Dziwny to dla mnie czas. Dziwny, bo jakoś tak zbyt wieloma problemami i rozterkami nieważkimi zamykam Stary Rok, ale też dziwny w ogóle, patrząc z perspektywy lat wielu - właściwie parunastu z niewielu więcej, jakie jestem na świecie. Święta Bożego Narodzenia z wczesnego dzieciństwa wspominam zasadniczo dobrze, choć słabo. Była radość i beztroska, odwiedziny rodziny i nasza jazda do domu rodzinnego mamy, tam cukierki i dom niczym labirynt w oczach dziecka, powrót z kartonem soku truskawkowego w słoikach, który to lądował na krótko do brązowej szafki w naszej ciasnej kuchni, bo był przez nas uwielbiany... Sama wigilia to wyglądanie za pierwszą gwiazdką, znajdowanie prezentów pod choinką - no, raz były prosto od Mikołaja, ale ten został zdemaskowany, kiedy to siostra pociągnęła za brodę osadzoną na gumce.W sumie to tak te wszystkie święta mniej więcej wspominam, choć przecież nie były one wcale takie kolorowe - chyba którejś wigilii właśnie mama z nami uciekła. Spakowała najpotrzebniejsze ubranka do reklamówek i pospiesznie, cichcem, opuściła z nami na zawsze mieszkanie i tatę.
Jeśli miało to nim wstrząsnąć, to wstrząsnęło, ale pozytywnego skutku nie przyniosło. Stoczył się całkiem, ale to zupełnie odrębna historia... W ogóle kawał mojego życia to jakieś skrajnie niepowiązane okresy i zdarzenia, wiele zdarzeń, w przeważającej mierze złych. W końcu to te pierwsze wigilie, spędzane w rodzinnym domu, w ciasnym mieszkaniu w naszym małym gronie, wspominam dobrze. Później było już tylko gorzej. Przez kolejne 8, może 9 lat każde święta, jak z resztą i pozostały czas tamtego okresu życia, przeżyłam w rodzinnym domu mojej mamy, u dziadków, gdzie się zaczepiłyśmy. Pierwszych, drugich, zasadniczo nie pamiętam. Z tych późniejszych miewam już przebłyski, choć nie wiem, co było kiedy, trudno to wszystko odtworzyć chronologicznie - w sumie zawsze było podobnie. Wielkie, rodzinne świętowanie na dwadzieścia kilka osób, dość smaczne jedzenie, miła atmosfera - i tylko z każdym rokiem coraz trudniej przychodziło mi znosić życzenia. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, przy stole, podczas dzielenia się opłatkiem, każdy z każdym musiał złożyć sobie życzenia. Nienawidziłam tego. Z początku dlatego, że mnóstwo wujków i ciotek pochodziło, bredziło coś o szóstkach i obcałowywało. Nie czułam z nimi więzi, bliskości takiej, bym swobodnie się przy nich wszystkich czuła. Ale to okazało się problemem żadnym w stosunku do nowego, narastającego z każdym rokiem - mojego zwątpienia, potem odejścia od wiary i wreszcie poczucia się stuprocentowym ateistą. Z tym faktem nie mógł się pogodzić nikt z mojej licznej, katolickiej rodziny, szczególnie babcia. Jej nigdy nie wybaczę tego, jak mnie psychicznie zmasakrowała... Do dziś nie mogę się z tego wszystkiego wygrzebać, momentami pewne rzeczy wypływają w najdziwniejszych sytuacjach... No ale nic. W każdym razie którejś wigilii posłyszałam serię życzeń w stylu "żebyś zmądrzała", "żebyś pogodziła się z babcią", "żebyś przejrzała na oczy". Od tej pory poczułam, że to już nie jest zupełnie mój świat. Stałam się obca tej społeczności. Byłam czarną owcą rodziny. Musiałam jeszcze znieść kilka takich wigilii, coraz częściej z "ucieczkami" do toalety podczas składania życzeń, wreszcie w ogóle wycofywania się z imprezy. Tylko że zawsze było wysyłanie do mnie delegacji, to proszącej, to grożącej. Pretensje i utwierdzanie w poczuciu wyobcowania. To były moje święta.
