Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 marca 2016

Mgnienia



Znajomi namawiali mnie na zrelacjonowanie ostatniego wypadu na Jurę, „najświeższego” wypadu zarazem, tak ogółem. W zasadzie to i po poprzednich „ostatnich” wypadach byłam namawiana do pisania. Bo mi to dobrze idzie… Znajomi nie wiedzą bowiem, nie mogą wiedzieć, że tak naprawdę to bywa tak, że idzie mi jak krew z nosa. Dlatego w pewnym momencie przestaję. Wszystko bez odpowiedniej motywacji traci sens, staje się mdłe i nie cieszy tak, jak powinno. Długi czas więc nie tylko nie pisałam, ale też, a może przede wszystkim, nigdzie się nie ruszałam z domu. Zbyt dobrze wyuczone mam spędzanie życia, by umieć je przeżywać, myślałam sobie czasem. Ale to nie tak. Mam po prostu wyjątkowo krótką pamięć. Albo wyjątkowo mocno wypracowany mechanizm wyparcia. I czasem tylko, ładnie poskładane w kostkę i odkładane na stosik emocje przewalają się na bok i rozsypują w nieładzie. A ja sobie przypominam, że nie jestem poukładana. Lubię bałagan, nieporządek. Przewrót. Moja natura jest przewrotna.
Zachłystuję się w takich momentach świeżością świata, kłuję jego konturowością. I wtedy czuję, że żyję, a nie owo życie jedynie spędzam. Jestem zadowolona.
Od stanu zadowolenia do szczęścia w moim przypadku jest jednak jeszcze dość gruba, czy może raczej gęsta granica do pokonania. Nie umiem przy tym nigdy określić, gdzie ona właściwie się znajduje. Chyba w mojej głowie. Albo w pewnych „oczywistościach”. Mało zatem jest takich momentów, gdy przeżywam w pełni. Mgnienie, to jest ciekawe słowo… Jedno spojrzenie na szlak za siebie – mgnienie. Wybijająca się nagle woń nagrzanej zieleni pośród całej symfonii zapachów – mgnienie. Zimna woda źródlana, którą – z przekory – schładzam w zimie ogolony kark – mgnienie.

Nagle jednak przeżywam coś dziwnego: oto wchodzę do czeluści ziemi i od tego momentu czuję narastające szczęście. Takie, o które nawet się nie martwię, że przeminie. Ono po prostu jest, a ja jestem nim cała wypełniona i cała otoczona. To taka chwila, która może trwać i trwać. Tylko – jak ja się wtedy nazywam?

wtorek, 3 listopada 2015

Światełko

Znów mi się śnił. Sen znów był dziwny, nie odbiegający tym samym od snów poprzednich. Tym razem nie pamiętam zbyt wiele, choć rano mogłam jeszcze przewijać w głowie obraz do tyłu, klatkować, zatrzymywać w dowolnym momencie. Mogłam też chwilę z nim być. Bardziej, niż wtedy, kiedy żył.

Co prawda sny o tacie nie są snami wyidealizowanymi - przeciwnie; najczęściej, mimo całej zawartej w nich abstrakcji i niedorzeczności, bazują na różnych przykrych okolicznościach i emocjach  przeżytych i zaistniałych - mimo to w jakimś sensie je lubię. Tata zawsze w nich zachowuje większą przytomność umysłu niż rzeczywiście prezentował u schyłku swoich dni. Na swój sposób to miłe uczucie móc z nim obcować, kiedy jest choć trochę bardziej rozgarnięty. No i żywy. Choć z tym to różnie bywa.

Tym razem był żywy, ale generalnie miał umrzeć. Był w jakimś miejcu, DPSie, ale nie tym, w którym mieszkał długie lata, nim na ostatnie (jak się okazało) miesiące życia znalazł się w rodzinie, między nami. Był to jednak niewątpliwie dom pomocy społecznej; biało-beżowy, przestronny, nieprzytulny, pozornie czysty, śmierdzący domestosem, moczem, starością i chorobą. Odwiedziłam tatę. Leżał na łóżku piętrowym, na górze. Umieścili go na wyższej kondygnacji po to, by nie mógł przy swojej niedołężności i połamanych żebrach zejść, by udać się na papieroska. Miał przesikane spodnie, na pewno ciężej go przebrać tam, na górze. Był wyjątkowo przytomny; wiedział, że umrze, lub że w zasadzie już umarł, właśnie go odprowadziłam z domu, gdzie u nas przez chwilę był. Jakoś tak dobrze mi się z nim przebywało. Udało mi się go namówić na wyjście na zewnątrz, jakiś powód, jakaś motywacja ku temu była. Przed wejściem czekali na niego przyjaciele. Wszyscy, którzy przyjechali na pogrzeb i nie tylko - również ci towarzyszący mu za życia, za jego najlepszych czasów, najlepszych lat. Uśmiechnął się tak promiennie, tak szczerze i autentycznie, jak tylko jeszcze dwa razy mu się zdarzyło na starość - gdy usłyszał wyrok sądu umożliwiający mu opuszczenie po latach DPSu i życie pod opieką rodziny, oraz gdy dostał ode mnie zegarek, za 22 złote. Był przeszcześliwy. Uśmiechowi towarzyszyło jednak bystre spojrzenie, niezmącone demencją. Wdał się w rozmowę z towarzystwem. Czy umarł wcześniej, czy później, czy wrócił na łóżko piętrowe, czy nie, czy to później go jeszcze widziałam leżącego w mokrych dresach, czy najpierw - nie pamiętam. Sen się zatarł, poszatkował, wynaturzył i zamglił. Nie taki pierwszy, nie ostatni.

Śniący mi się tata najczęściej przeczuwa, że umiera. Albo żyje i nie żyje równocześnie, a my mamy z tego tytułu najróżniejsze dylematy. W jednym ze snów wykopywaliśmy trumnę taty i braliśmy miarę z jego zwłok, by przyszykować mu garnitur na pogrzeb, który miał się dopiero odbyć - oczywiście po tym dopiero, jak tata umrze niespodziewanie pod bezopieką lekarzy. Albo odwrotnie, miarę z żyjącego, by ubrać zwłoki? Już nie pamiętam. Wiele było takich zagwozdek jak ta. Wiele ekshumacji, wiele zonków - nie żyje a żyje. Dlaczego? ...Czy dlatego, że biegając za pogrzebowymi załatwieniami, nie dałam sobie czasu na prawdziwą żałobę? Że nie chciałam  wtedy za wiele czuć? Dlatego, że od jakiegoś czasu podejrzewałam, że tatę ma na umieranie, że jego organizm podświadomie odpuszcza? Dlatego, że męski głos usłyszany w telefonie, gdy tuż po 21:00 odebrałam wyrwana z zasypiania, mówiący, ż mu przykro, ale M.K. zmarł, był dla mnie takim zaskoczeniem? Że nie wiedziałam, co powiedzieć, bo w zasadzie gdzieś tam czułam, że umrze, choć nie powinnam, bo mógł żyć jeszcze równie dobrze następne 30 lat, a do szpitala trafił tylko na obserwację po wywróceniu się i połamaniu żeber? Dlatego, że myślę o nim często w zwykłych miejscach i przy zwykłych czynnościach, za to na cmentarzu, w miejscu zadumy, zupełnie nie potrafię? Bo tam, gdzieś pod tą całą żałosną kupką ziemi, ogrodzoną płotkiem w prostokąt mniejszy od łóżka, obsadzoną przeze mnie samą kwiatkami, dla innych, dla rodziny, by im milej i lepiej było tu przychodzić i go wspominać - bo tam leży ciało i rozkłada się, o ile mu to beznadziejne pudło, obite kiczowatą białą tasiemką w złote serduszka, pozwala... Nie tam jest on. On jest w pamięci ludzi, których kochał, których krzywdził, którzy go lubili lub nienawidzili. On jest we mnie; jest składową każdej komórki mojego ciała, kodu, który zaprogramował mnie taką, jaka jestem. Z wszystkimi moimi wadami czy zaletami, jestem bardziej podobna do niego, jak do mamy. Więcej cegiełek mam po nim, choć oczywiście finalnie jestem zupełnie inną konstrukcją. Może dlatego tak mam? Może podświadomie nie chcę skończyć jak on? Albo gnębi mnie jakiś niedookreślony wyrzut sumienia? Albo pali się żółte światełko, bym czerpała jak najwięcej nauki z doświadczenia, jakim była opieka nad zniedołężniałym, co prawda przez większość życia nieobecnym, ale jednak ojcem?

Wolę takie światełko, choćby miało parzyć przez całe życie, niż płomień znicza gasnący raz w roku już parę dni po tym, jak żyjący przypomnieli sobie o zmarłym. Albo sztuczne kwiatki, niż wiecznie żywa pamięć. Żywe wspomnienie.

niedziela, 1 listopada 2015

Uśpienie

Czy to już?... Czy to dziś?... Czy to teraz? Właśnie teraz?...

Ileż to czasu minęło, odkąd zaczęłam tu pisać ostatni wpis. Niedokończony... Przerwany w pół zdania. Ile zdarzeń miało miejsce, ile rzeczy się zmieniło, ilu słów nie powiedziałam... lub powiedziałam za dużo. Jak bardzo zmieniło się moje życie... Jak?

