Etap II - w domu i lokalnie
Rzecz się działa tydzień temu. Gwoli przypomnienia, Sułoszowa stanowiła metę mojego weekendowego wypadu na jurę z kolegami z forum, kiedy to, startując z Dulowej, doszliśmy do popularnej drogi łączącej Kraków z Olkuszem, zahaczając po drodze o ruiny zamku Tenczyn i przemierzywszy wzdłuż Dolinę Eliaszówki. W Przeginii rozstaliśmy się kawałek po dziesiątej - faceci uderzyli na Olkusz, a mi pozostało dostać się do Sułoszowej na przełaj przez, kilkukilometrowej szerokości, pas pól uprawnych.
Chwilę szłam asfaltem, by minąwszy pocztę i aptekę, odbić w drugą przeczniczkę w lewo. Jej układ nie do końca zgadzał się z tym, który widniał na zdjęciu mapy Kubusha zrobionym telefonem komórkowym, jednak po niekrótkim momencie zawahania skierowałam się w wąską wiejską uliczkę. Gdy już wyszłam poza linię domostw (tą okolicę cechuje charakterystyczny układ miejscowości, generalnie większość wsi to tzw. ulicówki), ściągnęłam zbyt ciepłą czapkę, którą dodatkowo nagrzewały promienie przebijającego się powoli zza chmur słońca. Rozczesałam palcami wilgotne włosy "ułożone" kilkudniowym brakiem kontaktu ze szczotką i poszłam prosto przed siebie. Mój asfalt już wkrótce potem zmienił się w klasyczną drogę gruntową ciągnącą pomiędzy podłużnymi pasami pól i łąk. Mimo kalendarzowego listopada czułam się bardziej jak na wczesnowiosennym spacerze - nagie gałęzie drzew na tle coraz bardziej rozjaśnionego nieba, promienie słońca tonące we wzruszonych skibach ziemi i rozświetlające wschodzące, soczyście zielone zboża ozime. Zdarzały się nawet jakieś kwitnące na żółto kwiatki, których nie mogłam zidentyfikować, bo choć przypominały mi nieco rzepak, to zupełnie kłóciło mi się to z późnojesienną porą. Droga wiodła mnie prościuteńko przed siebie, piękne widoki rozciągały się w każdym możliwym kierunku, czuło się wokół siebie przestrzeń i rytm życia - gdzieniegdzie uśpiony, gdzieniegdzie jakby właśnie powolutku nabierający miarowego tempa.
Według nawigacji Kubusha droga miała mi zająć ok. 1,5 godziny. Okazało się to całkiem wykonalne, bo kawałek po godzinie zobaczyłam wreszcie znajomą wieżę sułoszowskiego kościoła. To pozwoliło mi się zorientować, że na czas, czyli przed dwunastą, do której to obiecałam chłopakowi dotrzeć na miejsce, spokojnie się wyrobię. Zdążyłam się też jednak po drodze od niego dowiedzieć, że wyruszył on z domu, ale nie wie, o której zastanie na przystanku busa z Krakowa do Olkusza, przejeżdżającego przez Sułoszową. Tym samym odpuściłam sobie dość szybkie, marszowe tempo i już niespiesznie dotarłam do tyłów pierwszych zabudowań, po drodze z nostalgią patrząc na wyłaniające się zza pagórków znajome elementy krajobrazu: cmentarz, pola, na których dwa lata temu zbierałam truskawki, zalesiona Dolina Sąspowska w Ojcowskim Parku Narodowym... Minęłam kilka gospodarstw i doszłam do głównej drogi wiodącej przez wieś.
Tu klapłam sobie na chwilę na krawężniku świeżo powstającej asfaltówki i wykonałam telefon do mamy i Mego. Okazało się, że wybrał się on o tak nieszczęśliwej porze, że przyszło mu czekać teraz dwie godziny na przyjazd busa... A mi na niego, bez kluczy do domu, na spokojnej wsi. Nie mając możliwości dostania się do domu od strony ulicy (zamknięta brama), postanowiłam niespiesznie zajść okrężną drogą gospodarstwo od tyłu, gdzie, jak to jest typowe na tej wsi, ogrodzenia nie ma, bo ziemie uprawne przynależące do gospodarstwa ciągną się wąskim pasmem całymi kilometrami za nim. Przeszłam przez główną, zeszłam na drogę prowadzącą dołem zabudowanej części wsi, a następnie wyjeżdżoną miedzą dotarłam za stodołę domu rodziny Lubego. Na obejściu pokręciłąm się chwilę bez celu, w stajni - rupieciarni odłożyłam swoje klamoty, wyciągnęłam taboret i zerwałam wiszące jeszcze między domem a dawną stajnią ostatnie kiście winogron, odpoczęłam chwilkę w słońcu na ogrodzie i poszłam do sąsiadów po zapasowe klucze.
