Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2015

Uśpienie

Czy to już?... Czy to dziś?... Czy to teraz? Właśnie teraz?...

Ileż to czasu minęło, odkąd zaczęłam tu pisać ostatni wpis. Niedokończony... Przerwany w pół zdania. Ile zdarzeń miało miejsce, ile rzeczy się zmieniło, ilu słów nie powiedziałam... lub powiedziałam za dużo. Jak bardzo zmieniło się moje życie... Jak?

Nie wiem, co napisać. Pisałam w tym okresie cichej burzy... Burzliwej ciszy. Najpierw wcale, ale potem jednak cokolwiek, sporadycznie, coraz częściej... I coraz trudniej było mi wyrzucić to z siebie. Wypowiedzieć tamto wszystko lub choćby wymownie napisać o tym niczym. Pisałam, ale nie zapisywałam. Nie przysiadłam do klawiatury, ba, nawet do przypadkowej kartki z przypadkowym pisadłem, jak mi się dawniej zdarzało.
Zatrułam się. Poraziłam sama siebie obłudną nadzieją, że zmieniam moje życie na lepsze, że zaczynam nowy etap, że realizuje się i że jestem szczęśliwa, lub chociaż umiarkowanie zadowolona. Nadzieja przerodziła się w oczekiwania. Za duże, zbyt niespójne z rzeczywistymi potrzebami. ale przede wszystkim, zbyt niezgodne z substancją, na bazie której miałam je przekuć w czyny... Oczekiwania te zatruły mój umysł. Sparaliżowały czucie i nie czułam, że coś jest nie tak dopóty, dopóki moja dusza nie zaczęła rozpadać się na kawałeczki a towarzyszący tej destrukcji ból stał się nie do zniesienia. I nagle zauważyłam... Że to wszystko nie tak. Źle poszłam i byłam zbyt omamiona pewnością siebie, by to zauważyć dostatecznie wcześnie. Póki nie pokaleczyłam się tak bardzo, by rany pozostawiły trwałe blizny. Póki nie otrzymałam dostatecznie surowej nauczki,  nie ocknęłam się nagle i se smutkiem nie stwierdziłam, że to była jedna z mroczniejszych wędrówek w ciemne strony mojej osobowości. Labirynt w mojej głowie, miast faktycznej wędrówki przez życie na upragniony szczyt.

Obudziłam się. Chyba.



Właśnie dziś piszę... Dziś jest chyba odpowiednia "okazja" ku temu, by z ulgą i nieśmiało kiełkującymi nowymi marzeniami stwierdzić, że przespałam rok... Rok, bo czujność straciłam jeszcze przed tym, jak przestałam tu pisać. Chyba już wcześniej zasypiałam, już wcześniej zaczęły mnie męczyć niespokojne senne mary i zgubne widziadła. Zafascynowały, zahipnotyzowały. Uśpiły prawdziwe potrzeby, rozbudziły złudne żądze. Straciłam sporo czasu, jaki mam do zagospodarowania, do przeżycia... Straciłam sporo pieniędzy. Najbardziej jednak przeinwestowałam emocjonalnie. I teraz, patrząc na to wszystko, co się działo, uspokajam się z dnia na dzień coraz bardziej. Coraz mniej we mnie żalu, coraz mniej bólu, do goryczy rozczarowania też powoli przyzwyczajam zmysły. Zaczynam myśleć, że dobrze się stało. To był przykry, ale potrzebny rozdział mojego życia. Może dzięki niemu nie stanę się martwa za życia, nie przeistoczę się w wynaturzoną karykaturę człowieka. Może dzięki niemu po prostu będę.

Zawsze sporo się we mnie działo. Coś siedziało i zżerało moją duszę już chwilę przed burzliwą ciszą. Potem porwało mnie życie, tak mi się przynajmniej wydawało. Wir życia, łudząco podobny do tańca śmierci... Jak bowiem spojrzę teraz na ten czas, to nie żyłam za wiele. Jeśli żyłam, to nie odczuwałam, jeśli czułam, to nie przeżywałam naprawdę. Wspominam minione miesiące oderwane z mojego kalendarza i nie bardzo mogę dopatrzeć się w nich zdarzeń. Takich, które mogę prawdziwie wspominać, takich, które wyróżniały się w ciągu mijającego czasu i które stanowiłyby o mnie. Które za dzień, rok, dekadę, przypomnę sobie i uśmiechnę się na to wspomnienie, lub zapłaczę. Spałam i żyłam we śnie, a w tym czasie tkwiłam w miejscu i nie zmieniło się za wiele moje rzeczywiste bycie. A może to teraz znów śnię...



Nie zmieniło się nic, podczas gdy zmieniło się wszystko. I to jest przedziwne uczucie. Niby stoję dokładnie w tym samym punkcie, w którym stałam, ale mam wrażenie, że wróciłam z wyczerpującej wędrówki... Musiałam chyba przetestować "skrót", by naokoło dojść do punktu wyjścia i zmienić perspektywę. Teraz już wiem, w którą stronę nie patrzeć. Stoję w miejscu, ale zwrócona prosto ku marzeniom.

czwartek, 13 lutego 2014

Grubą krechą

Okazało się, że życie nie odda mi tego, co niegdyś mi zabrało. Mamiłam się do tej pory, żyłam kawalątkiem nadziei, że mimo wszystko jakaś sprawiedliwość musi przecież być. Nie piękna, czysta, cnotliwa sprawiedliwość. Wystarczyłaby prawda w stylu "ząb za ząb". Albo bardziej egoistycznie, "po trupach do celu". Nadzieja okazuje się jednak nędznym ochłapem, który pozostawia niesmak rozczarowania. Gorycz porażki... Tyle razy tego zaznałam. Dążyłam po trupach, ale własnych marzeń. Pode mną chrzęściły szkielety wzniosłych wizji, wraki własnych uczuć. A byłam przekonana, że idę drogą prowadzącą do celu, co prawda w perfidny i bolesny sposób, ale jednak do CELU.

...Złudzenia. Jak można mieć cele, kiedy się nie widzi sensu?...


Gdyby piekło istniało, musiałabym być w moim poprzednim wcieleniu kimś do granic ohydy przesiąkniętym smrodem zła.


Teraz mogę tylko płakać lub uśmiechać się głupio, wspominając te wszystkie utracone chwile i przeżyte emocje. Lub pokładać nadzieję w tym, że na starość zdemencieję i nie będę pamiętać nic, podczas gdy ktoś będzie mi podcierał tyłek. A ja ten tyłek będę niemal radośnie i zupełnie bez skrępowania temu komuś pokazywać, nie podejrzewając w najmniejszym stopniu, że czynię coś powszechnie uznanego za wstydliwego i niestosownego. Tak, marzy mi się, by mieć ten świat i jego zasady głęboko gdzieś. Teraz nie umiem. Teraz jeszcze się przejmuję... Ale coraz mniej, coraz słabiej. Już, już, niedługo, już lada moment nie zostanie we mnie nic pozytywnego. Cynizm, pesymizm i rezygnacja. Bo racjonalizm mnie zawiódł. Zawiódł i uwiódł w kalkulacje, które okazały się tak oczywiste, że niemożliwe w naszym świecie. Nasz świat nie jest oczywisty, nie rządzi się żadnymi prawidłami i regułami. Kwanty przeczą duchom, bogowie wybuchom, prawo prawu, ludzie ludziom, istnienie nieistnieniu i odwrotnie. Chaos... Może jesteśmy właśnie świadkami początków świata?

Pierdolę to wszystko, tak bardzo chcę się tym nie przejmować, odpuścić, żyć spokojnie i tylko pozytywnymi emocjami. Albo emocjami żadnymi. Tych złych już nigdy więcej nie chcę czuć. Wiem, co za tym idzie. Powinnam pogodzić się ze wszystkimi możliwościami, powinnam pogodzić się z każdym potencjalnie czyhającym na mnie w przyszłości bólem, każdą przykrością. 

Uważa się, że ludzie dobrzy opłacają swoje dobro nadludzkim wysiłkiem. A bezgraniczne dobro, tak jak bezgraniczne zło, jest po prostu najwygodniejszą alternatywą.