Nie pamiętam, czy pojawiłam się na ostatniej rodzinnej wigilii przed przeprowadzką. Przeprowadziłyśmy się bowiem wreszcie na swoje - do mojego rodzinnego domu, tylko innego mieszkania; tata nasze poprzednie doprowadził do ruiny i teraz stało zamknięte, zawalone nazbieranymi po śmietnikach gratami, meblami i śmieciami. Decyzja o remoncie innego mieszkania zapadła jeszcze kiedy był na miejscu, ale jego losy tak się potoczyły, że trafił pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego, a potem - do domu pomocy społecznej. Nie wyszedł już stamtąd nigdy, przebywa tam wbrew swojej woli. Od tego czasu minęło już jednak dobre parę lat i wszystko się zmieniło... Nasze święta od tamtego czasu wyglądają dziwnie. Wszystkie jesteśmy skażone, każda z nas nosi uraz i już nigdy nie będzie tych świąt kojarzyć z okresem beztroski, miłości i rodzinnego ciepła. Jednak jakiś sentyment pozostał; człowiek bez tradycji, bez odprawiania swoich małych, głupich rytuałów zatraca w ogóle rytm trwania... Każda z nas zatem, co roku, mniej lub bardziej stara się, by ten okres jakkolwiek się wyróżniał. Odkąd mieszkamy na swoim, nasze wigilie wyglądają podobnie pod względem przygotowań - tylko co roku inna z nas ma jakiś taki świąteczny zryw i potrzebę zrobienia tego "po bożemu", żeby choć trochę odtworzyć nastrój, jaki powinien w naszym przekonaniu podczas tych świąt panować. To ja się naprodukuję i napiekę/nagotuję/nawymyślam prezentów, to znowuż któraś inna - a ja w tym czasie akurat mam doła, syczę dookoła i obwieszczam, że w danym roku nie świętuję. Jakoś tak nie możemy się zgrać. Także to jest jakaś jedna stała, która powoli staje się naszą rodzinną tradycją... Druga to głupawka, która włącza się nam, czyli mnie i siostrom K., które, mimo wielu różnic, wdałyśmy się jednak w rodzinę taty i nadajemy na tych samych falach. Mama, iście B., pozostaje rozdarta pomiędzy to, co jej wpajano i jak ją wychowano, a swoje córki, wszystkie tak inne od niej samej... Stoi jedną nogą tu, drugą w przeszłości. Jakoś się jednak w tym wszystkim godzimy, a przynajmniej nie zabijamy. Z tradycji świątecznych kultywujemy również barszcz z uszkami, sałatkę jarzynową, plus wszystkie inne "nadprogramowe" specjały, zmienne co roku. Pojawia się też moment odnajdywania podarków pod choinką; zawsze coś się pojawia, symbolicznie i skromnie, bo pieniędzy zawsze brakuje. W tym roku o dziwo nie dostałam skarpetek (nie licząc tych od Rodzyna w Bukownie :P). A pozostając już w temacie prezentów - jak prezenty, to i choinka. Siedzę teraz przed wstrętnym, plastikowym straszakiem naubieranym przez młodszą siostrę... Lampeczki i tak nadają klimat, choćby nie wiem jak brzydkie to drzewko było. Ja regularnie od chyba trzech lat dostawałam żywe drzewko od chłopaka, który bardzo chce, bym poczuła ducha świąt. Co roku większe i piękniejsze, do tego często jakieś choinkowe ozdoby. W tym roku się zbuntowałam i poprosiłam, by mnie choinką nie obdarowywał... Nie chciałam świąt. Właśnie w tym roku mam do nich awers i nic na to nie poradzę. Zbyt marnie kończę ten rok, by się cieszyć i świętować. Nie mam na to nawet nie tyle ochoty, co siły... Chociaż i tak zostałam w niecny sposób wciągnięta w świąteczne zajęcia, nie było jak się wybronić. Ale o tym później.