Przez telefon dostałam szczegółowe instrukcje co do uruchamiania domowych sprzętów i instalacji; przede wszystkim zależało mi na nagraniu w bojlerze wody, żeby móc wreszcie wejść pod prysznic i zmyć z siebie kurz i pot trzydniowej wędrówki. Na czas grzania się wody nie mogłam z niej korzystać, bo grzałka przerdzewiała i jest przebicie powodujące dość mocne kopanie prądem wszystkiego, co ma styczność z wodą. Odświeżyłam się więc wstępnie wilgotnymi chusteczkami i zaparzyłam sobie herbatę z wody mineralnej zagotowanej w czajniku elektrycznym; jej smak oczywiście przeszedł z rzadka używanym plastikiem. Herbata nie pomogła mi się rozgrzać - o ile przez te niecałe dni wędrówki zasadniczo było mi ciepło, o tyle teraz, zmęczenie zaczęło ze mnie wyłazić a brak ruchu spowodował w momencie wychłodzenie i przejmujące poczucie zimna. Cupłam sobie więc w czerwonym fotelu w kuchni, coraz bardziej wyczekując prysznica. Chłopak powiedział, żebym ustawiła temperaturę wody do połowy pokrętła, że spokojnie powinno wystarczyć... Pomylił się a ja dzięki temu zamiast porządnego wymoczenia się wreszcie w gorącej wodzie, dygotałam z zimna, polewając sobie głowę letnią wodą i próbując umyć włosy natłuszczającym balsamem pod prysznic. Później ubrałam się wreszcie w świeże ciuchy, wysuszyłam włosy bzdyrcącą, lekko popsutą suszareczką i zawinęłam się w zakurzony koc, pod który co jakiś czas napuszczałam kolejne porcje rozgrzanego strumienia powietrza od suszareczki. Zapadłam w lekką drzemkę.
Wytrąciło mnie z niej przybycie chłopaka. Długo jeszcze nie mogłam się wziąć do życia, wciąż niedogrzana nie rwałam się do ogarniania domu, przywiezionych przez niego produktów spożywczych, ustawiania anteny telewizyjnej, rozpalania w piecu. W końcu wpadłam jednak w rytm domowego nicnierobienia, później poszłam nawet do sklepu oddalonego o jakiś niecały kilometr, w celu uzupełnienia nazwożonego przez Lubego prowiantu, by wieczorem, po zjedzeniu kaszanki ze skwareczkami i wypiciu iluś tam herbat, dogrzewać się przy pokojowej kozie i oglądać telewizję. Dzień zakończył się bardzo miło, generalnie takie zakończenie mojej wyprawy było jak najbardziej odpowiednie. Pozostało się tylko porządnie wyspać na miękkiej kanapie ;)
Następnego dnia, po zjedzeniu śniadania, niespiesznie wybyliśmy z domu na spacer. Postanowiliśmy zajść do Pieskowej Skały od tyłu, przez pola, trasą, którą jeszcze nigdy nie szliśmy, by później tradycyjnie wrócić asfaltem ciągnącym przez wieś. Zaszliśmy na tył gospodarstwa za stodołę i tam zatrzymaliśmy się dłuższą chwilę na pogawędkę z sąsiadami. Później ofiarowałam Lubemu czapkę, bo wiało okrutnie a podwędziłam mu jego bluzę z kapturem, po czym skierowaliśmy się na asfalcik biegnący dołem wsi.
Generalnie spacer upłynął przyjemnie, po drodze mieliśmy tylko chwilową scysję z powodu, którego już nie pamiętam, standardowo też wkurzałam R. ilością robionych zdjęć. Pogoda, z początku wietrzna i marna, zaczynała się robić coraz przyjemniejsza, by wreszcie oświetlić okolicę pojedynczymi promieniami słońca.
Szliśmy przez jakiś czas szlakiem rowerowym, wreszcie asfaltem doszliśmy pod las. Tu zapoznałam Lubego z wyglądem i smakiem bukwi, do której, z początku mocno sceptycznie nastawiony, szybko się przekonał. Nazbieraliśmy kilka garści, z myślą o późniejszym uprażeniu, po czym weszliśmy w las. Łaziliśmy sobie po nim powolutku, każde zainteresowane czym innym - ja zdjęciami, widokami i wieloma ciekawostkami przyrodniczymi, które widziałam pierwszy raz w życiu, R. chyba rozglądał się w tym czasie za potencjalnymi grzybowymi niedobitkami. Kierowaliśmy się powoli w stronę niewidocznego jeszcze z naszej perspektywy zamku w Pieskowej Skale. Po drodze czmychnęła przed nami całkiem blisko stojąca sarna, musiała nas obserwować. Doszliśmy do drogi asfaltowej wiodącej w stronę parkingu pod zamkiem, zbiegliśmy z jednego pagórka i wybiegliśmy na drugi z przeciwnej strony drogi - R. bardzo chciał mnie rozruszać, w efekcie biegł za nas dwóch, ciągnąc mnie za rękę :) Niedługo potem dotarliśmy pod mury zamku.
