Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Co w lasku się zieleni

Ten wpis, tak samo jak dwa poprzednie, dotyczyć będzie ostatniego weekendu... Naprawdę nie pamiętam, kiedy tak przyjemnie i aktywnie spędziłam czas, moje dni rzadko bywają takie długie i obfitujące we wspomnienia. A prócz przejażdżki rowerowej w sobotę i spaceru do Pieskowej Skały w niedzielę, zaliczyłam jeszcze jedną atrakcję na miłe zakończenie weekendu: spacer do lasku, tego samego co ostatnio, niedaleko domu chłopaka - z resztą poszłam nie sama, a z nim.

Tym razem nie będę się wiele rozpisywać; lasek, czy raczej zalesiona mała dolinka, nie jest takich rozmiarów, by cokolwiek więcej pisać ponad to, co na temat jej topografii napisałam ostatnio. Teraz po prostu po raz kolejny miałam okazję podziwiać coraz bardziej rozkwitłą i zazielenioną naturę :)



wtorek, 1 kwietnia 2014

Wiosenny rekonesans

Muszę to napisać: przez karkówkę do serca. Tej myśli nie będę jednak rozwijać, chciałabym jedynie jej nie zapomnieć, bo mnie to stwierdzenie ubawiło. Tymczasem zamiarem moim jest raczej zanotowanie, również ku pamięci, mojej krótkiej łazęgi po okolicznych łączkach i zagajniku w pobliżu miejsca zamieszkania Mojego. Miałam bowiem ku temu okazję w weekend - choć, wstyd się przyznać, mogłabym w ogóle cały weekend pożytecznie i/lub w miłych okolicznościach przyrody wykorzystać, ale mi było wygodniej snuć się po domu lub szwendać po obejściu, pić chłodny sok z brzozy z przejrzystej szklaneczki, podglądać żaby nad stawem i katować umysł i wzrok telewizją - wszystko to oczywiście po tym, jak wstałam po jedenastej, bo wcześniej musiałam "dośnić" jakiś happyend do zagłady ludzkości dokonanej przez kosmitów. Gdy któreś zakończenie z kolei zaczęło zmierzać w niewłaściwym kierunku, sfrustrowana wstałam. Dobrze, że przynajmniej poszłam na krótki spacer... Choć te tony pyszności pochłonięte na urodzinach wujka Lubego, potem na urodzinach mojej cioci, a potem, dnia trzeciego pozostałości z pyszności z urodzin wujka - nieee no, przemilczę.

Czasu (w swej świadomości) na spacerowanie miałam niezbyt wiele, bo mama chłopaka pojechała do miasta z zamiarem rychłego powrotu, a nie było do końca pewne, czy zaraz potem nie będziemy jechały znowuż razem, by dopełniać pewnych formalności odnośnie telefonów. To absolutnie nieistotne z resztą, tym bardziej, że okazało się, że nic z tego nie wyszło i spokojnie mogłam dłużej powłóczyć się po krzakach, gdy to Mój robił w tym czasie drzwi. Wyszłam z aparatem, który od jakiegoś czasu z resztą częściej gości i służy rodzinie chłopaka jak mi... Nie mogąc znaleźć drugiej baterii, musiałam zadowolić się jedną kreską tej wsadzonej w sprzęt. Nie robiłam zatem zbyt wielu zdjęć, no a poza tym, jakby nie patrzeć, nie spacerowałam jednak na tyle długo, by np dotrzeć do lasku i tych zdjęć całą mnogość nacykać. Ograniczyłam się więc w swojej wędrówce do przejścia przez łąki, skarpę porośniętą chaszczami i dalej, przez trawska obrastające kolejną skarpę tuż nad potoczkiem. Przeszłam przezeń (przeskoczyłam - z sukcesem), przez kolejne chaszcze i krzaczory, kolejną - już podmokłą łąkę, pod zadrzewienie otaczające bajorko, później nieco na prawo, pod ścianę drzew towarzyszących płynącemu ze wzniesienia potokowi i tu już ciągle wzdłuż niego - czasem sarnimi i ludzkimi ścieżkami naznaczonymi pośród zeschniętych zeszłorocznych traw i młodych roślin przebijających się spod ich warstwy, czasem przez zarośla towarzyszące rozlanemu gdzieniegdzie strumykowi, tworzącemu małe rozlewiska czy mokradełka.








