Znów mi się śnił. Sen znów był dziwny, nie odbiegający tym samym od snów poprzednich. Tym razem nie pamiętam zbyt wiele, choć rano mogłam jeszcze przewijać w głowie obraz do tyłu, klatkować, zatrzymywać w dowolnym momencie. Mogłam też chwilę z nim być. Bardziej, niż wtedy, kiedy żył.
Co prawda sny o tacie nie są snami wyidealizowanymi - przeciwnie; najczęściej, mimo całej zawartej w nich abstrakcji i niedorzeczności, bazują na różnych przykrych okolicznościach i emocjach przeżytych i zaistniałych - mimo to w jakimś sensie je lubię. Tata zawsze w nich zachowuje większą przytomność umysłu niż rzeczywiście prezentował u schyłku swoich dni. Na swój sposób to miłe uczucie móc z nim obcować, kiedy jest choć trochę bardziej rozgarnięty. No i żywy. Choć z tym to różnie bywa.
Tym razem był żywy, ale generalnie miał umrzeć. Był w jakimś miejcu, DPSie, ale nie tym, w którym mieszkał długie lata, nim na ostatnie (jak się okazało) miesiące życia znalazł się w rodzinie, między nami. Był to jednak niewątpliwie dom pomocy społecznej; biało-beżowy, przestronny, nieprzytulny, pozornie czysty, śmierdzący domestosem, moczem, starością i chorobą. Odwiedziłam tatę. Leżał na łóżku piętrowym, na górze. Umieścili go na wyższej kondygnacji po to, by nie mógł przy swojej niedołężności i połamanych żebrach zejść, by udać się na papieroska. Miał przesikane spodnie, na pewno ciężej go przebrać tam, na górze. Był wyjątkowo przytomny; wiedział, że umrze, lub że w zasadzie już umarł, właśnie go odprowadziłam z domu, gdzie u nas przez chwilę był. Jakoś tak dobrze mi się z nim przebywało. Udało mi się go namówić na wyjście na zewnątrz, jakiś powód, jakaś motywacja ku temu była. Przed wejściem czekali na niego przyjaciele. Wszyscy, którzy przyjechali na pogrzeb i nie tylko - również ci towarzyszący mu za życia, za jego najlepszych czasów, najlepszych lat. Uśmiechnął się tak promiennie, tak szczerze i autentycznie, jak tylko jeszcze dwa razy mu się zdarzyło na starość - gdy usłyszał wyrok sądu umożliwiający mu opuszczenie po latach DPSu i życie pod opieką rodziny, oraz gdy dostał ode mnie zegarek, za 22 złote. Był przeszcześliwy. Uśmiechowi towarzyszyło jednak bystre spojrzenie, niezmącone demencją. Wdał się w rozmowę z towarzystwem. Czy umarł wcześniej, czy później, czy wrócił na łóżko piętrowe, czy nie, czy to później go jeszcze widziałam leżącego w mokrych dresach, czy najpierw - nie pamiętam. Sen się zatarł, poszatkował, wynaturzył i zamglił. Nie taki pierwszy, nie ostatni.
Śniący mi się tata najczęściej przeczuwa, że umiera. Albo żyje i nie żyje równocześnie, a my mamy z tego tytułu najróżniejsze dylematy. W jednym ze snów wykopywaliśmy trumnę taty i braliśmy miarę z jego zwłok, by przyszykować mu garnitur na pogrzeb, który miał się dopiero odbyć - oczywiście po tym dopiero, jak tata umrze niespodziewanie pod bezopieką lekarzy. Albo odwrotnie, miarę z żyjącego, by ubrać zwłoki? Już nie pamiętam. Wiele było takich zagwozdek jak ta. Wiele ekshumacji, wiele zonków - nie żyje a żyje. Dlaczego? ...Czy dlatego, że biegając za pogrzebowymi załatwieniami, nie dałam sobie czasu na prawdziwą żałobę? Że nie chciałam wtedy za wiele czuć? Dlatego, że od jakiegoś czasu podejrzewałam, że tatę ma na umieranie, że jego organizm podświadomie odpuszcza? Dlatego, że męski głos usłyszany w telefonie, gdy tuż po 21:00 odebrałam wyrwana z zasypiania, mówiący, ż mu przykro, ale M.K. zmarł, był dla mnie takim zaskoczeniem? Że nie wiedziałam, co powiedzieć, bo w zasadzie gdzieś tam czułam, że umrze, choć nie powinnam, bo mógł żyć jeszcze równie dobrze następne 30 lat, a do szpitala trafił tylko na obserwację po wywróceniu się i połamaniu żeber? Dlatego, że myślę o nim często w zwykłych miejscach i przy zwykłych czynnościach, za to na cmentarzu, w miejscu zadumy, zupełnie nie potrafię? Bo tam, gdzieś pod tą całą żałosną kupką ziemi, ogrodzoną płotkiem w prostokąt mniejszy od łóżka, obsadzoną przeze mnie samą kwiatkami, dla innych, dla rodziny, by im milej i lepiej było tu przychodzić i go wspominać - bo tam leży ciało i rozkłada się, o ile mu to beznadziejne pudło, obite kiczowatą białą tasiemką w złote serduszka, pozwala... Nie tam jest on. On jest w pamięci ludzi, których kochał, których krzywdził, którzy go lubili lub nienawidzili. On jest we mnie; jest składową każdej komórki mojego ciała, kodu, który zaprogramował mnie taką, jaka jestem. Z wszystkimi moimi wadami czy zaletami, jestem bardziej podobna do niego, jak do mamy. Więcej cegiełek mam po nim, choć oczywiście finalnie jestem zupełnie inną konstrukcją. Może dlatego tak mam? Może podświadomie nie chcę skończyć jak on? Albo gnębi mnie jakiś niedookreślony wyrzut sumienia? Albo pali się żółte światełko, bym czerpała jak najwięcej nauki z doświadczenia, jakim była opieka nad zniedołężniałym, co prawda przez większość życia nieobecnym, ale jednak ojcem?
Wolę takie światełko, choćby miało parzyć przez całe życie, niż płomień znicza gasnący raz w roku już parę dni po tym, jak żyjący przypomnieli sobie o zmarłym. Albo sztuczne kwiatki, niż wiecznie żywa pamięć. Żywe wspomnienie.
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 listopada 2015
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Z Sułoszowej do Pieskowej południowymi polami
Do Sułoszowej dotarłam dnia poprzedniego, rowerem. Przybyłam na zaproszenie chłopaka, który wraz z rodzicami stacjonował w domku po prababci, tocząc przez dni kilka boje z uporem rzeczy martwych i zajadłością sąsiadów. Tak naprawdę wcale nie musieli, jak nie muszą robić w owym miejscu w zasadzie niczego, ale taka już ich natura, że chcą i lubią remontować, naprawiać, polepszać, słowem - robić. No i zrobili. Kopali, nosili, wozili i równali ziemię na podwórku, siali trawę, robili ogrodzenie antykurowe, inne - wyższe i bardziej szczelne - antysąsiadkowe, trochę się też od rzeczonej sąsiadki tradycyjnie musieli wyzwisk nawysłuchiwać, trochę dachu naprawić, trochę rynien założyć... Na brak roboty tam narzekać się nie da. Z resztą - rodzina chłopaka zawsze sobie coś znajdzie, nawet na wczasach nad morzem znajdzie się jakaś obluzowana klamka czy zamek do naprawienia ;)
W każdym razie, o ile dnia poprzedniego dotarłam niemalże na rosół (bo jeszcze chwilę musiałam poczekać, aż z gruzu i żwiru wysypanego pod potencjalny przydomowy chodnik, znikną rusztowania blokujące przejście - no bo jak to tak, obok, po świeżo zasianej trawie...). Po rozgrzewającej zupie i całym wieczorze dogrzewania się przy rozgrzanej do czerwoności rurze od pokojowej kozy, wciąż byłam domarznięta i taka też, pomimo gorącego prysznica, poszłam spać. Ot, przewiało mnie. Dnia następnego, choć przy bezruchu wciąż było mi zimno, energia we mnie powróciła i wynegocjowałam spacer. Co prawda ja chciałam taki całodzienny, daleko daleko, przez którąś z podkrakowskich dolinek aż pod samo miasto, gdzie by nas zgarnęło MPK - ale na drodze kompromisu wyszedł z tego spacer do Pieskowej Skały. Dobre i to :)
Jazda na rowerze w przeciwną stronę dnia poprzedniego spowodowała, że za nic nie chciałam kolejny raz musieć iść do Pieskowej przez, bądź co bądź urokliwe, ale jednak centrum a nie obrzeża wsi. Udało mi się zatem pokierować nas nieco okrężną drogą, przez południowe pola rozciągnięte za domostwami po prawej stronie drogi. Trasa bardzo urokliwa i nam znana, zatem R. na nią bez większego problemu przystał.
Wytyczony jest tamtędy niebieski szlak rowerowy. Cóż, zarówno na spacery piesze jak i przejażdżki rowerowe trasa jest znakomita - wygodny asfalt wiedzie w stronę wschodnią pomiędzy wzniesieniami pokrytymi siecią podłużnych pól uprawnych. Widoki naprawdę przyjemne dla oka - szkoda, że zamknięte w kadrze zdjęcia tracą na tym, co w nich najlepsze - poczuciu przestronności świata.
Minęliśmy pierwsze na trasie zadrzewienie, ciągnące się przez pola prostopadle do dróg - naszej i głównej, biegnącej przez Sułoszowę. Z pewnością trzeba będzie poświęcić kiedyś chwilę, żeby sobie po tym małym lasku niespiesznie pospacerować, obserwując wiewiórki i inne stworzenia. Jednak kawałek dalej to, co ukazało się naszym oczom, przekraczało wszelkie możliwe normy i granice przyzwoitości i kultury. W niezaznaczonym na mapie, widać nie tak dawno nasadzonym, wąskim pasmie lasku po prawej, ktoś z okolicznej ludności - a może wszyscy? - zrobili sobie wysypisko śmieci. Wnioskując po ich ilościach - bardzo skrupulatnie wykorzystywane, a wnosząc po stopniu ich zniszczenia przez warunki pogodowe - od niedawna. Można szacować, że od momentu wprowadzenia nowej ustawy śmieciowej, bo w przeważającej mierze były to, tak łatwe do posegregowania, plastiki... Coś strasznego.
Przykry widok szybko został za nami, a ja tylko czasem obracałam się za siebie - bo przede mną było wystarczająco przyjemnie. Jak już śmieciowy lasek był daleko w tyle, złe wrażenie z czasem zaczęło się zacierać, a spojrzenie w tył przysparzało tylko kolejnych zachwytów nad bezkresem pól.
Minęliśmy jeszcze niewielkie zadrzewienie śródpolne na szczycie pagórka, które w tamtym roku stanowiło miejsce schadzek okolicznego kwiatu młodzieży polskiej, i chwilę później dotarliśmy wreszcie pod lasek, który z zeszłego roku zapamiętałam jako Kołodziejówkę, a obecna mapa chrzci go "Kłodziejówka". Nie wiem, jak jest poprawnie, kiedyś sprawdzę i nauczę się wreszcie operować poprawnymi zwyczajowymi nazwami okolic. Tak czy inaczej, w poprzednim roku bukowy lasek mnie urzekł, w tym nie zawiódł. Poszliśmy tak, jak wiódł niebieski szlak rowerowy, czyli na lewo, wąwozem Babie Doły.
Przeszliśmy kawałek dnem wąwozu, później, za którąś skałą z kolei, zdecydowaliśmy się wyjść na zalesione zbocze. Zapuściwszy się kawałek w las, mieliśmy okazję zobaczyć dzikiego zająca, a R. upatrzył jeszcze trzy sarny. Nie zazdroszczę mu ich tylko dlatego, że dzień wcześniej sama widziałam trzy sztuki, gdzieś na wysokości północnych krańców Giebułtowa, jak wyleciały z ulicy Niezapominajkowej czy jakiejś, przecięły drogę przede mną i pobiegły na pola, gdzie jeszcze długo odprowadzałam je wzrokiem. W każdym razie, saren w okolicy nie brakuje :)
Las zrobił się w tym miejscu trochę mniej przystępny, generalnie nie chcąc wyminąć Pieskowej, postanowiliśmy wrócić na dno wąwozu, którędy biegł szlak. Chwilę później znaleźliśmy się na dróżce, a po jeszcze chili - niemal pod główną ulicą, tyle że oddzieleni od niej nurtem Prądnika. R. przeszedł po kamieniach, ja, jakieś 50 m dalej, po lekko rozwalonym, acz niemałym mostku.
To już był schyłek naszego wędrowania tego dnia, no - przynajmniej w tym rejonie ;) Doczłapaliśmy niespiesznie pod zamek w Pieskowej i w oczekiwaniu na transport (wracających ze Sułoszowej rodziców chłopaka) zjedliśmy po dwóch grillowanych górskich serkach z żurawiną, po 3zł za sztukę i skosztowaliśmy smalczyku z pomidorami, by potem, już zza szyby samochodu, mieć okazję "zwiedzić" Pieskową i Ojców aż do Złotej Góry, kawałek Woli Kalinowskiej i później świat roztaczający się przy drodze z Olkusza do Krakowa.
W każdym razie, o ile dnia poprzedniego dotarłam niemalże na rosół (bo jeszcze chwilę musiałam poczekać, aż z gruzu i żwiru wysypanego pod potencjalny przydomowy chodnik, znikną rusztowania blokujące przejście - no bo jak to tak, obok, po świeżo zasianej trawie...). Po rozgrzewającej zupie i całym wieczorze dogrzewania się przy rozgrzanej do czerwoności rurze od pokojowej kozy, wciąż byłam domarznięta i taka też, pomimo gorącego prysznica, poszłam spać. Ot, przewiało mnie. Dnia następnego, choć przy bezruchu wciąż było mi zimno, energia we mnie powróciła i wynegocjowałam spacer. Co prawda ja chciałam taki całodzienny, daleko daleko, przez którąś z podkrakowskich dolinek aż pod samo miasto, gdzie by nas zgarnęło MPK - ale na drodze kompromisu wyszedł z tego spacer do Pieskowej Skały. Dobre i to :)
Jazda na rowerze w przeciwną stronę dnia poprzedniego spowodowała, że za nic nie chciałam kolejny raz musieć iść do Pieskowej przez, bądź co bądź urokliwe, ale jednak centrum a nie obrzeża wsi. Udało mi się zatem pokierować nas nieco okrężną drogą, przez południowe pola rozciągnięte za domostwami po prawej stronie drogi. Trasa bardzo urokliwa i nam znana, zatem R. na nią bez większego problemu przystał.
Wytyczony jest tamtędy niebieski szlak rowerowy. Cóż, zarówno na spacery piesze jak i przejażdżki rowerowe trasa jest znakomita - wygodny asfalt wiedzie w stronę wschodnią pomiędzy wzniesieniami pokrytymi siecią podłużnych pól uprawnych. Widoki naprawdę przyjemne dla oka - szkoda, że zamknięte w kadrze zdjęcia tracą na tym, co w nich najlepsze - poczuciu przestronności świata.
Minęliśmy pierwsze na trasie zadrzewienie, ciągnące się przez pola prostopadle do dróg - naszej i głównej, biegnącej przez Sułoszowę. Z pewnością trzeba będzie poświęcić kiedyś chwilę, żeby sobie po tym małym lasku niespiesznie pospacerować, obserwując wiewiórki i inne stworzenia. Jednak kawałek dalej to, co ukazało się naszym oczom, przekraczało wszelkie możliwe normy i granice przyzwoitości i kultury. W niezaznaczonym na mapie, widać nie tak dawno nasadzonym, wąskim pasmie lasku po prawej, ktoś z okolicznej ludności - a może wszyscy? - zrobili sobie wysypisko śmieci. Wnioskując po ich ilościach - bardzo skrupulatnie wykorzystywane, a wnosząc po stopniu ich zniszczenia przez warunki pogodowe - od niedawna. Można szacować, że od momentu wprowadzenia nowej ustawy śmieciowej, bo w przeważającej mierze były to, tak łatwe do posegregowania, plastiki... Coś strasznego.