Pieskowa Skała
Zamek w Pieskowej Skale, jako oddział muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu, w listopadzie jest udostępnione bezpłatnie dla zwiedzających. Pokręciliśmy się zatem chwilę po dziedzińcu, trochę po krużgankach, nie chciało nam się jednak zbytnio czekać na pełną godzinę wejścia na trasę do zwiedzania na pierwszym piętrze, gdzie też dostaje się specjalne pantofle ochronne umożliwiające później zwiedzanie piętra wyżej. Byliśmy już kiedyś w tych wnętrzach, na przestrzeni ostatnich lat. Skierowaliśmy się zatem ku bramie i opuściliśmy zamek. Króciuteńkim odcinkiem szlaku podeszliśmy pod Maczugę Herkulesa, następnie zeszliśmy nim dalej, w stronę parkingu. Tam zjedliśmy po grilowanym oscypku z żurawiną i zaszliśmy do restauracji podzamkowej, chwalącej się dumnie naleśnikami i pierogami. W malutkim, dość przytulnym wnętrzu zasiedliśmy jak i inni zgłodniali turyści, po czym zamówiliśmy sobie pierogi - ja ruskie, luby z mięsem, kapustą i grzybami, oraz po herbatce. Tą otrzymaliśmy wkrótce, na pierogi chwilę czekaliśmy - i jak to w takich popularnych turystycznie miejscach bywa, cena zdecydowanie nie przystawała do wielkości porcji... Na szczęście były one chociaż dość smaczne. "Pojedzeni" skierowaliśmy się w drogę powrotną. Szło się długo jak zwykle, ale przyjemnie - wywalczyłam sobie nawet prawo do dokumentowania na zdjęciach wszystkich mijanych po drodze drewnianych domków ;) Zamierzam poczynić kiedyś coś w stylu galerii dawnej Sułoszowy, by móc sobie wyobrazić i poczuć, jak to taka miejscowość niegdyś mogła wyglądać... Ale to kiedyś. Tymczasem R. szedł równym tempem, a mi pozostało po każdym zatrzymaniu na zrobienie zdjęcia dobiegać do niego. Może dzięki temu drogi nadspodziewanie szybko mi ubywało (a jest do przejścia od Pieskowej jakieś 4 km).
Gdy zaszliśmy już do naszego II działu wsi, zboczyliśmy jeszcze na chwilę na cmentarz na wzniesieniu. Luby pozbierał z grobów krewnych zużyte wkłady do zniczy i podumał chwilę, ja przypomniałam sobie w tym czasie daty narodzin i zgonów członków jego familii od strony jego mamy, bo genealogią dość się interesuję. Gdy dotarliśmy do domu, zapadał już zmierzch. Wzięłam się za gotowanie obiadu, który zjedliśmy w efekcie na kolację. Co jak co, ale nie przepadam za robieniem rosołu, każda inna zupa mi wychodzi, a ta niekoniecznie :) Cała tajemnica tkwi jednak w czasie i sposobie gotowania, doborze mięsa i dodatkach nadających rosołowi smaczku - czego Mój ogarnąć nie może, twierdząc, że to jest przecież zupa najłatwiejsza, bo tylko się wrzuca mięso, warzywa i gotuje (ale on oczywiście nigdy tego nie robił ;]). Jednakowoż tym razem rosół wyszedł jadalny i nawet normalnego koloru, toteż zostało go naprawdę niewiele, na poranne rozgrzanie. Każde z nas miało niestety we wtorek powrócić już do normalnego rytmu życia i obowiązków, toteż wieczór spędzony na błogim niczym wkrótce minął i następnego ranka jeszcze przed świtem czekało nas wstanie, ogarnięcie domu i siebie i pędzenie na przystanek. Jazda busem okazała się mocno rozbudzającym przeżyciem - był taki ścisk i przepełnienie, że wyżsi i stojący (czyt. leżący na innych w kompletnym zaklinowaniu jak ogórki w słoiku) pasażerowie łapali resztki tlenu, podczas gdy ci "szczęśliwie" siedzący, śnięci od dwutlenku węgla w niższych partiach busa, gibali bezwiednie opadającymi głowami. Przed Zielonkami ze względu na kontrole kierowca ubłagał ze dwóch pasażerów, by wysiedli wcześniej, złorzecząc na pozostałych, których przecież z dobrej woli zgarnął, a teraz mógł za to przypłacić tysiącem złotych mandatu. Do kontroli został wzięty samochód przed nami i tak oto bez dodatkowych kłopotów dotarliśmy do Krakowa i do normalnego życia.
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 19 listopada 2013
czwartek, 26 września 2013
Wagary w Dolinkach Krakowskich
Wstałam troszkę później, niż zamierzałam, ale i tak wygrałam w tej porannej walce z samą sobą nieco więcej dnia, niż ostatnio mam w zwyczaju. W przeciwieństwie do ostatnich poranków, tegoż przedwczorajszego miałam odmienne plany na spędzenie dnia, zatem motywacja była lepsza. Postanowiłam bowiem jeszcze poprzedniego wieczora dać sobie oficjalne zezwolenie na dezercję z zajęć szkolnych, by wykorzystać ten czas odmiennie, lepiej - restartując się w jakichś miłych okolicznościach przyrody. Już od dłuższego czasu przekładałam to moje wyjście w teren, najczęściej z braku czasu lub braku sprzyjających okoliczności. Tym razem, kosztem wf-u co prawda, miałam do dyspozycji calutki dzień. Zbyt krótko, by wybyć w prawdziwe nieprzebyte leśne ostępy, ale wystarczająco, by wybrać się wreszcie w Dolinki Krakowskie.