Zostawić to... Być bezgranicznie dobra? Bezgranicznie zła? Chciałabym. Ale we mnie zbyt wiele jest niepewności. Cóż, słaba jestem w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji.

Ale pewien wątek w fabule mojego życia w dniu dzisiejszym zakończyłam. Grubą kreską oddzielić muszę teraz to, co przede mną, od tego, co za mną. Za tą granicą pozostawiam zbędny balast, pozostaje mi odczuć lekkość życia bez niego... Lub czuć do końca życia bóle fantomowe.



P.S. I jeszcze jedna myśl do kącika ponurych myśli: można być zbyt biednym na uczciwość, ale zbyt uczciwym na nie bycie biednym.

P.S.II. ...A prawo jest tylko usankcjonowaną, sformalizowaną regułą przypieczętowującą możliwość wydymania jednej ze stron.
A którą - to zależy tylko od tego, czy "moja prawa jest mojsza niż twoja" czy odwrotnie.

wtorek, 24 grudnia 2013

wigilie

Dziwny to dla mnie czas. Dziwny, bo jakoś tak zbyt wieloma problemami i rozterkami nieważkimi zamykam Stary Rok, ale też dziwny w ogóle, patrząc z perspektywy lat wielu - właściwie parunastu z niewielu więcej, jakie jestem na świecie. Święta Bożego Narodzenia z wczesnego dzieciństwa wspominam zasadniczo dobrze, choć słabo. Była radość i beztroska, odwiedziny rodziny i nasza jazda do domu rodzinnego mamy, tam cukierki i dom niczym labirynt w oczach dziecka, powrót z kartonem soku truskawkowego w słoikach, który to lądował na krótko do brązowej szafki w naszej ciasnej kuchni, bo był przez nas uwielbiany... Sama wigilia to wyglądanie za pierwszą gwiazdką, znajdowanie prezentów pod choinką - no,  raz były prosto od Mikołaja, ale ten został zdemaskowany, kiedy to siostra pociągnęła za brodę osadzoną na gumce.W sumie to tak te wszystkie święta mniej więcej wspominam, choć przecież nie były one wcale takie kolorowe - chyba którejś wigilii właśnie mama z nami uciekła. Spakowała najpotrzebniejsze ubranka do reklamówek i pospiesznie, cichcem, opuściła z nami na zawsze mieszkanie i tatę.

Jeśli miało to nim wstrząsnąć, to wstrząsnęło, ale pozytywnego skutku nie przyniosło. Stoczył się całkiem, ale to zupełnie odrębna historia... W ogóle kawał mojego życia to jakieś skrajnie niepowiązane okresy i zdarzenia, wiele zdarzeń, w przeważającej mierze złych. W końcu to te pierwsze wigilie, spędzane w rodzinnym domu, w ciasnym mieszkaniu w naszym małym gronie, wspominam dobrze. Później było już tylko gorzej. Przez kolejne 8, może 9 lat każde święta, jak z resztą i pozostały czas tamtego okresu życia, przeżyłam w rodzinnym domu mojej mamy, u dziadków, gdzie się zaczepiłyśmy. Pierwszych, drugich, zasadniczo nie pamiętam. Z tych późniejszych miewam już przebłyski, choć nie wiem, co było kiedy, trudno to wszystko odtworzyć chronologicznie - w sumie zawsze było podobnie. Wielkie, rodzinne świętowanie na dwadzieścia kilka osób, dość smaczne jedzenie, miła atmosfera - i tylko z każdym rokiem coraz trudniej przychodziło mi znosić życzenia. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, przy stole, podczas dzielenia się opłatkiem, każdy z każdym musiał złożyć sobie życzenia. Nienawidziłam tego. Z początku dlatego, że mnóstwo wujków i ciotek pochodziło, bredziło coś o szóstkach i obcałowywało. Nie czułam z nimi więzi, bliskości takiej, bym swobodnie się przy nich wszystkich czuła. Ale to okazało się problemem żadnym w stosunku do nowego, narastającego z każdym rokiem - mojego zwątpienia, potem odejścia od wiary i wreszcie poczucia się stuprocentowym ateistą. Z tym faktem nie mógł się pogodzić nikt z mojej licznej, katolickiej rodziny, szczególnie babcia. Jej nigdy nie wybaczę tego, jak mnie psychicznie zmasakrowała... Do dziś nie mogę się z tego wszystkiego wygrzebać, momentami pewne rzeczy wypływają w najdziwniejszych sytuacjach... No ale nic. W każdym razie którejś wigilii posłyszałam serię życzeń w stylu "żebyś zmądrzała", "żebyś pogodziła się z babcią", "żebyś przejrzała na oczy". Od tej pory poczułam, że to już nie jest zupełnie mój świat. Stałam się obca tej społeczności. Byłam czarną owcą rodziny. Musiałam jeszcze znieść kilka takich wigilii, coraz częściej z "ucieczkami" do toalety podczas składania życzeń, wreszcie w ogóle wycofywania się z imprezy. Tylko że zawsze było wysyłanie do mnie delegacji, to proszącej, to grożącej. Pretensje i utwierdzanie w poczuciu wyobcowania. To były moje święta.

Nie pamiętam, czy pojawiłam się na ostatniej rodzinnej wigilii przed przeprowadzką. Przeprowadziłyśmy się bowiem wreszcie na swoje - do mojego rodzinnego domu, tylko innego mieszkania; tata nasze poprzednie doprowadził do ruiny i teraz stało zamknięte, zawalone nazbieranymi po śmietnikach gratami, meblami i śmieciami. Decyzja o remoncie innego mieszkania zapadła jeszcze kiedy był na miejscu, ale jego losy tak się potoczyły, że trafił pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego, a potem - do domu pomocy społecznej. Nie wyszedł już stamtąd nigdy, przebywa tam wbrew swojej woli. Od tego czasu minęło już jednak dobre parę lat i wszystko się zmieniło... Nasze święta od tamtego czasu wyglądają dziwnie. Wszystkie jesteśmy skażone, każda z nas nosi uraz i już nigdy nie będzie tych świąt kojarzyć z okresem beztroski, miłości i rodzinnego ciepła. Jednak jakiś sentyment pozostał; człowiek bez tradycji, bez odprawiania swoich małych, głupich rytuałów zatraca w ogóle rytm trwania... Każda z nas zatem, co roku, mniej lub bardziej stara się, by ten okres jakkolwiek się wyróżniał. Odkąd mieszkamy na swoim, nasze wigilie wyglądają podobnie pod względem przygotowań - tylko co roku inna z nas ma jakiś taki świąteczny zryw i potrzebę zrobienia tego "po bożemu", żeby choć trochę odtworzyć nastrój, jaki powinien w naszym przekonaniu podczas tych świąt panować. To ja się naprodukuję i napiekę/nagotuję/nawymyślam prezentów, to znowuż któraś inna - a ja w tym czasie akurat mam doła, syczę dookoła i obwieszczam, że w danym roku nie świętuję. Jakoś tak nie możemy się zgrać. Także to jest jakaś jedna stała, która powoli staje się naszą rodzinną tradycją... Druga to głupawka, która włącza się nam, czyli mnie i siostrom K., które, mimo wielu różnic, wdałyśmy się jednak w rodzinę taty i nadajemy na tych samych falach. Mama, iście B., pozostaje rozdarta pomiędzy to, co jej wpajano i jak ją wychowano, a swoje córki, wszystkie tak inne od niej samej... Stoi jedną nogą tu, drugą w przeszłości. Jakoś się jednak w tym wszystkim godzimy, a przynajmniej nie zabijamy. Z tradycji świątecznych kultywujemy również barszcz z uszkami, sałatkę jarzynową, plus wszystkie inne "nadprogramowe" specjały, zmienne co roku. Pojawia się też moment odnajdywania podarków pod choinką; zawsze coś się pojawia, symbolicznie i skromnie, bo pieniędzy zawsze brakuje. W tym roku o dziwo nie dostałam skarpetek (nie licząc tych od Rodzyna w Bukownie :P). A pozostając już w temacie prezentów - jak prezenty, to i choinka. Siedzę teraz przed wstrętnym, plastikowym straszakiem naubieranym przez młodszą siostrę... Lampeczki i tak nadają klimat, choćby nie wiem jak brzydkie to drzewko było. Ja regularnie od chyba trzech lat dostawałam żywe drzewko od chłopaka, który bardzo chce, bym poczuła ducha świąt. Co roku większe i piękniejsze, do tego często jakieś choinkowe ozdoby. W tym roku się zbuntowałam i poprosiłam, by mnie choinką nie obdarowywał... Nie chciałam świąt. Właśnie w tym roku mam do nich awers i nic na to nie poradzę. Zbyt marnie kończę ten rok, by się cieszyć i świętować. Nie mam na to nawet nie tyle ochoty, co siły... Chociaż i tak zostałam w niecny sposób wciągnięta w świąteczne zajęcia, nie było jak się wybronić. Ale o tym później.