Przykry widok szybko został za nami, a ja tylko czasem obracałam się za siebie - bo przede mną było wystarczająco przyjemnie. Jak już śmieciowy lasek był daleko w tyle, złe wrażenie z czasem zaczęło się zacierać, a spojrzenie w tył przysparzało tylko kolejnych zachwytów nad bezkresem pól.
Minęliśmy jeszcze niewielkie zadrzewienie śródpolne na szczycie pagórka, które w tamtym roku stanowiło miejsce schadzek okolicznego kwiatu młodzieży polskiej, i chwilę później dotarliśmy wreszcie pod lasek, który z zeszłego roku zapamiętałam jako Kołodziejówkę, a obecna mapa chrzci go "Kłodziejówka". Nie wiem, jak jest poprawnie, kiedyś sprawdzę i nauczę się wreszcie operować poprawnymi zwyczajowymi nazwami okolic. Tak czy inaczej, w poprzednim roku bukowy lasek mnie urzekł, w tym nie zawiódł. Poszliśmy tak, jak wiódł niebieski szlak rowerowy, czyli na lewo, wąwozem Babie Doły.
Przeszliśmy kawałek dnem wąwozu, później, za którąś skałą z kolei, zdecydowaliśmy się wyjść na zalesione zbocze. Zapuściwszy się kawałek w las, mieliśmy okazję zobaczyć dzikiego zająca, a R. upatrzył jeszcze trzy sarny. Nie zazdroszczę mu ich tylko dlatego, że dzień wcześniej sama widziałam trzy sztuki, gdzieś na wysokości północnych krańców Giebułtowa, jak wyleciały z ulicy Niezapominajkowej czy jakiejś, przecięły drogę przede mną i pobiegły na pola, gdzie jeszcze długo odprowadzałam je wzrokiem. W każdym razie, saren w okolicy nie brakuje :)
Las zrobił się w tym miejscu trochę mniej przystępny, generalnie nie chcąc wyminąć Pieskowej, postanowiliśmy wrócić na dno wąwozu, którędy biegł szlak. Chwilę później znaleźliśmy się na dróżce, a po jeszcze chili - niemal pod główną ulicą, tyle że oddzieleni od niej nurtem Prądnika. R. przeszedł po kamieniach, ja, jakieś 50 m dalej, po lekko rozwalonym, acz niemałym mostku.
To już był schyłek naszego wędrowania tego dnia, no - przynajmniej w tym rejonie ;) Doczłapaliśmy niespiesznie pod zamek w Pieskowej i w oczekiwaniu na transport (wracających ze Sułoszowej rodziców chłopaka) zjedliśmy po dwóch grillowanych górskich serkach z żurawiną, po 3zł za sztukę i skosztowaliśmy smalczyku z pomidorami, by potem, już zza szyby samochodu, mieć okazję "zwiedzić" Pieskową i Ojców aż do Złotej Góry, kawałek Woli Kalinowskiej i później świat roztaczający się przy drodze z Olkusza do Krakowa.
Etykiety:
Jura,
krajobraz rolniczy,
Ojcowski Park Narodowy,
Pieskowa Skała,
rodzina,
skały,
spacer,
Sułoszowa,
szlaki turystyczne,
wąwozy,
wieś,
Wyżyna Krakowsko - Wieluńska,
zamek
poniedziałek, 24 marca 2014
Na domowym froncie
Zaangażowanie we wszelkie prace kamieniczne jakby we mnie osłabło nieco. Może dlatego, że wraz z posuwaniem się z robotami do przodu, namnażają się sytuacje potencjalnie sporne. Zaczyna porządnie irytować fakt, że wraz z R. i mamą odwalamy robotę za moje pozostałe dwie siostry i ich życiowych (lub nie) partnerów - i nie doszukuję się tu winy ze strony męskiej (choć, swoją drogą, panowie mogliby tak czasem sami z siebie, z nieprzymuszonej woli ruszyć tyłki i coś pomóc, albo choćby zapytać), raczej mam ogromny żal do Starszej i Młodej, że nie tylko są absolutnie niezaangażowane, ale też nie potrafią docenić ogromu pracy, jaki już został przez naszą trójcę wykonany. Nie może być inaczej, kiedy to dokumentacji zdjęciowej "sprzed i po" brak, a obydwie nie bardzo lubią się brudzić, no i te nieszczęsne pająki czyhające na nie w ciemnościach... A jeszcze Młoda ma "uczulenie" (jakby R. nie miał, ba, jakby nie miał astmy, która jakoś nie powstrzymuje go przed zawziętą pracą w pyle i brudzie), a jeszcze Starsza ma za rok (!) ślub, a w ogóle to one nie mają czasu i tak dalej. Zdarzają się zatem takie absurdalne scenki rodzajowe, jak np. taka, że schodzę z R. do piwnicy robić, Starszyzna w tym czasie wychodzi ze swojego mieszkania, oboje z plecakami, no więc pytam, gdzie to idą, a oni, że na siłownię / ściankę wspinaczkową. No ciśnie się na usta ironiczne zaproszenie do siłowni na dole (swoją drogą nieporównywalnie skuteczniejszej - i darmowej! - bo oto okazuje się, że lepiej znosi mi się do piwnicy z drugiego piętra pierońsko ciężką szafkę samej, niż ze Starszą, bo z nią to jest zatrzymywanie się na każdym schodku i jej odpoczynek [a mebel na mnie wisi], a tak to zniosę sobie ją raz-dwa, i tylko przy zgięciu łokcia mam później wybroczyny, bo żyłka mi pękła)...
Ale dość narzekań, że nie pomagają. Czasem zapominam, że mi wszystko takie robi się lepiej samej (lub z Moim) - z natury jestem po prostu uczulona (tak, ja też mogę, a co!) na bliską rodzinę, choruję na nią i najlepiej jednak, jeśli familia nie wchodzi mi w paradę. Jacy by nie byli, ile by racji nie mieli, to zawsze mają mniejszą niż ja :P Jestem uparta i lubię rządzić (to tylko dwie pozycje z przydługawej listy mych wad), nie znoszę wręcz sytuacji, kiedy coś choć w części nie jest zależne od mojej decyzji, ale też np. ogólnej sytuacji czy decyzji osób trzecich. Nie lubię, gdy ktoś mi wchodzi w paradę - jeszcze kij, jak słusznie, ale akurat moja najbliższa familia składa się z samych bab, babskich pod każdym względem, i mogą sobie one mieć zmysł artystyczny i układać narzędzia ładnie, no ale litości, przecież to trzeba przede wszystkim praktycznie! Wczoraj zatem przypadkiem znalazłyśmy się obie z mamą w nowej narzędziowni - skądinąd już właściwie gotowej i wyposażanej, o czym w międzyczasie nie doniosłam - i omal się tam nie wyzabijałyśmy. Mama, korzystając z mojej nieobecności, poukładała po swojemu, chyba wezmę z niej przykład i zrobię na dniach to samo... Bo uważam, że powinno być poukładane intuicyjnie. Tematycznie. Oświetlenie i elektryka, elektronarzędzia, narzędzia podręczne, materiały i przybory malarskie, materiały budowlane i wykończeniowe, ogród, sanitaria i tak dalej. Mama w teorii też tak uważała, w praktyce jednak w jednym rogu znalazłam umywalkę, na innej szafce zlew, w szafce trzeciej wężyki, podkładki pod umywalkę w ogóle zniknęły, rury, kolanka i te sprawy znalazły się w części w jeszcze innym zakątku, częściowo w ogóle zostały nie rozlokowane, znowuż własną lokalizację zyskało efektowne pudło ze wszystkim, zajmując miejsce materiałom budowlanym, które pozostały na środku, bo ciężkie i nie wiadomo, co i jak. W szafce malarskiej znajduje się tysiąc emalii, lakierów i bejc, z których część przejrzałam i wiem, że są dobre, jakieś tam resztkówki pomieszałam w jeden kolor, ale pozostała część, zniesiona przez mamę, może okazać się nawet nieprzydatną do użycia, przeterminowaną i zepsutą, bo ona na to nie patrzyła. Bój stoczył się również o deszczułki (!!!), no po prostu nie rozumiem, czemu musiały wylądować na szafkach z rzeczami elektrycznymi, zamiast gdziekolwiek indziej... Słabo mi się zrobiło na widok schowanych w szafkę zardzewiałych gwoździ w zardzewiałej puszce - po co w takim razie przygotowana przeze mnie puszka z przesegregowanymi, niezniszczonymi śrubkami i gwózdkami wszelkiej maści stojąca gdzie indziej, po co? Czy ktoś "z zewnątrz" (niech będzie choćby Starsza czy tam jej narzeczony, w końcu narzędziownia jest wspólna i mogą kiedyś czegoś potrzebować) ma się domyślić, że w tej oto szafce na tej a tej półce znajdzie gwoździe - schowane za tymi pieprzonymi wężykami?? I tak ze wszystkim. Kiedy już do reszty wyszłam z siebie, uspokoiłam się, poprzekładałam część rzeczy, resztę tymczasowo olałam, trochę z mamą popodpisywałyśmy tych szuflad i szafek, odpaliłam znalezioną lampę naftową, z satysfakcją stwierdziłam, że przyjemny widok, zgasiłam i wyszłam. Już nie z siebie, z piwnicy. Nie wiem, po co się tak tym wszystkim emocjonuję, czemu sobie pozwalam na tyle nerwów. Nie warto... Chociaż, zważywszy na fakt, że graciarnia w pustostanie, który teraz właśnie opróżniamy z R. na potrzeby własne (chcemy 2 pomieszczenia dołączyć do naszej "dziewiątki", to jest niby osobne mieszkanko, ale bez kuchni i łazienki, tylko dwa pokoje, a po dołączeniu ich będziemy mieli fajny metraż i układ - kiedyś), powstała właśnie przy dużym udziale mamy, która tak a nie inaczej zagospodarowała tę przestrzeń, że niby z głową wszystko układając i segregując - a wyszła z tego jedna wielka kicha, jak to z graciarniami bywa. Nie chcę, by miejsce, przy przywracaniu do użytku którego spędziłam ostatnio tyle czasu, stało się taką kolejną graciarnią, w której kiedyś ze zdumieniem ktoś odkryje istnienie wyrzynarki, dwóch maszyn do cięcia płytek, specjalnego urządzenia do docinania pod kątem, kątowego imadła, dwudziestu młotów i młotków, dwa razy więcej pozostałych narzędzi "ciężkich", dwóch palników gazowych, końcówek do boscha, którego nie mamy, mnóstwa kabli, przedłużaczy i gwintów na żarówki, kilkanaście złodziejek i tak dalej...
A swoją drogą, w graciarni na górze znalazłam też segregator z naszymi (dziecięcymi) pracami rysunkowymi i malarskimi. Moja wersja "tatusia" i rodzina słoników, namalowane kolejno w wieku 2 latek i 9 miesięcy i 3 lat, rozwaliły mnie dokumentnie :D I dzieł nieco późniejszych, z okresu 4-5 lat, skądinąd nie ustępujących poziomowi artyzmu i zaawansowania tym obecnym, najwybitniejszym dziełom chłopaka ;)
Ale dość narzekań, że nie pomagają. Czasem zapominam, że mi wszystko takie robi się lepiej samej (lub z Moim) - z natury jestem po prostu uczulona (tak, ja też mogę, a co!) na bliską rodzinę, choruję na nią i najlepiej jednak, jeśli familia nie wchodzi mi w paradę. Jacy by nie byli, ile by racji nie mieli, to zawsze mają mniejszą niż ja :P Jestem uparta i lubię rządzić (to tylko dwie pozycje z przydługawej listy mych wad), nie znoszę wręcz sytuacji, kiedy coś choć w części nie jest zależne od mojej decyzji, ale też np. ogólnej sytuacji czy decyzji osób trzecich. Nie lubię, gdy ktoś mi wchodzi w paradę - jeszcze kij, jak słusznie, ale akurat moja najbliższa familia składa się z samych bab, babskich pod każdym względem, i mogą sobie one mieć zmysł artystyczny i układać narzędzia ładnie, no ale litości, przecież to trzeba przede wszystkim praktycznie! Wczoraj zatem przypadkiem znalazłyśmy się obie z mamą w nowej narzędziowni - skądinąd już właściwie gotowej i wyposażanej, o czym w międzyczasie nie doniosłam - i omal się tam nie wyzabijałyśmy. Mama, korzystając z mojej nieobecności, poukładała po swojemu, chyba wezmę z niej przykład i zrobię na dniach to samo... Bo uważam, że powinno być poukładane intuicyjnie. Tematycznie. Oświetlenie i elektryka, elektronarzędzia, narzędzia podręczne, materiały i przybory malarskie, materiały budowlane i wykończeniowe, ogród, sanitaria i tak dalej. Mama w teorii też tak uważała, w praktyce jednak w jednym rogu znalazłam umywalkę, na innej szafce zlew, w szafce trzeciej wężyki, podkładki pod umywalkę w ogóle zniknęły, rury, kolanka i te sprawy znalazły się w części w jeszcze innym zakątku, częściowo w ogóle zostały nie rozlokowane, znowuż własną lokalizację zyskało efektowne pudło ze wszystkim, zajmując miejsce materiałom budowlanym, które pozostały na środku, bo ciężkie i nie wiadomo, co i jak. W szafce malarskiej znajduje się tysiąc emalii, lakierów i bejc, z których część przejrzałam i wiem, że są dobre, jakieś tam resztkówki pomieszałam w jeden kolor, ale pozostała część, zniesiona przez mamę, może okazać się nawet nieprzydatną do użycia, przeterminowaną i zepsutą, bo ona na to nie patrzyła. Bój stoczył się również o deszczułki (!!!), no po prostu nie rozumiem, czemu musiały wylądować na szafkach z rzeczami elektrycznymi, zamiast gdziekolwiek indziej... Słabo mi się zrobiło na widok schowanych w szafkę zardzewiałych gwoździ w zardzewiałej puszce - po co w takim razie przygotowana przeze mnie puszka z przesegregowanymi, niezniszczonymi śrubkami i gwózdkami wszelkiej maści stojąca gdzie indziej, po co? Czy ktoś "z zewnątrz" (niech będzie choćby Starsza czy tam jej narzeczony, w końcu narzędziownia jest wspólna i mogą kiedyś czegoś potrzebować) ma się domyślić, że w tej oto szafce na tej a tej półce znajdzie gwoździe - schowane za tymi pieprzonymi wężykami?? I tak ze wszystkim. Kiedy już do reszty wyszłam z siebie, uspokoiłam się, poprzekładałam część rzeczy, resztę tymczasowo olałam, trochę z mamą popodpisywałyśmy tych szuflad i szafek, odpaliłam znalezioną lampę naftową, z satysfakcją stwierdziłam, że przyjemny widok, zgasiłam i wyszłam. Już nie z siebie, z piwnicy. Nie wiem, po co się tak tym wszystkim emocjonuję, czemu sobie pozwalam na tyle nerwów. Nie warto... Chociaż, zważywszy na fakt, że graciarnia w pustostanie, który teraz właśnie opróżniamy z R. na potrzeby własne (chcemy 2 pomieszczenia dołączyć do naszej "dziewiątki", to jest niby osobne mieszkanko, ale bez kuchni i łazienki, tylko dwa pokoje, a po dołączeniu ich będziemy mieli fajny metraż i układ - kiedyś), powstała właśnie przy dużym udziale mamy, która tak a nie inaczej zagospodarowała tę przestrzeń, że niby z głową wszystko układając i segregując - a wyszła z tego jedna wielka kicha, jak to z graciarniami bywa. Nie chcę, by miejsce, przy przywracaniu do użytku którego spędziłam ostatnio tyle czasu, stało się taką kolejną graciarnią, w której kiedyś ze zdumieniem ktoś odkryje istnienie wyrzynarki, dwóch maszyn do cięcia płytek, specjalnego urządzenia do docinania pod kątem, kątowego imadła, dwudziestu młotów i młotków, dwa razy więcej pozostałych narzędzi "ciężkich", dwóch palników gazowych, końcówek do boscha, którego nie mamy, mnóstwa kabli, przedłużaczy i gwintów na żarówki, kilkanaście złodziejek i tak dalej...