 Zadrzewienie będące dość wąskim, ale wystarczająco dzikim pasem zieleni jest przedłużeniem lasu znajdującego się powyżej, a ze względu na ów niesforny potoczek (to za dużo powiedziane), tworzy też - mimo bliskiego sąsiedztwa siedzib ludzkich - bardzo przyjemną, zieloną ostoję, pełną świergotu ptaków, grzybów (choć sama nigdy tu nie byłam, w ogóle, od tej strony do lasu nigdy nie zaszłam! ograniczałam się do "lasku" brzózkowego pełnego krakowiaków) i w ogóle istot wszelakich. W pewnym momencie na przykład jakieś 80 metrów ode mnie pomknęła sarna - i tak dziw, że ją podeszłam, bo niezbutwiałe po tegorocznej, suchej zimie liście przy każdym kroku szeleszczą głośno pod stopami.






Temu kawałkowi świata przyglądałam się nie tylko w nastawieniu raczenia oczu miłymi widokami, chciałam też mniej więcej ocenić, czy mam w tym roku szansę na zrealizowanie choć części planów "dzikiego" pichcenia. Z żalem stwierdziłam, że z syropem z podbiałów w tym roku nie poszaleję, za to z satysfakcją dostrzegałam mnogość wschodzących skupisk pokrzyw, szczawiu i mniszka lekarskiego - ten ostatni na trawnikach przy okolicznych blokach u mnie w mieście kwitnie już w najlepsze, bałam się, że i ze zbiorem jego nie zdążę, ale nic jeszcze nie straciłam :) W ogóle wiosna w mieście, u mnie na podwórzu na przykład, jest na zupełnie innym etapie niźli ta "podmiejska"; na podwórzu w skalniaku zakwitła mi kolejna roślinka (jakaś taka fioletowa), niezapominajki, miodunka, jeden orlik też się przymierza do kwitnienia. Z drugiej strony konwalie, kokoryczka czy paprocie są chyba we właściwej fazie rozwoju, dopiero zaczynają cieszyć oko, nieśmiało wybijając się spod zbitej, buropłowej ziemi. Ale to u mnie, w wynaturzonym, jakby nie patrzeć, małym i nędznym kawałeczku świata... A świat się swoimi prawami rządzi i natura jednak wie, na co i kiedy może sobie pozwolić. Martwiłam się, że znikoma zima, a w jej następstwie przyspieszone "wiosenne" zachowania niektórych roślin i zwierząt nie wyjdą im na dobre. Teraz widzę jednak, że wszystko dzieje się w odpowiednim czasie i tylko w takim stopniu, w jakim naturze to nie zaszkodzi. Te stworzenia co mogą, rozpoczynają już (lub kończą ;)) gody; parzą się żaby (w tym roku zdecydowanie za mało samiczek żaby zielonej w stawie chłopaka, panowie pozostałych gatunków nie mogą narzekać), ryby wygrzewają się w słonku, kurczaki pod czujnym okiem kwoki walczą o znalezionego robaka, lisy ryzykują życiem, podchodząc pod gospodarkę strzeżoną przez owczarka niemieckiego. Krowa w stajni wydziera się, jak to mówi babcia chłopaka - "czuje zielone". Króliczyce spowiły w przygotowanych przez siebie gniazdach młode. Na łąkach słychać bażanty lub kuropatwy, nigdy nie wiem. Myszołowy kołują parami nad okolicą. W drzewach zaczęły krążyć soki - niektóre już zdobi szata młodziutkich listków, inne złocą się baziami. Słońce grzeje właściwie nieprzerwanie od zimy, tylko coraz cieplej, a jednak wiosna rozwija się w swoim tempie - tak właśnie jak powinna.