Wspominałam o pewnych świątecznych "stałych", a nie powiedziałam, co się zmienia, co co roku ewoluuje. Mam tu na myśli spędzanie świąt z tatą. Tak, dopóki mieszkałyśmy w L., święta odbywały się zupełnie bez niego. Raz chyba przyjechał pijaniutki o dwunastej w nocy taksówką i kwilił, dopóki go mama tą samą taksówką nie odesłała do jego mieszkania... To, co się z nim podziało przez te kilka lat, to nie sposób opisać. Mam z resztą te wszystkie obrazy w pamięci, nigdy tego wszystkiego nie zapomnę... I tych dobrych, i tych złych. Tych drugich z czasem było coraz więcej. Wiem, że jak byłam dzieckiem to było ich tyle samo, tylko że byłam mała i to wszystko widziałam po dziecięcemu - że tak ma być i tak jest dobrze. Z resztą, tata nas bardzo kochał i gdy nie pił, był rewelacyjnym ojcem. Gdy przychodził pijany, był tylko złym mężem. Przykry to był dla mnie widok, patrzeć, jak się stacza coraz bardziej przez te wszystkie lata... Miał okres, że się starał. Przyjeżdżał do nas regularnie, przywoził prezenty. Czasem to myśmy do niego jeździły, nocowały. Sprzątały. Podglądały, jak sączy piwo przy biurku i złorzeczy na mamę i jej rodzinę pod nosem. Od dawna mówił do siebie, od dawna miał urojenia. Nakręcał się coraz bardziej, we wszystkich widział wrogów. Pisał listy otwarte do mieszkańców L., w których mieszał mamę z błotem. Pisał do proboszcza, do szkoły. Walczył o nas w sądzie, odwoływał się. Tak. Był okres, że o nas walczył, tracąc nas coraz bardziej - robiąc nam tak wielki obciach spowodował, że zaczęłyśmy się go wstydzić. On podupadał coraz bardziej a my coraz mniej za nim tęskniłyśmy. Nie trzeba nam było w życiu ojca. Tylko kiedy babcia wściekła wołała "pojedziecie sobie do tatusia", odzywał się cichutki głosik w głowie - "a proszę bardzo, u niego na pewno byłoby lepiej niż tu". Ale nigdy sobie nie pojechałyśmy. No, nie licząc faktu, że mama przez wzgląd na mnie i moje fatalne relacje z babcią podjęła jeszcze raz wielką walkę w życiu - remont mieszkania, własna firma (do tej pory pracowała całymi dniami i czasem nocami, by nas utrzymać), znoszenie serii upokorzeń ze strony pijanego byłego męża. Przeprowadziłyśmy się w końcu. I tak zaczęły się te nasze nowe święta i nowe życie.

Dziwne życie. Pokręcone, pogmatwane i pełne absurdu i paradoksów. Kobieta, która zaznała tyle cierpienia ze strony ojca swoich dzieci, jeszcze przed przeprowadzką organizowała nam wspólne spotkania wigilijne z tatą, na neutralnym gruncie, choć oczywiście bez paru bluzg się nie obeszło. A potem... A potem kolejne wigilie, coraz częściej z tatą, który leczony w DPSie i równocześnie z postępującą demencją starczą łagodnieje na stare lata. Z największego wroga dostrzegł w mamie w pewnym momencie sprzymierzeńca, a wręcz wybawiciela. Walki sądowe o wspólny majątek zmieniły się w chęć przepisania całego majątku na nas lub na nią. Tata stał się ugodowy, prorodzinny. Niepijący, stary i schorowany. Od paru lat znów spędzamy wspólnie wigilię... Z dwugodzinnych przepustek zmieniła się ona w jego pobyty u nas z noclegami. W ogóle to wszystko pokręcone. Oto walczymy teraz w sądzie o wypuszczenie go z DPSu, żeby się nim zająć na stare lata... Ma przygotowane małe mieszkanko. Jest już mało sprawny, trzeba się nim zajmować. Zadbać o posiłki, o toaletę, o jego codzienne funkcjonowanie, o zażywanie leków, o wyjechanie z nim na wózku na spacer. Można polemizować, czy to wszystko jest racjonalne, czy to wszystko tak powinno wyglądać - ale ja w tym widzę sens i mam swoje motywy takiego a nie innego postępowania. Nie robię tego z poczucia obowiązku czy jeszcze gorzej, poczucia winy. Na szczęście rozumiem siebie i wiem, po co to wszystko... Tylko czasem nie mam siły.

W tym roku będzie bigos. Tacie się marzy, swego czasu robił świetne bigosy. Coś podziałamy.



Wspomniałam jeszcze o "wkopaniu" mnie w świąteczną atmosferę. Nie mam na to wszystko czasu, nie teraz, nie przed egzaminami, przed szukaniem pracy, przed dwoma procesami sądowymi, walką o odzyskanie mieszkania, zakładaniem firmy, dwoma wielkimi remontami, pomiędzy problemami rodzinnymi i osobistymi... Obiecałam sobie, że swój Nowy Rok będę świętować po egzaminie, w drugiej połowie stycznia. Tak jak chcę, bez narzuconych ograniczeń, pomysłów, zasad. A świąt nie chciałam wcale. Myślenie o prezentach w takim momencie - to dla mnie jakaś totalna abstrakcja. No ale cóż, musiałam się pojawić w domu rodzinnym chłopaka, bo obiecałam, że się zjawię. I zostałam tradycyjnie już obdarowana: domowego wyrobu pasztetowa, kiełbasa, szynka, boczek, ser biały na sernik, jajka, grzyby suszone, kapusta kiszona na bigos... Wróciłam z dwoma siatami świątecznego jadła. I opłatkiem, i życzeniami świątecznymi. Sama zawiozłam, tak jak zwykle, trochę rożków orzechowych i pierniczki wycinane nożem, każdy inny i niepowtarzalny - tym razem tym bardziej, że stworzone z pomocą mory :D W każdym razie, choć od choinki się wymigałam, to od samego świętowania jako takiego już nie bardzo. Czuję się wobec tego faktu bezsilna, ale nie zła - to raczej coś pomiędzy znużeniem a wzruszeniem. Bo tak naprawdę to właśnie o takich świętach, jak to mają w domu chłopaka, marzę od zawsze: rodzinnie, świątecznie, beztrosko, przede wszystkim zaś życzliwie. U nich mogę nie lubić śledzi, być niewierzącą (no - w pewnym zakresie, po prostu nikt mi się w to nie wpiernicza), mogę mieć ojca alkoholika, mogę lubić jeść, mieć chorą wątrobę... Mogę czuć się jak u siebie. Tylko że ja tam zawsze będę w gościach. Tak mnie już to życie ukształtowało.

czwartek, 12 grudnia 2013

Smakowanie marzeń

Byłam wczoraj w domu rodzinnym mojego faceta. Wspominałam już tu zapewne kiedyś, jak bardzo lubię tę rodzinę, jako całokształt i każdego z osobna - babcię, rodziców, rodzeństwo wraz z ich partnerami (dziewczyną brata i facetem siostry ;)), sześć lat starszego od nas "wujka"... Ci ludzie mają różne temperamenty, tak wady jak i zalety, każdy jest charakterystyczny i niepowtarzalny, choć mają pewne cechy wspólne - przede wszystkim jednak stanowią prawdziwą rodzinę. Zazdroszczę im tego po cichu i chciałabym kiedyś wspólnie z R. coś takiego stworzyć... Tylko on widzi to trochę inaczej, on nie ma potrzeby tworzenia takiej struktury od podstaw, bo w tej, w której egzystuje, jest mu po prostu dobrze. Widziałby mnie po prostu przy swoim boku pośród nich. A ja, "wprowadzona" w taką szczęśliwą rodzinę, nigdy nie będę mogła poczuć, że jestem u siebie...


Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.

Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.

Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.

Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.

Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.

Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".

Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.

Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.

wtorek, 10 grudnia 2013

Przekora

Dostałam prezent. Dla mnie. Brelok składający się z gwizdka ratowniczego, kompasu, termometru i lupki. Wszystko w jednym, maksimum funkcji w minimum objętości. Brelok był podarkiem mikołajowym od siostry, która - w nawiązaniu do mojej burzliwej rozmowy z mamą i wylania swoich żali poprzedniego wieczora, dotyczącej braku akceptacji mnie jako takiej i nieustannej próby wtłoczenia mnie przez najbliższe otoczenie w pewne ramy, w to, "jaką" powinnam być - do breloka dołączyła tajemniczą karteczkę z napisem "mam nadzieję, że zrozumiesz". Nie zrozumiałam. Aluzja, żebym się nie pałętała, gdy jest mróz? Że mogę się zgubić?... Wyjaśniła mi później z trudem. Zrozumiała, o co mi chodziło i ona nie chce, żebym się zmieniała. Chce, żebym wiedziała, że niezależnie od tego, kim jestem i jaka jestem, mogę liczyć na wsparcie. Poczułam wzruszenie i ulgę.

Dostałam drugi prezent. Od Kogoś. Zestawik składający się z podkładu, tuszu do rzęs i tym podobnych kobiecych przyborów. Prezent dostałam od najbliższego mi człowieka. Uśmiechnęłam się... Nie wiem, czemu liczyłam na drugi brelok.
Prezent pod względem doboru kosmetyków bardzo trafiony, jednak mój uśmiech wynikał z paru sprzecznych emocji, które w tamtym momencie poczułam. Rozczulenie, że o mnie myśli, że chce, bym była piękna... I przejmujący smutek - bo choć patrzy na mnie z miłością to wiem, że lepiej by mu było patrzeć na mnie inną, taką właśnie z podkręconą rzęsą, ponętnym błyskiem ust... Chciałby, żebym była inna. Kocha, ale ma nadzieję, że mi przejdzie, że się zmienię. Nigdy mnie nie zrozumie.

Z uśmiechem użyłam jednak tego wieczora sprezentowanych mazidełek. Poszliśmy do kina. Film był świetny, ale jeszcze lepsze było rozpromienione spojrzenie Mojego. Makijaż mnie zmienia nie tylko tuszując moje niedoskonałości czy dodając urody. Ubieram się w makijaż tak samo jak w moro - mijając przechodniów na ulicy ubrana w tym czy innym wydaniu zyskuję na pewności siebie, wdzięku, charyzmie i empatii w stosunku do innych. Tylko w lesie, w naturze, ani jedno, ani drugie mnie nie zmienia, nie przejmuję się opiniami innych i jestem po prostu sobą.

Pomyślałam sobie potem, że tak naprawdę czeka mnie taki okres w życiu, kiedy gwizdek i lupka na niewiele się zdadzą. Przypominać będą tylko boleśnie o tym, że ktoś mnie zaakceptował, ale też o tym, że chwilowo nie mogę cieszyć się wolnością. Nie tylko zima mnie powstrzyma. Znalazłam się w bardzo trudnym momencie życia, na co składa się nieszczęśliwie na raz kilka okoliczności. Walczę o swoją przyszłość, jestem głównym strategiem prowadzonych równolegle kilku walk, a zarazem swoim jedynym żołnierzem. Ode mnie zależy, jak zinterpretuję i jak dostosuję się do rzeczywistości, bym tym samym nagięła ją na własne potrzeby. Stawka jest wysoka: wolność.

Wolność ma dla mnie wiele odcieni. Uwielbiam odczuwać tę "leśną", kiedy to wszystkie zmartwienia tego świata dotyczą nie mnie, kiedy to czuję, że mogę pójść gdzie chcę, spać jak chcę, jeść jak chcę, trwać jak chcę... Drugi rodzaj wolności wiąże się z poczuciem niezależności i samodzielności przy równoczesnym poczuciu spełnienia - czyli niemal nieograniczonych możliwości realizowania wszystkich swoich potrzeb. Las mi tego do końca nie jest w stanie dać, po prócz potrzeb duchowym mam też "prymitywne" zachcianki i upodobania; uwielbiam remonty, marzę o własnej firmie w wybranej przeze mnie profesji, a właściwie dwóch... Ktoś może zarzucić mi, że to jest pogoń za pieniądzem, że jestem omamiona a prawdziwe szczęście leży gdzie indziej. I że nie można mieć wszystkiego. Ale ja właśnie, na przekór innym i zdrowemu rozsądkowi, ostatnio na powrót zaczęłam marzyć. Tak po dziecięcemu. A dzieci marzą o wszystkim właśnie, nie kalkulują, które z marzeń jest bardziej realne, które więcej warte. Chcę zatem zmierzyć się ze swoimi ograniczeniami i ograniczeniami tego świata, próbując zrealizować właśnie wszystkie marzenia po kolei. Chcę mieć małe gospodarstwo z kozami i królikami, własnymi wędlinami i przetworami, chcę mieć rodzinę, dzieci, bliskich, którzy będą mnie trzymać w domu - ale chcę też być niezależna i wolna, móc pozwolić sobie wyjechać na weekend w teren, by chłonąć esencję natury i czuć się prawdziwie wolna. Chcę przy tym wszystkim mieć stałe źródło utrzymania, lub nawet kilka, którego będę musiała doglądać i interesować się nim. Chcę przy okazji mieć czas i pieniądze na realizowanie całkiem dziwnych pomysłów wynikających z moich zainteresowań - pozwolić sobie na remont tu i ówdzie, pozwiedzać opuszczone budynki, poszwendać się po kawałku świata... W każdym razie marzę i wierzę, że przynajmniej w jakimś zakresie mi się uda - a to już bardzo wiele jak na niewierzącego sceptyka ;)

Teraz termometr i kompas idą w odstawkę. Mogą tylko przypominać o moich celach, świadczyć o dualizmie mojej natury... Póki co jednak to tusz do rzęs i błyszczyk się przydają. Dziś pomyślałam, że są jak zła wróżba - póki ich nie było, póty życie było dla mnie bardziej łaskawe w ostatnich miesiącach. Że wywołano wilka z lasu i będę zmuszona teraz udawać. Później dopiero uświadomiłam sobie, że tak naprawdę, ubrana w maskę makijażu, wcale nie jestem kimś innym - to, że dzięki niej łatwiej mi wejść w rolę w teatrze codzienności nie oznacza, że jestem dwulicowa i nie jestem sobą. Bo właśnie jestem taka - czy w makijażu, czy kurzu z ogniska, jestem po prostu tym kimś, kto potrafi się odnaleźć w tych dwóch skrajnych stanach. Jak kameleon, nie posiadam jednej, pierwotnej barwy. A jeśli już miałabym takową wskazać, to powiedziałabym - przeźroczysta...