A swoją drogą, w graciarni na górze znalazłam też segregator z naszymi (dziecięcymi) pracami rysunkowymi i malarskimi. Moja wersja "tatusia" i rodzina słoników, namalowane kolejno w wieku 2 latek i 9 miesięcy i 3 lat, rozwaliły mnie dokumentnie :D I dzieł nieco późniejszych, z okresu 4-5 lat, skądinąd nie ustępujących poziomowi artyzmu i zaawansowania tym obecnym, najwybitniejszym dziełom chłopaka ;)
wtorek, 24 grudnia 2013
wigilie
Dziwny to dla mnie czas. Dziwny, bo jakoś tak zbyt wieloma problemami i rozterkami nieważkimi zamykam Stary Rok, ale też dziwny w ogóle, patrząc z perspektywy lat wielu - właściwie parunastu z niewielu więcej, jakie jestem na świecie. Święta Bożego Narodzenia z wczesnego dzieciństwa wspominam zasadniczo dobrze, choć słabo. Była radość i beztroska, odwiedziny rodziny i nasza jazda do domu rodzinnego mamy, tam cukierki i dom niczym labirynt w oczach dziecka, powrót z kartonem soku truskawkowego w słoikach, który to lądował na krótko do brązowej szafki w naszej ciasnej kuchni, bo był przez nas uwielbiany... Sama wigilia to wyglądanie za pierwszą gwiazdką, znajdowanie prezentów pod choinką - no, raz były prosto od Mikołaja, ale ten został zdemaskowany, kiedy to siostra pociągnęła za brodę osadzoną na gumce.W sumie to tak te wszystkie święta mniej więcej wspominam, choć przecież nie były one wcale takie kolorowe - chyba którejś wigilii właśnie mama z nami uciekła. Spakowała najpotrzebniejsze ubranka do reklamówek i pospiesznie, cichcem, opuściła z nami na zawsze mieszkanie i tatę.
Jeśli miało to nim wstrząsnąć, to wstrząsnęło, ale pozytywnego skutku nie przyniosło. Stoczył się całkiem, ale to zupełnie odrębna historia... W ogóle kawał mojego życia to jakieś skrajnie niepowiązane okresy i zdarzenia, wiele zdarzeń, w przeważającej mierze złych. W końcu to te pierwsze wigilie, spędzane w rodzinnym domu, w ciasnym mieszkaniu w naszym małym gronie, wspominam dobrze. Później było już tylko gorzej. Przez kolejne 8, może 9 lat każde święta, jak z resztą i pozostały czas tamtego okresu życia, przeżyłam w rodzinnym domu mojej mamy, u dziadków, gdzie się zaczepiłyśmy. Pierwszych, drugich, zasadniczo nie pamiętam. Z tych późniejszych miewam już przebłyski, choć nie wiem, co było kiedy, trudno to wszystko odtworzyć chronologicznie - w sumie zawsze było podobnie. Wielkie, rodzinne świętowanie na dwadzieścia kilka osób, dość smaczne jedzenie, miła atmosfera - i tylko z każdym rokiem coraz trudniej przychodziło mi znosić życzenia. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, przy stole, podczas dzielenia się opłatkiem, każdy z każdym musiał złożyć sobie życzenia. Nienawidziłam tego. Z początku dlatego, że mnóstwo wujków i ciotek pochodziło, bredziło coś o szóstkach i obcałowywało. Nie czułam z nimi więzi, bliskości takiej, bym swobodnie się przy nich wszystkich czuła. Ale to okazało się problemem żadnym w stosunku do nowego, narastającego z każdym rokiem - mojego zwątpienia, potem odejścia od wiary i wreszcie poczucia się stuprocentowym ateistą. Z tym faktem nie mógł się pogodzić nikt z mojej licznej, katolickiej rodziny, szczególnie babcia. Jej nigdy nie wybaczę tego, jak mnie psychicznie zmasakrowała... Do dziś nie mogę się z tego wszystkiego wygrzebać, momentami pewne rzeczy wypływają w najdziwniejszych sytuacjach... No ale nic. W każdym razie którejś wigilii posłyszałam serię życzeń w stylu "żebyś zmądrzała", "żebyś pogodziła się z babcią", "żebyś przejrzała na oczy". Od tej pory poczułam, że to już nie jest zupełnie mój świat. Stałam się obca tej społeczności. Byłam czarną owcą rodziny. Musiałam jeszcze znieść kilka takich wigilii, coraz częściej z "ucieczkami" do toalety podczas składania życzeń, wreszcie w ogóle wycofywania się z imprezy. Tylko że zawsze było wysyłanie do mnie delegacji, to proszącej, to grożącej. Pretensje i utwierdzanie w poczuciu wyobcowania. To były moje święta.
Nie pamiętam, czy pojawiłam się na ostatniej rodzinnej wigilii przed przeprowadzką. Przeprowadziłyśmy się bowiem wreszcie na swoje - do mojego rodzinnego domu, tylko innego mieszkania; tata nasze poprzednie doprowadził do ruiny i teraz stało zamknięte, zawalone nazbieranymi po śmietnikach gratami, meblami i śmieciami. Decyzja o remoncie innego mieszkania zapadła jeszcze kiedy był na miejscu, ale jego losy tak się potoczyły, że trafił pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego, a potem - do domu pomocy społecznej. Nie wyszedł już stamtąd nigdy, przebywa tam wbrew swojej woli. Od tego czasu minęło już jednak dobre parę lat i wszystko się zmieniło... Nasze święta od tamtego czasu wyglądają dziwnie. Wszystkie jesteśmy skażone, każda z nas nosi uraz i już nigdy nie będzie tych świąt kojarzyć z okresem beztroski, miłości i rodzinnego ciepła. Jednak jakiś sentyment pozostał; człowiek bez tradycji, bez odprawiania swoich małych, głupich rytuałów zatraca w ogóle rytm trwania... Każda z nas zatem, co roku, mniej lub bardziej stara się, by ten okres jakkolwiek się wyróżniał. Odkąd mieszkamy na swoim, nasze wigilie wyglądają podobnie pod względem przygotowań - tylko co roku inna z nas ma jakiś taki świąteczny zryw i potrzebę zrobienia tego "po bożemu", żeby choć trochę odtworzyć nastrój, jaki powinien w naszym przekonaniu podczas tych świąt panować. To ja się naprodukuję i napiekę/nagotuję/nawymyślam prezentów, to znowuż któraś inna - a ja w tym czasie akurat mam doła, syczę dookoła i obwieszczam, że w danym roku nie świętuję. Jakoś tak nie możemy się zgrać. Także to jest jakaś jedna stała, która powoli staje się naszą rodzinną tradycją... Druga to głupawka, która włącza się nam, czyli mnie i siostrom K., które, mimo wielu różnic, wdałyśmy się jednak w rodzinę taty i nadajemy na tych samych falach. Mama, iście B., pozostaje rozdarta pomiędzy to, co jej wpajano i jak ją wychowano, a swoje córki, wszystkie tak inne od niej samej... Stoi jedną nogą tu, drugą w przeszłości. Jakoś się jednak w tym wszystkim godzimy, a przynajmniej nie zabijamy. Z tradycji świątecznych kultywujemy również barszcz z uszkami, sałatkę jarzynową, plus wszystkie inne "nadprogramowe" specjały, zmienne co roku. Pojawia się też moment odnajdywania podarków pod choinką; zawsze coś się pojawia, symbolicznie i skromnie, bo pieniędzy zawsze brakuje. W tym roku o dziwo nie dostałam skarpetek (nie licząc tych od Rodzyna w Bukownie :P). A pozostając już w temacie prezentów - jak prezenty, to i choinka. Siedzę teraz przed wstrętnym, plastikowym straszakiem naubieranym przez młodszą siostrę... Lampeczki i tak nadają klimat, choćby nie wiem jak brzydkie to drzewko było. Ja regularnie od chyba trzech lat dostawałam żywe drzewko od chłopaka, który bardzo chce, bym poczuła ducha świąt. Co roku większe i piękniejsze, do tego często jakieś choinkowe ozdoby. W tym roku się zbuntowałam i poprosiłam, by mnie choinką nie obdarowywał... Nie chciałam świąt. Właśnie w tym roku mam do nich awers i nic na to nie poradzę. Zbyt marnie kończę ten rok, by się cieszyć i świętować. Nie mam na to nawet nie tyle ochoty, co siły... Chociaż i tak zostałam w niecny sposób wciągnięta w świąteczne zajęcia, nie było jak się wybronić. Ale o tym później.
Wspominałam o pewnych świątecznych "stałych", a nie powiedziałam, co się zmienia, co co roku ewoluuje. Mam tu na myśli spędzanie świąt z tatą. Tak, dopóki mieszkałyśmy w L., święta odbywały się zupełnie bez niego. Raz chyba przyjechał pijaniutki o dwunastej w nocy taksówką i kwilił, dopóki go mama tą samą taksówką nie odesłała do jego mieszkania... To, co się z nim podziało przez te kilka lat, to nie sposób opisać. Mam z resztą te wszystkie obrazy w pamięci, nigdy tego wszystkiego nie zapomnę... I tych dobrych, i tych złych. Tych drugich z czasem było coraz więcej. Wiem, że jak byłam dzieckiem to było ich tyle samo, tylko że byłam mała i to wszystko widziałam po dziecięcemu - że tak ma być i tak jest dobrze. Z resztą, tata nas bardzo kochał i gdy nie pił, był rewelacyjnym ojcem. Gdy przychodził pijany, był tylko złym mężem. Przykry to był dla mnie widok, patrzeć, jak się stacza coraz bardziej przez te wszystkie lata... Miał okres, że się starał. Przyjeżdżał do nas regularnie, przywoził prezenty. Czasem to myśmy do niego jeździły, nocowały. Sprzątały. Podglądały, jak sączy piwo przy biurku i złorzeczy na mamę i jej rodzinę pod nosem. Od dawna mówił do siebie, od dawna miał urojenia. Nakręcał się coraz bardziej, we wszystkich widział wrogów. Pisał listy otwarte do mieszkańców L., w których mieszał mamę z błotem. Pisał do proboszcza, do szkoły. Walczył o nas w sądzie, odwoływał się. Tak. Był okres, że o nas walczył, tracąc nas coraz bardziej - robiąc nam tak wielki obciach spowodował, że zaczęłyśmy się go wstydzić. On podupadał coraz bardziej a my coraz mniej za nim tęskniłyśmy. Nie trzeba nam było w życiu ojca. Tylko kiedy babcia wściekła wołała "pojedziecie sobie do tatusia", odzywał się cichutki głosik w głowie - "a proszę bardzo, u niego na pewno byłoby lepiej niż tu". Ale nigdy sobie nie pojechałyśmy. No, nie licząc faktu, że mama przez wzgląd na mnie i moje fatalne relacje z babcią podjęła jeszcze raz wielką walkę w życiu - remont mieszkania, własna firma (do tej pory pracowała całymi dniami i czasem nocami, by nas utrzymać), znoszenie serii upokorzeń ze strony pijanego byłego męża. Przeprowadziłyśmy się w końcu. I tak zaczęły się te nasze nowe święta i nowe życie.
Dziwne życie. Pokręcone, pogmatwane i pełne absurdu i paradoksów. Kobieta, która zaznała tyle cierpienia ze strony ojca swoich dzieci, jeszcze przed przeprowadzką organizowała nam wspólne spotkania wigilijne z tatą, na neutralnym gruncie, choć oczywiście bez paru bluzg się nie obeszło. A potem... A potem kolejne wigilie, coraz częściej z tatą, który leczony w DPSie i równocześnie z postępującą demencją starczą łagodnieje na stare lata. Z największego wroga dostrzegł w mamie w pewnym momencie sprzymierzeńca, a wręcz wybawiciela. Walki sądowe o wspólny majątek zmieniły się w chęć przepisania całego majątku na nas lub na nią. Tata stał się ugodowy, prorodzinny. Niepijący, stary i schorowany. Od paru lat znów spędzamy wspólnie wigilię... Z dwugodzinnych przepustek zmieniła się ona w jego pobyty u nas z noclegami. W ogóle to wszystko pokręcone. Oto walczymy teraz w sądzie o wypuszczenie go z DPSu, żeby się nim zająć na stare lata... Ma przygotowane małe mieszkanko. Jest już mało sprawny, trzeba się nim zajmować. Zadbać o posiłki, o toaletę, o jego codzienne funkcjonowanie, o zażywanie leków, o wyjechanie z nim na wózku na spacer. Można polemizować, czy to wszystko jest racjonalne, czy to wszystko tak powinno wyglądać - ale ja w tym widzę sens i mam swoje motywy takiego a nie innego postępowania. Nie robię tego z poczucia obowiązku czy jeszcze gorzej, poczucia winy. Na szczęście rozumiem siebie i wiem, po co to wszystko... Tylko czasem nie mam siły.
W tym roku będzie bigos. Tacie się marzy, swego czasu robił świetne bigosy. Coś podziałamy.
Wspomniałam jeszcze o "wkopaniu" mnie w świąteczną atmosferę. Nie mam na to wszystko czasu, nie teraz, nie przed egzaminami, przed szukaniem pracy, przed dwoma procesami sądowymi, walką o odzyskanie mieszkania, zakładaniem firmy, dwoma wielkimi remontami, pomiędzy problemami rodzinnymi i osobistymi... Obiecałam sobie, że swój Nowy Rok będę świętować po egzaminie, w drugiej połowie stycznia. Tak jak chcę, bez narzuconych ograniczeń, pomysłów, zasad. A świąt nie chciałam wcale. Myślenie o prezentach w takim momencie - to dla mnie jakaś totalna abstrakcja. No ale cóż, musiałam się pojawić w domu rodzinnym chłopaka, bo obiecałam, że się zjawię. I zostałam tradycyjnie już obdarowana: domowego wyrobu pasztetowa, kiełbasa, szynka, boczek, ser biały na sernik, jajka, grzyby suszone, kapusta kiszona na bigos... Wróciłam z dwoma siatami świątecznego jadła. I opłatkiem, i życzeniami świątecznymi. Sama zawiozłam, tak jak zwykle, trochę rożków orzechowych i pierniczki wycinane nożem, każdy inny i niepowtarzalny - tym razem tym bardziej, że stworzone z pomocą mory :D W każdym razie, choć od choinki się wymigałam, to od samego świętowania jako takiego już nie bardzo. Czuję się wobec tego faktu bezsilna, ale nie zła - to raczej coś pomiędzy znużeniem a wzruszeniem. Bo tak naprawdę to właśnie o takich świętach, jak to mają w domu chłopaka, marzę od zawsze: rodzinnie, świątecznie, beztrosko, przede wszystkim zaś życzliwie. U nich mogę nie lubić śledzi, być niewierzącą (no - w pewnym zakresie, po prostu nikt mi się w to nie wpiernicza), mogę mieć ojca alkoholika, mogę lubić jeść, mieć chorą wątrobę... Mogę czuć się jak u siebie. Tylko że ja tam zawsze będę w gościach. Tak mnie już to życie ukształtowało.