wtorek, 11 marca 2014

Sosna w promieniach słońca

Niemal cały wczorajszy dzień spędziłam w towarzystwie mojej sosny. Z samego rana, gdy tylko pierwsze promienie słońca zaczęły nieśmiało zaglądać na podwórze zza ściany kamienicy, nieśmiało szukając luki pomiędzy gałęziami świerka srebrzystego i jego mniejszego, bliżej nieokreślonego z koloru brata, ja już szykowałam sobie potrzebne do późniejszych prac narzędzia i kompletowałam strój. O poranku, kiedy się zbudziłam, mój kawałek nieba za oknem nie zdradzał, czy pogoda będzie sprzyjać podwórkowym pracom ogrodniczym. Godzinę później błękit nieba wskazywał już, że gdzieś tam, po niewidocznej z okna stronie, świeci słońce nie przysłonięte najmniejszą nawet smugą. Nie dałam się zwieść obietnicy za oknem, ubrałam się ciepło, na cebulkę; założyłam nawet czapkę i rękawiczki. Później z obecnej narzędziowni wydobyłam co mi było potrzebne i wzięłam się do zaplanowanej pracy.

Zaczęłam od obcinania nożycami, lub, gdy było trzeba, sekatorem, wszystkiego co suche. Na pierwszy ogień poszedł kąt podwórza. Zasadniczo ma ono cztery kąty, jednak dwa z nich, przy ścianie budynku, są niemal proste i mało charakterystyczne (choć jeden z nich też funkcjonuje jako "kąt", ale w kontekście kącika roślinności, którą to mama sadząc, rozpaczliwie próbowała ów ponury kąt pod wysokim murem rozświetlić, z marnym rezultatem). Trzeci kąt jest rozwarty, na łączeniu wysokiego muru z murem niskim (takim może na metr) i przysłania go na pierwszy rzut oka "mniejszy brat" świerka srebrzystego, także często jest on w mojej wyobraźni pomijany i niezauważalny. Wzięłam się więc za najdalej wysunięty kąt podwórza - dlatego, że w ogóle prace zaplanowane na ten dzień oscylować miały w tej części "ogrodu", bo mam tam skalniak i roślinki pod niskim murem i przy betonowym placyku zajętego przez kubły na śmieci, ale też dlatego, że tam było najwięcej suchych fragmentów roślin do usunięcia.

Jest taka roślina, bardzo ekspansywna i trudna do całkowitego wyplenienia, gdy pozwoli jej się na zbyt wiele. Zaborcza ale i doskonała, gdy chce się szybko zamaskować niedoskonałe - przynajmniej w okresie letnim; traci ona swe pięciopalczaste liście na zimę, zostawiając pozornie suche pędy, szczególnie szpecące, gdy wplątane są w pokrzywioną, rozwalającą się i zardzewiałą siatkę. Gdybym te pędy zostawiła, w te wakacje mogłabym mieć opanowaną większą część siatki oddzielającą nas od sąsiadki i kawałek muru niskiego za skalniakiem, gdzie próbuję puścić bluszcz. To by było zdecydowanie zbyt wiele. Nie usuwam jednak krzewu, bo doskonale maskuje, w odpowiednim czasie, jak by nie było bardzo brzydki kąt, kiedy to zakrywa go luźna kurtyna zielonych pnączy. Kąt jest o tyle problematyczny, że nie bardzo mogę z nim cokolwiek zrobić, ponieważ zakreśla go jedynie owa pokrzywiona siatka, a na dodatek różnica poziomów pomiędzy naszym podwórzem, a dzikim ogrodem za murem nie pozwala nic sensownego wymyślić. No i jest to ulubiony punkt obserwacyjny mojego psiaka, co nie pozwala mi po prostu czegoś tam posadzić. Przez ostatnie lata traktowałam zatem to miejsce jako mini kompostownik na odpady zielone, choć, ponieważ nie chciałam "psuć" powstającej tam gleby, i tak nie zagrabiałam tam liści orzecha czy sosnowych igieł. Właściwie z rzadka coś tam rzuciłam, co i tak po przegniciu "zjeżdżało" przez siatkę do ogrodu za murem. W tym roku będzie podobnie, przez następne lata też - póki nie urządzę tego podwórza niemal od podstaw, wedle wizji, którą dopieszczam w wyobraźni.