Nie wiem, co napisać. Pisałam w tym okresie cichej burzy... Burzliwej ciszy. Najpierw wcale, ale potem jednak cokolwiek, sporadycznie, coraz częściej... I coraz trudniej było mi wyrzucić to z siebie. Wypowiedzieć tamto wszystko lub choćby wymownie napisać o tym niczym. Pisałam, ale nie zapisywałam. Nie przysiadłam do klawiatury, ba, nawet do przypadkowej kartki z przypadkowym pisadłem, jak mi się dawniej zdarzało.
Zatrułam się. Poraziłam sama siebie obłudną nadzieją, że zmieniam moje życie na lepsze, że zaczynam nowy etap, że realizuje się i że jestem szczęśliwa, lub chociaż umiarkowanie zadowolona. Nadzieja przerodziła się w oczekiwania. Za duże, zbyt niespójne z rzeczywistymi potrzebami. ale przede wszystkim, zbyt niezgodne z substancją, na bazie której miałam je przekuć w czyny... Oczekiwania te zatruły mój umysł. Sparaliżowały czucie i nie czułam, że coś jest nie tak dopóty, dopóki moja dusza nie zaczęła rozpadać się na kawałeczki a towarzyszący tej destrukcji ból stał się nie do zniesienia. I nagle zauważyłam... Że to wszystko nie tak. Źle poszłam i byłam zbyt omamiona pewnością siebie, by to zauważyć dostatecznie wcześnie. Póki nie pokaleczyłam się tak bardzo, by rany pozostawiły trwałe blizny. Póki nie otrzymałam dostatecznie surowej nauczki,  nie ocknęłam się nagle i se smutkiem nie stwierdziłam, że to była jedna z mroczniejszych wędrówek w ciemne strony mojej osobowości. Labirynt w mojej głowie, miast faktycznej wędrówki przez życie na upragniony szczyt.

Obudziłam się. Chyba.



Właśnie dziś piszę... Dziś jest chyba odpowiednia "okazja" ku temu, by z ulgą i nieśmiało kiełkującymi nowymi marzeniami stwierdzić, że przespałam rok... Rok, bo czujność straciłam jeszcze przed tym, jak przestałam tu pisać. Chyba już wcześniej zasypiałam, już wcześniej zaczęły mnie męczyć niespokojne senne mary i zgubne widziadła. Zafascynowały, zahipnotyzowały. Uśpiły prawdziwe potrzeby, rozbudziły złudne żądze. Straciłam sporo czasu, jaki mam do zagospodarowania, do przeżycia... Straciłam sporo pieniędzy. Najbardziej jednak przeinwestowałam emocjonalnie. I teraz, patrząc na to wszystko, co się działo, uspokajam się z dnia na dzień coraz bardziej. Coraz mniej we mnie żalu, coraz mniej bólu, do goryczy rozczarowania też powoli przyzwyczajam zmysły. Zaczynam myśleć, że dobrze się stało. To był przykry, ale potrzebny rozdział mojego życia. Może dzięki niemu nie stanę się martwa za życia, nie przeistoczę się w wynaturzoną karykaturę człowieka. Może dzięki niemu po prostu będę.

Zawsze sporo się we mnie działo. Coś siedziało i zżerało moją duszę już chwilę przed burzliwą ciszą. Potem porwało mnie życie, tak mi się przynajmniej wydawało. Wir życia, łudząco podobny do tańca śmierci... Jak bowiem spojrzę teraz na ten czas, to nie żyłam za wiele. Jeśli żyłam, to nie odczuwałam, jeśli czułam, to nie przeżywałam naprawdę. Wspominam minione miesiące oderwane z mojego kalendarza i nie bardzo mogę dopatrzeć się w nich zdarzeń. Takich, które mogę prawdziwie wspominać, takich, które wyróżniały się w ciągu mijającego czasu i które stanowiłyby o mnie. Które za dzień, rok, dekadę, przypomnę sobie i uśmiechnę się na to wspomnienie, lub zapłaczę. Spałam i żyłam we śnie, a w tym czasie tkwiłam w miejscu i nie zmieniło się za wiele moje rzeczywiste bycie. A może to teraz znów śnię...



Nie zmieniło się nic, podczas gdy zmieniło się wszystko. I to jest przedziwne uczucie. Niby stoję dokładnie w tym samym punkcie, w którym stałam, ale mam wrażenie, że wróciłam z wyczerpującej wędrówki... Musiałam chyba przetestować "skrót", by naokoło dojść do punktu wyjścia i zmienić perspektywę. Teraz już wiem, w którą stronę nie patrzeć. Stoję w miejscu, ale zwrócona prosto ku marzeniom.

piątek, 25 października 2013

Zlot Reconnet jesień 2013

Od kilku dni wciąż żyję wspomnieniami zlotu forum www.reconnet.pl, na który to, po krótkich wahaniach, zdecydowałam się pojechać. Decyzja nie była łatwa z dwóch zasadniczych powodów: jestem w gruncie rzeczy pragmatykiem i muszę kalkulować, analizować, oceniać ryzyko, ważyć potencjalne zyski i straty - a tu było to wyjątkowo trudne do oszacowania, bo zwyczajnie nie wiedziałam, w co się pakuję ;) Na forum zarejestrowałam się w kwietniu, jednak byłam użytkownikiem nieaktywnym, inaczej - głównie biernie korzystającym z treści zawartych na forum. Co bowiem mogłam dodać od siebie na jednym z największych forów o tematyce survivalowo-bushcraftowo-różnej, kiedy to nic sobą pod tym kątem na razie nie prezentuję?... Jestem całkiem świeża i zielona w tym środowisku - jeszcze wiele lat minie, zanim będę mogła tak naprawdę z pełną świadomością stwierdzić, że wiem, jak wiele nie wiem... Na razie stoję dopiero u progu tej odmiennej rzeczywistości.

Jak to się zatem stało, że w ogóle na zlot postanowiłam się wybrać?... Ano, swoim zwyczajem śledziłam uważnie wątki zlotu dotyczące, w duchu zazdroszcząc i żałując, że nie znam tego środowiska. Z naprawdę niewieloma osobami dane mi było zamienić parę słów na forach - tym i młodszym bracie (http://bushcrafter.vipserv.org), na żywo pierwszy raz rozmawiałam z jego przedstawicielami zaledwie tydzień przed zlotem (czyli po decyzji o wybraniu się nań ;))... Poza tym czytuję regularnie parę szczególnie interesujących blogów o danej tematyce. Tak samo swoim zwyczajem w pewnym momencie nie wytrzymałam i postanowiłam troszkę na głos pozrzędzić - że bym się na zlot wybrała, ale dojazd mam kiepski... Heh, marne to było z perspektywy czasu - teraz już wiem, że na taki zlot mogłabym jechać i na drugi koniec Polski :) Ktoś mnie wówczas stuknął wirtualnie w głowę, skutecznie z resztą - odłożyłam wszelkie lęki i obawy na bok, obeszłam dookoła nie najlepszą sytuację finansową, poinformowałam mamę i przemilczałam temat przed chłopakiem, by go na zaś nie denerwować... I poczułam ekscytację silniejszą od wszystkich trosk i niepokojów, co było dla mnie najlepszym dowodem na to, że będę żałować, jeśli nie spróbuję... Więc pojechałam, zobaczyłam, wróciłam i na zawsze zapamiętam, że warto było :)

W kwestii dojazdu udało mi się porozumieć z innym Krakusem wybierającym się na zlot samochodem, Irolem. Miał z nami jechać ktoś jeszcze. Już to było dla mnie swoistym wyzwaniem - zaufać i wsiąść do samochodu obcego faceta, który jedzie w obce miejsce... Gdzie się podziała moja ostrożność i nabyty X lat temu brak zaufania do ludzi? Nie wiem, wiem tylko, że to było potwornym balastem i teraz wreszcie mogę złapać oddech i czuć się naprawdę swobodnie... Umówiliśmy się pod Galerią Kazimierz. Tam czekałam dłuższą chwilę (byłam przed czasem), wreszcie przez telefon zostałam poproszona o obrócenie się w prawo. Klasyczny odruch - lewo, refleksja, prawo - i namierzyłam wzrokiem sporą zagraniczną terenówkę. Wysiadł z niej Irol, mężczyzna odziany w moro (pierwsze skojarzenie - rangers jakiś :P), przedstawiliśmy się sobie, moje bagaże zostały zapakowane i usadowiłam się w imponującym samochodzie po lewej stronie kierowcy (dziwne uczucie:)). Czekaliśmy jeszcze na NumLocka, którego Irol namierzył na przejściu dla pieszych, znów krótkie przywitanie i jedziemy po kolejnych na dworzec autobusowy... Tak poznałam pozostałych towarzyszy jazdy, Soohy'ego wraz z kolegą. Tego dnia miałam jeszcze poznać tylu nowych ludzi...