Jeśli miało to nim wstrząsnąć, to wstrząsnęło, ale pozytywnego skutku nie przyniosło. Stoczył się całkiem, ale to zupełnie odrębna historia... W ogóle kawał mojego życia to jakieś skrajnie niepowiązane okresy i zdarzenia, wiele zdarzeń, w przeważającej mierze złych. W końcu to te pierwsze wigilie, spędzane w rodzinnym domu, w ciasnym mieszkaniu w naszym małym gronie, wspominam dobrze. Później było już tylko gorzej. Przez kolejne 8, może 9 lat każde święta, jak z resztą i pozostały czas tamtego okresu życia, przeżyłam w rodzinnym domu mojej mamy, u dziadków, gdzie się zaczepiłyśmy. Pierwszych, drugich, zasadniczo nie pamiętam. Z tych późniejszych miewam już przebłyski, choć nie wiem, co było kiedy, trudno to wszystko odtworzyć chronologicznie - w sumie zawsze było podobnie. Wielkie, rodzinne świętowanie na dwadzieścia kilka osób, dość smaczne jedzenie, miła atmosfera - i tylko z każdym rokiem coraz trudniej przychodziło mi znosić życzenia. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, przy stole, podczas dzielenia się opłatkiem, każdy z każdym musiał złożyć sobie życzenia. Nienawidziłam tego. Z początku dlatego, że mnóstwo wujków i ciotek pochodziło, bredziło coś o szóstkach i obcałowywało. Nie czułam z nimi więzi, bliskości takiej, bym swobodnie się przy nich wszystkich czuła. Ale to okazało się problemem żadnym w stosunku do nowego, narastającego z każdym rokiem - mojego zwątpienia, potem odejścia od wiary i wreszcie poczucia się stuprocentowym ateistą. Z tym faktem nie mógł się pogodzić nikt z mojej licznej, katolickiej rodziny, szczególnie babcia. Jej nigdy nie wybaczę tego, jak mnie psychicznie zmasakrowała... Do dziś nie mogę się z tego wszystkiego wygrzebać, momentami pewne rzeczy wypływają w najdziwniejszych sytuacjach... No ale nic. W każdym razie którejś wigilii posłyszałam serię życzeń w stylu "żebyś zmądrzała", "żebyś pogodziła się z babcią", "żebyś przejrzała na oczy". Od tej pory poczułam, że to już nie jest zupełnie mój świat. Stałam się obca tej społeczności. Byłam czarną owcą rodziny. Musiałam jeszcze znieść kilka takich wigilii, coraz częściej z "ucieczkami" do toalety podczas składania życzeń, wreszcie w ogóle wycofywania się z imprezy. Tylko że zawsze było wysyłanie do mnie delegacji, to proszącej, to grożącej. Pretensje i utwierdzanie w poczuciu wyobcowania. To były moje święta.
Nie pamiętam, czy pojawiłam się na ostatniej rodzinnej wigilii przed przeprowadzką. Przeprowadziłyśmy się bowiem wreszcie na swoje - do mojego rodzinnego domu, tylko innego mieszkania; tata nasze poprzednie doprowadził do ruiny i teraz stało zamknięte, zawalone nazbieranymi po śmietnikach gratami, meblami i śmieciami. Decyzja o remoncie innego mieszkania zapadła jeszcze kiedy był na miejscu, ale jego losy tak się potoczyły, że trafił pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego, a potem - do domu pomocy społecznej. Nie wyszedł już stamtąd nigdy, przebywa tam wbrew swojej woli. Od tego czasu minęło już jednak dobre parę lat i wszystko się zmieniło... Nasze święta od tamtego czasu wyglądają dziwnie. Wszystkie jesteśmy skażone, każda z nas nosi uraz i już nigdy nie będzie tych świąt kojarzyć z okresem beztroski, miłości i rodzinnego ciepła. Jednak jakiś sentyment pozostał; człowiek bez tradycji, bez odprawiania swoich małych, głupich rytuałów zatraca w ogóle rytm trwania... Każda z nas zatem, co roku, mniej lub bardziej stara się, by ten okres jakkolwiek się wyróżniał. Odkąd mieszkamy na swoim, nasze wigilie wyglądają podobnie pod względem przygotowań - tylko co roku inna z nas ma jakiś taki świąteczny zryw i potrzebę zrobienia tego "po bożemu", żeby choć trochę odtworzyć nastrój, jaki powinien w naszym przekonaniu podczas tych świąt panować. To ja się naprodukuję i napiekę/nagotuję/nawymyślam prezentów, to znowuż któraś inna - a ja w tym czasie akurat mam doła, syczę dookoła i obwieszczam, że w danym roku nie świętuję. Jakoś tak nie możemy się zgrać. Także to jest jakaś jedna stała, która powoli staje się naszą rodzinną tradycją... Druga to głupawka, która włącza się nam, czyli mnie i siostrom K., które, mimo wielu różnic, wdałyśmy się jednak w rodzinę taty i nadajemy na tych samych falach. Mama, iście B., pozostaje rozdarta pomiędzy to, co jej wpajano i jak ją wychowano, a swoje córki, wszystkie tak inne od niej samej... Stoi jedną nogą tu, drugą w przeszłości. Jakoś się jednak w tym wszystkim godzimy, a przynajmniej nie zabijamy. Z tradycji świątecznych kultywujemy również barszcz z uszkami, sałatkę jarzynową, plus wszystkie inne "nadprogramowe" specjały, zmienne co roku. Pojawia się też moment odnajdywania podarków pod choinką; zawsze coś się pojawia, symbolicznie i skromnie, bo pieniędzy zawsze brakuje. W tym roku o dziwo nie dostałam skarpetek (nie licząc tych od Rodzyna w Bukownie :P). A pozostając już w temacie prezentów - jak prezenty, to i choinka. Siedzę teraz przed wstrętnym, plastikowym straszakiem naubieranym przez młodszą siostrę... Lampeczki i tak nadają klimat, choćby nie wiem jak brzydkie to drzewko było. Ja regularnie od chyba trzech lat dostawałam żywe drzewko od chłopaka, który bardzo chce, bym poczuła ducha świąt. Co roku większe i piękniejsze, do tego często jakieś choinkowe ozdoby. W tym roku się zbuntowałam i poprosiłam, by mnie choinką nie obdarowywał... Nie chciałam świąt. Właśnie w tym roku mam do nich awers i nic na to nie poradzę. Zbyt marnie kończę ten rok, by się cieszyć i świętować. Nie mam na to nawet nie tyle ochoty, co siły... Chociaż i tak zostałam w niecny sposób wciągnięta w świąteczne zajęcia, nie było jak się wybronić. Ale o tym później.
Wspominałam o pewnych świątecznych "stałych", a nie powiedziałam, co się zmienia, co co roku ewoluuje. Mam tu na myśli spędzanie świąt z tatą. Tak, dopóki mieszkałyśmy w L., święta odbywały się zupełnie bez niego. Raz chyba przyjechał pijaniutki o dwunastej w nocy taksówką i kwilił, dopóki go mama tą samą taksówką nie odesłała do jego mieszkania... To, co się z nim podziało przez te kilka lat, to nie sposób opisać. Mam z resztą te wszystkie obrazy w pamięci, nigdy tego wszystkiego nie zapomnę... I tych dobrych, i tych złych. Tych drugich z czasem było coraz więcej. Wiem, że jak byłam dzieckiem to było ich tyle samo, tylko że byłam mała i to wszystko widziałam po dziecięcemu - że tak ma być i tak jest dobrze. Z resztą, tata nas bardzo kochał i gdy nie pił, był rewelacyjnym ojcem. Gdy przychodził pijany, był tylko złym mężem. Przykry to był dla mnie widok, patrzeć, jak się stacza coraz bardziej przez te wszystkie lata... Miał okres, że się starał. Przyjeżdżał do nas regularnie, przywoził prezenty. Czasem to myśmy do niego jeździły, nocowały. Sprzątały. Podglądały, jak sączy piwo przy biurku i złorzeczy na mamę i jej rodzinę pod nosem. Od dawna mówił do siebie, od dawna miał urojenia. Nakręcał się coraz bardziej, we wszystkich widział wrogów. Pisał listy otwarte do mieszkańców L., w których mieszał mamę z błotem. Pisał do proboszcza, do szkoły. Walczył o nas w sądzie, odwoływał się. Tak. Był okres, że o nas walczył, tracąc nas coraz bardziej - robiąc nam tak wielki obciach spowodował, że zaczęłyśmy się go wstydzić. On podupadał coraz bardziej a my coraz mniej za nim tęskniłyśmy. Nie trzeba nam było w życiu ojca. Tylko kiedy babcia wściekła wołała "pojedziecie sobie do tatusia", odzywał się cichutki głosik w głowie - "a proszę bardzo, u niego na pewno byłoby lepiej niż tu". Ale nigdy sobie nie pojechałyśmy. No, nie licząc faktu, że mama przez wzgląd na mnie i moje fatalne relacje z babcią podjęła jeszcze raz wielką walkę w życiu - remont mieszkania, własna firma (do tej pory pracowała całymi dniami i czasem nocami, by nas utrzymać), znoszenie serii upokorzeń ze strony pijanego byłego męża. Przeprowadziłyśmy się w końcu. I tak zaczęły się te nasze nowe święta i nowe życie.
Dziwne życie. Pokręcone, pogmatwane i pełne absurdu i paradoksów. Kobieta, która zaznała tyle cierpienia ze strony ojca swoich dzieci, jeszcze przed przeprowadzką organizowała nam wspólne spotkania wigilijne z tatą, na neutralnym gruncie, choć oczywiście bez paru bluzg się nie obeszło. A potem... A potem kolejne wigilie, coraz częściej z tatą, który leczony w DPSie i równocześnie z postępującą demencją starczą łagodnieje na stare lata. Z największego wroga dostrzegł w mamie w pewnym momencie sprzymierzeńca, a wręcz wybawiciela. Walki sądowe o wspólny majątek zmieniły się w chęć przepisania całego majątku na nas lub na nią. Tata stał się ugodowy, prorodzinny. Niepijący, stary i schorowany. Od paru lat znów spędzamy wspólnie wigilię... Z dwugodzinnych przepustek zmieniła się ona w jego pobyty u nas z noclegami. W ogóle to wszystko pokręcone. Oto walczymy teraz w sądzie o wypuszczenie go z DPSu, żeby się nim zająć na stare lata... Ma przygotowane małe mieszkanko. Jest już mało sprawny, trzeba się nim zajmować. Zadbać o posiłki, o toaletę, o jego codzienne funkcjonowanie, o zażywanie leków, o wyjechanie z nim na wózku na spacer. Można polemizować, czy to wszystko jest racjonalne, czy to wszystko tak powinno wyglądać - ale ja w tym widzę sens i mam swoje motywy takiego a nie innego postępowania. Nie robię tego z poczucia obowiązku czy jeszcze gorzej, poczucia winy. Na szczęście rozumiem siebie i wiem, po co to wszystko... Tylko czasem nie mam siły.
W tym roku będzie bigos. Tacie się marzy, swego czasu robił świetne bigosy. Coś podziałamy.
Wspomniałam jeszcze o "wkopaniu" mnie w świąteczną atmosferę. Nie mam na to wszystko czasu, nie teraz, nie przed egzaminami, przed szukaniem pracy, przed dwoma procesami sądowymi, walką o odzyskanie mieszkania, zakładaniem firmy, dwoma wielkimi remontami, pomiędzy problemami rodzinnymi i osobistymi... Obiecałam sobie, że swój Nowy Rok będę świętować po egzaminie, w drugiej połowie stycznia. Tak jak chcę, bez narzuconych ograniczeń, pomysłów, zasad. A świąt nie chciałam wcale. Myślenie o prezentach w takim momencie - to dla mnie jakaś totalna abstrakcja. No ale cóż, musiałam się pojawić w domu rodzinnym chłopaka, bo obiecałam, że się zjawię. I zostałam tradycyjnie już obdarowana: domowego wyrobu pasztetowa, kiełbasa, szynka, boczek, ser biały na sernik, jajka, grzyby suszone, kapusta kiszona na bigos... Wróciłam z dwoma siatami świątecznego jadła. I opłatkiem, i życzeniami świątecznymi. Sama zawiozłam, tak jak zwykle, trochę rożków orzechowych i pierniczki wycinane nożem, każdy inny i niepowtarzalny - tym razem tym bardziej, że stworzone z pomocą mory :D W każdym razie, choć od choinki się wymigałam, to od samego świętowania jako takiego już nie bardzo. Czuję się wobec tego faktu bezsilna, ale nie zła - to raczej coś pomiędzy znużeniem a wzruszeniem. Bo tak naprawdę to właśnie o takich świętach, jak to mają w domu chłopaka, marzę od zawsze: rodzinnie, świątecznie, beztrosko, przede wszystkim zaś życzliwie. U nich mogę nie lubić śledzi, być niewierzącą (no - w pewnym zakresie, po prostu nikt mi się w to nie wpiernicza), mogę mieć ojca alkoholika, mogę lubić jeść, mieć chorą wątrobę... Mogę czuć się jak u siebie. Tylko że ja tam zawsze będę w gościach. Tak mnie już to życie ukształtowało.
czwartek, 12 grudnia 2013
Smakowanie marzeń
Byłam wczoraj w domu rodzinnym mojego faceta. Wspominałam już tu zapewne kiedyś, jak bardzo lubię tę rodzinę, jako całokształt i każdego z osobna - babcię, rodziców, rodzeństwo wraz z ich partnerami (dziewczyną brata i facetem siostry ;)), sześć lat starszego od nas "wujka"... Ci ludzie mają różne temperamenty, tak wady jak i zalety, każdy jest charakterystyczny i niepowtarzalny, choć mają pewne cechy wspólne - przede wszystkim jednak stanowią prawdziwą rodzinę. Zazdroszczę im tego po cichu i chciałabym kiedyś wspólnie z R. coś takiego stworzyć... Tylko on widzi to trochę inaczej, on nie ma potrzeby tworzenia takiej struktury od podstaw, bo w tej, w której egzystuje, jest mu po prostu dobrze. Widziałby mnie po prostu przy swoim boku pośród nich. A ja, "wprowadzona" w taką szczęśliwą rodzinę, nigdy nie będę mogła poczuć, że jestem u siebie...
Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.
Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.
Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.
Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.
Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.
Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".
Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.
Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.
Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.
Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.
Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.
Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.
Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.
Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".
Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.
Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.
wtorek, 10 grudnia 2013
Przekora
Dostałam prezent. Dla mnie. Brelok składający się z gwizdka ratowniczego, kompasu, termometru i lupki. Wszystko w jednym, maksimum funkcji w minimum objętości. Brelok był podarkiem mikołajowym od siostry, która - w nawiązaniu do mojej burzliwej rozmowy z mamą i wylania swoich żali poprzedniego wieczora, dotyczącej braku akceptacji mnie jako takiej i nieustannej próby wtłoczenia mnie przez najbliższe otoczenie w pewne ramy, w to, "jaką" powinnam być - do breloka dołączyła tajemniczą karteczkę z napisem "mam nadzieję, że zrozumiesz". Nie zrozumiałam. Aluzja, żebym się nie pałętała, gdy jest mróz? Że mogę się zgubić?... Wyjaśniła mi później z trudem. Zrozumiała, o co mi chodziło i ona nie chce, żebym się zmieniała. Chce, żebym wiedziała, że niezależnie od tego, kim jestem i jaka jestem, mogę liczyć na wsparcie. Poczułam wzruszenie i ulgę.
Dostałam drugi prezent. Od Kogoś. Zestawik składający się z podkładu, tuszu do rzęs i tym podobnych kobiecych przyborów. Prezent dostałam od najbliższego mi człowieka. Uśmiechnęłam się... Nie wiem, czemu liczyłam na drugi brelok.