Wycięłam pnącza, potem wzięłam się za skalniak. W tym roku nic mi nie przemarzło, co o tyle mnie nie cieszy, że zapewne nie przemarzła także pleśń, która w ostatnich latach sieje spustoszenie pośród moich roślin. Nawet niezapominajki przez całą zimę tworzyły zwarte, zielone kępy, podobnie jak niektóre cebulowe, którym listopad pomylił się z wiosną i już wtedy wystrzeliły do góry i teraz stanowią rozlazłe kępy przydługich, nieświeżych szczypiorów. Na szczęście pozostałe cebulowe zegary biologiczne mają w porządku i teraz mogę się cieszyć widokiem pojedynczych kępek przebiśniegów, puszkinii (znalazłam ją przypadkiem, zdominowaną przez pokaźną kępę niezapominajek, a myślałam, że przepadła), szafirków, krokusów (te są niekwitnące i jeszcze długo nie będą, bo zdziczałe przytargałam w poprzednich latach z rozwalanych ogródków działkowych). Przerzedziłam nieco dąbrówkę i takie drugie coś, czego nazwy teraz nie pamiętam, generalnie niezniszczalne i równie ekspansywne co dąbrówka, płożące, z żółtymi owalnymi listkami (poza tym, że teraz listki ma czerwone). W ogóle ogarnęłam elegancko skalniaczek - choć nie za bardzo, bo pora wczesna i trzeba dać roślinom jeszcze trochę czasu, by zdradziły swe zamiary w rozwoju na ten rok. To samo z roślinami pod murem... Tu jednak wzięłam się też za przesadzanie; ponieważ zaczęły wschodzić lilie (4 pędy), przesunęłam je nieco dalej, by w tym roku nie były tak strasznie zdominowane przez parzydło leśne i serduszkę. Z tych samych względów przeniosłam kosaćca syberyjskiego. Wykopałam też kosaćce i irysy zlokalizowane w pobliżu ściany kamienicy, bo w tym roku być może weźmiemy się za osuszanie i izolowanie fundamentów, a wtedy na przenosiny będzie już za późno (choć teraz można się zastanawiać, czy nie za wcześnie - ale patrząc na rośliny, chyba nie). Dosadziłam również w kilku miejscach liliowce, przyniesione z kolejnych likwidowanych terenów po ogródkach działkowych (podczas ich zdobywania zostałam okrzyknięta "Rambo" przez Lubego, kiedy to moja prowizoryczna łopatka z deseczki nieoczekiwanie wystrzeliła mi porcję ziemi w twarz). I kępkę trzmieliny (zmaltretowaną tak, że nie będę płakać, gdy nie przyjmie się w nowym miejscu), krokusów (niekwitnących, prócz jednego, którego wsadziłam w skalniak) i jedną nędzną lilijkę. Ogółem to właśnie przesadzanie zajęło mi wczoraj najwięcej czasu i pochłonęło najwięcej zapału, który pod koniec był już dość marny. Wygrabiłam jeszcze część podwórza i na tym zakończyłam pracę.