Na podbój Śląska pojechaliśmy przez Olkusz, w sumie dość niespiesznie. Za ten czas miło rozmawialiśmy sobie o sprawach wszelakich, zastanawialiśmy się też, gdzie nas wywiezie nawigacja "zjechałeś z trasy - nowa będzie lepsza"... A że śląskie drogi okazały się rozkopane i pozamykane, nie obeszło się bez zignorowania barier na jakimś zamkniętym odcinku i jechania przez park ;) Najwięcej szukaliśmy odpowiedniego dojazdu do Pogorii IV - zbiornika wodnego, na którym znajdowała się wyspa stanowiąca nasz cel podróży. Wreszcie dotarliśmy pod sam brzeg, wysiedliśmy, wzięliśmy bagaże... Nastał już wieczór, z czarnej i cichej wyspy ku memu zaskoczeniu nie było słychać nawet szmeru, w pewnym momencie pośród zarośli przebiły się światła latarek zmierzających ku nam zlotowiczów. Przeprawili nas oni przez kanał pontonem, przywitali jak swoich i zaprowadzili na miejscówkę. Pasikonik, poznany tydzień wcześniej w Beskidzie Śląskim, pomógł mi się zaklimatyzować - w tym znaleźć miejsce na rozłożenie swoich gratów i zrobienia zadaszenia z poncha, zrobić to zadaszenie, wreszcie trafić do ogniska i poczuć się tam nie tak całkiem już obco :) Tu oczywiście wystąpiła seria przywitań i uścisków dłoni, po czym... No właśnie, tu wszystko zaczyna się zlewać :D

Nie umiem powiedzieć na podstawie własnych wspomnień, co kiedy się działo. Mogłabym się wspomóc relacjami, które pojawiły się na innych blogach, cudzymi zdjęciami - bo własnego aparatu zapomniałam wziąć - ale skoro tak, to wolę pozostać przy tym gigantycznym chaosie panującym w mojej głowie, bo jako całokształt mi nie przeszkadza, a nawet pozostawia przyjemne poczucie, że się działo... ;) Bo działo się wiele. Były rozmowy z ludźmi, których do tej pory kojarzyłam z czytanych blogów, forum lub też nie kojarzyłam wcale, były sprośne kawały i przednie zabawy mocno wstawionych już zlotowiczów, były trunki wszelkiego rodzaju, smaku i procentowości, przekąski na ciepło i zimno, cały stół zastawiony najrozmaitszymi specjałami i przysmakami - w tym czosnek niedźwiedzi, mazidła, grzyby, sosy, syropy, smalce i smarowidła, wreszcie coś, co okazało się dla mnie chyba największym zaskoczeniem degustacyjnym - sało ;D Od stolika w pewnym momencie oderwało mnie pojawienie się jubileuszowego tortu - był wyborny, a jedzenie go "z ręki" dopełniało poczucia swojskości. W wyjątkowo zacnym towarzystwie nie można się było poczuć nieswojo i skrępowanie - muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak dobrze i normalnie... Nie musiałam przejmować się niczym z tych rzeczy, które normalnie w życiu codziennym mnie ograniczają. Zero wrogości, uprzedzeń i zimnego dystansu ze strony otoczenia, za to wszechstronna życzliwość, pogoda ducha i wyśmienite nastroje podsycane mało wysublimowanymi, rubasznymi dowcipami w przeważającej mierze męskiego grona... Jeden ze zlotowiczów był po zlocie ciekaw kobiecego spojrzenia na sprawę - ano, swoją opinią zaskoczyć nie mogę, niczym mnie Panowie nie zgorszyliście i nie rozwaliliście na tyle, bym miała umrzeć ;P Jedyny uszczerbek na zdrowiu, jaki zaznałam, to trwałe wrycie się w głowę pewnych tekstów ;] ("namówiłeś mnie, ty to umiesz zagaić", "ty chu*u", "gdzie jest krzyż", "ludzki* pan, kopnął a mógł zabić" i tak dalej, ponadto nie mogę zapomnieć m.in. o skórzanych stringach z ćwiekami od wewnętrznej ;)) A, no i nie mogę nie wspomnieć o tym, że odchorowuję teraz w domu spontaniczną kąpiel w ubraniach w wodach Pogorii;) Bo takowa miała miejsce następnego dnia, poprzedzona skonstruowaniem przez kilku panów wyśmienitej jednostki pływającej Doris. Tak, następnego dnia działo się tak wiele, że po prostu nie da się tego wszystkiego opisać... Po prostu, atmosfera była przednia, a kolejnych zabawnych sytuacji, pogawędek, nowej dawki czarnego humoru, ciekawych napojów i specjałów, wreszcie posiadówy przy całodobowym ognisku nie brakowało :)
Nie potrafię niestety napisać w tym temacie nic choć trochę bardziej poukładanego czy dobitniejszego. Tak naprawdę prawdziwie wymowne są zdjęcia powstałe podczas imprezy - również te nieopublikowane ;), czy też filmiki udostępniane przez zlotowiczów na forum. W gruncie rzeczy nie żałuję, że nie wzięłam aparatu - ilość zdjęć jest powalająca, jakość wyśmienita, obrazy trafnie wywołują konkretne wspomnienia - i to one są najważniejsze, wciąż żywe i niezmiennie cieszące buzię, a nie przynudnawe słowo pisane ;)

Zakończę zatem tylko w takim duchu, jak zaczęłam - tj dnia trzeciego, po jajecznicy, kawie, sesji zdjęciowej i ogarnięciu siebie i wyspy, większości towarzystwa zebrało się na powrót mniej więcej o podobnej porze. Gdy już wszyscy chętni wraz z bagażami i śmieciami zostali przeprawieni na właściwy brzeg, porozchodziliśmy się grupkami z uśmiechami na twarzy - i nie wierzę, by ktoś z towarzystwa nie zechciał się wybrać za pół roku na zlot wiosenny ;)



Dziękuję pięknie Organizatorom za przygotowanie naprawdę zacnej miejscówki i ogarnięcie wszystkiego w pięknym stylu (komu nie było dane docenić widoków roztaczających się z szaletu, niech żałuje ;)), Kuchmistrzom za przepyszne wędzonki, gulasz, rosół, placki, korzonki, jajecznicę, kawę czarną jak noc i słodką jak grzech, Smakołykozapewniaczom za słoiczki, pojemniczki i buteleczki z wszelkimi specjałami na stole i pod stołem, Drwalom za niegasnący ogień, Budowniczym i Majstrom za jednostkę pływającą i wędzarnię, Rozmówcom za głębokie rozmowy i pogawędki o wszystkim i niczym, Mistrzom i Nauczycielom za wymiar dydaktyczny imprezy, z którego też dane mi było skorzystać, Dobrze Radzącym za dobre rady, Bawiących za ich niezapomniane teksty i czyny, Fotografom za genialne zdjęcia (które bezczelnie zgromadziłam w swoim komputerze ;)), Chomikowi za niestrudzoną konwersację i słodkie uszka, Latającej Myszy - za to, że we mnie nie przywaliła, Wszystkim Pozostałym, za to, że przyczynili się do takiej a nie innej atmosfery zlotu... I jeszcze osobne podziękowania Agacie, dzięki której kąpałam się w październiku i nie musiałam potem siedzieć w przemoczonych ciuchach czy też latać z gołą dupą ;P, której też smalczykiem i grzybkami raczyłam się po zlocie w domu;)

Dzięki, ludzie Reconu! :)


*ludzki, cholera, LUDZKI nie dobry -jak mogłam pomylić! :D

piątek, 13 września 2013

Każdy mógł być Linneuszem

W przedszkolu myślałam, że odkryłam dowód na teorię ewolucji. Miały nim być żyrafy i ich długie szyje - no bo czemu akurat im się takowe wykształciły, jak nie przez to, że wyciągnęły im się na skutek sięgania do coraz wyższych drzew? ...Paręnaście lat później, na lekcji biologii w liceum dowiedziałam się, że dokładnie w ten sam sposób rozumował bodajże Karol Linneusz. Niestety, błędnie - ale i tak poczułam satysfakcję, że mój dziecięcy rozumek kiedyś tam dobił rozumowi uczonego ;)


W dzieciństwie miałam wiele mniej lub bardziej trafnych teorii. Uważałam na przykład, że dowodem na obracanie się kuli ziemskiej jest fakt, że jak się pokręci w kółko, to potem świat wokół nas wiruje. Nie umiałam tylko tego wytłumaczyć. Bawiąc się kiedyś w przedszkolu z koleżanką "odkryłam" znowuż, że można myć ręce bez użycia wody - ot, piaskiem. Postanowiłyśmy zatem obie nie myć rąk w tradycyjny sposób. Innym moim pomysłem było zaprojektowanie realistycznego kosmity - nie takiego z czułkami i antenką, ale galarety, która w pojedynkę nie miała prawa bytu, egzystowała w kolonii w oparciu o założenie, że ruch się znikąd nie bierze - zatem konsumując innych członków "Wielkiej Galarety" wprawiała w ruch struktury organizmu, które od tych największych aż po najmniejsze przekazywała ruch dalej; w ten sposób skonsumowany kolega obok przesuwał się układem pokarmowym, by później był wbudowywany w struktury ciała. Wszystko zaś sprowadzało się do nieustającego trwania.

W ogóle byłam bardzo ciekawskim i spostrzegawczym dzieckiem, bardzo ambitnym i dumnym z resztą. Imponował mi kolega, który w wieku 5 lat umiał już ładnie pisać i płynnie czytać. Denerwowało mnie, że inne dzieci rysują słoneczka i kwiatki z oczkami i buźkami, przecież takie nie były. Jeszcze bardziej irytujące i wzbudzające we mnie swego rodzaju litość było rysowanie słońca poprzez zamalowywanie trójkąta w rogu kartki na żółto - przecież słońce jest kulą... I ludzie bez palców, lub kobiety z "kanciastymi" włosami. Co tu wiele mówić, widziałam po prostu więcej niż niektóre dzieciaki;)

Dziecięca pewność siebie umacniana była mocno przez zabiegi taty - a to wziął mnie na konkurs piosenki przedszkolaka, a to na wernisaż znanej malarki, której wręczyłam własnoręcznie malowaną kopię jej obrazu, na co dzień zaś wołał mnie do swoich poważanych znajomych, bym się w sukieneczce przedstawiła moją stałą formułką: "Nazywam się Kasia K...... L....., a na koooooońcu Katarzyna" :) Dzięki temu oraz wrodzonej chyba umiejętności dowartościowywania się w każdej sytuacji (np wmawiając siostrze, że jest adoptowana, bo ma inne oczy, lub wymuszając na mamie stwierdzenie, że jestem jej najładniejszą córką), w okres wczesnoszkolny weszłam z podniesioną głową, pełną pytań z resztą.