Prezent pod względem doboru kosmetyków bardzo trafiony, jednak mój uśmiech wynikał z paru sprzecznych emocji, które w tamtym momencie poczułam. Rozczulenie, że o mnie myśli, że chce, bym była piękna... I przejmujący smutek - bo choć patrzy na mnie z miłością to wiem, że lepiej by mu było patrzeć na mnie inną, taką właśnie z podkręconą rzęsą, ponętnym błyskiem ust... Chciałby, żebym była inna. Kocha, ale ma nadzieję, że mi przejdzie, że się zmienię. Nigdy mnie nie zrozumie.
Z uśmiechem użyłam jednak tego wieczora sprezentowanych mazidełek. Poszliśmy do kina. Film był świetny, ale jeszcze lepsze było rozpromienione spojrzenie Mojego. Makijaż mnie zmienia nie tylko tuszując moje niedoskonałości czy dodając urody. Ubieram się w makijaż tak samo jak w moro - mijając przechodniów na ulicy ubrana w tym czy innym wydaniu zyskuję na pewności siebie, wdzięku, charyzmie i empatii w stosunku do innych. Tylko w lesie, w naturze, ani jedno, ani drugie mnie nie zmienia, nie przejmuję się opiniami innych i jestem po prostu sobą.
Pomyślałam sobie potem, że tak naprawdę czeka mnie taki okres w życiu, kiedy gwizdek i lupka na niewiele się zdadzą. Przypominać będą tylko boleśnie o tym, że ktoś mnie zaakceptował, ale też o tym, że chwilowo nie mogę cieszyć się wolnością. Nie tylko zima mnie powstrzyma. Znalazłam się w bardzo trudnym momencie życia, na co składa się nieszczęśliwie na raz kilka okoliczności. Walczę o swoją przyszłość, jestem głównym strategiem prowadzonych równolegle kilku walk, a zarazem swoim jedynym żołnierzem. Ode mnie zależy, jak zinterpretuję i jak dostosuję się do rzeczywistości, bym tym samym nagięła ją na własne potrzeby. Stawka jest wysoka: wolność.
Wolność ma dla mnie wiele odcieni. Uwielbiam odczuwać tę "leśną", kiedy to wszystkie zmartwienia tego świata dotyczą nie mnie, kiedy to czuję, że mogę pójść gdzie chcę, spać jak chcę, jeść jak chcę, trwać jak chcę... Drugi rodzaj wolności wiąże się z poczuciem niezależności i samodzielności przy równoczesnym poczuciu spełnienia - czyli niemal nieograniczonych możliwości realizowania wszystkich swoich potrzeb. Las mi tego do końca nie jest w stanie dać, po prócz potrzeb duchowym mam też "prymitywne" zachcianki i upodobania; uwielbiam remonty, marzę o własnej firmie w wybranej przeze mnie profesji, a właściwie dwóch... Ktoś może zarzucić mi, że to jest pogoń za pieniądzem, że jestem omamiona a prawdziwe szczęście leży gdzie indziej. I że nie można mieć wszystkiego. Ale ja właśnie, na przekór innym i zdrowemu rozsądkowi, ostatnio na powrót zaczęłam marzyć. Tak po dziecięcemu. A dzieci marzą o wszystkim właśnie, nie kalkulują, które z marzeń jest bardziej realne, które więcej warte. Chcę zatem zmierzyć się ze swoimi ograniczeniami i ograniczeniami tego świata, próbując zrealizować właśnie wszystkie marzenia po kolei. Chcę mieć małe gospodarstwo z kozami i królikami, własnymi wędlinami i przetworami, chcę mieć rodzinę, dzieci, bliskich, którzy będą mnie trzymać w domu - ale chcę też być niezależna i wolna, móc pozwolić sobie wyjechać na weekend w teren, by chłonąć esencję natury i czuć się prawdziwie wolna. Chcę przy tym wszystkim mieć stałe źródło utrzymania, lub nawet kilka, którego będę musiała doglądać i interesować się nim. Chcę przy okazji mieć czas i pieniądze na realizowanie całkiem dziwnych pomysłów wynikających z moich zainteresowań - pozwolić sobie na remont tu i ówdzie, pozwiedzać opuszczone budynki, poszwendać się po kawałku świata... W każdym razie marzę i wierzę, że przynajmniej w jakimś zakresie mi się uda - a to już bardzo wiele jak na niewierzącego sceptyka ;)
Teraz termometr i kompas idą w odstawkę. Mogą tylko przypominać o moich celach, świadczyć o dualizmie mojej natury... Póki co jednak to tusz do rzęs i błyszczyk się przydają. Dziś pomyślałam, że są jak zła wróżba - póki ich nie było, póty życie było dla mnie bardziej łaskawe w ostatnich miesiącach. Że wywołano wilka z lasu i będę zmuszona teraz udawać. Później dopiero uświadomiłam sobie, że tak naprawdę, ubrana w maskę makijażu, wcale nie jestem kimś innym - to, że dzięki niej łatwiej mi wejść w rolę w teatrze codzienności nie oznacza, że jestem dwulicowa i nie jestem sobą. Bo właśnie jestem taka - czy w makijażu, czy kurzu z ogniska, jestem po prostu tym kimś, kto potrafi się odnaleźć w tych dwóch skrajnych stanach. Jak kameleon, nie posiadam jednej, pierwotnej barwy. A jeśli już miałabym takową wskazać, to powiedziałabym - przeźroczysta...
Stanęłam przed lustrem, nałożyłam fluid, puder, pomalowałam oczy. Ubrałam buty na obcasie, wskoczyłam w płaszczyk, wzięłam torebkę i wyszłam z domu. Najpierw do komornika. Później urząd miasta, jeden wydział. Inna ulica, inny budynek, urząd miasta, inny wydział. Dom Pomocy społecznej, po podpis od ojca na jednym wniosku. Urząd miasta, znów ten drugi wydział, dziennik podawczy. Bo wcześniej to plątanie się po odpowiednich referatach i odpowiednie rozmowy z odpowiednimi ludźmi. Rozmowa u mecenasa, właściwie prowadzona na ulicy, bo spieszy się do sądu i po drodze może ze mną zamienić kilka słów. Wybranie się do kolejnego komornika. Oczy dalej umalowane, rola dalej grana. Świetnie się w niej z resztą czuję, w sumie nie muszę grać, jestem po prostu sobą - choć nieco inną niż wydanie codzienne. Tu prośba poparta życzliwym uśmiechem, tu wniosek przedkładany rozmówcy z nieskrywaną pewnością siebie, tu oficjalny, chłodny ton. Trzeba wyczuć ludzi, wiedzieć, czy należy ich zdominować czy pozwolić im na poczucie władzy, by załatwić sprawę... Jeszcze administracja. Niee, podaruję sobie. Psychicznie dałabym radę, z rozpędu - ale obcasy, tak dawno nie używane, męczą teraz okrutnie stopy. Wracam do domu. Jeszcze jeden telefon, jedna tylko rozmowa została... A potem zmyję makijaż. I pooglądam las. Na zdjęciach.
Dostałam drugi prezent. Od Kogoś. Zestawik składający się z podkładu, tuszu do rzęs i tym podobnych kobiecych przyborów. Prezent dostałam od najbliższego mi człowieka. Uśmiechnęłam się... Nie wiem, czemu liczyłam na drugi brelok.
Prezent pod względem doboru kosmetyków bardzo trafiony, jednak mój uśmiech wynikał z paru sprzecznych emocji, które w tamtym momencie poczułam. Rozczulenie, że o mnie myśli, że chce, bym była piękna... I przejmujący smutek - bo choć patrzy na mnie z miłością to wiem, że lepiej by mu było patrzeć na mnie inną, taką właśnie z podkręconą rzęsą, ponętnym błyskiem ust... Chciałby, żebym była inna. Kocha, ale ma nadzieję, że mi przejdzie, że się zmienię. Nigdy mnie nie zrozumie.
Z uśmiechem użyłam jednak tego wieczora sprezentowanych mazidełek. Poszliśmy do kina. Film był świetny, ale jeszcze lepsze było rozpromienione spojrzenie Mojego. Makijaż mnie zmienia nie tylko tuszując moje niedoskonałości czy dodając urody. Ubieram się w makijaż tak samo jak w moro - mijając przechodniów na ulicy ubrana w tym czy innym wydaniu zyskuję na pewności siebie, wdzięku, charyzmie i empatii w stosunku do innych. Tylko w lesie, w naturze, ani jedno, ani drugie mnie nie zmienia, nie przejmuję się opiniami innych i jestem po prostu sobą.
Pomyślałam sobie potem, że tak naprawdę czeka mnie taki okres w życiu, kiedy gwizdek i lupka na niewiele się zdadzą. Przypominać będą tylko boleśnie o tym, że ktoś mnie zaakceptował, ale też o tym, że chwilowo nie mogę cieszyć się wolnością. Nie tylko zima mnie powstrzyma. Znalazłam się w bardzo trudnym momencie życia, na co składa się nieszczęśliwie na raz kilka okoliczności. Walczę o swoją przyszłość, jestem głównym strategiem prowadzonych równolegle kilku walk, a zarazem swoim jedynym żołnierzem. Ode mnie zależy, jak zinterpretuję i jak dostosuję się do rzeczywistości, bym tym samym nagięła ją na własne potrzeby. Stawka jest wysoka: wolność.
Wolność ma dla mnie wiele odcieni. Uwielbiam odczuwać tę "leśną", kiedy to wszystkie zmartwienia tego świata dotyczą nie mnie, kiedy to czuję, że mogę pójść gdzie chcę, spać jak chcę, jeść jak chcę, trwać jak chcę... Drugi rodzaj wolności wiąże się z poczuciem niezależności i samodzielności przy równoczesnym poczuciu spełnienia - czyli niemal nieograniczonych możliwości realizowania wszystkich swoich potrzeb. Las mi tego do końca nie jest w stanie dać, po prócz potrzeb duchowym mam też "prymitywne" zachcianki i upodobania; uwielbiam remonty, marzę o własnej firmie w wybranej przeze mnie profesji, a właściwie dwóch... Ktoś może zarzucić mi, że to jest pogoń za pieniądzem, że jestem omamiona a prawdziwe szczęście leży gdzie indziej. I że nie można mieć wszystkiego. Ale ja właśnie, na przekór innym i zdrowemu rozsądkowi, ostatnio na powrót zaczęłam marzyć. Tak po dziecięcemu. A dzieci marzą o wszystkim właśnie, nie kalkulują, które z marzeń jest bardziej realne, które więcej warte. Chcę zatem zmierzyć się ze swoimi ograniczeniami i ograniczeniami tego świata, próbując zrealizować właśnie wszystkie marzenia po kolei. Chcę mieć małe gospodarstwo z kozami i królikami, własnymi wędlinami i przetworami, chcę mieć rodzinę, dzieci, bliskich, którzy będą mnie trzymać w domu - ale chcę też być niezależna i wolna, móc pozwolić sobie wyjechać na weekend w teren, by chłonąć esencję natury i czuć się prawdziwie wolna. Chcę przy tym wszystkim mieć stałe źródło utrzymania, lub nawet kilka, którego będę musiała doglądać i interesować się nim. Chcę przy okazji mieć czas i pieniądze na realizowanie całkiem dziwnych pomysłów wynikających z moich zainteresowań - pozwolić sobie na remont tu i ówdzie, pozwiedzać opuszczone budynki, poszwendać się po kawałku świata... W każdym razie marzę i wierzę, że przynajmniej w jakimś zakresie mi się uda - a to już bardzo wiele jak na niewierzącego sceptyka ;)
Teraz termometr i kompas idą w odstawkę. Mogą tylko przypominać o moich celach, świadczyć o dualizmie mojej natury... Póki co jednak to tusz do rzęs i błyszczyk się przydają. Dziś pomyślałam, że są jak zła wróżba - póki ich nie było, póty życie było dla mnie bardziej łaskawe w ostatnich miesiącach. Że wywołano wilka z lasu i będę zmuszona teraz udawać. Później dopiero uświadomiłam sobie, że tak naprawdę, ubrana w maskę makijażu, wcale nie jestem kimś innym - to, że dzięki niej łatwiej mi wejść w rolę w teatrze codzienności nie oznacza, że jestem dwulicowa i nie jestem sobą. Bo właśnie jestem taka - czy w makijażu, czy kurzu z ogniska, jestem po prostu tym kimś, kto potrafi się odnaleźć w tych dwóch skrajnych stanach. Jak kameleon, nie posiadam jednej, pierwotnej barwy. A jeśli już miałabym takową wskazać, to powiedziałabym - przeźroczysta...
Stanęłam przed lustrem, nałożyłam fluid, puder, pomalowałam oczy. Ubrałam buty na obcasie, wskoczyłam w płaszczyk, wzięłam torebkę i wyszłam z domu. Najpierw do komornika. Później urząd miasta, jeden wydział. Inna ulica, inny budynek, urząd miasta, inny wydział. Dom Pomocy społecznej, po podpis od ojca na jednym wniosku. Urząd miasta, znów ten drugi wydział, dziennik podawczy. Bo wcześniej to plątanie się po odpowiednich referatach i odpowiednie rozmowy z odpowiednimi ludźmi. Rozmowa u mecenasa, właściwie prowadzona na ulicy, bo spieszy się do sądu i po drodze może ze mną zamienić kilka słów. Wybranie się do kolejnego komornika. Oczy dalej umalowane, rola dalej grana. Świetnie się w niej z resztą czuję, w sumie nie muszę grać, jestem po prostu sobą - choć nieco inną niż wydanie codzienne. Tu prośba poparta życzliwym uśmiechem, tu wniosek przedkładany rozmówcy z nieskrywaną pewnością siebie, tu oficjalny, chłodny ton. Trzeba wyczuć ludzi, wiedzieć, czy należy ich zdominować czy pozwolić im na poczucie władzy, by załatwić sprawę... Jeszcze administracja. Niee, podaruję sobie. Psychicznie dałabym radę, z rozpędu - ale obcasy, tak dawno nie używane, męczą teraz okrutnie stopy. Wracam do domu. Jeszcze jeden telefon, jedna tylko rozmowa została... A potem zmyję makijaż. I pooglądam las. Na zdjęciach.
niedziela, 6 października 2013
Jak matka z córką...
Obiecując ostatnio mamie wspólny spacer w weekend, miałam wątpliwości co do jego przebiegu. Z mamą dawno nigdzie nie chodziłam, w ogóle oddaliłyśmy się od siebie... Dodatkowo obawiałam się frustrującego mnie powolnego tempa i wyrażania przez nią ciągłych obaw związanych z moimi nowymi zainteresowaniami. W domu notorycznie muszę wysłuchiwać jej wątpliwości, porad i prób przekonania mnie do swego, denerwuje mnie to okrutnie. No ale, z drugiej strony... Mama jest osobą przepracowaną i należy jej się odpoczynek, relaks inny niż odmóżdżająca sesja telewizyjna i łóżko. Wiem przy tym, że sama nie ma już w sobie ani kapki energii witalnej, a już na pewno nie na tyle, by wyjść pewnego razu z domu ot, tak, dla siebie. Zaproponowałam jej wspólny spacer, kopiąc się w duchu w kostkę - "co ty robisz? zmarnujesz dzień, mogłabyś go spędzić całkiem poza domem, w terenie, w swoim tempie, jak lubisz...". Z drugiej strony tak właśnie trzeba było postąpić, czułam to. I dobrze się stało :) Pomijając już oczywiście uboczne profity w postaci wzmożonej aktywności mamy przez cały tydzień "dla rozchodzenia", czego efektem było wychodzenie mi z psem na spacery B), ten dzień okazał się dla nas wyjątkowo przyjemny. Gdzieś tam znalazłam w sobie nieco przykurzoną sympatię i zrozumienie dla mamy, dokopałam się też do dziwnie dużych pokładów cierpliwości, co do których byłam przekonana, że uległy już wyczerpaniu. Dostosowywanie się do jej możliwości nie ograniczyło mnie, jak się spodziewałam; przeciwnie, czułam się szczęśliwa i zadowolona... A dziś była zupa grzybowa :)
Na cel obrałyśmy sobie dnia poprzedniego Dolinę Mnikowską i rezerwat Zimny Dół, znajdujące się na zachód od Krakowa, na terenie Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Dolinę Mnikowską mama odwiedziła raz, jeszcze będąc za młodu w harcerstwie. Czyli, jakby nie liczyć, dobre parędziesiąt lat temu. Pamiętała tylko, że jest tam pięknie... Sceptycznie się na tą trasę zapatrywałam - ok, sama chciałam tam kiedyś zajrzeć, ale bardziej przy okazji jakiejś większej wędrówki, bo jest ona tylko fragmentem Doliny Sanki, bardzo króciutkim, ostatnim odcinkiem. Nie chcąc jednak forsować zastałych kolan mamy długim marszem lub trudną trasą, dolina nie była złym pomysłem. Wisząc nad świeżo poklejoną na przedarciach mapę, dorzuciłyśmy jeszcze Zimny Dół - o którym kiedyś przeczytałam na internecie jako o bardzo ciekawym miejscu - i sprawdziłyśmy dojazd komunikacją miejską, którego szczegóły mama na karteczce dokładnie sobie spisała.