Początkowo nie zwracałam uwagi na moją sosnę. Właściwie to czasem nawet jej nie lubię - jest chorowita, sypie igłami, gleba pod nią jest sucha jak pieprz i nic nie chce w niej urosnąć, od spodu jest łysa i lata dookoła niej mnóstwo paskudztwa. Jednak to ją jako jedno z nielicznych drzewek z "lasku" zasadzonego niegdyś przez mojego tatę postanowiłam zostawić. Ma przynajmniej prosty i całkiem ładny pień, nie jest taka pokraczna jak ocalone (na bliżej nieokreśloną chwilę) świerki, jest zaraz po orzechu największym drzewem, wreszcie współtworzy lubiany przeze mnie widok za oknem. Co do niej mam najwięcej wątpliwości, czy przeznaczyć ją kiedyś na ścięcie... Większe niż w przypadku orzecha (pod nim też nic nie urośnie, choć tworzy w lecie miły cień), świerków (żal mi tego najbardziej srebrzystego - ze względu na niespotykany wręcz kolor, bo poza tym jest paskudny jak pozostałe dwa) i tego ostatniego, co nie wiem, czym jest (i też świetnie wygląda z okien czy balkonów, jest wysoki jak sosna, tylko że - jak wszystko - brzydki z perspektywy podwórza). Przy tych wszystkich sosna wydaje mi się najbardziej warta ocalenia... Nie chcę uzyskać kiedyś ugrzecznionego ogródka z geometrycznymi liniami i samymi zminiaturyzowanymi formami. Chciałabym pozostawić w nim miejsce na naturę, która przez swoją pozorną niedoskonałość jest właśnie taka ekscytująca... Tylko sosna nie znalazła się na podwórzu w sposób naturalny. Jest taka, jaką pozwala jej być niekorzystna gleba, lata zaniedbań... Ale jest żywa. Czuję jej życie bardziej, niż któregokolwiek drzewa w okolicy; trwa przez te wszystkie lata, zieleni się do słońca, w swych gałęziach gości sroki, synogarlice i sikorki, wreszcie od kilku lat obradza niezliczoną ilością szyszek. To one szczególnie dają mi poczucie, że sosna jest na podwórzu moim cichym towarzyszem. W promieniach wiosennego słońca sosna zdaje się całą sobą o tym przypominać, kiedy to w ciszy nie kaleczonej zdawało by się, odległymi dźwiękami cywilizacji, w promieniach słońca słychać cichą sosnową melodię otwierających się szyszek. Do tego niepozornego pykania zawsze się uśmiechnę.

środa, 24 kwietnia 2013

Wybuch życia :)

...No i z wczorajszym pierwszym prawdziwym deszczem zieleń wybuchła :) Uwielbiam ten moment, jak dosłownie z dnia na dzień drzewa i krzewy pokrywają się solidną zieloną mgiełką, jak niektóre z nich zakwitają... Wczoraj wracałam po tym deszczu do domu i napatrzeć się nie mogłam - nawet trawa stała się jakaś taka bardziej soczysta. Planty całe są zroszone różnymi odcieniami zieleni, w jednym miejscu jest urocza polanka hiacyntów. Jakoś mi tak się lekko na sercu zrobiło. Ehh, ale to wszystko dlatego, że się starzeję :P Dawniej to lato było moją ulubioną porą roku, zaraz potem zima. Jesień i wiosna jakoś mnie nie ruszały. A teraz chciałabym zatrzymać wionę na dłużej, jak sobie pomyślę o letnich upałach, miejskim kurzu i żarze bijącym od asfaltu... Brrr. Trzeba będzie uciekać gdzieś nad wodę ;)

Tymczasem jednak należy się cieszyć jak najmocniej z otaczającego nas dookoła życia. Widzę je wszędzie, w skali makro za szybami autobusu, na trawniku wzdłuż chodnika prowadzącego na przystanek, w ptakach zbierających paproszki na gniazda. I w skali mikro, na moim podwórzu, w kolejnych pędach kokoryczki w postaci zuchwale przebijających się przez ziemię grubiutkich kiełków. Tej nocy przybyły kolejne dwa, razem będzie dziesięć. Jak się cieszę, że jej u mnie dobrze! Uwielbiam tę roślinkę - oby jej było więcej i więcej :)

 
kokoryczka w rozkwicie; w zeszłym roku miała zaledwie 3 kwitnące pędy



Teraz muszę pomyśleć o skalniaku. Skalnica mi zmarniała, dwie roślinki zniknęły na amen... Niebawem upoluję coś nowego i czym prędzej dosadzę.