Interesowało mnie wszystko i nie zadowalały mnie odpowiedzi "na odwal się". Pamiętam, że opiekunka wydała mi się w pewnym momencie niekompetentna, bo mówiła, że najmniejszą jednostką czasu są sekundy - a ja przecież w ciągu sekundy potrafiłam na przykład parę razy mrugnąć. To jak to tak? Zadawałam więc pytania dociekliwie i póki uzyskiwałam na nie odpowiedź, byłam bardzo ciekawa świata i pomysłowa. W pewnym momencie coś się jednak sypnęło.

Okres podstawówki rozpoczął we mnie powolną przemianę. Nauczyciele przestali rzeczowo odpowiadać na moje pytania, mówiąc, że dowiem się w swoim czasie. Niektórzy z nich zaś byli zwyczajnie niedoedukowani - kobieta przez 40 minut uczyła nas o ostnicach, gdy wreszcie nie wytrzymałam, i zwróciłam jej uwagę, że w podręczniku nie piszą o OSTNICACH, tylko o o OSTAŃCACH SKALNYCH; ale ona w ogóle była ewenementem na skalę kraju ;) Równolegle świat okazywał się wciąż mnie zaskakiwać, na kolejne rzeczy zwracałam uwagę, coraz więcej elementów rodziło pytania o szczegóły działania, funkcjonowania, ciągu przyczynowo-skutkowego. Przestałam to wszystko ogarniać, nikt nie próbował mi niczego wyjaśniać - więc odpuściłam.

Nałożyło się oczywiście na to parę przyczyn, jednak na pewno w jakimś sensie to system zawinił. Z dziecka pełnego ciekawości poznawczej, niegłupiego na dodatek, stałam się nastolatką, która zaczęła się wycofywać, gdy coś ją przerastało, gdy czegoś nie mogłam zrozumieć. Zaczęłam iść na skróty, co było łatwe przy doskonale wykształconej zdolności do kombinowania - zawsze umiałam ustawić się tak, by się nie narobić i jeszcze coś na tym zyskać. Opracowałam techniki manipulacyjne niemal do perfekcji ;) Kształtując jednak swoją osobowość w tą stronę pozwoliłam sobie "nie męczyć się" w zdobywaniu odpowiedzi na nurtujące pytania. I tylko ich lista się wydłużała...

Nie dowiedziałam się nigdy, jak dokładnie działa telewizor. Niby teorię znam, ale jakoś tak nie mogę tego ogarnąć. Komputery to dla mnie czarna magia, a internet przekracza wszelkie granice wyobraźni. Przyjęłam, że po prostuw życiu codziennym. Nie tylko jednak przestałam nadążać za postępem technicznym; dostając do ręki narzędzie do nieograniczonego wręcz poznawania muzyki czy filmów, przestałam się tym całkowicie interesować. Ostatnim (i pierwszym) zespołem, jakiego słuchałam non stop, były Wilki. Miałam ich kasetę, nawet na konkursie szkolnym Mini Playback Show odtwarzałam ich piosenkę, z rozwianym włosem, w okularach, błyszczącej marynarce i lśniących dzwonach. Po Wilkach był jeszcze incydent z Ich troje a później z Metallicą, ale to za sprawą starszej siostry. Tak więc, stałam się człowiekiem bez zainteresowań.

Nie słuchałam żadnej muzyki, żadna też mi nie przeszkadzała. Nie orientowałam się w nurtach muzycznych, w nowościach książkowych i grach komputerowych, nowinkach technicznych, nie znałam nazwisk gwiazd i aktorów. Równocześnie życie kazało mi szybciej dorosnąć i orientować się w nieruchomościach, administracji, kwestiach remontowo-budowlanych, w prawie. Tylko jakoś nie byłam w stanie znaleźć nikogo, kto by nadawał na tym samym poziomie, kto by rozumiał konstrukcję stropu czy dachu, kto by wiedział, jakie są sposoby izolacji wodnej budynku. Z drugiej jednak strony są to zagadnienia mocno męskie, a chłopcy w moim wieku jeszcze się tym nie interesowali - z resztą straciłam z nimi od zawsze świetny kontakt. Skończyły się zabawy w tynkowanie błotem muru, w budowanie baz i schronów, przygotowywanie pułapek, w wojnę, w "Nikt Nas Nie Może Zobaczyć", w gangi... Musiałam stać się dziewczynką w spódniczce, która codziennie chodzi do kościółka a potem grzecznie idzie spać po dobranocce. W ten sposób zatraciły się gdzieś we mnie pierwotna potrzeba poznawcza i zapędy ku "okiełznaniu" świata w podwórkowych warunkach.

W tym stanie zawieszenia dotrwałam aż do teraz - kiedy to hasło "survival" na nowo wzbudza moją dziecięcą ciekawość poznawczą, kiedy z zainteresowaniem czytam o kolejnych technikach rozpalania ognia, uzdatniania wody, leczenia i żywienia się środkami dostępnymi w naturze. I ruszam z domu, bo nie przeraża mnie już aż tak wizja poznania świata. Mam pasję. Zaczynam sobie przypominać, kim mogłam być.

poniedziałek, 9 września 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VIII (ostatni)

Ostatni dzień pobytu na północno-wschodnim skraju Polski wykorzystaliśmy z R. na ponowną wycieczkę rowerową po okolicy. Tego dnia czułam się ciut lepiej jak w poprzednie, ale nie byłam jeszcze w szczytowej formie - zatem wstępnie ustalona trasa przewidywała niewielkie oddalenie się od gospodarstwa i niezbyt duże różnice wysokości terenu (czyli trasa z ominięciem wszystkich poznanych w poprzednich dniach stromizn). Tak jak dzień wcześniej, było zdecydowanie chłodniej i bardziej wietrznie niż na początku pobytu, w powietrzu wyczuwało się wilgoć i można się było spodziewać deszczu, co dodatkowo sprowadzało nasze rowerowe plany do zdania się na "chwilę". Wyruszyliśmy kawałek przed południem, kierując się tym razem z gospodarstwa w przeciwną stronę, na Sidory Zapolne; żółtym szlakiem pieszym mieliśmy dotrzeć przez tereny polne do głównej asfaltowej, gdzie nieznacznie się cofając skręcilibyśmy na interesującą nas drogę. Oznaczenie żółtego szlaku w terenie okazało się jednak tak kiepskie, że przeoczyliśmy nasz zjazd na Sidory i pojechaliśmy eleganckim, prostym asfaltem dalej, na Jałowo. Nadłożyliśmy w ten sposób kawał drogi, znacznie dalej wyjeżdżając na główną (w lesie) i sporo cofając się nią do naszego zjazdu, ale z założenia nasza trasa miała być elastyczna i zamiast się denerwować, wdychaliśmy rześkie, leśne powietrze.

Znalazłszy się wreszcie na właściwym odcinku trasy jechaliśmy chwilę drogą znaną nam z dnia poprzedniego, tędy bowiem wracaliśmy z Kleszczówka. Wizja pokonania kleszczowieckiej góry zupełnie nam nie odpowiadała, zatem przy pierwszej sposobności skręciliśmy w lewo, na Jeziora Kleszczowieckie. Tu znowu oznaczenie żółtego szlaku nas zawiodło, a nie mogąc odnieść sytuacji zastanej w terenie do linii dróg zarysowanych na niedokładnej mapie, skręciliśmy tam, gdzie nie trzeba. Jechaliśmy w dużej mierze przez las lub przyleśnymi drogami, po drodze wypłoszyliśmy trzy młode jelonki, pasące się tuż przy zarośniętej i zanikającej pod okrywą łąkowej roślinności drodze. W pewnym momencie chłopak zauważył oznaczenie żółtego szlaku na drzewie, co upewniło nas w przekonaniu, że jedziemy dobrze. Błędnym przekonaniu.

Nasza droga skończyła się niespodziewanie małą pętlą w środku lasu, pomiędzy zalesionym wzniesieniem i zarośniętymi mokradłami. Widziane pojedyncze oznaczenie szlaku musiało być pozostałością po dawnej trasie żółtego szlaku, najwyraźniej mocno zmodyfikowanego. Znajdowaliśmy się w leśnym uroczysku, gdzieś pomiędzy jeziorem Okrągłym a j. Gubin i nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do ostatniego rozjazdu, gdzie umknął nam szlak.


Tym razem na rozjeździe skręciliśmy w inną drogę - jak się okazało, słusznie, bowiem oznaczenia szlaku za remontowanym odcinkiem drogi zaczęły się pojawiać na drzewach i słupach. Drogą tą minęliśmy od północnej strony jeziora Kojle i Perty, by dotrzeć na kolejną znaną już nam krzyżówkę szlaku - podczas ostatniej przejażdżki mijaliśmy to miejsce w drodze do Smolnik. Odpuszczając z założenia kolejny morderczy podjazd, skierowaliśmy się na ścieżkę poznawczą "Wokół jeziora Jaczno".