Następnego dnia, tj. w sobotę, wstałyśmy dość wcześnie i z domu wyszłyśmy na autobus w pół do dziewiątej. Już w nim mama zorientowała się, że nie wzięła portfela... No, po kimś to muszę mieć :D Na szczęście ja miałam swój, więc nasza dalsza podróż (bilety itd) jeszcze nie była skazana na porażkę. Potem, przed drugą przesiadką, okazało się też, że mama nie wzięła swoich zapisków co do przystanków przesiadkowych, numerów linii i godzin odjazdów. Na szczęście, jej pełne napięcia i niepokoju pytania "a to nie już? a to nie na tym?" wprawiały nas nie w stan podenerwowania, a wyjątkowo dobry nastrój. Wówczas już poczułam, że nie zmęczymy się swoim towarzystwem i że może być naprawdę fajnie. Wysiadłyśmy dobrze, dojechałyśmy bez przeszkód... Nie pamiętam samego momentu wejścia w Dolinę Mnikowską, za to wryło mi się w pamięć parę obrazków i tekstów, jakie zafundowała mi mama: dotykanie skał, długie pochylanie się z czułością nad maleńką paprotką, znowu dotykanie skał i głośne zachwyty wszystkim wokół... Nawet "o, jakie urocze gnojowisko!" :)
Przez długość doliny płynie rzeczka Sanka. Nieduża, acz szersza niż te w dotychczas odwiedzonych przeze mnie podkrakowskich dolinkach. Jej radosny plusk towarzyszył nam nieustannie podczas spaceru doliną, w sąsiedztwie zmieniających się widoków. Najpierw zacieniona dróżka i kilka łąk na dnie doliny, jakieś mostki i tak dalej, potem kawałek przez lasek, wreszcie pierwsze "poważniejsze" skały... Narzucane przez mamę tempo okazało się doskonale równoważyć z moimi licznymi postojami na robienie zdjęć. A miałam co fotografować, bo widoki były naprawdę urokliwe.
Gdy wyszłyśmy na główną polanę dolinki, z uznaniem patrzyłam na widoki, które rekomendowała mi mama. Miejsce to okazało się być naprawdę miłe, choć mocno ucywilizowane i nacechowane religijnym kultem... Wszystko za sprawą Matki Bożej Skalskiej, z którą wiąże się dość ciekawa historia - otóż pewien człowiek, inspirowany ponoć wydarzeniem ukazania się Matki Bożej w tel skał powstańcom uczestniczącym w konfederacji barskiej, namalował obraz Maryi w celu utworzenia miejsca modlitwy dla ukrywających się w dolinie powstańców Powstania Styczniowego. Później w miejscu tym odprawiane były tajne msze, gdy mieszkańcy Krakowa pod zaborem, nie mogąc korzystać z kościołów, udawali się poza miasto "w celach rekreacyjnych". Tak... Do betonowego, pomalowanego na biało i przyozdobionego sztucznymi kwiatkami ołtarza, umiejscowionego pod wizerunkiem Matki Bożej Skalskiej, prowadzą schodki z samego dna doliny, towarzyszą im zaś stacje drogi krzyżowej. Sam obraz jest przebrzydki i nijaki - pierwotny uległ zniszczeniu i został przez kogoś tam nieudolnie odmalowany. Całość jednak (te obrazki, sztuczne kwiatki i tak dalej) tworzy jakiś taki religijny klimacik, który nie wywołuje we mnie (niewierzącej) irytacji czy niechęci. Kult maryjny to nieodłączny element naszej polskiej rzeczywistości, mogę się do tego co najwyżej uśmiechnąć... :)
Pozachwycawszy się skałkami naokoło, rezygnując z penetrowania jednej z upatrzonych jaskiń, poszłyśmy dalej... I nagle wyszłyśmy z urokliwego odcinka Doliny Sanki. Szybko doszłyśmy do asfaltu i towarzyszącym mu zabudowań. Przecięłyśmy go i weszłyśmy w znajdujący się naprzeciwko Wąwóz Półrzeczki, z zamiarem przejścia tam i z powrotem. Przechodząc jednak dosłownie paręnaście metrów drogą weń prowadzącą, natrafiłam na rosnącego przy drodze grzyba. No i się zaczęło ;)
Bukowo-sosnowy, widny las porastający zbocza wąwozu, musiał być wcześniej dokładnie spenetrowany przez licznych grzybiarzy. Wszystkie okazy, jakie znajdywałyśmy (no, udało się znaleźć mamie te parę sztuk:)), były bardzo niewielkich rozmiarów. W sumie to nawet dobrze się stało, bo żal by nam było zostawiać potencjalne giganty z powodu braku miejsca w siatce i planowanego przejścia jeszcze Zimnego Dołu. Poza tym takie maluszki są najczęściej jeszcze nierobaczywe, w przeciwieństwie do ich starszych kolegów. Łażąc zatem w poszukiwaniu małych grzybków pokręciłyśmy się trochę po lesie, przeszłyśmy przez dno wąwozu na drugie zbocze, tam dorwałam jeszcze kilka okazów i skierowałyśmy się w drogę powrotną. Mama, która, poddawszy się szybko, zaczęła tworzyć jakąś własną jesienną kompozycję ze znalezionych liści, żuczków i patyczków, całkiem straciła orientację. Zdałyśmy się na mnie, udało mi się nas poprowadzić we właściwym kierunku ;) Po drodze znalazłyśmy jeszcze rozsypany i zdekompletowany szkielecik młodego koziołka, czaszkę ktoś pozbawił poroża... Gdy czaszka do jednego ze zdjęć pozowała nadziana na patyk w maminej ręce, przypomniało mi się dzieciństwo :P Konkretnie "Król Lew", w którym to był taki obrazek "tańczących" szkieletów poruszanych przez kogoś tam, a także nasze późniejsze zabawy, fantastycznie zainscenizowane przez mamę - przygotowana Lwia Skała, cmentarzysko słoni z ponurych apaszek i wycinanych z papieru szkieletów... Jedno z fajniejszych wspomnień :) Ten obraz przypomniał mi, że z mamą miałam kiedyś naprawdę fantastyczny kontakt.
Po wyjściu z wąwozu skierowałyśmy się asfaltem w stronę Zimnego Dołu. Ja chciałam przez las, prowadzącym przezeń szlakiem, ale mama miała już trochę dość wgapiania się w ziemię (a pewnie znów wpadłabym w manię szukania grzybów), poza tym asfaltem pokierowała nas nadmiernie pomocna staruszka. Poszłyśmy sobie tak niespiesznie, mama dzierżąc wciąż w prawej ręce znaleziony kijek - głupio jej jakoś było iść bez trzymania torebki, jak zazwyczaj. Doszłyśmy do rozjazdu i małego parkingu pod imponującą skałą przy samym Zimnym Dole. Tam skorzystałyśmy z infrastruktury turystycznej w postaci ławek i stolika, upiększonej licznymi zalegającymi pod nimi śmieciami i butelkami. Takie typowe "miejsce spotkań" okolicznego menelstwa. Pora dnia była taka, że prócz nas chęć odwiedzenia rezerwatu wykazali dziadkowie z wnuczętami (babcia miała walnięty na głowie soczysty róż), jakieś dwie kobietki i ktoś jeszcze. Posiliłyśmy się kabanosami i wzgardziwszy moimi sucharkami przeszłyśmy przez rezerwat. Taak, przeszłyśmy i właściwie go przeoczyłyśmy :D Nie wiem, na co liczyłam, ale niepotrzebnie poszłyśmy szlakiem prowadzącym wgłębioną drogą. Zamiast podejść pod ciekawsze formy skalne ukryte pośród drzew po prostu weszłyśmy i wyszłyśmy z masy zieleni, kończąc tym samym nasze zwiedzanie tego dnia.
Przed nami była jeszcze tylko decyzja co do wyboru punktu docelowego; nie byłyśmy pewne, czy dotrzemy do samej Sanki na czas, przed odjazdem autobusu... Do następnego miałybyśmy dwie godziny czekania. A może zatrzymywał się on gdzieś po drodze, przy głównej, na którą dotarłyśmy?... Niemożliwe było sprawdzenie tego, bo jak się okazało, zgubiłam mapę. Zaczynam się poważnie zastanawiać nad braniem ze sobą za każdym razem w teren całkiem zbędnego przedmiotu, by go zgubić - bo to już chyba norma, że z każdego wyjścia wracam z uszczuplonym ekwipunkiem ;) Postanowiłyśmy iść jednak do tej Sanki (nie wiadomo, jak daleko będącej). O dziwo na przystanek udało nam się dotrzeć idealnie, na 4 minuty przed odjazdem autobusu :) Po drodze widziałyśmy martwego trznadla, martwy kawałek jakiegoś futerkowca na jezdni i pędzącą przezeń wielką gąsienicę - także nudów nie było ;) Do domu zajechałyśmy z lekka chwycone słońcem, okrutnie zmęczone (ja miałam za sobą nieprzespaną noc) i zadowolone, wiedząc już, że jeszcze kiedyś się razem gdzieś wybierzemy :)
Na koniec znów mam ciekawostkę - kim jest Kropek? :D
Na cel obrałyśmy sobie dnia poprzedniego Dolinę Mnikowską i rezerwat Zimny Dół, znajdujące się na zachód od Krakowa, na terenie Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Dolinę Mnikowską mama odwiedziła raz, jeszcze będąc za młodu w harcerstwie. Czyli, jakby nie liczyć, dobre parędziesiąt lat temu. Pamiętała tylko, że jest tam pięknie... Sceptycznie się na tą trasę zapatrywałam - ok, sama chciałam tam kiedyś zajrzeć, ale bardziej przy okazji jakiejś większej wędrówki, bo jest ona tylko fragmentem Doliny Sanki, bardzo króciutkim, ostatnim odcinkiem. Nie chcąc jednak forsować zastałych kolan mamy długim marszem lub trudną trasą, dolina nie była złym pomysłem. Wisząc nad świeżo poklejoną na przedarciach mapę, dorzuciłyśmy jeszcze Zimny Dół - o którym kiedyś przeczytałam na internecie jako o bardzo ciekawym miejscu - i sprawdziłyśmy dojazd komunikacją miejską, którego szczegóły mama na karteczce dokładnie sobie spisała.
Następnego dnia, tj. w sobotę, wstałyśmy dość wcześnie i z domu wyszłyśmy na autobus w pół do dziewiątej. Już w nim mama zorientowała się, że nie wzięła portfela... No, po kimś to muszę mieć :D Na szczęście ja miałam swój, więc nasza dalsza podróż (bilety itd) jeszcze nie była skazana na porażkę. Potem, przed drugą przesiadką, okazało się też, że mama nie wzięła swoich zapisków co do przystanków przesiadkowych, numerów linii i godzin odjazdów. Na szczęście, jej pełne napięcia i niepokoju pytania "a to nie już? a to nie na tym?" wprawiały nas nie w stan podenerwowania, a wyjątkowo dobry nastrój. Wówczas już poczułam, że nie zmęczymy się swoim towarzystwem i że może być naprawdę fajnie. Wysiadłyśmy dobrze, dojechałyśmy bez przeszkód... Nie pamiętam samego momentu wejścia w Dolinę Mnikowską, za to wryło mi się w pamięć parę obrazków i tekstów, jakie zafundowała mi mama: dotykanie skał, długie pochylanie się z czułością nad maleńką paprotką, znowu dotykanie skał i głośne zachwyty wszystkim wokół... Nawet "o, jakie urocze gnojowisko!" :)
Przez długość doliny płynie rzeczka Sanka. Nieduża, acz szersza niż te w dotychczas odwiedzonych przeze mnie podkrakowskich dolinkach. Jej radosny plusk towarzyszył nam nieustannie podczas spaceru doliną, w sąsiedztwie zmieniających się widoków. Najpierw zacieniona dróżka i kilka łąk na dnie doliny, jakieś mostki i tak dalej, potem kawałek przez lasek, wreszcie pierwsze "poważniejsze" skały... Narzucane przez mamę tempo okazało się doskonale równoważyć z moimi licznymi postojami na robienie zdjęć. A miałam co fotografować, bo widoki były naprawdę urokliwe.
Gdy wyszłyśmy na główną polanę dolinki, z uznaniem patrzyłam na widoki, które rekomendowała mi mama. Miejsce to okazało się być naprawdę miłe, choć mocno ucywilizowane i nacechowane religijnym kultem... Wszystko za sprawą Matki Bożej Skalskiej, z którą wiąże się dość ciekawa historia - otóż pewien człowiek, inspirowany ponoć wydarzeniem ukazania się Matki Bożej w tel skał powstańcom uczestniczącym w konfederacji barskiej, namalował obraz Maryi w celu utworzenia miejsca modlitwy dla ukrywających się w dolinie powstańców Powstania Styczniowego. Później w miejscu tym odprawiane były tajne msze, gdy mieszkańcy Krakowa pod zaborem, nie mogąc korzystać z kościołów, udawali się poza miasto "w celach rekreacyjnych". Tak... Do betonowego, pomalowanego na biało i przyozdobionego sztucznymi kwiatkami ołtarza, umiejscowionego pod wizerunkiem Matki Bożej Skalskiej, prowadzą schodki z samego dna doliny, towarzyszą im zaś stacje drogi krzyżowej. Sam obraz jest przebrzydki i nijaki - pierwotny uległ zniszczeniu i został przez kogoś tam nieudolnie odmalowany. Całość jednak (te obrazki, sztuczne kwiatki i tak dalej) tworzy jakiś taki religijny klimacik, który nie wywołuje we mnie (niewierzącej) irytacji czy niechęci. Kult maryjny to nieodłączny element naszej polskiej rzeczywistości, mogę się do tego co najwyżej uśmiechnąć... :)
Pozachwycawszy się skałkami naokoło, rezygnując z penetrowania jednej z upatrzonych jaskiń, poszłyśmy dalej... I nagle wyszłyśmy z urokliwego odcinka Doliny Sanki. Szybko doszłyśmy do asfaltu i towarzyszącym mu zabudowań. Przecięłyśmy go i weszłyśmy w znajdujący się naprzeciwko Wąwóz Półrzeczki, z zamiarem przejścia tam i z powrotem. Przechodząc jednak dosłownie paręnaście metrów drogą weń prowadzącą, natrafiłam na rosnącego przy drodze grzyba. No i się zaczęło ;)
Bukowo-sosnowy, widny las porastający zbocza wąwozu, musiał być wcześniej dokładnie spenetrowany przez licznych grzybiarzy. Wszystkie okazy, jakie znajdywałyśmy (no, udało się znaleźć mamie te parę sztuk:)), były bardzo niewielkich rozmiarów. W sumie to nawet dobrze się stało, bo żal by nam było zostawiać potencjalne giganty z powodu braku miejsca w siatce i planowanego przejścia jeszcze Zimnego Dołu. Poza tym takie maluszki są najczęściej jeszcze nierobaczywe, w przeciwieństwie do ich starszych kolegów. Łażąc zatem w poszukiwaniu małych grzybków pokręciłyśmy się trochę po lesie, przeszłyśmy przez dno wąwozu na drugie zbocze, tam dorwałam jeszcze kilka okazów i skierowałyśmy się w drogę powrotną. Mama, która, poddawszy się szybko, zaczęła tworzyć jakąś własną jesienną kompozycję ze znalezionych liści, żuczków i patyczków, całkiem straciła orientację. Zdałyśmy się na mnie, udało mi się nas poprowadzić we właściwym kierunku ;) Po drodze znalazłyśmy jeszcze rozsypany i zdekompletowany szkielecik młodego koziołka, czaszkę ktoś pozbawił poroża... Gdy czaszka do jednego ze zdjęć pozowała nadziana na patyk w maminej ręce, przypomniało mi się dzieciństwo :P Konkretnie "Król Lew", w którym to był taki obrazek "tańczących" szkieletów poruszanych przez kogoś tam, a także nasze późniejsze zabawy, fantastycznie zainscenizowane przez mamę - przygotowana Lwia Skała, cmentarzysko słoni z ponurych apaszek i wycinanych z papieru szkieletów... Jedno z fajniejszych wspomnień :) Ten obraz przypomniał mi, że z mamą miałam kiedyś naprawdę fantastyczny kontakt.