Stanęłam przed lustrem, nałożyłam fluid, puder, pomalowałam oczy. Ubrałam buty na obcasie, wskoczyłam w płaszczyk, wzięłam torebkę i wyszłam z domu. Najpierw do komornika. Później urząd miasta, jeden wydział. Inna ulica, inny budynek, urząd miasta, inny wydział. Dom Pomocy społecznej, po podpis od ojca na jednym wniosku. Urząd miasta, znów ten drugi wydział, dziennik podawczy. Bo wcześniej to plątanie się po odpowiednich referatach i odpowiednie rozmowy z odpowiednimi ludźmi. Rozmowa u mecenasa, właściwie prowadzona na ulicy, bo spieszy się do sądu i po drodze może ze mną zamienić kilka słów. Wybranie się do kolejnego komornika. Oczy dalej umalowane, rola dalej grana. Świetnie się w niej z resztą czuję, w sumie nie muszę grać, jestem po prostu sobą - choć nieco inną niż wydanie codzienne. Tu prośba poparta życzliwym uśmiechem, tu wniosek przedkładany rozmówcy z nieskrywaną pewnością siebie, tu oficjalny, chłodny ton. Trzeba wyczuć ludzi, wiedzieć, czy należy ich zdominować czy pozwolić im na poczucie władzy, by załatwić sprawę... Jeszcze administracja. Niee, podaruję sobie. Psychicznie dałabym radę, z rozpędu - ale obcasy, tak dawno nie używane, męczą teraz okrutnie stopy. Wracam do domu. Jeszcze jeden telefon, jedna tylko rozmowa została... A potem zmyję makijaż. I pooglądam las. Na zdjęciach.

czwartek, 26 września 2013

Pod górę

Może to kwestia ponurej aury za oknem, może destabilizacji stanu zdrowia, może wizji nadciągających nieuchronnie zmian w życiu, konieczności zakończenia pewnego etapu i wkroczenia w następny... A może wszystko po trosze. Tak czy inaczej, czuję się ostatnio wyjątkowo marnie. Wciąż jem i śpię, w przerwach funkcjonując w społeczeństwie na najniższych obrotach. Nie mam na nic siły, na nic ochoty... Myśl o zbliżającym się okresie wielkich zmian rozbudza nadzieje, po czym brutalnie usadza na ziemi z przeświadczeniem, że zwyczajnie nie podołam. Nie umiem się ogarnąć w szarej codzienności, jak zatem mam z podniesioną głową wkroczyć w nowe życie i przedsięwziąć tyle nowych działań, wymagających czasu, mobilizacji, samozaparcia i wiedzy?... Zaszywam się zatem w domu, marna i słaba, otulając się szczelniej kocykiem snuję się po powierzchni mieszkania - próbuję nie myśleć... Potrzebuję wpaść w wir codzienności, takiej, podczas której na myślenie zwyczajnie nie ma czasu. Okazuje się jednak, że wszystko mogę sobie odpuścić, nie ma praktycznie w moim planie tygodnia takich punktów, których nie da się przesunąć, pominąć czy obejść naokoło... Zajęcia notorycznie opuszczam - jestem dobra w tym co robię i wystarcza mi pojawienie się w szkole raz na jakiś czas, by wszystko w błyskawicznym tempie nadrobić. Jak już się na nie wybrać muszę, to nic nie stoi na przeszkodzie, bym się zwolniła, kiedy żywcem nie będę miała ochoty dłużej zostać. Praktyki ostatnio sobie odpuściłam - co też mogłam zrobić bez większych skrupułów, bo z szefową umówiłam się na bardzo wygodny tryb pracy - przychodzę, kiedy mogę. No więc ostatnio po prostu notorycznie nie mogę i co poradzić. Ona jest wyrozumiała, nie nagli, nie jestem jej z resztą niezbędna w tym okresie...  Skomplikowane sprawy rodzinne tylko jeszcze bardziej się komplikują - dzięki mojej osobistej ingerencji z resztą. Dziś jest dzień, w którym przynajmniej w tym temacie coś ruszy do przodu. Będę już krok dalej w tej mojej wędrówce ku przyszłości. Czuję się trochę tak, jakbym bardzo zmęczona wychodziła pod górę. Nie jakąś gigantyczną - na te wychodzi się lepiej, niejako mechanicznie. Moja góra jest na tyle trudna, bym z niechęcią myślała o każdym następnym kroku, na tyle też wredna, bym po drodze zdążała zauważać ostre krawędzie śliskich kamieni, wystające korzenie, grząski grunt - przy czym w międzyczasie mam jeszcze wystarczającą jasność umysłu, by dostrzegać wszystkie boczne ścieżki wiodące w dół, wszystkie piękne widoki przebijające się zza drzew... I choć codzienne unikanie życia nie powoduje zastoju w wędrówce, to ciążących mi wyrzutów sumienia i "spraw przesuniętych na kiedyś" jest coraz więcej.


...Co ujrzę ze szczytu?

czwartek, 5 września 2013

Kolejny zryw wolności?

...Chyba wreszcie skutecznie uwidziała mi się kolejna samotna wyprawa :) Od dłuższego czasu mam ssanie na samotne wyjście w teren, wczasy na północy Polski nie zaspokoiły mojej potrzeby prawdziwego obcowania z przyrodą... I pomęczenia się trochę ;) Miałam jechać zaraz w pierwszy weekend po nich, ale ostatecznie wybrałam się z chłopakiem do Sułoszowy - czyli tam, gdzie zawsze, przy czym nie wybraliśmy się na żaden spacer po okolicy, nie mówiąc już o odwiedzeniu Ojcowskiego Parku Narodowego. Ot, przesiedziałam dwa dni w domu, w najlepszym wypadku wychodząc do sklepu. Nie powiem, takie błogie lenistwo jest bardzo miłe, ale mnie już za bardzo dusi wisielcza pętla codzienności i woła zew natury... Mam zatem ogromną nadzieję, że to, co mi się od dłuższego czasu niezdefiniowane tłukło we łbie, a co dziś postanowiłam dookreślić i skonkretyzować, wypali - i póki noce nie są na minusie, uda mi się skorzystać z jakiegoś lasu użyczającego mi miejsca noclegowego ;)

Inna sprawa, że na swoim koncie mam dopiero dwa wyjścia z nocowaniem na dziko, i, choć nie były to komfortowe warunki (raz wilgoć, raz komary), to temperatury nocą chyba panowały wyższe (nie mam porównania z pierwszym razem, dlatego "chyba"). W teorii niby wiem, czego się spodziewać, w praktyce jednak czuję lekki niepokój/podniecenie. Tak czy inaczej chcę wykorzystać te ostatnie dni lata, póki na głowę nie zwaliły mi się jeszcze przygotowania do egzaminu dyplomowego... Z resztą, całą zimę zapewne przesiedzę w domu, to co - mam czekać do wiosny?...


Potrzebuję tego wyjścia. Potrzebuję oddechu i dystansu.

wtorek, 30 lipca 2013

Nowa perspektywa

...Brodziłam jeszcze niedawno w gęstej brei haseł, stron i zagadnień, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia dla mojego nieciekawego życia. Rozpaczliwie pragnęłam znaleźć coś, co nadałoby sens mojej codzienności, stałoby się zarówno drogą, jak i celem samym w sobie. Chciałam wrócić do źródeł, osiągnąć równowagę ducha i harmonię ze światem. Natura mojego świata polega jednak właśnie na chaosie i dysproporcji, przez co szamocząc się pomiędzy swoimi potrzebami wewnętrznymi a doczesnymi, straciłam zupełnie chęć do działania, a nawet wolę biernego czekania na lepsze.

Wciąż jednak jakiś pierwiastek mnie pozostawał zbuntowany, gdzieś głęboko czułam, że nie można tak po prostu trwać; trzeba żyć. Nie mając siły na nic więcej, jak tylko rozwalenie się przed komputerem, odnajdywałam wywołane konkretnymi hasłami pojedyncze blogi, strony, posty na forach, których właścicielom i twórcom zazdrościłam i równocześnie ich podziwiałam. Powolutku moja nieokreślona wewnętrzna potrzeba zaczęła się klarować, przybrała postać pragnienia życia w zgodzie z naturą, na własnym, malutkim kawałeczku świata. Zaczęłam marzyć o egzystencji opartej na prostych zasadach wynikających wprost z natury świata; nieskomplikowanych zależnościach międzyludzkich, jeszcze prostszych i bardziej pierwotnych relacjach człowiek-zwierzę, rytmie życia wyznaczanym przez cykl dobowy i pór roku. Dziś wiem, że kiedyś osiągnę ten stan, ale mam jeszcze wcześniej coś do zrobienia.

Dalej czytam kilka blogów "wieśniaków" z wyboru; wciąż marzy mi się własne gospodarstwo z uprawami i niewielkimi hodowlami. Nabrałam spokoju wewnętrznego wynikającego z przekonania, że jestem w stanie to wszystko osiągnąć. Wiem, "czym to się je" i wcale mnie to nie przeraża. Łatwo nie będzie, ale ja kawał życia przeszłam na łatwiznę. Mając więc pewność, czego chcę, odłożyłam te marzenia na przyszłość. Teraz i tak nie są do zrealizowania. A żyć przecież trzeba.