Wspominałam o pewnych świątecznych "stałych", a nie powiedziałam, co się zmienia, co co roku ewoluuje. Mam tu na myśli spędzanie świąt z tatą. Tak, dopóki mieszkałyśmy w L., święta odbywały się zupełnie bez niego. Raz chyba przyjechał pijaniutki o dwunastej w nocy taksówką i kwilił, dopóki go mama tą samą taksówką nie odesłała do jego mieszkania... To, co się z nim podziało przez te kilka lat, to nie sposób opisać. Mam z resztą te wszystkie obrazy w pamięci, nigdy tego wszystkiego nie zapomnę... I tych dobrych, i tych złych. Tych drugich z czasem było coraz więcej. Wiem, że jak byłam dzieckiem to było ich tyle samo, tylko że byłam mała i to wszystko widziałam po dziecięcemu - że tak ma być i tak jest dobrze. Z resztą, tata nas bardzo kochał i gdy nie pił, był rewelacyjnym ojcem. Gdy przychodził pijany, był tylko złym mężem. Przykry to był dla mnie widok, patrzeć, jak się stacza coraz bardziej przez te wszystkie lata... Miał okres, że się starał. Przyjeżdżał do nas regularnie, przywoził prezenty. Czasem to myśmy do niego jeździły, nocowały. Sprzątały. Podglądały, jak sączy piwo przy biurku i złorzeczy na mamę i jej rodzinę pod nosem. Od dawna mówił do siebie, od dawna miał urojenia. Nakręcał się coraz bardziej, we wszystkich widział wrogów. Pisał listy otwarte do mieszkańców L., w których mieszał mamę z błotem. Pisał do proboszcza, do szkoły. Walczył o nas w sądzie, odwoływał się. Tak. Był okres, że o nas walczył, tracąc nas coraz bardziej - robiąc nam tak wielki obciach spowodował, że zaczęłyśmy się go wstydzić. On podupadał coraz bardziej a my coraz mniej za nim tęskniłyśmy. Nie trzeba nam było w życiu ojca. Tylko kiedy babcia wściekła wołała "pojedziecie sobie do tatusia", odzywał się cichutki głosik w głowie - "a proszę bardzo, u niego na pewno byłoby lepiej niż tu". Ale nigdy sobie nie pojechałyśmy. No, nie licząc faktu, że mama przez wzgląd na mnie i moje fatalne relacje z babcią podjęła jeszcze raz wielką walkę w życiu - remont mieszkania, własna firma (do tej pory pracowała całymi dniami i czasem nocami, by nas utrzymać), znoszenie serii upokorzeń ze strony pijanego byłego męża. Przeprowadziłyśmy się w końcu. I tak zaczęły się te nasze nowe święta i nowe życie.
Dziwne życie. Pokręcone, pogmatwane i pełne absurdu i paradoksów. Kobieta, która zaznała tyle cierpienia ze strony ojca swoich dzieci, jeszcze przed przeprowadzką organizowała nam wspólne spotkania wigilijne z tatą, na neutralnym gruncie, choć oczywiście bez paru bluzg się nie obeszło. A potem... A potem kolejne wigilie, coraz częściej z tatą, który leczony w DPSie i równocześnie z postępującą demencją starczą łagodnieje na stare lata. Z największego wroga dostrzegł w mamie w pewnym momencie sprzymierzeńca, a wręcz wybawiciela. Walki sądowe o wspólny majątek zmieniły się w chęć przepisania całego majątku na nas lub na nią. Tata stał się ugodowy, prorodzinny. Niepijący, stary i schorowany. Od paru lat znów spędzamy wspólnie wigilię... Z dwugodzinnych przepustek zmieniła się ona w jego pobyty u nas z noclegami. W ogóle to wszystko pokręcone. Oto walczymy teraz w sądzie o wypuszczenie go z DPSu, żeby się nim zająć na stare lata... Ma przygotowane małe mieszkanko. Jest już mało sprawny, trzeba się nim zajmować. Zadbać o posiłki, o toaletę, o jego codzienne funkcjonowanie, o zażywanie leków, o wyjechanie z nim na wózku na spacer. Można polemizować, czy to wszystko jest racjonalne, czy to wszystko tak powinno wyglądać - ale ja w tym widzę sens i mam swoje motywy takiego a nie innego postępowania. Nie robię tego z poczucia obowiązku czy jeszcze gorzej, poczucia winy. Na szczęście rozumiem siebie i wiem, po co to wszystko... Tylko czasem nie mam siły.