Po wyjściu z wąwozu skierowałyśmy się asfaltem w stronę Zimnego Dołu. Ja chciałam przez las, prowadzącym przezeń szlakiem, ale mama miała już trochę dość wgapiania się w ziemię (a pewnie znów wpadłabym w manię szukania grzybów), poza tym asfaltem pokierowała nas nadmiernie pomocna staruszka. Poszłyśmy sobie tak niespiesznie, mama dzierżąc wciąż w prawej ręce znaleziony kijek - głupio jej jakoś było iść bez trzymania torebki, jak zazwyczaj. Doszłyśmy do rozjazdu i małego parkingu pod imponującą skałą przy samym Zimnym Dole. Tam skorzystałyśmy z infrastruktury turystycznej w postaci ławek i stolika, upiększonej licznymi zalegającymi pod nimi śmieciami i butelkami. Takie typowe "miejsce spotkań" okolicznego menelstwa. Pora dnia była taka, że prócz nas chęć odwiedzenia rezerwatu wykazali dziadkowie z wnuczętami (babcia miała walnięty na głowie soczysty róż), jakieś dwie kobietki i ktoś jeszcze. Posiliłyśmy się kabanosami i wzgardziwszy moimi sucharkami przeszłyśmy przez rezerwat. Taak, przeszłyśmy i właściwie go przeoczyłyśmy :D Nie wiem, na co liczyłam, ale niepotrzebnie poszłyśmy szlakiem prowadzącym wgłębioną drogą. Zamiast podejść pod ciekawsze formy skalne ukryte pośród drzew po prostu weszłyśmy i wyszłyśmy z masy zieleni, kończąc tym samym nasze zwiedzanie tego dnia.
Przed nami była jeszcze tylko decyzja co do wyboru punktu docelowego; nie byłyśmy pewne, czy dotrzemy do samej Sanki na czas, przed odjazdem autobusu... Do następnego miałybyśmy dwie godziny czekania. A może zatrzymywał się on gdzieś po drodze, przy głównej, na którą dotarłyśmy?... Niemożliwe było sprawdzenie tego, bo jak się okazało, zgubiłam mapę. Zaczynam się poważnie zastanawiać nad braniem ze sobą za każdym razem w teren całkiem zbędnego przedmiotu, by go zgubić - bo to już chyba norma, że z każdego wyjścia wracam z uszczuplonym ekwipunkiem ;) Postanowiłyśmy iść jednak do tej Sanki (nie wiadomo, jak daleko będącej). O dziwo na przystanek udało nam się dotrzeć idealnie, na 4 minuty przed odjazdem autobusu :) Po drodze widziałyśmy martwego trznadla, martwy kawałek jakiegoś futerkowca na jezdni i pędzącą przezeń wielką gąsienicę - także nudów nie było ;) Do domu zajechałyśmy z lekka chwycone słońcem, okrutnie zmęczone (ja miałam za sobą nieprzespaną noc) i zadowolone, wiedząc już, że jeszcze kiedyś się razem gdzieś wybierzemy :)
Na koniec znów mam ciekawostkę - kim jest Kropek? :D
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Przygotowania do Pierszej Wyprawy
Od jakiegoś czasu stopniowo, choć dość intensywnie przygotowuję siebie i otoczenie do podjęcia przeze mnie największego wyzwania: realizacji głębokich, pierwotnych potrzeb obcowania z naturą. Doceniłam spacery, jazdę na rowerze, pływanie. Przestał mi być straszny wysiłek fizyczny, odnalazłam samozaparcie w wykonywaniu wielokrotnie żmudnych i momentami zniechęcających działań. Zmagam się ze swoją fizycznością, zmagam się z psychiką. Mimo tego, że od zawsze byłam ciekawa nowego i dość odważna, głęboko wpojone przez społeczeństwo przekonania sieją w moim sercu delikatny niepokój. Czy sobie poradzę? Czy przetrwam w samotności parę dni, zdana tylko na siebie? Czy zdołam się obronić, jeżeli ktoś lub coś postanowi naruszyć moją samotność?... Mam pewne obawy, nie bardzo jeszcze wyobrażam sobie jak oto odpieram atak napastnika w postaci zdziczałego psa, lub też pijanego agresywnego faceta. Przygotowuję się do tego: kreuję sobie wizje potencjalnych złych zdarzeń w głowie po to, by je nieco "oswoić" i później, jak przyjdzie co do czego, nie spanikować. Nie mogę stracić głowy, muszę wiedzieć, w którym momencie wyciągnąć gaz policyjny tudzież nóż. Mam przy tym nadzieję, że w tym celu nigdy ich nie będę musiała użyć. Bo z drugiej strony przecież, prócz przygotowań "mentalno-obronnych", staram się ogarnąć wszystkie rozsądne wskazówki, na jakie się natykam. Przecież las to ostatnie miejsce, do którego mógłby się udać napalony facet szukający bezbronnej ofiary. O ile jest to las daleki od zabudowań, ba, w odpowiednim oddaleniu od wszelkich siedlisk ludzkich. Będę rozważnie wybierać miejsce na rozbicie obozu. Ma na niego nie trafić żaden człowiek, czy to lump czy spacerowicz. Tak więc, człowiek, będący tak naprawdę największym zagrożeniem, jest też zagrożeniem mało realnym. Prędzej z dala od osad ludzkich mogę się spodziewać zdziczałego psa. Ale po to też kupiłam ten gaz... Poza tym takie psy też coś muszą jeść, bardziej prawdopodobne jednak, że będą się kręcić w pobliżu jakichś wiosek. Poza psami żadnego zwierza raczej bać się nie powinnam; w wilcze czy niedźwiedzie okolice na razie nie zamierzam się wybierać, pozostałe zwierzęta mogą mi zrobić krzywdę tylko, jeśli same poczują się skrajnie zagrożone. Wiem zatem, że dziki niekoniecznie boją się ognia (w przeciwieństwie np. do wilków), są dość szybkie ale mało "skrętne". Jak już miałby na mnie takowy zwierz szarżować, powinnam stać jak słup, by w ostatnim momencie odskoczyć w bok. Co do saren, jeleni, danieli... Rany, strasznie bym chciała zobaczyć którekolwiek :) Dzika zresztą też. Choć niekoniecznie nocą. Nocą to pewnie będę umierać ze strachu już na sam dźwięk przemykającej gdzieś w zaroślach myszy...
Marzy mi się to spotkanie z naturą. Pragnę oddychać tym samym powietrzem, co sarny czy dzięcioły, słyszeć te same dźwięki. Chcę móc się wsłuchiwać cały dzień w otaczającą mnie muzykę lasu. Trzaski gałązek łamanych pod butami, szum konarów poruszanych rzez wiatr, skrzypienie łamiących się gałęzi. Zwierzęta zmierzające do wodopoju, ptaki wijące gniazda. Chcę, by las mnie przeniknął do głębi, chcę poczuć całą sobą naturalny rytm nieczłowieczego życia, wolność. Chcę być częścią większej, harmonijnej całości.
Moment mojego pierwszego zanurzenia w przyrodę nadciąga coraz szybciej. To już za dwa dni... Wciąż nie do końca mogę uwierzyć, że to zrobię. Że spakuję plecak, ubiorę się, wezmę najpotrzebniejsze rzeczy, wyjdę z domu i ruszę przed siebie. Mam wrażenie, że znajdę sobie wymówkę, że jakoś się wymigam... Bo gdzieś w środku odzywa się lęk przed nieznanym. Nie przed naturą, przed dzikością. Tak naprawdę boję się konfrontacji z samą sobą. Jaka jestem? Czy będę dość odważna? Czy będę dość rozsądna? A silna? Czy starczy mi sił fizycznych, by podołać długiej wędrówce zwieńczonej rozbiciem obozu? Czy starczy mi siły walki i woli ducha, by nie zawrócić w połowie, kiedy to w trudach i niepowodzeniach przebijać się będzie myśl o tym, że nie walczę o przetrwanie, że mam za sobą "plecy" - wygodne łóżko, obiad? Tego się boję najbardziej... Że się poddam. Nie mogę do tego dopuścić. Nie mogę oddać walkowerem moich marzeń, które całe życie tkwiły we mnie uśpione, by ostatnimi czasy ewoluować i rozbuchać się do rangi tych najdzikszych i najwspanialszych?
Biję się z myślami, a równocześnie przychodzi mi wciąż konfrontować moje marzenie ze sceptycyzmem i strachem innych. Chłopak we mnie nie wierzy, widzę, że moje plany traktuje jeszcze z przymrużeniem oka. Nie dopuszcza jeszcze myśli, że to zrobię. Boi się tego zbyt mocno, by wziąć to na poważnie. Dopiero pojutrze zacznie przeżywać, może namawiać do rezygnacji. Do mamy już dotarło, robi wszystko, by mi ten pomysł z głowy wybić. To dodatkowe obciążenie, mieć ją na sumieniu... A mam, bo strasznie przeżywa mój pomysł, denerwuje się, jest przerażona. Widzi tym szaloną, nieprzemyślaną fanaberię. Nawet nie próbuję jej przekonywać, jak bardzo tego potrzebuję i jak fantastyczną rzeczą może się okazać moja wyprawa. Skupiam się na rzeczowym przekonywaniu co do mojego przygotowania na każdą ewentualność. "A jak to będzie grupa facetów..." - "Gaz ma zasięg do 4 metrów". - "A na ciebie nie zadziała, co?" - "No przecież to nie jest tak, że psikam i stoję, przyglądając się efektom. Używam i uciekam." I tak odbijam jej kolejne argumenty, które biedna mnoży jak może... Ja jej nie przekonam, ale ona mnie też.
Od początku zainteresowania tematyką survivalową, tj. od jakiegoś dobrego miesiąca (naprawdę intensywnego, jeżeli chodzi o przeczytane relacje, wypowiedzi, spostrzeżenia na forach, artykuły - nawet książkę). Przez ten czas nabrałam początkowych przekonań, w jakiej formie chcę się zajmować survivalem: nie ekstremalnej, ale na pewno przy minimum sprzętu i "pomocy" cywilizacyjnych. Zwyczajnie mnie na nie nie stać. Jedzenie chcę na miarę możliwości znajdować w terenie, czyli na razie liczyć na to nie mogę, bo moja wiedza zoologiczno-botaniczna w kwestii organizmów jadalnych jest jeszcze marna, a umiejętności żadne. Chcę aktywnie chodzić po lesie, zatem rozbijanie wielkiego obozowiska nie wchodzi w grę. Niezbędnik survivalowy zawsze mam mieć przy sobie, nic ponadto. Odrzucam wszystko, bez czego się obejdę, nie umierając przy tym z głodu i brudu.
Sporo zainwestowałam w to moje marzenie, choć starałam się iść po kosztach. Nie mogę tego teraz tak zostawić :) Zdążyłam kupić nóż, plecak 30litrowy, dwie pary spodni w taniej odzieży, kurtkę z demobila, krzesiwo, latarkę, pompkę do roweru (to po przygodzie z pchaniem go od stacji do stacji), gaz. Na dniach spodziewam się pałatki, mającej służyć również jako peleryna przeciwdeszczowa, oraz menażki. Mam nadzieję, że do środy dotrą, bo najpóźniej w środę po południu zamierzam wyruszyć. Muszę jeszcze skompletować apteczkę (na razie zakupiłam jodynę i węgiel lekarski) - potrzebuję plastry i bandaż opatrunkowy, może coś przeciwbólowego (choć z zasady nie używam). Za bukłak posłuży mi butelka mineralki, nie stać mnie już na nic więcej, trudno. Szczególnie nie mogę przeżałować pewnej aukcji na allegro, gdzie wystawione są fantastyczne trekkingowe spodnie. Byłyby idealne na wyprawy, ale prawdopodobnie ich nie kupię, bo już żywcem nie mam za co... Z ubrań potrzebuję docelowo jakichś t-shirtów, spodni właśnie, bielizny i skarpet. Tych ostatnich prawie nie mam, na pewno muszę je jutro dokupić. Przydadzą mi się dobre buty, na razie wystarczyć muszą treningowe, lekkie Reebooki, chłonące wodę jak gąbka ale i szybkoschnące, przewiewne, wygodne i zapraszające do środka tumany piachu. Nic lepszego na razie nie wymyślę, choć z góry wiem, że to zły pomysł. Cóż więcej... Zapalniczka, tak, muszę kupić jakąś zwykłą. Potrzebuję też zorganizować pojemniczek na hubkę, ale nie mam na razie pomysłu. Przydałby się też pasek do spodni - szukałam dziś w taniej odzieży jakiegoś skórzanego, ale wyszłam z sukienką. Cholera, żałuję tej sukienki, kupiłam ją tak trochę pod chłopaka, dla równowagi, żeby całkiem się nie załamał... Ale byłą droga i przez to nie stać mnie na te spodnie :( No. Może jutro od mamy coś na jakiś pasek wyżebram... A, i worki foliowe potrzebuję. I papier toaletowy ;)
Marzy mi się to spotkanie z naturą. Pragnę oddychać tym samym powietrzem, co sarny czy dzięcioły, słyszeć te same dźwięki. Chcę móc się wsłuchiwać cały dzień w otaczającą mnie muzykę lasu. Trzaski gałązek łamanych pod butami, szum konarów poruszanych rzez wiatr, skrzypienie łamiących się gałęzi. Zwierzęta zmierzające do wodopoju, ptaki wijące gniazda. Chcę, by las mnie przeniknął do głębi, chcę poczuć całą sobą naturalny rytm nieczłowieczego życia, wolność. Chcę być częścią większej, harmonijnej całości.