Nazwa ścieżki okazała się nieco myląca; trasa nie wiodła bowiem stricte wzdłuż linii brzegowej jeziora, jak się spodziewaliśmy, a wiodła w nieznacznym od niej oddaleniu, przez las - także samej "perełki SPK" nie naoglądaliśmy się za wiele. Ścieżka wiodła generalnie wciąż pod górę, dzieląc się na krótsze odcinki pomiędzy przystankami edukacyjnymi. Na tablicach można było dowiedzieć się paru ciekawostek odnośnie miejsc, w których się znajdowały - ot, tu mammy do czynienia z takim a takim rodzajem lasu, tu znowuż znajduje się stanowisko skrzypu olbrzymiego, w tym regionie będące ewenementem, tu wreszcie mamy platformę widokową (jednak w stanie niepozwalającym na nią wejść, z resztą, nie wiem czy celowo, widok roztaczał się nie na jezioro, a na las porastający strome zbocze). Po drodze mieliśmy do czynienia z ryczącą podłamaną pięciolatką, zostawioną przez rodziców samą w zmaganiu się ze swoim pstrokatym rowerkiem na stromym podjeździe ;) Towarzyszyłam jej chwilę, bo moje tempo wyjeżdżania pod górkę było takie samo jak pchania przez nią rowerka, przy mnie, pewnie trochę speszona, przestała przynajmniej zanosić się szlochem. Na końcu podjazdu czekali na nią nieczuli rodzice ;) Później wyprzedziliśmy rodzinkę i pojechaliśmy dalej. Ścieżka poznawcza zawiodła nas do Smolnik, po drodze racząc chyba jednym, nienajlepszym widokiem na jezioro. Nie wiem, może coś przeoczyliśmy, może była zła pora roku na oglądanie jeziora... Tak czy inaczej w samych Smolnikach byliśmy jeszcze chwilę przekonani, że tablica kierująca nas wstecz o 800m do punktu widokowego sugeruje pominięcie przez nas jakowegoś, jednak doszliśmy do wniosku, że to raczej niemożliwe. Ponieważ lekko zgłodnieliśmy, postanowiliśmy podjechać do sklepu po jakiś prowiant i zatrzymać się na treściwego kęsa i łyka ciepłej herbatki z termosu. W sklepie (wyposażonym we wszystko, łącznie ze śrubkami na kilogramy, co w okolicy generalnie chyba jest normą) kupiłam bułki i kabanosy, po czym rozsiedliśmy się na ławce przy stole pod parasolem (to drugi charakterystyczny element okolicznych sklepów, dbają o klienta :)) i posililiśmy się, dzieląc się z przymilającą się do nas kocicą i jej bezczelnym i filuternym potomkiem. Potem kupiliśmy jeszcze batona. Zastanawialiśmy się, czy ze Smolnik nie udać się w dalszą trasę, do Starej Hańczy, jednak uwzględniając niepewną pogodę i moje niepewne siły, znów sobie podarowaliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną.

Tym razem przebiegała ona jak ostatnio, kleszczowieckim zjazdem w dół, przy czym dojechawszy na główną, odbiliśmy na żółty szlak (od tej strony lepiej oznakowany). Tym sposobem dotarliśmy przez pola i łąki do punktu, którego na początku naszej wycieczki nie mieliśmy prawa zobaczyć, i znaną już drogą wróciliśmy do gospodarstwa.


Z innych inszości, tego dnia (chyba przed wyprawą rowerową) postrzelaliśmy trochę z łuków dostępnych dla gości w gospodarstwie. Generalnie łuki były dwa, jeden "dziecięcy" i jeden normalny; ten drugi okazał się dla mnie zbyt duży, natomiast oba boleśnie obnażyły prawdę o moim strzelaniu - zapewne szło by mi to o niebo lepiej (bo zawsze myślałam, że jestem do tego stworzona ;)), gdyby nie to, że łuki są skonstruowane pod praworęcznych... Jakoś nigdy nie pomyślałam, że to może stanowić problem. Okazuje się jednak, że podczas, gdy praworęczna osoba, trzymając łuk w lewej ręce, prawą (silniejszą) naciąga cięciwę, ja musiałam to czynić tak samo, tyle że w moim przypadku znacznie mniej sprawną ręką. Łuku odwrotnie trzymać się nie da, bo ma specjalnie wyprofilowany uchwyt pod lewą dłoń. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak ponieść sromotną klęskę i, jako przegrana, iść do sąsiadów po wiejskie mleko. Chłopak poszedł ze mną, po drodze wyraził nawet swoje uznanie dla mnie - generalnie był miło zaskoczony, że bez słowa sprzeciwu czy ociągania się poszłam (w jego opinii jestem istotą mocno leniwą ;)). Nie wiedział, że było to jednak posunięcie wyrafinowane, czysta, babska zagrywka - dzięki milczącym przystaniu na "karny spacer" zyskałam pewność, że Luby ze mną pójdzie :)

Na koniec pobytu musiałam zrobić jeszcze jedną rzecz: uwiecznić na zdjęciu czterech samców, którzy napędzali nam stracha przy każdorazowym przechodzeniu obok ich terytorium, niczym czterech "młodych gniewnych" w jakimś ciemnym zaułku ;)


wtorek, 3 września 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VII

Przedostatniego dnia naszego pobytu na Suwalszczyźnie mieliśmy się udać do Wigierskiego Parku Narodowego, gdzie Starszyzna uwidziała sobie przejażdżkę kolejką wąskotorową. Szymeon jest miłośnikiem kolei, jeszcze poprzedniego wieczora miałam okazję obejrzeć na poświęconej pociągom stronie internetowej jego tematyczną galerię zdjęć. Nie zdziwił mnie zatem ten pomysł, choć sama byłam do przejażdżki od początku sceptycznie nastawiona. Martwiło mnie generowanie kolejnych niepotrzebnych kosztów, mierziło spędzanie czasu niby w terenie, a jednak moszcząc pupki wygodnie w wagonie mini pociągu... Nigdy jednak nie widziałam nawet takiej kolejki, toteż nie wiedziałam, czy faktycznie taki diabeł straszny. Na boku podzieliłam się z R. swoimi odczuciami dotyczącymi pomysłu, ale ten przekonał mnie do przynajmniej chwilowej zmiany nastawienia, zapewniając, że tylko tam podjedziemy i zobaczymy na miejscu, co dalej. No więc pojechaliśmy.

Wigierska Kolej Wąskotorowa

Dojechawszy do Płociczna, miejscowości leżącej w obszarze WPN-u, skąd w około dwugodzinną trasę rusza kolej wąskotorowa, zorientowałam się, że tak naprawdę zaliczenie tej atrakcji mnie nie ominie. Oczywiście padło pytanie, co o tym myślę, ale mając świadomość, że pozostali i tak w jakiś sposób w swojej wizji spędzania wolnego czasu biorą przez znaczną część pobytu poprawkę na moje wątłe finanse (nie wiem, co by robili, gdyby mogli w pełni sobie "wczasować" po swojemu...), nie chciałam stawać okoniem. Cóż mogłam powiedzieć? Powiedziałam tylko, że mnie to jakoś nie jara, ale ok... Plułam sobie potem w brodę, że nie powiedziałam, by sobie pojechali sami, a ja w tym czasie pokręcę się z przyjemnością po lesistej okolicy - Starszyzna bowiem udała się do kas, skąd po chwili wrócili z czterema biletami, za które łącznie dali stówkę. Za takie pieniądze byłabym spokojnie w stanie wyżyć przez dwa dni, lub spędzić miło czas jakkolwiek inaczej, tylko nie w tym kolorowym, drewnianym składziku stojącym przed nami... Bardzo lubię jeździć pociągami, uwielbiam dźwięk żelastwa sunącego ze stukotem po szynach. Jeżdżenie pociągami np na wakacje samo w sobie stanowi znaczną atrakcję, po prostu lubię atmosferę polskich pociągów i już :) Miałam więc nadzieję, że chociaż przypomnienie sobie tych dźwięków zrekompensuje mi w jakiś sposób stracone (jak dla mnie) pieniądze.


Na podjazd składu czekaliśmy do godziny trzynastej. Za ten czas pod kolejką narastał tłum oczekujących. Gdy już udało nam się zająć miejsca w drugim wagoniku, a turystów, którzy nie pomieścili się od razu, zapakowano do specjalnie doczepianych wagonów, pociąg ruszył. Odezwał się ten bliski mi dźwięk, ale zaraz wtórować mu zaczął głos dochodzący z zamontowanych w każdym wagonie głośników. Pan z głosem lektora bajki dla najmłodszych z najmłodszych radośnie nas powitał, przedstawił w skrócie historię wigierskiej kolei wąskotorowej, zachęcił do patrzenia w las, bo mamy tu do czynienia z jednym z najwyższych drzewostanów (?), ostrzegł też, by się nie wychylać z wagonów, bo gałęzie drzew i krzewów w najlepszym wypadku mogą nam porwać czapki, kapelusze i okulary. Wreszcie życzył udanej zabawy i zamilkł, choć nie na długo. Siedziałam sobie zatem lub stałam, patrząc w mijany niespiesznie las i tęskniąc do niego tak bardzo... Wiele bym dała w tamtym momencie za znalezienie się poza pociągiem, by przemierzać go pieszo lub na rowerze - z takiej perspektywy obserwatora zapewne wigierska kolejka nawet by mi się spodobała. Teraz jednak mijałam zieloną masę widzianą zza kolorowych szczebelków, a pan z głośnika informował o kolejnych ciekawostkach (w lesie można spotkać liczne ssaki, a nawet ptaki), za każdym razem równie radośnie i infantylnie co poprzednio. Próbowałam przez chwilę rozgryźć, co wyrażał wyraz twarzy Szymeona - chyba nie zachwyt. W każdym razie nie ujechaliśmy daleko - pierwszy z czterech zapowiedzianych przystanków był w Bindudze, gdzie kiedyś spławiano drewno, a teraz można było sobie podejść przez lasek nad brzeg jeziora Wigry i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Postój trwał pięć minut. Wyszłam na zewnątrz za pozostałymi, bo pan z głośnika w międzyczasie radośnie opowiadał o historii miejsca.