Trafiłam przy okazji tych moich poszukiwań nieokreślonego na nieco inną ścieżkę. Początkowo słabo zaznaczona i mocno zarośnięta, z czasem okazała się doskonale oznakowana i naznaczona setkami niewidocznych kroków poczynionych przez rozważnie i świadomie stawiane stopy. Mimo tego ścieżka była moja i tylko moja; jej bieg był mniej więcej zarysowany, ale to ja przekraczałam naustawiane przez siebie samą ograniczenia, pokonywałam własne przeszkody i mi tylko pisane trudności. To w znalezionej ścieżce okazało się najpiękniejsze: kierunek jest ten sam, ale każdy ową ścieżkę wyznacza na nowo...

Tak naprawdę jestem zaledwie na jej początku, nie wiem przy tym, jaka jest długa i jak w miarę upływu czasu będę ją kształtowała. Na razie zarastające ją chaszcze zwalczam powolutku - stopniowo zdobywaną wiedzą i profilaktycznie zakupionym nożem. Powoli odnajduję tysiące odnóg rozchodzących się na boki - ku strzelistym górom, ku wspólnym wyprawom, ku dzikiej kuchni. W każdą teoretycznie mogę zboczyć, ale czuję, że moja droga na razie wiedzie dalej, na przód. Minę jeszcze wiele drogowskazów i podpowiedzi, przejdę jeszcze przez wiele intrygujących rozwidleń, ale na końcu i tak czeka mnie mój własny cel. I znajdę na jego realizację własny sposób.

Ślady zostawiane przeze mnie póki co są wyraźne i niesubtelne. Gdybym nagle postanowiła zawrócić, bez problemu znajdę drogę powrotną wiodącą przez nieudolnie utorowaną i nieostrożnie przedeptaną puszczę. Nie chcę jednak zawracać. Chcę nauczyć stawiać się stopy delikatnie, zostawiając niewidoczne tropy, nie naruszając ściółki i otaczającej mnie ciszy. Chcę mieć za plecami jeszcze większy gąszcz jak przed sobą. Widzieć, zanim zostanę dostrzeżona, słyszeć, zanim zostanę usłyszana. Chcę wtopić się w tło tak, by zwierzęta bez trwogi przemykały obok mnie, bym ja bez trwogi mogła im patrzeć w oczy. Chcę sama z czasem zacząć zostawiać swoiste subtelne wskazówki dla innych, którzy przypadkiem zabłąkają się na mojej ścieżce. I ze spokojnym, lekkim uśmiechem wspominać pierwszy nocleg w lesie, bez cienia niepewności myśląc o kolejnym.

...A kiedyś, daleko w przyszłości, chcę mieć prawdziwy dylemat, stając przed możliwością zostawienia takiego życia. Na rzecz marzeń.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Przygotowania do Pierszej Wyprawy

Od jakiegoś czasu stopniowo, choć dość intensywnie przygotowuję siebie i otoczenie do podjęcia przeze mnie największego wyzwania: realizacji głębokich, pierwotnych potrzeb obcowania z naturą. Doceniłam spacery, jazdę na rowerze, pływanie. Przestał mi być straszny wysiłek fizyczny, odnalazłam samozaparcie w wykonywaniu wielokrotnie żmudnych i momentami zniechęcających działań. Zmagam się ze swoją fizycznością, zmagam się z psychiką. Mimo tego, że od zawsze byłam ciekawa nowego i dość odważna, głęboko wpojone przez społeczeństwo przekonania sieją w moim sercu delikatny niepokój. Czy sobie poradzę? Czy przetrwam w samotności parę dni, zdana tylko na siebie? Czy zdołam się obronić, jeżeli ktoś lub coś postanowi naruszyć moją samotność?... Mam pewne obawy, nie bardzo jeszcze wyobrażam sobie jak oto odpieram atak napastnika w postaci zdziczałego psa, lub też pijanego agresywnego faceta. Przygotowuję się do tego: kreuję sobie wizje potencjalnych złych zdarzeń w głowie po to, by je nieco "oswoić" i później, jak przyjdzie co do czego, nie spanikować. Nie mogę stracić głowy, muszę wiedzieć, w którym momencie wyciągnąć gaz policyjny tudzież nóż. Mam przy tym nadzieję, że w tym celu nigdy ich nie będę musiała użyć. Bo z drugiej strony przecież, prócz przygotowań "mentalno-obronnych", staram się ogarnąć wszystkie rozsądne wskazówki, na jakie się natykam. Przecież las to ostatnie miejsce, do którego mógłby się udać napalony facet szukający bezbronnej ofiary. O ile jest to las daleki od zabudowań, ba, w odpowiednim oddaleniu od wszelkich siedlisk ludzkich. Będę rozważnie wybierać miejsce na rozbicie obozu. Ma na niego nie trafić żaden człowiek, czy to lump czy spacerowicz. Tak więc, człowiek, będący tak naprawdę największym zagrożeniem, jest też zagrożeniem mało realnym. Prędzej z dala od osad ludzkich mogę się spodziewać zdziczałego psa. Ale po to też kupiłam ten gaz... Poza tym takie psy też coś muszą jeść, bardziej prawdopodobne jednak, że będą się kręcić w pobliżu jakichś wiosek. Poza psami żadnego zwierza raczej bać się nie powinnam; w wilcze czy niedźwiedzie okolice na razie nie zamierzam się wybierać, pozostałe zwierzęta mogą mi zrobić krzywdę tylko, jeśli same poczują się skrajnie zagrożone. Wiem zatem, że dziki niekoniecznie boją się ognia (w przeciwieństwie np. do wilków), są dość szybkie ale mało "skrętne". Jak już miałby na mnie takowy zwierz szarżować, powinnam stać jak słup, by w ostatnim momencie odskoczyć w bok. Co do saren, jeleni, danieli... Rany, strasznie bym chciała zobaczyć którekolwiek :) Dzika zresztą też. Choć niekoniecznie nocą. Nocą to pewnie będę umierać ze strachu już na sam dźwięk przemykającej gdzieś w zaroślach myszy...

Marzy mi się to spotkanie z naturą. Pragnę oddychać tym samym powietrzem, co sarny czy dzięcioły, słyszeć te same dźwięki. Chcę móc się wsłuchiwać cały dzień w otaczającą mnie muzykę lasu. Trzaski gałązek łamanych pod butami, szum konarów poruszanych rzez wiatr, skrzypienie łamiących się gałęzi. Zwierzęta zmierzające do wodopoju, ptaki wijące gniazda. Chcę, by las mnie przeniknął do głębi, chcę poczuć całą sobą naturalny rytm nieczłowieczego życia, wolność. Chcę być częścią większej, harmonijnej całości.

Moment mojego pierwszego zanurzenia w przyrodę nadciąga coraz szybciej. To już za dwa dni... Wciąż nie do końca mogę uwierzyć, że to zrobię. Że spakuję plecak, ubiorę się, wezmę najpotrzebniejsze rzeczy, wyjdę z domu i ruszę przed siebie. Mam wrażenie, że znajdę sobie wymówkę, że jakoś się wymigam... Bo gdzieś w środku odzywa się lęk przed nieznanym. Nie przed naturą, przed dzikością. Tak naprawdę boję się konfrontacji z samą sobą. Jaka jestem? Czy będę dość odważna? Czy będę dość rozsądna? A silna? Czy starczy mi sił fizycznych, by podołać długiej wędrówce zwieńczonej rozbiciem obozu? Czy starczy mi siły walki i woli ducha, by nie zawrócić w połowie, kiedy to w trudach i niepowodzeniach przebijać się będzie myśl o tym, że nie walczę o przetrwanie, że mam za sobą "plecy" - wygodne łóżko, obiad? Tego się boję najbardziej... Że się poddam. Nie mogę do tego dopuścić. Nie mogę oddać walkowerem moich marzeń, które całe życie tkwiły we mnie uśpione, by ostatnimi czasy ewoluować i rozbuchać się do rangi tych najdzikszych i najwspanialszych?

