wyjść na zalesione zbocze. Zapuściwszy się kawałek w las, mieliśmy okazję zobaczyć dzikiego zająca, a R. upatrzył jeszcze trzy sarny. Nie zazdroszczę mu ich tylko dlatego, że dzień wcześniej sama widziałam trzy sztuki, gdzieś na wysokości północnych krańców Giebułtowa, jak wyleciały z ulicy Niezapominajkowej czy jakiejś, przecięły drogę przede mną i pobiegły na pola, gdzie jeszcze długo odprowadzałam je wzrokiem. W każdym razie, saren w okolicy nie brakuje :)
Las zrobił się w tym miejscu trochę mniej przystępny, generalnie nie chcąc wyminąć Pieskowej, postanowiliśmy wrócić na dno wąwozu, którędy biegł szlak. Chwilę później znaleźliśmy się na dróżce, a po jeszcze chili - niemal pod główną ulicą, tyle że oddzieleni od niej nurtem Prądnika. R. przeszedł po kamieniach, ja, jakieś 50 m dalej, po lekko rozwalonym, acz niemałym mostku.
To już był schyłek naszego wędrowania tego dnia, no - przynajmniej w tym rejonie ;) Doczłapaliśmy niespiesznie pod zamek w Pieskowej i w oczekiwaniu na transport (wracających ze Sułoszowej rodziców chłopaka) zjedliśmy po dwóch grillowanych górskich serkach z żurawiną, po 3zł za sztukę i skosztowaliśmy smalczyku z pomidorami, by potem, już zza szyby samochodu, mieć okazję "zwiedzić" Pieskową i Ojców aż do Złotej Góry, kawałek Woli Kalinowskiej i później świat roztaczający się przy drodze z Olkusza do Krakowa.
W każdym razie, o ile dnia poprzedniego dotarłam niemalże na rosół (bo jeszcze chwilę musiałam poczekać, aż z gruzu i żwiru wysypanego pod potencjalny przydomowy chodnik, znikną rusztowania blokujące przejście - no bo jak to tak, obok, po świeżo zasianej trawie...). Po rozgrzewającej zupie i całym wieczorze dogrzewania się przy rozgrzanej do czerwoności rurze od pokojowej kozy, wciąż byłam domarznięta i taka też, pomimo gorącego prysznica, poszłam spać. Ot, przewiało mnie. Dnia następnego, choć przy bezruchu wciąż było mi zimno, energia we mnie powróciła i wynegocjowałam spacer. Co prawda ja chciałam taki całodzienny, daleko daleko, przez którąś z podkrakowskich dolinek aż pod samo miasto, gdzie by nas zgarnęło MPK - ale na drodze kompromisu wyszedł z tego spacer do Pieskowej Skały. Dobre i to :)
Jazda na rowerze w przeciwną stronę dnia poprzedniego spowodowała, że za nic nie chciałam kolejny raz musieć iść do Pieskowej przez, bądź co bądź urokliwe, ale jednak centrum a nie obrzeża wsi. Udało mi się zatem pokierować nas nieco okrężną drogą, przez południowe pola rozciągnięte za domostwami po prawej stronie drogi. Trasa bardzo urokliwa i nam znana, zatem R. na nią bez większego problemu przystał.
Wytyczony jest tamtędy niebieski szlak rowerowy. Cóż, zarówno na spacery piesze jak i przejażdżki rowerowe trasa jest znakomita - wygodny asfalt wiedzie w stronę wschodnią pomiędzy wzniesieniami pokrytymi siecią podłużnych pól uprawnych. Widoki naprawdę przyjemne dla oka - szkoda, że zamknięte w kadrze zdjęcia tracą na tym, co w nich najlepsze - poczuciu przestronności świata.