Ruszyliśmy i do następnego postoju nie zmieniło się nic; krajobraz wciąż był ten sam, pan z głośnika wciąż mówił tak samo, nawet ludzie mieli te same zagadkowe miny. Kolejne zatrzymanie wniosło do mojego życia tyle, że przez 10 minut miałam szansę zakupić na specjalnym stoisku miody i świeczki i obejrzeć barć wiszącą na drzewie (oczywiście poza jakże odmiennym krajobrazem jeziora Wigry), co nawiązywało do historii miejsca, Bartnego Dołu. Nie zakupiłam nic, zdjęcia pamiątkowe powstały na życzenie, barć i jezioro zostały zobaczone. Ruszyliśmy dalej, do trzeciej stacji, już bardziej przez tyły jakichś wiosek, nie las.


Miejsce nazywało się Krusznik - Zielona Karczma, i, oczywiście, Zielonej Karczmy nie było. W ogóle ponoć nazwa miejsca nie wywodzi się od prawdziwej karczmy, bo takowa nie istniała. "Zielona Karczma" to ściana zieleni na skrzyżowaniu dawnych traktów... No nic. Nie dowiedziałam się za wiele, choć czasu miałam sporo, bo pół godziny - czas przewidziany na zakup kręconych ziemniaków na patyku, wypicie odpowiednich płynów w stojącej przy stacji budce, tudzież płynów oddania w przygotowanych toaletach (lub w lesie, który tu był kawałek od stacji oddalony i nie wszystkim spacerek tam się widział). Co tu wiele mówić - staliśmy w szczerym polu, i nawet na tablicy informacyjnej, choć obiecująco poruszono temat miejsca (że ta polana, na której się znaleźliśmy, kształtowała się przez wiele setek lat), to postanowiono tematu nie rozwijać i w efekcie nie wiem, czemu polana ta polaną się stała. Dowiedziałam się zaś, że któryś tam król zabronił polowań na tury, więc miał już mocną świadomość ekologiczną.


Stacja okazała się ostatnią w tą stronę. Tłumy turystów wpakowały się do pociągu i ruszyliśmy w drogę powrotną, by dotrzeć na czas na jeszcze jedną stację, na której zarządzono postój piętnastominutowy. Tu było chyba najciekawiej - pozostałości po wiacie harcerskiej, jakiś maleńki bunkierek / betonowa piwniczka w krzakach, obdarte w dolnych partiach z owoców antonówki, gdzieś na uboczu śliwa mirabelka. Ugryzłam jabłko z robakiem, rozsiałam parę pestek małych, kwaśnych śliweczek - myślę, że na tablicy edukacyjnej na temat kształtowania się tego miejsca, koniecznie powinni uwzględnić mój niewątpliwy wkład w charakter krajobrazu.

Niesmak po przygodzie z Wigierską Koleją Wąskotorową pozostał mi do dziś. Szkoda, bo przesłania to jej faktycznie ciekawe dzieje na przestrzeni lat, a szczególnie czasów wojennych... Co jednak zrobić. Mam to doświadczenie za sobą, pozostaje wyciągnąć z tego pewne nauki na przyszłość i z uśmiechem zacząć spoglądać na zdjęcia, wspominając mój paskudny nastrój i wątpliwą atrakcję;)

Tego dnia nie zrobiliśmy już nic więcej. Po drodze tylko zahaczyliśmy o jakiś przydrożny bar, w którym Szymeon niegdyś się stołował, przebywając w tych okolicach - wybrane przeze mnie gołąbki nawet przez kelnerkę uznane były za najsmaczniejsze, Szymeon zamówił sielawę (trochę go wcięło, gdy pani przyjmująca zamówienie zapytała, ile tych ryb - "a to sprzedajecie na sztuki czy w kawałkach?"; dla tych, co nie wiedzą, jak wygląda sielawa, informacja - to rybka trochę większa od szprotki). Mój też miał smaka na rybę, zaś Aga wybrała coś z potraw regionalnych. Wszystko było smaczne i w przyzwoitych cenach.

Po posiłku skierowaliśmy się w stronę naszej miejscowości, po drodze zatrzymując się jeszcze na zakupach w Jeleniewie. Wieczorem był grill z niespodziewaną atrakcją w postaci pasikonika giganta, który z nagła spadł na Starszą - a było to bydlę naprawdę niemałe; na drugim zdjęciu pasikonik w zestawieniu z wkładem świeczuszkowym - każdy chyba wie, jaką wielkość ma taki wkład, to niech sobie wyobrazi konika ;)



Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VI

Ten dzień również mieliśmy w zamiarze spędzić rowerowo, w czwórkę eksplorując kolejne urokliwe zakątki Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Warunkiem mojej jazdy była jednak wymiana roweru na inny ze stodoły, który po wymianie dętek z jego poprzednikiem, okazał się dużo milszym towarzyszem. Nie zmieniło to jednak faktu, że od paru dni wzmagające się złe samopoczucie osiągnęło tego ranka poziom krytyczny - poza złym nastrojem, potęgowanym przez wciąż towarzyszące mi rozterki, obawy i małe złostki, fizycznie kompletnie nie nadawałam się do wspólnej jazdy, o czym zrezygnowana poinformowałam R. pod pierwszym pagórkiem za naszym gospodarstwem. Było mi niedobrze i miałam wrażenie, jakbym świeżo zsiadła z karuzeli w wesołym miasteczku - a po karuzelach generalnie czuję się paskudnie. Zdecydowałam się odpuścić.

Chłopak został ze mną, choć jego towarzystwo chwilowo generowało tylko dodatkowe, niepotrzebne konflikty słowne. Wyszedł on bowiem z założenia, że po prostu źle się do wycieczki od samego początku nastawiłam i w tym upatrywał przyczyn mojej porażki, co wyjątkowo mnie rozsierdzało - jak się bowiem miałam źle nastawić, kiedy to tak bardzo chciałam zobaczyć mnogość ciekawych miejsc w SPK... Atmosfera była przez dłuższą chwilę nieciekawa, wreszcie osiągnęliśmy jakiś stopień porozumienia i postanowiliśmy ruszyć do przodu - ja wyciszona i uspokojona, R. bardziej wyrozumiały i z założenia cierpliwie wyczekujący mnie, pchającej rower, na szczycie każdego podjazdu. Obrana trasa liczyła zaś sobie zaledwie paręnaście kilometrów po najbliższej okolicy, nie przewidywała próby dogonienia Starszyzny, a w razie jakichkolwiek niedomagań miała być elastyczna i stale modyfikowana w odniesieniu do moich wątpliwych możliwości. W ten oto sposób zaliczyliśmy, jak się okazało, bardzo udaną wycieczkę rowerową, odpuszczając obustronnie wszelkie dalsze stresy na ten dzień.

Skierowaliśmy się w stronę, którą ostatnio wracaliśmy - żeby uniknąć poznanego już nieprzyjemnego podjazdu na ostatnich kilometrach powrotu. Przy pierwszej okazji, przed Udziejkiem, skręciliśmy jednak na prawo i w ten sposób dostaliśmy się pod zabytkowy młyn, wyraźnie świeżo wyremontowany.



Jeziora Kleszczowieckie

Dalej jechaliśmy szlakiem, który za młynem wiódł nas powolutku w stronę Smolnik. Zanim jednak tam dotarliśmy, jechaliśmy kawałek drogi niesamowicie pachnącym lasem, w którym to na naszej leśnej dróżce pojawiły się w pewnym momencie zagadkowe tropy psowatego. Wyraźnie nie był to mały spacerujący jork, a jakieś spore bydlę w biegu. Zastanawialiśmy się długo nad pochodzeniem tropów - były tak duże, że zaczęliśmy główkować, czy w tej okolicy pojawiają się wilki. Dziwne jednak było to, że tropy tak długi czas wiodły leśnym duktem, zamiast zboczyć w momencie w otaczający nas las... Cóż, bardziej spodziewałabym się jednak wilka, niż wilczura, który pędził chwilę później w naszą stronę za jadącym skuterem. Zagadka wyjaśniła się, rozwiązanie okazało się dość proste - jednak w odmiennych niż na co dzień warunkach wyobraźnia podsuwa różne scenariusze :)

Droga z lasu wywiodła nas na pola. Przed nami rozciągał się widok na bliższe i dalsze wzniesienia, przede wszystkim z daleka już widzieliśmy wyjątkowo stromy podjazd, który nas czekał. To o nim wspominał Szymeon, gdy w pierwszych dniach pobytu wybrał się samotnie na rower, rezygnując z naszego jeziorka. Szymeon generalnie dużo jeździ i na nie byle jakim sprzęcie, zatem lubi wyzwania i do każdego podjazdu startuje z równym zapałem. Ten miał być jednym z dwóch, które wyczerpały go totalnie.