Biję się z myślami, a równocześnie przychodzi mi wciąż konfrontować moje marzenie ze sceptycyzmem i strachem innych. Chłopak we mnie nie wierzy, widzę, że moje plany traktuje jeszcze z przymrużeniem oka. Nie dopuszcza jeszcze myśli, że to zrobię. Boi się tego zbyt mocno, by wziąć to na poważnie. Dopiero pojutrze zacznie przeżywać, może namawiać do rezygnacji. Do mamy już dotarło, robi wszystko, by mi ten pomysł z głowy wybić. To dodatkowe obciążenie, mieć ją na sumieniu... A mam, bo strasznie przeżywa mój pomysł, denerwuje się, jest przerażona. Widzi tym szaloną, nieprzemyślaną fanaberię. Nawet nie próbuję jej przekonywać, jak bardzo tego potrzebuję i jak fantastyczną rzeczą może się okazać moja wyprawa. Skupiam się na rzeczowym przekonywaniu co do mojego przygotowania na każdą ewentualność. "A jak to będzie grupa facetów..." - "Gaz ma zasięg do 4 metrów". - "A na ciebie nie zadziała, co?" - "No przecież to nie jest tak, że psikam i stoję, przyglądając się efektom. Używam i uciekam." I tak odbijam jej kolejne argumenty, które biedna mnoży jak może... Ja jej nie przekonam, ale ona mnie też.

Od początku zainteresowania tematyką survivalową, tj. od jakiegoś dobrego miesiąca (naprawdę intensywnego, jeżeli chodzi o przeczytane relacje, wypowiedzi, spostrzeżenia na forach, artykuły - nawet książkę). Przez ten czas nabrałam początkowych przekonań, w jakiej formie chcę się zajmować survivalem: nie ekstremalnej, ale na pewno przy minimum sprzętu i "pomocy" cywilizacyjnych. Zwyczajnie mnie na nie nie stać. Jedzenie chcę na miarę możliwości znajdować w terenie, czyli na razie liczyć na to nie mogę, bo moja wiedza zoologiczno-botaniczna w kwestii organizmów jadalnych jest jeszcze marna, a umiejętności żadne. Chcę aktywnie chodzić po lesie, zatem rozbijanie wielkiego obozowiska nie wchodzi w grę. Niezbędnik survivalowy zawsze mam mieć przy sobie, nic ponadto. Odrzucam wszystko, bez czego się obejdę, nie umierając przy tym z głodu i brudu.

Sporo zainwestowałam w to moje marzenie, choć starałam się iść po kosztach. Nie mogę tego teraz tak zostawić :) Zdążyłam kupić nóż, plecak 30litrowy, dwie pary spodni w taniej odzieży, kurtkę z demobila, krzesiwo, latarkę, pompkę do roweru (to po przygodzie z pchaniem go od stacji do stacji), gaz. Na dniach spodziewam się pałatki, mającej służyć również jako peleryna przeciwdeszczowa, oraz menażki. Mam nadzieję, że do środy dotrą, bo najpóźniej w środę po południu zamierzam wyruszyć. Muszę jeszcze skompletować apteczkę (na razie zakupiłam jodynę i węgiel lekarski) - potrzebuję plastry i bandaż opatrunkowy, może coś przeciwbólowego (choć z zasady nie używam). Za bukłak posłuży mi butelka mineralki, nie stać mnie już na nic więcej, trudno. Szczególnie nie mogę przeżałować pewnej aukcji na allegro, gdzie wystawione są fantastyczne trekkingowe spodnie. Byłyby idealne na wyprawy, ale prawdopodobnie ich nie kupię, bo już żywcem nie mam za co... Z ubrań potrzebuję docelowo jakichś t-shirtów, spodni właśnie, bielizny i skarpet. Tych ostatnich prawie nie mam, na pewno muszę je jutro dokupić. Przydadzą mi się dobre buty, na razie wystarczyć muszą treningowe, lekkie Reebooki, chłonące wodę jak gąbka ale i szybkoschnące, przewiewne, wygodne i zapraszające do środka tumany piachu. Nic lepszego na razie nie wymyślę, choć z góry wiem, że to zły pomysł. Cóż więcej... Zapalniczka, tak, muszę kupić jakąś zwykłą. Potrzebuję też zorganizować pojemniczek na hubkę, ale nie mam na razie pomysłu. Przydałby się też pasek do spodni - szukałam dziś w taniej odzieży jakiegoś skórzanego, ale wyszłam z sukienką. Cholera, żałuję tej sukienki, kupiłam ją tak trochę pod chłopaka, dla równowagi, żeby całkiem się nie załamał... Ale byłą droga i przez to nie stać mnie na te spodnie :( No. Może jutro od mamy coś na jakiś pasek wyżebram... A, i worki foliowe potrzebuję. I papier toaletowy ;)

niedziela, 31 marca 2013

Witaj, przygodo :) - z korespondencji z M.

(...)
Wracając do wątku zmian - ja żywo zainteresowałam się survivalem, na razie czysto teoretycznie. Choć już w najbliższej przyszłości zamierzam poczynić pewne kroki, by móc zacząć się sztuki przetrwania uczyć :) Ot, dziś krok pierwszy. Kupiłam kurtkę na allegro ;) Jeszcze tylko muszę za nią zapłacić, ale przed tym potrzebuję wpłacić sobie pieniądze na konto, żeby wykonać od razu przelew i mniej za przesyłkę płacić. Generalnie zakup jak na mnie szalony :) Kurtka niemieckiej armii, stan pomagazynowy. Czyli jakość i wytrzymałość, jak na wojsko przystało, powinny być satysfakcjonujące... Kupiłam najmniejszy dostępny rozmiar, i tak będzie sporawa :) A kosztować mnie będzie z przesyłką ok.42zł... Ma neutralne kolory (moro) i praktyczny krój. A spożytkować ją zamierzam podczas planowanych już niedługo moich pierwszych dzikich wypraw leśnych :)
Na początek zamierzam po prostu w weekendy wcześnie wstać, wziąć co najpotrzebniejsze, wyjść z domu i wrócić późnym wieczorem. I cały, cały dzień spędzać w lesie. Na chodzeniu, obserwacji, słuchaniu... Czuję ogromną potrzebę wchłonięcia przez naturę :) Ale też nauki nowych, pierwotnych umiejętności - ot, co to za drzewo, czy tą roślinę mogę zjeść, na późniejszym etapie może jak rozpalić ogień i wreszcie jak sobie zrobić nocne obozowisko z karimaty i kawałka folii - to taki mój szczyt marzeń chyba na chwilę obecną :)

wtorek, 26 marca 2013

Nakręcenie antydepresyjne :)

Mój poprzedni wpis powstał tak naprawdę nie tu, a forum pewnego portalu społecznościowego. Byłam niemal pewna, że moja refleksja pozostanie bez odzewu, ale i tak miałam nadzieję, że a nuż ktoś odpisze :) Zależało mi bardzo, bo to jedno ze zleconych sobie zadań w moim osobistym projekcie wieloaspektowej zmiany swojego życia - otwarcie się na nowe znajomości, znalezienie ludzi o podobnych poglądach i zainteresowaniach, jednym słowem - walka z mentalną samotnością. Bardzo się zatem ucieszyłam gdy ujrzałam, że parę osób postanowiło wziąć głos w założonym przeze mnie wątku. Wymiana zdań jest tak ważna... Uradował mnie jednak jeszcze bardziej fakt, że parę z tych osób rzeczywiście wydaje się mnie rozumieć, podzielać moje marzenia... Może uda nam się wzajemnie wesprzeć do ich realizacji? :) Na razie na temat bloga milczę. W ogóle zaczynam się zastanawiać, czy nie zostanie on kolejną wersją mojego pamiętnika, notatnika myśli, planów, zwierzeń. Nie ma co z góry czegoś zakładać, takie rzeczy same ewoluują.