Minęliśmy pierwsze na trasie zadrzewienie, ciągnące się przez pola prostopadle do dróg - naszej i głównej, biegnącej przez Sułoszowę. Z pewnością trzeba będzie poświęcić kiedyś chwilę, żeby sobie po tym małym lasku niespiesznie pospacerować, obserwując wiewiórki i inne stworzenia. Jednak kawałek dalej to, co ukazało się naszym oczom, przekraczało wszelkie możliwe normy i granice przyzwoitości i kultury. W niezaznaczonym na mapie, widać nie tak dawno nasadzonym, wąskim pasmie lasku po prawej, ktoś z okolicznej ludności - a może wszyscy? - zrobili sobie wysypisko śmieci. Wnioskując po ich ilościach - bardzo skrupulatnie wykorzystywane, a wnosząc po stopniu ich zniszczenia przez warunki pogodowe - od niedawna. Można szacować, że od momentu wprowadzenia nowej ustawy śmieciowej, bo w przeważającej mierze były to, tak łatwe do posegregowania, plastiki... Coś strasznego.
Przykry widok szybko został za nami, a ja tylko czasem obracałam się za siebie - bo przede mną było wystarczająco przyjemnie. Jak już śmieciowy lasek był daleko w tyle, złe wrażenie z czasem zaczęło się zacierać, a spojrzenie w tył przysparzało tylko kolejnych zachwytów nad bezkresem pól.
Minęliśmy jeszcze niewielkie zadrzewienie śródpolne na szczycie pagórka, które w tamtym roku stanowiło miejsce schadzek okolicznego kwiatu młodzieży polskiej, i chwilę później dotarliśmy wreszcie pod lasek, który z zeszłego roku zapamiętałam jako Kołodziejówkę, a obecna mapa chrzci go "Kłodziejówka". Nie wiem, jak jest poprawnie, kiedyś sprawdzę i nauczę się wreszcie operować poprawnymi zwyczajowymi nazwami okolic. Tak czy inaczej, w poprzednim roku bukowy lasek mnie urzekł, w tym nie zawiódł. Poszliśmy tak, jak wiódł niebieski szlak rowerowy, czyli na lewo, wąwozem Babie Doły.
Przeszliśmy kawałek dnem wąwozu, później, za którąś skałą z kolei, zdecydowaliśmy się wyjść na zalesione zbocze. Zapuściwszy się kawałek w las, mieliśmy okazję zobaczyć dzikiego zająca, a R. upatrzył jeszcze trzy sarny. Nie zazdroszczę mu ich tylko dlatego, że dzień wcześniej sama widziałam trzy sztuki, gdzieś na wysokości północnych krańców Giebułtowa, jak wyleciały z ulicy Niezapominajkowej czy jakiejś, przecięły drogę przede mną i pobiegły na pola, gdzie jeszcze długo odprowadzałam je wzrokiem. W każdym razie, saren w okolicy nie brakuje :)
Las zrobił się w tym miejscu trochę mniej przystępny, generalnie nie chcąc wyminąć Pieskowej, postanowiliśmy wrócić na dno wąwozu, którędy biegł szlak. Chwilę później znaleźliśmy się na dróżce, a po jeszcze chili - niemal pod główną ulicą, tyle że oddzieleni od niej nurtem Prądnika. R. przeszedł po kamieniach, ja, jakieś 50 m dalej, po lekko rozwalonym, acz niemałym mostku.
To już był schyłek naszego wędrowania tego dnia, no - przynajmniej w tym rejonie ;) Doczłapaliśmy niespiesznie pod zamek w Pieskowej i w oczekiwaniu na transport (wracających ze Sułoszowej rodziców chłopaka) zjedliśmy po dwóch grillowanych górskich serkach z żurawiną, po 3zł za sztukę i skosztowaliśmy smalczyku z pomidorami, by potem, już zza szyby samochodu, mieć okazję "zwiedzić" Pieskową i Ojców aż do Złotej Góry, kawałek Woli Kalinowskiej i później świat roztaczający się przy drodze z Olkusza do Krakowa.
Etykiety:
Jura,
krajobraz rolniczy,
Ojcowski Park Narodowy,
Pieskowa Skała,
rodzina,
skały,
spacer,
Sułoszowa,
szlaki turystyczne,
wąwozy,
wieś,
Wyżyna Krakowsko - Wieluńska,
zamek
Subskrybuj:
Posty (Atom)