Ja z góry podejście do tematu odpuściłam, chłopak na mniej stromych fragmentach trasy próbował coś tam pedałować, bo nie należy do ludzi, którzy łatwo się poddają. Powierzyłam mu zatem mój aparat, by czekając na mnie gdzieś wyżej robił zdjęcia rozpościerającym się widokom, ja za ten czas zaś mogłam powolutku, w swoim tempie, krok po kroku wypychać mój sprzęt i tyłek do góry. A że z tego miejsca rozpościerał się fantastyczny widok na Jeziora Kleszczowieckie, to każde z nas było z tego układu zadowolone (tym bardziej, że po drodze dopadłam porastające gęsto skarpę jeżyny :))


Smolniki

Tym niespiesznym tempem dotarliśmy wreszcie do Smolnik. Tam pozwoliliśmy sobie na chwilowy odpoczynek, zakup mapy parku (na pamiątkę) i opłacenie dwóch wejściówek na punkt widokowy "U Pana Tadeusza", który swą nazwę zawdzięcza kręceniu scen do filmu o wspomnianym literackim bohaterze. Widoki rozpościerające się z drewnianej wiaty generalnie niewiele się różniły od tych widzianych poprzednio, nie wiem nawet, czy tamte, z polnej drogi otoczonej polnymi zaroślami nie bardziej mnie urzekły... Ale na takie widoki zawsze patrzeć można, nawet za cenę dwóch złotych ;)

To niewielkie mokradło mijaliśmy jeszcze w drodze do Smolnik
W Smolnikach mieliśmy chwilę wahania co do dalszego przebiegu naszej przejażdżki - okrutnie marzyło mi się pojechanie kawałek dalej, na Starą Hańczę, skąd, w otoczeniu pomników przyrody dworskiego parku, miał się roztaczać widok na jezioro Hańczę. Ze względu na moje niepewne siły i fakt, że tylko my byliśmy w posiadaniu kluczy do pokoi, zdecydowaliśmy jednak udać się już w drogę powrotną, wiodącą tym razem przez Kleszczówek. Jako że Smolniki są położone dość wysoko w regionie, na asfalcie wiodącym przez wieś można było osiągać naprawdę szalone prędkości zjazdu. Właściwie ledwo zauważyłam tablicę z nazwą miejscowości, a już chwilę później minęliśmy tablicę oznaczającą wyjazd ze wsi. Później mieliśmy już tylko zgodnie z mapą dotrzeć do głównej asfaltowej wiodącej na Litwę, którą, w przeciwnym kierunku, udać się mieliśmy do Gulbieniszek i stamtąd już prosto do naszego gospodarstwa. Po drodze, z bardziej interesujących zjawisk, minęliśmy jeszcze tylko pole wymarłych brzózek sterczących z wysokich, mokrych traw (wyraźnie niedawno powstałe rozlewisko), a później widok stada krów spędzanego z pola na asfalt z pomocą zjadliwego kundelka sięgającego połowy łydek, który, niczym pies pasterski, poganiał bardziej oporne mućki i nawracał te zbaczające z trasy.


Do gospodarstwa, mimo obaw, dotarliśmy tuż przed powrotem Starszyzny. Okazało się, że podczas gdy my zrobiliśmy (bezspornie dzięki mnie) niecałe 17km, oni zdążyli w podobnym czasie pokonać ponad 40, objeżdżając właściwie cały Suwalski Park Krajobrazowy dookoła - co w kontekście walorów widokowych i tak im nic nie dało, bo, jak to powiedziała Starsza, "przy Szymku nie miała czasu rozglądać się na boki".

Przed zachodem słońca rozpaliliśmy grilla, by standardowo posilić się kiełbaską, uraczyć karkówką i nawodnić piwem. Zdążyłam jeszcze na chwilę odejść od towarzystwa pod sosnowy lasek, gdzie zaraz wszelkie troski wyleciały mi z głowy - podeszłam bowiem niechcący pod sosnową gałąź, zawieszoną 1,5m nad moją głową, skąd prosto z nad mojej głowy zerwał się do lotu bocian. Chciałam go jeszcze raz z tak bliska zobaczyć, kucnęłam zatem cichutko w zaroślach i obserwowałam, jak zatacza kręgi wokół lasku - nie był jednak najwyraźniej na tyle głupi by nie zauważyć, że coś w las weszło a nic z niego nie wyszło, i po parunastu okrążeniach odpuścił sobie powrót na swą ulubioną miejscówkę.


Zachód słońca przystroił tego wieczoru niebo w bardziej pastelowe szaty niż zwykle, natomiast późniejszy księżyc zawisły na granatowym niebie świecił bliskim, pomarańczowym światłem, zwiastującym niespokojną noc szamotaną wiatrami i burzami. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że po nocy zostało w nas tylko zacierające się szybko wrażenie nocnej deszczowej melodii.







czwartek, 29 sierpnia 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień IV



>>Przedwstępem do dzisiejszego wpisu, na jednym wydechu, powiem tylko, że prócz za moment opisywanego dnia IV zostaną jeszcze kolejne cztery, z których jednakowoż zdawanie relacji przełożę na bliżej nieokreślony czas - planuję bowiem chwilę poszwendać się za domem, w tym jednodniowo po jakimś ładnym kawałku natury, o czym oczywiście tu później napomknę :P<<


Dzień czwarty pobytu na Suwalszczyźnie może i nie obfitował w moc wydarzeń, ale czytając poprzednie wpisy nie trudno się zorientować, że generalnie cały pobyt miał mniej więcej taki charakter ;) Nie bez powodu mój wyjazd nazywam wczasami; nie miał on nic wspólnego z nawet najmniej survivalową wyprawą, która mi się marzyła... Tak to już jednak jest, że jak się jedzie z towarzystwem, to trzeba się liczyć z pewnymi odstępstwami od swoich wyobrażeń na temat przebiegu wyjazdu, przewidzieć mimowolne "iście" na kompromis. Nie spodziewałam się jednak, że jadąc z Moim będę tak naprawdę sama przeciwko trójce - rodzeństwu i partnerze Starszej... Nie było wojny, nie było praktycznie nawet malutkiego konfliktu; po prostu zagryzałam zęby i w duchu plułam sobie w brodę, że tych ośmiu dni nie spędzam gdzieś sama w dziczy. Niestety, mimo lekkiego opisu wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce, w duchu przez cały pobyt w Ścibowie pozostawałam zgnębiona... Powody były tak naprawdę trzy: pierwszy to fakt, że jadąc w tak fantastyczny kawał natury, jakim jest Suwalszczyzna, chciałabym móc w pełni się w niej zanurzyć. Przemierzyć region wzdłuż i wszerz, od wczesnego ranka do późnego wieczora będąc na nogach, w terenie. Nie było mi to dane, tak jak i możliwość zrealizowania drugiej potrzeby - niezależności. Od samego początku "grzecznościowo" odebrana mi została niezależność finansowa, a za nią poszła w zapomnienie jakakolwiek decyzyjność. Otóż tak się jakoś dziwnie porobiło, że za wszystko "zakładał" Szymeon. Na samym początku, już pierwszego dnia, po pierwszych wspólnych zakupach chciałam się od razu rozliczyć zwracając jedną czwartą (prosty rachunek), ale główny finansjer niemal się z tego powodu na mnie obraził, więc odpuściłam. Okazało się niestety, że tak miało już być przez cały pobyt. Wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że gorzej stałam z kasą od reszty i koszmarnie źle się czułam widząc, jak szybko rozchodzą się pieniądze... Gdybym sama za siebie płaciła i sama robiła sobie zakupy, byłabym w stanie wyżyć (i być zadowoloną!) za naprawdę niewielkie pieniądze. Tymczasem po trzech dniach pobytu ja już doskonale widziałam, że moje (czynione za mnie) wydatki przekraczają mój dzienny limit dwukrotnie... Ta nieznośna myśl tak skutecznie psuła mi nastrój, że w efekcie kawał czasu przechodziłam zadumana, milcząca, drażliwa. Cholera.
Trzecią bolączką okazał się niefortunny związek z najmłodszym bratem Starszej, która, chociaż starsza o zaledwie trzy lata, to jednak najwyraźniej wciąż widzi w Moim "swojego małego braciszka" i dalejjj go niańczyć. Aga jest istotą sympatyczną, ale ma tak silną osobowość, że stłamsiła mnie na miejscu. Nie specjalnie i nie wprost, ale poprzez przejęcie roli decydenta, zakupowego i matki po trosze. Bo skoro braciszek jest wciąż malutki, to i jego dziewczyna postrzegana jest w podobny sposób... Momentami myślałam, że wyjdę z siebie, ale musiałam robić dobrą minę do złej gry, przecież pojechałam z Moim grzecznościowo - i tylko on biedny na tym tracił. Bo wszelkie stresy właśnie na najbliższych się odbijają... Żałuję, że nie pojechaliśmy gdziekolwiek we dwoje.

Powróćmy jednak do dnia czwartego. Zaczął się on kiepsko, tym bardziej, że poza bolączkami psychicznymi, zwyczajnie nie najlepiej się czułam. Cały ranek minął jakoś tak na niczym konkretnym - ot, jakieś spacery po okolicy, jakieś rozmowy, jakieś czytanie, trochę zdjęć, trochę marudzenia, trochę polowania na motyle... W układance wspomnień brakuje coraz więcej puzzli, coraz ciężej jest odtworzyć bieg wydarzeń. Pojedyncze fotografie przywołują jedynie fragmenty rozmów i myśli, ułamki chwil zaledwie...

Zdjęcie z muchą nie jest mojego autorstwa; jest to jedno z tych "artystycznych ujęć", które dla obśmiania mnie wykonał chłopak. Jakoś mimowolnie mnie urzeka ;)

Czarna Hańcza

W którymś momencie zapadła decyzja (czyt. zadecydowali), że wybierzemy się na spływ kajakowy Czarną Hańczą. Starszyzna obczaiła wypożyczalnie kajaków organizujące takie spływy, obdzwoniła, wybrała lokalizację - i po przygotowaniu prowiantu udaliśmy się samochodem do Magdalenowa.

Na miejsce trafiliśmy bez większych problemów. Zgłosiliśmy się po kajaki do córki właściciela, którego akurat nie zastaliśmy. Dziewczyna nie bardzo mocno się nagimnastykowała, by nam jakoś wytłumaczyć trasę - wyszło to chyba jednak gorzej, niż jakby nie mówiła nic. Tak nas bowiem zamotała, że zamiast zaraz na początku jeziora Wigry, wypływając z naszej zatoczki trzymać się blisko brzegu, by trafić na kanał pod drogą, my zdążyliśmy przepłynąć kawał dalej, za klasztor. Dopiero jakiś człowiek sterujący stateczkiem turystycznym pokierował nas we właściwą stronę.