W tym roku będzie bigos. Tacie się marzy, swego czasu robił świetne bigosy. Coś podziałamy.
Wspomniałam jeszcze o "wkopaniu" mnie w świąteczną atmosferę. Nie mam na to wszystko czasu, nie teraz, nie przed egzaminami, przed szukaniem pracy, przed dwoma procesami sądowymi, walką o odzyskanie mieszkania, zakładaniem firmy, dwoma wielkimi remontami, pomiędzy problemami rodzinnymi i osobistymi... Obiecałam sobie, że swój Nowy Rok będę świętować po egzaminie, w drugiej połowie stycznia. Tak jak chcę, bez narzuconych ograniczeń, pomysłów, zasad. A świąt nie chciałam wcale. Myślenie o prezentach w takim momencie - to dla mnie jakaś totalna abstrakcja. No ale cóż, musiałam się pojawić w domu rodzinnym chłopaka, bo obiecałam, że się zjawię. I zostałam tradycyjnie już obdarowana: domowego wyrobu pasztetowa, kiełbasa, szynka, boczek, ser biały na sernik, jajka, grzyby suszone, kapusta kiszona na bigos... Wróciłam z dwoma siatami świątecznego jadła. I opłatkiem, i życzeniami świątecznymi. Sama zawiozłam, tak jak zwykle, trochę rożków orzechowych i pierniczki wycinane nożem, każdy inny i niepowtarzalny - tym razem tym bardziej, że stworzone z pomocą mory :D W każdym razie, choć od choinki się wymigałam, to od samego świętowania jako takiego już nie bardzo. Czuję się wobec tego faktu bezsilna, ale nie zła - to raczej coś pomiędzy znużeniem a wzruszeniem. Bo tak naprawdę to właśnie o takich świętach, jak to mają w domu chłopaka, marzę od zawsze: rodzinnie, świątecznie, beztrosko, przede wszystkim zaś życzliwie. U nich mogę nie lubić śledzi, być niewierzącą (no - w pewnym zakresie, po prostu nikt mi się w to nie wpiernicza), mogę mieć ojca alkoholika, mogę lubić jeść, mieć chorą wątrobę... Mogę czuć się jak u siebie. Tylko że ja tam zawsze będę w gościach. Tak mnie już to życie ukształtowało.
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swojskie produkty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swojskie produkty. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 grudnia 2013
czwartek, 12 grudnia 2013
Smakowanie marzeń
Byłam wczoraj w domu rodzinnym mojego faceta. Wspominałam już tu zapewne kiedyś, jak bardzo lubię tę rodzinę, jako całokształt i każdego z osobna - babcię, rodziców, rodzeństwo wraz z ich partnerami (dziewczyną brata i facetem siostry ;)), sześć lat starszego od nas "wujka"... Ci ludzie mają różne temperamenty, tak wady jak i zalety, każdy jest charakterystyczny i niepowtarzalny, choć mają pewne cechy wspólne - przede wszystkim jednak stanowią prawdziwą rodzinę. Zazdroszczę im tego po cichu i chciałabym kiedyś wspólnie z R. coś takiego stworzyć... Tylko on widzi to trochę inaczej, on nie ma potrzeby tworzenia takiej struktury od podstaw, bo w tej, w której egzystuje, jest mu po prostu dobrze. Widziałby mnie po prostu przy swoim boku pośród nich. A ja, "wprowadzona" w taką szczęśliwą rodzinę, nigdy nie będę mogła poczuć, że jestem u siebie...
Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.
Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.
Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.
Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.
Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.
Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".
Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.
Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.
Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.
Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.
Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.
Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.
Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.
Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".
Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.
Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.
piątek, 25 października 2013
Zlot Reconnet jesień 2013
Od kilku dni wciąż żyję wspomnieniami zlotu forum www.reconnet.pl, na który to, po krótkich wahaniach, zdecydowałam się pojechać. Decyzja nie była łatwa z dwóch zasadniczych powodów: jestem w gruncie rzeczy pragmatykiem i muszę kalkulować, analizować, oceniać ryzyko, ważyć potencjalne zyski i straty - a tu było to wyjątkowo trudne do oszacowania, bo zwyczajnie nie wiedziałam, w co się pakuję ;) Na forum zarejestrowałam się w kwietniu, jednak byłam użytkownikiem nieaktywnym, inaczej - głównie biernie korzystającym z treści zawartych na forum. Co bowiem mogłam dodać od siebie na jednym z największych forów o tematyce survivalowo-bushcraftowo-różnej, kiedy to nic sobą pod tym kątem na razie nie prezentuję?... Jestem całkiem świeża i zielona w tym środowisku - jeszcze wiele lat minie, zanim będę mogła tak naprawdę z pełną świadomością stwierdzić, że wiem, jak wiele nie wiem... Na razie stoję dopiero u progu tej odmiennej rzeczywistości.
Jak to się zatem stało, że w ogóle na zlot postanowiłam się wybrać?... Ano, swoim zwyczajem śledziłam uważnie wątki zlotu dotyczące, w duchu zazdroszcząc i żałując, że nie znam tego środowiska. Z naprawdę niewieloma osobami dane mi było zamienić parę słów na forach - tym i młodszym bracie (http://bushcrafter.vipserv.org), na żywo pierwszy raz rozmawiałam z jego przedstawicielami zaledwie tydzień przed zlotem (czyli po decyzji o wybraniu się nań ;))... Poza tym czytuję regularnie parę szczególnie interesujących blogów o danej tematyce. Tak samo swoim zwyczajem w pewnym momencie nie wytrzymałam i postanowiłam troszkę na głos pozrzędzić - że bym się na zlot wybrała, ale dojazd mam kiepski... Heh, marne to było z perspektywy czasu - teraz już wiem, że na taki zlot mogłabym jechać i na drugi koniec Polski :) Ktoś mnie wówczas stuknął wirtualnie w głowę, skutecznie z resztą - odłożyłam wszelkie lęki i obawy na bok, obeszłam dookoła nie najlepszą sytuację finansową, poinformowałam mamę i przemilczałam temat przed chłopakiem, by go na zaś nie denerwować... I poczułam ekscytację silniejszą od wszystkich trosk i niepokojów, co było dla mnie najlepszym dowodem na to, że będę żałować, jeśli nie spróbuję... Więc pojechałam, zobaczyłam, wróciłam i na zawsze zapamiętam, że warto było :)
W kwestii dojazdu udało mi się porozumieć z innym Krakusem wybierającym się na zlot samochodem, Irolem. Miał z nami jechać ktoś jeszcze. Już to było dla mnie swoistym wyzwaniem - zaufać i wsiąść do samochodu obcego faceta, który jedzie w obce miejsce... Gdzie się podziała moja ostrożność i nabyty X lat temu brak zaufania do ludzi? Nie wiem, wiem tylko, że to było potwornym balastem i teraz wreszcie mogę złapać oddech i czuć się naprawdę swobodnie... Umówiliśmy się pod Galerią Kazimierz. Tam czekałam dłuższą chwilę (byłam przed czasem), wreszcie przez telefon zostałam poproszona o obrócenie się w prawo. Klasyczny odruch - lewo, refleksja, prawo - i namierzyłam wzrokiem sporą zagraniczną terenówkę. Wysiadł z niej Irol, mężczyzna odziany w moro (pierwsze skojarzenie - rangers jakiś :P), przedstawiliśmy się sobie, moje bagaże zostały zapakowane i usadowiłam się w imponującym samochodzie po lewej stronie kierowcy (dziwne uczucie:)). Czekaliśmy jeszcze na NumLocka, którego Irol namierzył na przejściu dla pieszych, znów krótkie przywitanie i jedziemy po kolejnych na dworzec autobusowy... Tak poznałam pozostałych towarzyszy jazdy, Soohy'ego wraz z kolegą. Tego dnia miałam jeszcze poznać tylu nowych ludzi...