Park Krajobrazowy Dolinki Krakowskie leży na północny zachód od Krakowa, w odległości może 20km... Wstyd się przyznać, ale jako rodowita Krakuska nigdy tam nie byłam. Czytałam za to wiele razy o tym urokliwym obszarze, w granicach którego leży siedem większych podkrakowskich dolinek jurajskich... Nie wiedziałam tylko, które z nich obrać za pierwszy cel i jak się tam dostać. Mieszkam w innej części miasta, okazało się zatem, że dojazd komunikacją miejską zajął mi około godziny. Szybciej byłoby busem jadącym z centrum miasta do pobliskich Krzeszowic, ale o tym dowiedziałam się będąc już w drodze. Postanowiłam dojechać do Kobylan i stamtąd rozpocząć wędrówkę Doliną Będkowską, później zaś wrócić Kobylańską.
W załamaniach, moja wyświechtana mapa okolic Krakowa jest już mocno nieczytelna. Gdy dojechałam zatem do Kobylan, postanowiłam upewnić się co do kierunku swojej wędrówki, zagajając przyjemnie wyglądającą starszą panią na przystanku. Bardzo żywo zabrała się za tłumaczenie mi, że mogę iść prosto i skręcić w lewo, ale tu jest duży ruch samochodowy, więc lepiej, bym poszła w lewo i później skręciła w prawo, by przy takim wielkim modrzewiu znów odbić w prawo... Wyobraziłam sobie szmat drogi przede mną. Poszłam więc wskazaną "przyjaźniejszą" trasą, plując sobie w brodę, że wysiadłam przystanek za wcześnie. Nic bardziej mylnego :) Po przejściu jakże skomplikowanych 200 metrów znalazłam się u wylotu Doliny Będkowskiej.
Dolina Będkowska
Wejście do doliny zapowiadało przyjemny spacer asfaltową drogą, wiodącą wzdłuż potoku Będkówka, pośród ciszy niezakłócanej przejeżdżającymi samochodami (zakaz wjazdu) i wszechobecnej zieleni. Z początku miałam minąć po drodze parę zabudowań i obiektów rekreacyjnych, na czele z gospodarstwem, w którym to utworzony jest kompleks okazałych stawów rybnych. Chciałam zrobić zdjęcie miłemu dla oka zestawieniu wody ze wzniesieniem porośniętym lasem w tle, jednak od stawów, prócz krzaczorów, pokrzyw i wartkiego potoku oddzielała mnie jeszcze siatka ogrodzenia. Dałam sobie zatem spokój i minęłam stawy, przy wjeździe do gospodarstwa robiąc im jedno tylko ujęcie. W dalszej drodze mijałam jeszcze pojedyncze budynki, w tym wyjątkowo urodziwą stajnię murowaną z kamienia, wystawioną aktualnie na sprzedaż, oraz dwie kapliczki ku pamięci poległych w walce.
Idąc doliną dalej, zza drzew zaczęły wyłaniać się pojedyncze formacje skalne. Wówczas już wiedziałam, że nie będę żałowała tego spaceru.
Po drodze pozwoliłam sobie w pewnym momencie zboczyć na szlak żółty, wiodący przez Bramę Będkowską w stronę Doliny Kobylańskiej - wylatywał może gdzieś pośrodku niej. Ja jednak z założenia chciałam przebyć zarówno całą długość jednej, jak i drugiej doliny, teraz odbiłam na prawo tylko na chwilę, wiedziona ciekawością i chęcią dotarcia na jakiś punkt widokowy. Takowego nie odnalazłam, po drodze za to nie mogłam się oprzeć pokusie, by nie wleźć w osadzone na stromym zboczu schronisko skalne ;)
Gdy po chwili trudów udało mi się wreszcie zdobyć wnękę, udałam się w stronę domniemanego punktu widokowego. Zboczyłam ze szlaku i wyszłam na łąkę, z której co prawda nie było widać samej doliny czy skał, za to roztaczający się sielski krajobraz był lekiem na poturbowany codziennością, zmęczony umysł.
Po krótkim relaksie na łące powróciłam na żółty szlak, którym na powrót dotarłam do Doliny Będkowskiej. Szłam niespiesznie, jednak pomimo lekkiego tempa i sprzyjającego podłoża biodro w którymś momencie przypomniało mi o Pcimiu ;) Nie miało mi to jednak tego dnia stanąć na przeszkodzie ku przejściu obu dolinek. Nie skupiając się na niczym, ot tak, idąc i przyjemnie nic nie myśląc, zmierzałam powoli ku Sokolicy. Wreszcie wyrosła pośród zieleni - jest to chyba najsłynniejsza skała Dolinek, no może zaraz obok Dupy Słonia ;) Jest charakterystyczna i nie idzie jej przegapić, z daleka widać jej potężną bryłę. Początkowo wydawało mi się, że ktoś się po niej wspina, ale szybko zrozumiałam, że widziana postać to figura matki boskiej osadzona w niszy skalnej na sporej wysokości.