Atmosfera na naszym kajaku nie była najlepsza; dopiero później, po osiągnięciu punktu krytycznego, miało być lepiej. Tymczasem płynęliśmy w ciszy i dodatkowym napięciu wywołanym przez źle podane nam instrukcje i wręczoną niedokładną mapkę, której moje poprawne interpretacje były jakoś od samego początku mocno lekceważone. Nic tam, trochę nadłożyliśmy drogi, trochę czasu do wieczornego obiadu zamówionego u właścicielki zleciało... Trafiliśmy na kanał, za nim, przepływając przez mniejsze jezioro, opłaciliśmy w punkcie opłat wstęp do Wigierskiego Parku Narodowego, by dalej płynąć już prosto z biegiem rzeki...

Otaczająca nas przyroda była fascynująca, zaabsorbowała nas bez reszty. Atmosfera powoli ulegała oczyszczeniu. Płynęliśmy bardzo niespiesznie, właściwie z nurtem rzeki, co jakiś czas korygując kurs, by nie wpakować się całkiem w gęste trzciny. Moczyliśmy łapki i nóżki, wystawialiśmy buźki do słoneczka, robiliśmy zdjęcia, oglądaliśmy ptaszki i kwiatuszki i takie tam ;) A tak poważnie to zachwycaliśmy się w ciszy otaczającą nas zewsząd szemrzącą na wietrze ścianą zieleni, podziwialiśmy podwodne łąki, doskonale widoczne w niezmąconej, przejrzystej wodzie... Czułam się jak posadzona na jakimś wielkim akwarium, pełnym egzotycznych wodnych roślin.

Nie byliśmy na rzece sami; generalnie Czarna Hańcza jest bardzo popularna pod względem spływów kajakowych, zatem co jakiś czas dobijaliśmy do ekipy żółtych kajaków przed nami. Na szczęście przez większość czasu mogliśmy się delektować samotnością i ciszą pełną głosów natury. Czasem tylko mijaliśmy jakiegoś wędkarza lub kąpiącego się wczasowicza. W pewnym momencie żółtokajakowców udało nam się wyprzedzić, gdy ci urządzili sobie postój na polu turystycznym. Też mieliśmy już w zamiarze coś przekąsić, ale zdecydowaliśmy się popłynąć kawałek dalej w celu znalezienia bardziej zacisznej miejscówki. Po jakimś czasie natrafiliśmy na kolejne przygotowane dla turystów miejsce, choć bardziej zielone i intymne od mijanego. Dobiliśmy kajakami do pomostu i w tym miejscu, przy wysiadce, Mój nieoczekiwanie postanowił wpaść do wody. Ta na szczęście w tym miejscu miała 1,5m głębokości, dno nie zdążyło go pochłonąć ani nurt porwać :) Dzięki temu już we dwoje byliśmy cali mokrzy (bo wcześniej chlusnął na mnie wiosłem wody).

Ściągnęliśmy mokre ubrania, zjedliśmy kanapki z serem i napoiliśmy się. W międzyczasie minęły nas żółte kajaki. Podczas odpoczynku po raz pierwszy naszła nas refleksja, że za wolno płyniemy, jeśli chcemy zdążyć na kolację (ja właściwie to nie chciałam, nie była mi do szczęścia potrzebna, wolałam płynąć - ale cóż mogłam powiedzieć). Padła też myśl, by spływ zakończyć w Maćkowej Rudzie, a nie, jak było ustalone i zapłacone, w Wysokim Moście. Decyzję w tej kwestii odsunięto jednak na później. Zebraliśmy się do dalszej drogi.


Płynęło się różnie. Były odcinki, gdzie nurt sam niespiesznie niósł kajak, ale bywały też momenty, gdy wiatr cofałby nas, gdyby nie silne, równe wiosłowanie. Rzeka meandrowała pośród brzegów porośniętych brzozowymi gaikami, które czasem były nam tak odległe, że nawet na stojąco na kajaku (tak, to cała ja ;)) nie widziałam nic prócz sitowia.

Mając na uwadze wcześniejsze obiadowe rozterki, płynęliśmy zdecydowanie szybciej niż na początku, choć szło to znacznie trudniej. Rzeka coraz częściej przybierała postać małych rozlewisk, czasem płynęło się centralnie pod wiatr, czasem pojawiał się dylemat, w którą odnogę wpłynąć (niepotrzebnie, bo te zawsze zbiegały się z powrotem po parunastu metrach). Próbowaliśmy się zorientować w swoim położeniu, patrząc na niedokładną mapkę i szukając jakichś punktów odniesienia. Nie płynęliśmy jednak wcześniej na tyle uważnie, by wiedzieć, czy mijaliśmy już wszystkie zaznaczone pola namiotowe, nie dostrzegliśmy też po drodze lewego dopływu, Żubrówki. Gdzieś w tych okolicach bowiem umiejscowiłam nas na mapie (jak się później okazało, całkiem słusznie) - i nie wróżyło to dobrze obiadowi tudzież wyprawie do Wysokiego Mostu, bo przed nami był jeszcze szmat drogi.

Do żółtych kajaków dobiliśmy tym razem w miejscu, gdzie pani oferowała jagodzianki z mlekiem - przy czym to drugie żółci zdążyli nam w całości wypić. Zakupione drożdżówki były bardzo smaczne, jak to domowe wypieki - w każdym razie smakowały nawet łabędziowi, który, początkowo bojowo nastawiony, kęsem został przekupiony i pozwolił przepłynąć obok swojej dorastającej dziatwy i damy.


W pewnym momencie dopłynęliśmy do sporego rozlewiska. Nie bardzo wiadomo było, gdzie mamy dalej płynąć. Podpłynęliśmy kawałek przed siebie, gdzie wyminęliśmy płynącą z naprzeciwka panią, która poinformowała nas, że tam dalej nic nie ma; zapytała też, czy mijaliśmy takich państwa płynących przed nią. Ponieważ nie mijaliśmy nikogo płynącego pod prąd (choć tu właściwie nurt się rozmył i nim się sugerować nie należało), wyglądało na to, że znalazł on inną drogę. Jednak obejrzawszy się dookoła stwierdziliśmy, że innej drogi jak ta, skąd wraca pani, po prostu nie ma. Czy możliwe było, żebyśmy przegapili wcześniej główne koryto rzeki i zabłądzili tak daleko?  W tym czasie żółci dobili do nas i zlekceważyli powtórzoną przez nas informację o braku dalszej drogi. Byli tak pewni siebie, że popłynęliśmy za nimi.


Oczywiście dość szybko zdaliśmy sobie sprawę, że na pewno głównym biegiem rzeki się nie przemieszczamy. Szło nam trochę łatwiej jak żółtym przed nami, bowiem plątanina trzcin pod kajakami była już trochę przez nich stłamszona i "ulizana". Przebijaliśmy się przez gęste sitowie odbijając wiosłami od sprężynującej zielonej masy pod nami, lub też "podciągając" poprzez zahaczanie wioseł o rosnące z boku rośliny. Było przy tym niemało śmiechu i adekwatnych komentarzy. W pewnym momencie usłyszeliśmy dziką radość dziewczyny z żółtej ekipy: "PŁYWAMY W KÓŁKO!"... Spojrzeliśmy z R. po sobie; może trzeba było nie płynąć za nimi na ślepo?... Ale pewnie zrobili po prostu małe kółeczko i stąd mają tyle radości. Zaraz znajdą drogę.

Znaleźli. Żółci zniknęli nam na chwilę z oczu, po czym wypłynęliśmy na rzekę... Jakieś paręset metrów przed rozlewiskiem.

Tym razem w ogólnie panującej radości i równoczesnym niedowierzaniu dopłynęliśmy znów do naszego rozlewiska, gdzie już z całą stanowczością zawróciliśmy naszych rychłych następców z idei powtarzania naszego wyczynu. Ekipa z kajaka za nami, małżeństwo w średnim wieku, zerkało na nas nieufnie. Tymczasem żółci pobrodzili trochę kajakami przy szuwarach i uznali, że pewne miejsce jest właściwym biegiem rzeki. Nie wyglądało to wiele lepiej jak poprzednie strugi prowadzące nas w chaszcze, jednak sitowie wyraźnie pochlastane było przez wiele kajaków przed nami. Cóż, najwyżej wpłyniemy w kolejny labirynt... Okazało się jednak, że niepozorna droga okazała się właściwa. Wypłynęliśmy na normalną rzekę, która szybko poniosła nas w zabudowania. Dotarliśmy do Maćkowej Rudy. Tu już ostatecznie padła nieco decyzja o powrocie do gospodarstwa na zamówiony obiad. Nie odezwałam się. Przygoda się skończyła...

Tego wieczoru nie katowaliśmy na szczęście żołądków kolejną porcją ogniskowej kiełbachy. Obiad gospodyni był smaczny, prawdziwie domowy. Najedliśmy się jak dzikie bąki, po czym dostaliśmy jeszcze na deser talerz ciast. Mimo największych chęci nie byliśmy ich w stanie tknąć, na szczęście dostaliśmy pozwolenie na wzięcie talerza ze sobą, na potem. Chętnie skorzystaliśmy.

Późnym wieczorem obaliliśmy ciasto, popijając kawą. Później z przejedzenia, rozbudzenia, złości i radości nie mogłam długo zasnąć. W nocy we łbie kotłowały mi się same głupie rzeczy. Na szczęście następnego dnia miałam się obudzić na tyle zadowolona, by choć symbolicznie zrobić to, co mi się marzyło.