Moment mojego pierwszego zanurzenia w przyrodę nadciąga coraz szybciej. To już za dwa dni... Wciąż nie do końca mogę uwierzyć, że to zrobię. Że spakuję plecak, ubiorę się, wezmę najpotrzebniejsze rzeczy, wyjdę z domu i ruszę przed siebie. Mam wrażenie, że znajdę sobie wymówkę, że jakoś się wymigam... Bo gdzieś w środku odzywa się lęk przed nieznanym. Nie przed naturą, przed dzikością. Tak naprawdę boję się konfrontacji z samą sobą. Jaka jestem? Czy będę dość odważna? Czy będę dość rozsądna? A silna? Czy starczy mi sił fizycznych, by podołać długiej wędrówce zwieńczonej rozbiciem obozu? Czy starczy mi siły walki i woli ducha, by nie zawrócić w połowie, kiedy to w trudach i niepowodzeniach przebijać się będzie myśl o tym, że nie walczę o przetrwanie, że mam za sobą "plecy" - wygodne łóżko, obiad? Tego się boję najbardziej... Że się poddam. Nie mogę do tego dopuścić. Nie mogę oddać walkowerem moich marzeń, które całe życie tkwiły we mnie uśpione, by ostatnimi czasy ewoluować i rozbuchać się do rangi tych najdzikszych i najwspanialszych?
Biję się z myślami, a równocześnie przychodzi mi wciąż konfrontować moje marzenie ze sceptycyzmem i strachem innych. Chłopak we mnie nie wierzy, widzę, że moje plany traktuje jeszcze z przymrużeniem oka. Nie dopuszcza jeszcze myśli, że to zrobię. Boi się tego zbyt mocno, by wziąć to na poważnie. Dopiero pojutrze zacznie przeżywać, może namawiać do rezygnacji. Do mamy już dotarło, robi wszystko, by mi ten pomysł z głowy wybić. To dodatkowe obciążenie, mieć ją na sumieniu... A mam, bo strasznie przeżywa mój pomysł, denerwuje się, jest przerażona. Widzi tym szaloną, nieprzemyślaną fanaberię. Nawet nie próbuję jej przekonywać, jak bardzo tego potrzebuję i jak fantastyczną rzeczą może się okazać moja wyprawa. Skupiam się na rzeczowym przekonywaniu co do mojego przygotowania na każdą ewentualność. "A jak to będzie grupa facetów..." - "Gaz ma zasięg do 4 metrów". - "A na ciebie nie zadziała, co?" - "No przecież to nie jest tak, że psikam i stoję, przyglądając się efektom. Używam i uciekam." I tak odbijam jej kolejne argumenty, które biedna mnoży jak może... Ja jej nie przekonam, ale ona mnie też.
Od początku zainteresowania tematyką survivalową, tj. od jakiegoś dobrego miesiąca (naprawdę intensywnego, jeżeli chodzi o przeczytane relacje, wypowiedzi, spostrzeżenia na forach, artykuły - nawet książkę). Przez ten czas nabrałam początkowych przekonań, w jakiej formie chcę się zajmować survivalem: nie ekstremalnej, ale na pewno przy minimum sprzętu i "pomocy" cywilizacyjnych. Zwyczajnie mnie na nie nie stać. Jedzenie chcę na miarę możliwości znajdować w terenie, czyli na razie liczyć na to nie mogę, bo moja wiedza zoologiczno-botaniczna w kwestii organizmów jadalnych jest jeszcze marna, a umiejętności żadne. Chcę aktywnie chodzić po lesie, zatem rozbijanie wielkiego obozowiska nie wchodzi w grę. Niezbędnik survivalowy zawsze mam mieć przy sobie, nic ponadto. Odrzucam wszystko, bez czego się obejdę, nie umierając przy tym z głodu i brudu.
Sporo zainwestowałam w to moje marzenie, choć starałam się iść po kosztach. Nie mogę tego teraz tak zostawić :) Zdążyłam kupić nóż, plecak 30litrowy, dwie pary spodni w taniej odzieży, kurtkę z demobila, krzesiwo, latarkę, pompkę do roweru (to po przygodzie z pchaniem go od stacji do stacji), gaz. Na dniach spodziewam się pałatki, mającej służyć również jako peleryna przeciwdeszczowa, oraz menażki. Mam nadzieję, że do środy dotrą, bo najpóźniej w środę po południu zamierzam wyruszyć. Muszę jeszcze skompletować apteczkę (na razie zakupiłam jodynę i węgiel lekarski) - potrzebuję plastry i bandaż opatrunkowy, może coś przeciwbólowego (choć z zasady nie używam). Za bukłak posłuży mi butelka mineralki, nie stać mnie już na nic więcej, trudno. Szczególnie nie mogę przeżałować pewnej aukcji na allegro, gdzie wystawione są fantastyczne trekkingowe spodnie. Byłyby idealne na wyprawy, ale prawdopodobnie ich nie kupię, bo już żywcem nie mam za co... Z ubrań potrzebuję docelowo jakichś t-shirtów, spodni właśnie, bielizny i skarpet. Tych ostatnich prawie nie mam, na pewno muszę je jutro dokupić. Przydadzą mi się dobre buty, na razie wystarczyć muszą treningowe, lekkie Reebooki, chłonące wodę jak gąbka ale i szybkoschnące, przewiewne, wygodne i zapraszające do środka tumany piachu. Nic lepszego na razie nie wymyślę, choć z góry wiem, że to zły pomysł. Cóż więcej... Zapalniczka, tak, muszę kupić jakąś zwykłą. Potrzebuję też zorganizować pojemniczek na hubkę, ale nie mam na razie pomysłu. Przydałby się też pasek do spodni - szukałam dziś w taniej odzieży jakiegoś skórzanego, ale wyszłam z sukienką. Cholera, żałuję tej sukienki, kupiłam ją tak trochę pod chłopaka, dla równowagi, żeby całkiem się nie załamał... Ale byłą droga i przez to nie stać mnie na te spodnie :( No. Może jutro od mamy coś na jakiś pasek wyżebram... A, i worki foliowe potrzebuję. I papier toaletowy ;)
czwartek, 28 marca 2013
Kręgi
Ponieważ długo jeszcze nie będę tu mogła napisać o faktycznej realizacji swoich przyszłościowych planów, zajmę się teraźniejszością i rozwinę wątek forumowych (i nie tylko) rozmów. Wspominałam już ostatnio o tym, że założyłam wątek na pewnym forum, dotyczący wizji życia w zgodzie z naturą... Parę osób się wypowiedziało, kilka przyznało, że ma podobne refleksje. Generalnie spotkałam się z życzliwością i próbą duchowego wsparcia (lub też analizy psychologicznej, co powoduje takie a nie inne moje nastawienie ;)). Temat jeszcze samoistnie nie wymarł, choć odzew słabnie. Cóż, nie trafiłam w to środowisko, wcale mnie to z resztą nie dziwi, bo portal nie zajmuje się tematyką wsi, przyrody czy survivalu ;)
Zaskoczona jestem natomiast efektami drugiego z nieśmiało podjętych kroków. Rozwój sytuacji przerósł moje najśmielsze oczekiwania :) Napisałam bowiem ogłoszenie. Tak, takie swoiste ogłoszenie - refleksję, gdzie zastanowiłam się na głos, czy są osoby, które podobnie jak ja myślą, przedstawiłam swój punkt widzenia i zachęciłam do niezobowiązującej rozmowy. Brzmi to wszystko tak głupio, że aż śmiać mi się chce - ale treść ogłoszenia była bardzo spontaniczna, jak i "super zachęcające" zdjęcie pewnego małego stwora, którego znalazłam kiedyś na parapecie. Minął dzień... A na mojej skrzynce pojawiły się 4 odpowiedzi. Kolejny niósł ich jeszcze więcej. Wszystkim odpisałam czym prędzej, zarówno paniom twierdzącym, że nie szukają męża, ale życzą mi powodzenia w realizacji celów (tak, zostałam przez część osób odebrana jako facet :)), osobom podłamanym, czującym, że znalazły się w nie tym miejscu i nie tym czasie, jak i zwyczajnie sympatycznym, tudzież intrygującym osobom. Rozmowy rozwinęły się na razie dwie (jedna z dziewczyną, która również wzięła mnie za faceta, ale to już zostało sprostowane :)), inne się lęgną. Mimo, że nie wszystkie dotyczą stricte tematu mojego ogłoszenia, odpisywanie na kolejne wiadomości daje mi wiele satysfakcji - ot, przynajmniej jedno z moich spontanicznych i "ryzykownych" działań przyniosło jakieś rezultaty. Mam wreszcie z kim pogadać (heh, usunęłam właśnie facebooka, przez co niejako odcięłam się od sztucznie "podtrzymywanych" na necie dawnych, szkolnych i pozaszkolnych znajomości). Zamienić z kimś codziennie parę naprawdę niezobowiązujących zdań, z życzliwością i w jakimś stopniu zrozumienia, to naprawdę potrzebna rzecz. Choćby nie wiem jak się upierać że jest inaczej, człowiek to istota stadna. Ja sama pragnę mieć wokół siebie kochającą rodzinę i pewne kręgi osób powiązanych ze mną przez różne zależności - te bardziej lub mniej zawężone, bardziej bliskie lub też mocniej oddalone...
Krąg rodzinny. Najbardziej zaufane osoby, moje stado - niekoniecznie ze mną mieszkające. Istoty, którym ufam i które są mi potrzebne do szczęścia. Na ten moment ów krąg mam bardzo niewielki, właściwie to dopiero powolutku określam swoje odrębne stado, tkwiąc jeszcze w strukturach starszego, większego. Moje małe, osobiste stadko to póki co ja, chłopak i psy. Wszyscy powiązani jesteśmy jeszcze zbyt silnie ze stadami macierzystymi, by móc się całkiem wyodrębnić i usamodzielnić... Ale gdzieś tam mentalnie identyfikuję się właśnie z tymi istotami, nikim więcej.
Krąg znajomych. Lichutki... Prócz znajomych ze szkoły, z którymi łączy mnie głównie przyszły zawód, mam naprawdę niewiele osób, które lubię ot tak, po prostu. Z którymi rozumiem się na tyle, by móc podyskutować na tematy nas łączące i nie kłócić się na tematy, które nas poróżniają. Z takich mocno zaufanych osób, mam pewnego znajomego z internetu, z którym kontakt utrzymuję już od dobrych paru lat. On jest z pewnością czołowym reprezentantem tego kręgu. Na tyle blisko, by rozumieć, na tyle daleko, by nie kochać.
Krąg powiązanych. Nie do końca wiem tak naprawdę, jak go określić. Jest on dość rozległy i znajdują się w nim zarówno osoby mi bliższe, jak i prawie całkiem obce, w jakimś tylko stopniu współzależne. W tej grupie osób na pewno znajduje się całe stado mojego chłopaka. Bardzo wszystkich lubię, chciałabym w nich kiedyś móc widzieć dalszą rodzinę... Póki co są to osoby życzliwie do mnie nastawione, z którymi mam dość częsty kontakt, które wiele o mnie wiedzą i odwrotnie, z którymi moja rodzina "wymienia" usługi a prócz tego wzajemnie się obdarowuje różnymi rzeczami. Prócz nich w gronie tym jest szefowa i zatrudniana przez nią pracownica, do których chodzę na praktyki. Prócz relacji typu podwładny-zwierzchnik, łączy nas swoista "przyjaźń": ploty i pogaduchy na setkę różnych tematów dziennie, w jakimś stopniu zwierzenia. Są to osoby, z którymi dobrze mi się spędza czas, lubię je i zależy mi na utrzymaniu znajomości.
Gdzie pośród tych kręgów jest miejsce na nowe znajomości zawierane przez internet? Nie wiem... Być może nigdzie. A może to taki czwarty krąg, grono osób potencjalnie mogących zaistnieć w bardziej znaczący sposób w moim życiu? ...Nie mogę na to liczyć, ale mogę tego chcieć :)
niedziela, 24 marca 2013
Początki
Każdy blog jakieś tam początki ma. Moje blogi - a miałam ich w swoim życiu kilka (na ten moment prowadzę jeszcze jeden, w założeniu bardziej osobisty od tego, który być może przypadkiem przeglądasz) - nigdy nie rozrosły się do kultowych czytadeł, sama też nie miałam w sobie na tyle zapału i determinacji, by prowadzić je regularnie przez dłuższy czas. Początki tych dawnych właściwie zawsze wyglądały podobnie: pojawiała się myśl, najczęściej wydawać by się mogło mocno spontaniczna, lecz w rzeczywistości będąca odzewem na ogromną potrzebę ducha do zapełnienia pustki w życiu, w jakiś niematerialny sposób zbliżenia się do ludzi i potrzebę walki z dojmującą samotnością. Siadałam do komputera, wybierałam nazwę, adres, swój pseudonim... I zabierałam się do konstruowania mojego alternatywnego kawałeczka życia. Musiało być pięknie, musiało cieszyć moje oko, powinno przywoływać konkretny nastrój. W efekcie blogi stawały się intensywnie różowe w czarne trupie czaszeczki lub odwrotnie, czarne w różowe serduszka. To miało miejsce, gdy byłam jeszcze nastolatką - ale wcale przecież nie taką! Blogi nie wyrażały mnie, tylko to, jaką chciałam być. Nie miałam nigdy aspiracji do bycia wielką filozofką czy poetką - ot, zawsze marzyłam tylko o tym, by móc czuć się tak, jakie są przeciętnie osoby w moim wieku. Chciałam poczuć że mam tyle lat, ile mam. Nie udało mi się to jednak nigdy. Nawet dziś, licząc 21 zim, czuję się już bardzo starym człowiekiem.
Jestem osobą bardzo zmęczoną życiem. Myślę, że obiektywnie patrząc, można by się pokusić o stwierdzenie, że lekko nie miałam. Wiem, wiele osób ma gorzej... I nie zamierzam na tym blogu rozwodzić się nad moimi problemami, rozterkami, trudami dnia codziennego, codzienną walką o jakieś wyimaginowane przyszłe, lepsze życie. Nie chcę w tym miejscu ani jednej negatywnej emocji, które mnie zabijają od wewnątrz. Może znów próbuję stać się kimś, kim nie jestem - tym razem jednak daję sobie na to pełne przyzwolenie, bo zrozumiałam, że tylko tak mogę ocalić się od zatracenia. Człowiek musi o czymś marzyć, MUSI mieć jakieś cele. Ja od dobrych kilku lat mam jedynie mary senne, widma przyszłości lepszej, w które nie wierze i do których nie dążę, oraz gorszej, w którą, nie czyniąc żadnego kroku, brnę coraz dalej. Mimo stosunkowo ustabilizowanego życia, nie mam motywacji, by dotrwać lepszych czasów... Nikomu nie życzę braku sensu życia. Wobec niego nic, naprawdę nic nie wydaje się wystarczającą motywacją do dalszej egzystencji.
Od 5 lat jestem w bardziej lub mniej szczęśliwym, ale prawdziwym i dojrzałym związku z chłopakiem znanym tak naprawdę od podstawówki. Właściwie to oboje z partnerem dojrzewaliśmy razem, co nie trudno wnioskować patrząc na to, ile mam lat... Mam dwa psiaki, które są, o zgrozo, zaraz po chłopaku najbliższymi mi istotami. Mam też rodzinę - tą bliską, z którą zmuszona jestem mieszkać, póki się nie usamodzielnię, i tą dalszą, części której zazdroszczę, a części nie znoszę. Mam znajomych, raczej żadnych przyjaciół, mam różne dziwne małe zainteresowania, których nie rozwijam do rangi pasji głównie ze względu na notoryczny brak pieniędzy. Mam też różne marzenia, w które nie wierzę, ale które z chęcią raz po raz odtwarzam jak projekcje filmowe w moim umyśle... Ten blog ma mi pomóc przekłuć je w czyny. Zostań ze mną, jeżeli nie masz siły wierzyć w to, że marzenia są osiągalne. Ta notatka jest jedynym nostalgicznym wpisem, na jaki sobie tu pozwoliłam. Od teraz będzie tylko pozytywnie i do przodu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)