Nieopodal niej znajdował się ośrodek wypoczynkowy, przepełniający w tym momencie okolicę dźwiękami bawiących się, rozwrzeszczanych dzieciaczków. Śmiechy i krzyki długo mnie odprowadzały, zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało - wszystko to potęgowało tylko atmosferę przyjemnej laby i relaksu. Ciekawa byłam ponadto widokowi największego w okolicy wodospadu Szum i myśl o nim wypełniła moją czaszkę. Niedługo potem do niego dotarłam - nazwa wodospadu jest niesamowicie trafna, już z daleka słychać szum rozbijanej o kamienie wody. Wodospadzik okazał się mniejszy, niż przypuszczałam, ale to głównie chyba przez marne opady deszczu ostatnimi czasy. W każdym razie miejsce jest całkowicie dostępne dla oczu i stóp ludzkich, doskonałe na piknik :) Ja jednak z założenia tego dnia żywiłam się wyłącznie sucharkami (no, gryzłam też jabłko zdziczałej antonówki :)), postój miałam sobie urządzić nieco dalej.
Kolejnym interesującym mnie punktem na trasie była Dupa Słonia, słynna wśród wspinaczy skałka, na której wytyczone jest wiele dróg wspinaczkowych. Nie sposób ją było pominąć, choć nie stoi bezpośrednio przy drodze - na ścieżkę i kładkę nakierowały mnie kolorowe, artystyczne, spontaniczne malowidła :)
Przemieszczając się znów szlakiem niebieskim wiodącym przez dolinę dotarłam wreszcie do źródeł Będkówki. Niewielkie rozlewisko utworzone przy głazie, spod którego biła jedna ze strużek, były doskonałym pretekstem na umoszczenie się wygodnie (obok lisiej kupy) i spożycie kilku sucharków.
W międzyczasie, przeglądając mapę, moją uwagę zwróciła Jaskinia Nad Źródłem, która miała się znajdować powyżej mnie. Strome zbocze wzniesienia nie wyglądało zbyt przyjaźnie, postanowiłam jednak wydrapać się wyżej i jaskinię odnaleźć. Okazało się wyjątkowo proste (potem zauważyłam, że wiodła do niej ścieżka, schodząca skosem łagodnie w dół), natomiast zdążyłam po drodze oberwać w tył czaszki aparatem, profilaktycznie zawieszonym na szyi w stronę pleców. Wracając jednak do jaskini - była to niewielka, czarna dziura w skale, u jej stóp zaś było przygotowane palenisko. Bardzo przyjemne miejsce, muszę się tam kiedyś wybrać z R.
Jak już dotarłam pod jaskinię to oczywistością było, że muszę do niej wleźć. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą latarki, jednak łażenie w pozycji kucnej po mrocznych czeluściach ma swój urok :) Idąc w po omacku w całkowitych ciemnościach (nic nie jest tak czarne, jak nieoświetlone wnętrze jaskini) tylko raz zaryłam głową o jakąś wystającą skałę, później musiałam zejść całkiem do poziomu ziemi i na czworaka pokonać odcinek kilku metrów. Wspomagałam się przy tym robionymi na bieżąco zdjęciami z lampą błyskową, na podstawie których analizowałam otoczenie i parłam przed siebie :) Czułam jednak narastający niepokój - po pierwsze, z tak wąskiej szczeliny pozostawało mi jedynie wycofywanie się tyłem. Po drugie, gdzieś sprzede mnie dochodziło moich uszu nieustanne bzyczenie, jakby chmary owadów... Czy miał być to rój, czy muchy nad padliną - tak czy inaczej wątpliwa atrakcja, zatem zlana z duchoty potem (zero ciągu, jaskinia musiała nie mieć wylotu) postanowiłam zawrócić.
Po wyjściu z jaskini obeszłam skałę i ścieżką udałam się wyżej, gdzie jednak nie zobaczyłam nic ciekawego - ot, jakieś obrzeże pola uprawnego. Wróciłam pod jaskinię, gdzie nieusatysfakcjonowana poprzednio pokonaną w niej odległością, skusiłam się na ponowne wejście :P Tym razem posunęłam się dalej - dosłownie, bo pewien odcinek pokonałam czołgając się. Wreszcie powiedziałam sobie dość i zadowolona zawróciłam, bogatsza o kolejne zdjęcia ;)
Ubabrana na rudo zawróciłam na szlak, by, już przezadowolona, powędrować dalej doliną. Jej początkowy odcinek, który miałam teraz przemierzyć, nie zapowiadał jakichś szczególnych atrakcji - tak samo z resztą, jak późniejszy początkowy odcinek Doliny Kobylańskiej, którą miałam wracać. Chciałam jednak dotrzeć do jeszcze jednej jaskini na trasie. Szłam chwilę przez las, zastanawiając się, czy wyrobię w ogóle czasowo na powrót komunikacją miejską, nie odbiłam jednak na szlak zielony, który znacznie by mi skrócił drogę do drugiej doliny. Dotarłam więc w końcu do Jaskini Łabajowej. Co prawda leżała na terenie prywatnym, jednak wstęp był dozwolony, pod nią zaś kręciło się kilka wspinaczy. Postanowiłam nie zatrzymywać się na długo, tylko do niej zajrzeć. Była w stosunku do poprzedniej spora, za wejściem przytarasowanym gigantycznym głazem znajdowała się potężna komora - ewidentnie miejsce częstych spotkań okolicznych mieszkańców, bo podłoże usiane było szkłem. Było w niej przyjemnie chłodno acz zacisznie. Najbardziej wyobraźnię o pracowaniu skał wzmagał głaz przy wejściu... Kiedyś przecież musiał się oderwać.