Rozwijająca się powolutku rozmowa na forum już sporo mi dała: wyrażane poglądy ugruntowują się, wspominane plany zaczynają się układać w jakąś sensowną całość, wymieniane marzenia wydają się bardziej namacalne. Jeden znaczący minus - znów dałam się wciągnąć w wir rozważań i natchnień we własnej głowie. Do tego stopnia, że nie mając siły sformułować wszystkich swoich przemyśleń wczoraj wieczorem, dziś nie poszłam na połowę zajęć w szkole tylko dlatego, by móc to z siebie wyrzucić. Ale to takie pozytywne nakręcenie, mój osobisty antydepresant :) Póki się od niego nie uzależnię, póty nie odstawię :P

niedziela, 24 marca 2013

Codzienności

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek trafię na osóbki do mnie podobne?... Które, mimo sentymentu, sympatii i dostrzegania wiele pozytywnych aspektów mieszkania w mieście, mają ochotę uciec czasem od schematycznej, miejskiej codzienności wprost w gąszcz natury - na dzień, tydzień lub do końca życia?

W obecnych czasach zauważalna jest pewna prawidłowość w pojmowaniu przez człowieka niezależności i wolności. Wszem i wobec głoszone są prawdy mówiące, że nie osiągniemy tych dwóch stanów (według mnie niezbędnych do poczucia spełnienia w życiu), nie usamodzielniając się poprzez naukę, potem pracę, zarobki, a potem pomnażanie wypracowanych funduszy i potencjałów... Czy aby na pewno tak jest? Czy dążąc do usamodzielnienia się w miejskiej dżungli nie skazujemy samych siebie na wbudowanie nas przez innych w sieć zależności międzyludzkich, knowań, spisków mniejszych i większych, na wyścig szczurów? Czy to może dać nam prawdziwe poczucie spełnienia - ale takiego spełnienia duchowego, by można było usiąść i uśmiechnąć się w duchu, że nie trzeba już nigdzie gonić, nigdzie pędzić, do niczego dążyć, bo jest się szczęśliwym? To jest właśnie moja definicja wolności i niezależności: możliwość zatrzymania się w każdym momencie, bez strachu, że się wypadnie z tej wielkiej, uporządkowanej machiny codzienności w miejskiej rzeczywistości, że się nie zostanie wymienionym, podmienionym, wyrzuconym czy stiuningowanym umysłowo.

Jestem stosunkowo młodym egzemplarzem człowieka, który jednak zdążył dojść do wniosku, że pęd ku karierze i pomnażaniu pieniędzy nie cieszy w życiu najbardziej, że pełnia szczęścia i harmonii ducha leży gdzie indziej, na uboczu - i bardzo łatwo idzie to przegapić. Oczywiście, na mój obecny punkt widzenia nałożyło się wiele czynników, ale przede wszystkim to, że jestem mimo młodego wieku bardzo zmęczona obecnym życiem. Już jakiś czas temu zaczęło mnie dławić przejmujące uczucie beznadziei i bezsensu moich wizji o przyszłości, moich marzeń o zdobyciu zawodu, pracy, potem stworzenia małego przedsiębiorstwa przy równoczesnym zarządzaniu nieruchomością rodziców - no i oczywiście po drodze realizowaniu swoich potrzeb, samodoskonaleniu się i jeszcze po drodze dbaniu o rodzinę. To wszystko jest zarazem bardzo realne, mam mocne podstawy twierdzić, że tak się właśnie moje losy potoczą... Jeśli nie obrócę swojego trwania o 180 stopni - po to tylko, by ruszyć pod prąd i dojść do źródeł życia. To to się stało moim celem nadrzędnym, niestety paradoksalnie nie widzę innej możliwości zdobycia tego stanu rzeczy bez uprzedniego osiągnięcia wszystkich wymienionych etapów... Widzę to tak: zdobywam wykształcenie, pracę, zakładam firmę, rodzinę po to tylko, by móc kupić kawałek ziemi na odludziu blisko lasu, wybudować mały domek, założyć ogród, hodowlę kur, królików i kóz i wieść sobie szczęśliwy, przede wszystkim spokojny żywot pośród prawdziwie żywych istot. Marzą mi się domowe wędlinki i sery, potrawy z rodowodem z ogrodu lub lasu i własne, małe, ludzkie stadko. Taka niecodzienna codzienność

Początki

Każdy blog jakieś tam początki ma. Moje blogi - a miałam ich w swoim życiu kilka (na ten moment prowadzę jeszcze jeden, w założeniu bardziej osobisty od tego, który być może przypadkiem przeglądasz) - nigdy nie rozrosły się do kultowych czytadeł, sama też nie miałam w sobie na tyle zapału i determinacji, by prowadzić je regularnie przez dłuższy czas. Początki tych dawnych właściwie zawsze wyglądały podobnie: pojawiała się myśl, najczęściej wydawać by się mogło mocno spontaniczna, lecz w rzeczywistości będąca odzewem na ogromną potrzebę ducha do zapełnienia pustki w życiu, w jakiś niematerialny sposób zbliżenia się do ludzi i potrzebę walki z dojmującą samotnością. Siadałam do komputera, wybierałam nazwę, adres, swój pseudonim... I zabierałam się do konstruowania mojego alternatywnego kawałeczka życia. Musiało być pięknie, musiało cieszyć moje oko, powinno przywoływać konkretny nastrój. W efekcie blogi stawały się intensywnie różowe w czarne trupie czaszeczki lub odwrotnie, czarne w różowe serduszka. To miało miejsce, gdy byłam jeszcze nastolatką - ale wcale przecież nie taką! Blogi nie wyrażały mnie, tylko to, jaką chciałam być. Nie miałam nigdy aspiracji do bycia wielką filozofką czy poetką - ot, zawsze marzyłam tylko o tym, by móc czuć się tak, jakie są przeciętnie osoby w moim wieku. Chciałam poczuć że mam tyle lat, ile mam. Nie udało mi się to jednak nigdy. Nawet dziś, licząc 21 zim, czuję się już bardzo starym człowiekiem.

Jestem osobą bardzo zmęczoną życiem. Myślę, że obiektywnie patrząc, można by się pokusić o stwierdzenie, że lekko nie miałam. Wiem, wiele osób ma gorzej... I nie zamierzam na tym blogu rozwodzić się nad moimi problemami, rozterkami, trudami dnia codziennego, codzienną walką o jakieś wyimaginowane przyszłe, lepsze życie. Nie chcę w tym miejscu ani jednej negatywnej emocji, które mnie zabijają od wewnątrz. Może znów próbuję stać się kimś, kim nie jestem - tym razem jednak daję sobie na to pełne przyzwolenie, bo zrozumiałam, że tylko tak mogę ocalić się od zatracenia. Człowiek musi o czymś marzyć, MUSI mieć jakieś cele. Ja od dobrych kilku lat mam jedynie mary senne, widma przyszłości lepszej, w które nie wierze i do których nie dążę, oraz gorszej, w którą, nie czyniąc żadnego kroku, brnę coraz dalej. Mimo stosunkowo ustabilizowanego życia, nie mam motywacji, by dotrwać lepszych czasów... Nikomu nie życzę braku sensu życia. Wobec niego nic, naprawdę nic nie wydaje się wystarczającą motywacją do dalszej egzystencji.

Od 5 lat jestem w bardziej lub mniej szczęśliwym, ale prawdziwym i dojrzałym związku z chłopakiem znanym tak naprawdę od podstawówki. Właściwie to oboje z partnerem dojrzewaliśmy razem, co nie trudno wnioskować patrząc na to, ile mam lat... Mam dwa psiaki, które są, o zgrozo, zaraz po chłopaku najbliższymi mi istotami. Mam też rodzinę - tą bliską, z którą zmuszona jestem mieszkać, póki się nie usamodzielnię, i tą dalszą, części której zazdroszczę, a części nie znoszę. Mam znajomych, raczej żadnych przyjaciół, mam różne dziwne małe zainteresowania, których nie rozwijam do rangi pasji głównie ze względu na notoryczny brak pieniędzy. Mam też różne marzenia, w które nie wierzę, ale które z chęcią raz po raz odtwarzam jak projekcje filmowe w moim umyśle... Ten blog ma mi pomóc przekłuć je w czyny. Zostań ze mną, jeżeli nie masz siły wierzyć w to, że marzenia są osiągalne. Ta notatka jest jedynym nostalgicznym wpisem, na jaki sobie tu pozwoliłam. Od teraz będzie tylko pozytywnie i do przodu :)