Jaskinia była ostatnim punktem na pierwszym etapie wędrówki. Teraz miałam przedostać się przez wieś Bębło, łąki, pola i lasy do początku Doliny Kobylańskiej. Droga okazała się dość monotonna, pogoda już chwilę wcześniej wyraźnie się pogorszyła, teraz zaś na otwartej przestrzeni czułam przenikający mnie chłodny wiatr. W lesie było zaciszniej, za to dużo ciemniej - i gdyby nie totalne zresetowanie myśli, to powiedziałabym, że aura była dość przygnębiająca... Ale nie tego dnia :) Szło mi się dobrze i jedynym moim zmartwieniem było to, bym po powrocie do domu nie dopadła od razu lodówki ;) Reszta prowiantu bezpiecznie spoczywała w plecaku, przypominając o sobie przy każdym kroku. W rytmie grzechoczących sucharków dotarłam do doliny, a później przemierzyłam jej początkowy odcinek bez większego zachwytu.
Na tym odcinku nie było jednak tak całkiem nudno - robiłam zdjęcia drzewom, grzybkom, mijałam wracających ze skałek wspinaczy... I znalazłam coś, czego bym się w tamtym momencie najmniej spodziewała, a co rozbawiło mnie niezmiernie :) Otóż na drzewie przy ścieżce zobaczyłam coś wystruganego w drewnie... Sięgnęłam i oto w dłoń uchwyciłam eleganckie rękodzieło;P
Co mogło się wydarzyć później na trasie? Absolutnie nic. Po prostu weszłam w piękną część doliny, której zbocza usiane były skałkami o fantastycznych kształtach. Widoki naprawdę zacne, szkoda tylko, że pogoda nie była bardziej sprzyjająca i słońce nie rozświetliło nieco różnorodnej roślinności, jeszcze nie jesiennej, ale już dość "nieświeżej" po lecie. Na pewno na spacer w Dolinki Krakowskie znajdą się lepsze pory roku jak obecnie panująca... Ale nic, i tak nasyciłam się już tego dnia i nabrałam ponownie jakiejś tam mocy do życia :)
Pozostaje mi częściej odwiedzać takie miejsca, jak te - tym bardziej, że są na wyciągnięcie ręki... Może dzięki takim krótkim wypadom przetrwam jakoś ten niekorzystny okres :)
Park Krajobrazowy Dolinki Krakowskie leży na północny zachód od Krakowa, w odległości może 20km... Wstyd się przyznać, ale jako rodowita Krakuska nigdy tam nie byłam. Czytałam za to wiele razy o tym urokliwym obszarze, w granicach którego leży siedem większych podkrakowskich dolinek jurajskich... Nie wiedziałam tylko, które z nich obrać za pierwszy cel i jak się tam dostać. Mieszkam w innej części miasta, okazało się zatem, że dojazd komunikacją miejską zajął mi około godziny. Szybciej byłoby busem jadącym z centrum miasta do pobliskich Krzeszowic, ale o tym dowiedziałam się będąc już w drodze. Postanowiłam dojechać do Kobylan i stamtąd rozpocząć wędrówkę Doliną Będkowską, później zaś wrócić Kobylańską.
W załamaniach, moja wyświechtana mapa okolic Krakowa jest już mocno nieczytelna. Gdy dojechałam zatem do Kobylan, postanowiłam upewnić się co do kierunku swojej wędrówki, zagajając przyjemnie wyglądającą starszą panią na przystanku. Bardzo żywo zabrała się za tłumaczenie mi, że mogę iść prosto i skręcić w lewo, ale tu jest duży ruch samochodowy, więc lepiej, bym poszła w lewo i później skręciła w prawo, by przy takim wielkim modrzewiu znów odbić w prawo... Wyobraziłam sobie szmat drogi przede mną. Poszłam więc wskazaną "przyjaźniejszą" trasą, plując sobie w brodę, że wysiadłam przystanek za wcześnie. Nic bardziej mylnego :) Po przejściu jakże skomplikowanych 200 metrów znalazłam się u wylotu Doliny Będkowskiej.
Dolina Będkowska
Wejście do doliny zapowiadało przyjemny spacer asfaltową drogą, wiodącą wzdłuż potoku Będkówka, pośród ciszy niezakłócanej przejeżdżającymi samochodami (zakaz wjazdu) i wszechobecnej zieleni. Z początku miałam minąć po drodze parę zabudowań i obiektów rekreacyjnych, na czele z gospodarstwem, w którym to utworzony jest kompleks okazałych stawów rybnych. Chciałam zrobić zdjęcie miłemu dla oka zestawieniu wody ze wzniesieniem porośniętym lasem w tle, jednak od stawów, prócz krzaczorów, pokrzyw i wartkiego potoku oddzielała mnie jeszcze siatka ogrodzenia. Dałam sobie zatem spokój i minęłam stawy, przy wjeździe do gospodarstwa robiąc im jedno tylko ujęcie. W dalszej drodze mijałam jeszcze pojedyncze budynki, w tym wyjątkowo urodziwą stajnię murowaną z kamienia, wystawioną aktualnie na sprzedaż, oraz dwie kapliczki ku pamięci poległych w walce.
Idąc doliną dalej, zza drzew zaczęły wyłaniać się pojedyncze formacje skalne. Wówczas już wiedziałam, że nie będę żałowała tego spaceru.
Po drodze pozwoliłam sobie w pewnym momencie zboczyć na szlak żółty, wiodący przez Bramę Będkowską w stronę Doliny Kobylańskiej - wylatywał może gdzieś pośrodku niej. Ja jednak z założenia chciałam przebyć zarówno całą długość jednej, jak i drugiej doliny, teraz odbiłam na prawo tylko na chwilę, wiedziona ciekawością i chęcią dotarcia na jakiś punkt widokowy. Takowego nie odnalazłam, po drodze za to nie mogłam się oprzeć pokusie, by nie wleźć w osadzone na stromym zboczu schronisko skalne ;)
Gdy po chwili trudów udało mi się wreszcie zdobyć wnękę, udałam się w stronę domniemanego punktu widokowego. Zboczyłam ze szlaku i wyszłam na łąkę, z której co prawda nie było widać samej doliny czy skał, za to roztaczający się sielski krajobraz był lekiem na poturbowany codziennością, zmęczony umysł.
Po krótkim relaksie na łące powróciłam na żółty szlak, którym na powrót dotarłam do Doliny Będkowskiej. Szłam niespiesznie, jednak pomimo lekkiego tempa i sprzyjającego podłoża biodro w którymś momencie przypomniało mi o Pcimiu ;) Nie miało mi to jednak tego dnia stanąć na przeszkodzie ku przejściu obu dolinek. Nie skupiając się na niczym, ot tak, idąc i przyjemnie nic nie myśląc, zmierzałam powoli ku Sokolicy. Wreszcie wyrosła pośród zieleni - jest to chyba najsłynniejsza skała Dolinek, no może zaraz obok Dupy Słonia ;) Jest charakterystyczna i nie idzie jej przegapić, z daleka widać jej potężną bryłę. Początkowo wydawało mi się, że ktoś się po niej wspina, ale szybko zrozumiałam, że widziana postać to figura matki boskiej osadzona w niszy skalnej na sporej wysokości.
Nieopodal niej znajdował się ośrodek wypoczynkowy, przepełniający w tym momencie okolicę dźwiękami bawiących się, rozwrzeszczanych dzieciaczków. Śmiechy i krzyki długo mnie odprowadzały, zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało - wszystko to potęgowało tylko atmosferę przyjemnej laby i relaksu. Ciekawa byłam ponadto widokowi największego w okolicy wodospadu Szum i myśl o nim wypełniła moją czaszkę. Niedługo potem do niego dotarłam - nazwa wodospadu jest niesamowicie trafna, już z daleka słychać szum rozbijanej o kamienie wody. Wodospadzik okazał się mniejszy, niż przypuszczałam, ale to głównie chyba przez marne opady deszczu ostatnimi czasy. W każdym razie miejsce jest całkowicie dostępne dla oczu i stóp ludzkich, doskonałe na piknik :) Ja jednak z założenia tego dnia żywiłam się wyłącznie sucharkami (no, gryzłam też jabłko zdziczałej antonówki :)), postój miałam sobie urządzić nieco dalej.
Kolejnym interesującym mnie punktem na trasie była Dupa Słonia, słynna wśród wspinaczy skałka, na której wytyczone jest wiele dróg wspinaczkowych. Nie sposób ją było pominąć, choć nie stoi bezpośrednio przy drodze - na ścieżkę i kładkę nakierowały mnie kolorowe, artystyczne, spontaniczne malowidła :)
Przemieszczając się znów szlakiem niebieskim wiodącym przez dolinę dotarłam wreszcie do źródeł Będkówki. Niewielkie rozlewisko utworzone przy głazie, spod którego biła jedna ze strużek, były doskonałym pretekstem na umoszczenie się wygodnie (obok lisiej kupy) i spożycie kilku sucharków.
W międzyczasie, przeglądając mapę, moją uwagę zwróciła Jaskinia Nad Źródłem, która miała się znajdować powyżej mnie. Strome zbocze wzniesienia nie wyglądało zbyt przyjaźnie, postanowiłam jednak wydrapać się wyżej i jaskinię odnaleźć. Okazało się wyjątkowo proste (potem zauważyłam, że wiodła do niej ścieżka, schodząca skosem łagodnie w dół), natomiast zdążyłam po drodze oberwać w tył czaszki aparatem, profilaktycznie zawieszonym na szyi w stronę pleców. Wracając jednak do jaskini - była to niewielka, czarna dziura w skale, u jej stóp zaś było przygotowane palenisko. Bardzo przyjemne miejsce, muszę się tam kiedyś wybrać z R.
Jak już dotarłam pod jaskinię to oczywistością było, że muszę do niej wleźć. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą latarki, jednak łażenie w pozycji kucnej po mrocznych czeluściach ma swój urok :) Idąc w po omacku w całkowitych ciemnościach (nic nie jest tak czarne, jak nieoświetlone wnętrze jaskini) tylko raz zaryłam głową o jakąś wystającą skałę, później musiałam zejść całkiem do poziomu ziemi i na czworaka pokonać odcinek kilku metrów. Wspomagałam się przy tym robionymi na bieżąco zdjęciami z lampą błyskową, na podstawie których analizowałam otoczenie i parłam przed siebie :) Czułam jednak narastający niepokój - po pierwsze, z tak wąskiej szczeliny pozostawało mi jedynie wycofywanie się tyłem. Po drugie, gdzieś sprzede mnie dochodziło moich uszu nieustanne bzyczenie, jakby chmary owadów... Czy miał być to rój, czy muchy nad padliną - tak czy inaczej wątpliwa atrakcja, zatem zlana z duchoty potem (zero ciągu, jaskinia musiała nie mieć wylotu) postanowiłam zawrócić.
Po wyjściu z jaskini obeszłam skałę i ścieżką udałam się wyżej, gdzie jednak nie zobaczyłam nic ciekawego - ot, jakieś obrzeże pola uprawnego. Wróciłam pod jaskinię, gdzie nieusatysfakcjonowana poprzednio pokonaną w niej odległością, skusiłam się na ponowne wejście :P Tym razem posunęłam się dalej - dosłownie, bo pewien odcinek pokonałam czołgając się. Wreszcie powiedziałam sobie dość i zadowolona zawróciłam, bogatsza o kolejne zdjęcia ;)
Ubabrana na rudo zawróciłam na szlak, by, już przezadowolona, powędrować dalej doliną. Jej początkowy odcinek, który miałam teraz przemierzyć, nie zapowiadał jakichś szczególnych atrakcji - tak samo z resztą, jak późniejszy początkowy odcinek Doliny Kobylańskiej, którą miałam wracać. Chciałam jednak dotrzeć do jeszcze jednej jaskini na trasie. Szłam chwilę przez las, zastanawiając się, czy wyrobię w ogóle czasowo na powrót komunikacją miejską, nie odbiłam jednak na szlak zielony, który znacznie by mi skrócił drogę do drugiej doliny. Dotarłam więc w końcu do Jaskini Łabajowej. Co prawda leżała na terenie prywatnym, jednak wstęp był dozwolony, pod nią zaś kręciło się kilka wspinaczy. Postanowiłam nie zatrzymywać się na długo, tylko do niej zajrzeć. Była w stosunku do poprzedniej spora, za wejściem przytarasowanym gigantycznym głazem znajdowała się potężna komora - ewidentnie miejsce częstych spotkań okolicznych mieszkańców, bo podłoże usiane było szkłem. Było w niej przyjemnie chłodno acz zacisznie. Najbardziej wyobraźnię o pracowaniu skał wzmagał głaz przy wejściu... Kiedyś przecież musiał się oderwać.
Jaskinia była ostatnim punktem na pierwszym etapie wędrówki. Teraz miałam przedostać się przez wieś Bębło, łąki, pola i lasy do początku Doliny Kobylańskiej. Droga okazała się dość monotonna, pogoda już chwilę wcześniej wyraźnie się pogorszyła, teraz zaś na otwartej przestrzeni czułam przenikający mnie chłodny wiatr. W lesie było zaciszniej, za to dużo ciemniej - i gdyby nie totalne zresetowanie myśli, to powiedziałabym, że aura była dość przygnębiająca... Ale nie tego dnia :) Szło mi się dobrze i jedynym moim zmartwieniem było to, bym po powrocie do domu nie dopadła od razu lodówki ;) Reszta prowiantu bezpiecznie spoczywała w plecaku, przypominając o sobie przy każdym kroku. W rytmie grzechoczących sucharków dotarłam do doliny, a później przemierzyłam jej początkowy odcinek bez większego zachwytu.
Na tym odcinku nie było jednak tak całkiem nudno - robiłam zdjęcia drzewom, grzybkom, mijałam wracających ze skałek wspinaczy... I znalazłam coś, czego bym się w tamtym momencie najmniej spodziewała, a co rozbawiło mnie niezmiernie :) Otóż na drzewie przy ścieżce zobaczyłam coś wystruganego w drewnie... Sięgnęłam i oto w dłoń uchwyciłam eleganckie rękodzieło;P
Co mogło się wydarzyć później na trasie? Absolutnie nic. Po prostu weszłam w piękną część doliny, której zbocza usiane były skałkami o fantastycznych kształtach. Widoki naprawdę zacne, szkoda tylko, że pogoda nie była bardziej sprzyjająca i słońce nie rozświetliło nieco różnorodnej roślinności, jeszcze nie jesiennej, ale już dość "nieświeżej" po lecie. Na pewno na spacer w Dolinki Krakowskie znajdą się lepsze pory roku jak obecnie panująca... Ale nic, i tak nasyciłam się już tego dnia i nabrałam ponownie jakiejś tam mocy do życia :)
Pozostaje mi częściej odwiedzać takie miejsca, jak te - tym bardziej, że są na wyciągnięcie ręki... Może dzięki takim krótkim wypadom przetrwam jakoś ten niekorzystny okres :)
Etykiety:
Dolina Będkowska,
Dolina Kobylańska,
Dolinki Krakowskie,
jaskinie,
Jura Krakowsko-Częstochowska,
krajobrazy,
skały,
spacer,
w terenie,
wędrówka,
zdjęcia
Subskrybuj:
Posty (Atom)