Na podbój Śląska pojechaliśmy przez Olkusz, w sumie dość niespiesznie. Za ten czas miło rozmawialiśmy sobie o sprawach wszelakich, zastanawialiśmy się też, gdzie nas wywiezie nawigacja "zjechałeś z trasy - nowa będzie lepsza"... A że śląskie drogi okazały się rozkopane i pozamykane, nie obeszło się bez zignorowania barier na jakimś zamkniętym odcinku i jechania przez park ;) Najwięcej szukaliśmy odpowiedniego dojazdu do Pogorii IV - zbiornika wodnego, na którym znajdowała się wyspa stanowiąca nasz cel podróży. Wreszcie dotarliśmy pod sam brzeg, wysiedliśmy, wzięliśmy bagaże... Nastał już wieczór, z czarnej i cichej wyspy ku memu zaskoczeniu nie było słychać nawet szmeru, w pewnym momencie pośród zarośli przebiły się światła latarek zmierzających ku nam zlotowiczów. Przeprawili nas oni przez kanał pontonem, przywitali jak swoich i zaprowadzili na miejscówkę. Pasikonik, poznany tydzień wcześniej w Beskidzie Śląskim, pomógł mi się zaklimatyzować - w tym znaleźć miejsce na rozłożenie swoich gratów i zrobienia zadaszenia z poncha, zrobić to zadaszenie, wreszcie trafić do ogniska i poczuć się tam nie tak całkiem już obco :) Tu oczywiście wystąpiła seria przywitań i uścisków dłoni, po czym... No właśnie, tu wszystko zaczyna się zlewać :D
Nie umiem powiedzieć na podstawie własnych wspomnień, co kiedy się działo. Mogłabym się wspomóc relacjami, które pojawiły się na innych blogach, cudzymi zdjęciami - bo własnego aparatu zapomniałam wziąć - ale skoro tak, to wolę pozostać przy tym gigantycznym chaosie panującym w mojej głowie, bo jako całokształt mi nie przeszkadza, a nawet pozostawia przyjemne poczucie, że się działo... ;) Bo działo się wiele. Były rozmowy z ludźmi, których do tej pory kojarzyłam z czytanych blogów, forum lub też nie kojarzyłam wcale, były sprośne kawały i przednie zabawy mocno wstawionych już zlotowiczów, były trunki wszelkiego rodzaju, smaku i procentowości, przekąski na ciepło i zimno, cały stół zastawiony najrozmaitszymi specjałami i przysmakami - w tym czosnek niedźwiedzi, mazidła, grzyby, sosy, syropy, smalce i smarowidła, wreszcie coś, co okazało się dla mnie chyba największym zaskoczeniem degustacyjnym - sało ;D Od stolika w pewnym momencie oderwało mnie pojawienie się jubileuszowego tortu - był wyborny, a jedzenie go "z ręki" dopełniało poczucia swojskości. W wyjątkowo zacnym towarzystwie nie można się było poczuć nieswojo i skrępowanie - muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak dobrze i normalnie... Nie musiałam przejmować się niczym z tych rzeczy, które normalnie w życiu codziennym mnie ograniczają. Zero wrogości, uprzedzeń i zimnego dystansu ze strony otoczenia, za to wszechstronna życzliwość, pogoda ducha i wyśmienite nastroje podsycane mało wysublimowanymi, rubasznymi dowcipami w przeważającej mierze męskiego grona... Jeden ze zlotowiczów był po zlocie ciekaw kobiecego spojrzenia na sprawę - ano, swoją opinią zaskoczyć nie mogę, niczym mnie Panowie nie zgorszyliście i nie rozwaliliście na tyle, bym miała umrzeć ;P Jedyny uszczerbek na zdrowiu, jaki zaznałam, to trwałe wrycie się w głowę pewnych tekstów ;] ("namówiłeś mnie, ty to umiesz zagaić", "ty chu*u", "gdzie jest krzyż", "ludzki* pan, kopnął a mógł zabić" i tak dalej, ponadto nie mogę zapomnieć m.in. o skórzanych stringach z ćwiekami od wewnętrznej ;)) A, no i nie mogę nie wspomnieć o tym, że odchorowuję teraz w domu spontaniczną kąpiel w ubraniach w wodach Pogorii;) Bo takowa miała miejsce następnego dnia, poprzedzona skonstruowaniem przez kilku panów wyśmienitej jednostki pływającej Doris. Tak, następnego dnia działo się tak wiele, że po prostu nie da się tego wszystkiego opisać... Po prostu, atmosfera była przednia, a kolejnych zabawnych sytuacji, pogawędek, nowej dawki czarnego humoru, ciekawych napojów i specjałów, wreszcie posiadówy przy całodobowym ognisku nie brakowało :)
Nie potrafię niestety napisać w tym temacie nic choć trochę bardziej poukładanego czy dobitniejszego. Tak naprawdę prawdziwie wymowne są zdjęcia powstałe podczas imprezy - również te nieopublikowane ;), czy też filmiki udostępniane przez zlotowiczów na forum. W gruncie rzeczy nie żałuję, że nie wzięłam aparatu - ilość zdjęć jest powalająca, jakość wyśmienita, obrazy trafnie wywołują konkretne wspomnienia - i to one są najważniejsze, wciąż żywe i niezmiennie cieszące buzię, a nie przynudnawe słowo pisane ;)
Zakończę zatem tylko w takim duchu, jak zaczęłam - tj dnia trzeciego, po jajecznicy, kawie, sesji zdjęciowej i ogarnięciu siebie i wyspy, większości towarzystwa zebrało się na powrót mniej więcej o podobnej porze. Gdy już wszyscy chętni wraz z bagażami i śmieciami zostali przeprawieni na właściwy brzeg, porozchodziliśmy się grupkami z uśmiechami na twarzy - i nie wierzę, by ktoś z towarzystwa nie zechciał się wybrać za pół roku na zlot wiosenny ;)
Dziękuję pięknie Organizatorom za przygotowanie naprawdę zacnej miejscówki i ogarnięcie wszystkiego w pięknym stylu (komu nie było dane docenić widoków roztaczających się z szaletu, niech żałuje ;)), Kuchmistrzom za przepyszne wędzonki, gulasz, rosół, placki, korzonki, jajecznicę, kawę czarną jak noc i słodką jak grzech, Smakołykozapewniaczom za słoiczki, pojemniczki i buteleczki z wszelkimi specjałami na stole i pod stołem, Drwalom za niegasnący ogień, Budowniczym i Majstrom za jednostkę pływającą i wędzarnię, Rozmówcom za głębokie rozmowy i pogawędki o wszystkim i niczym, Mistrzom i Nauczycielom za wymiar dydaktyczny imprezy, z którego też dane mi było skorzystać, Dobrze Radzącym za dobre rady, Bawiących za ich niezapomniane teksty i czyny, Fotografom za genialne zdjęcia (które bezczelnie zgromadziłam w swoim komputerze ;)), Chomikowi za niestrudzoną konwersację i słodkie uszka, Latającej Myszy - za to, że we mnie nie przywaliła, Wszystkim Pozostałym, za to, że przyczynili się do takiej a nie innej atmosfery zlotu... I jeszcze osobne podziękowania Agacie, dzięki której kąpałam się w październiku i nie musiałam potem siedzieć w przemoczonych ciuchach czy też latać z gołą dupą ;P, której też smalczykiem i grzybkami raczyłam się po zlocie w domu;)
Dzięki, ludzie Reconu! :)
*ludzki, cholera, LUDZKI nie dobry -jak mogłam pomylić! :D
Jak to się zatem stało, że w ogóle na zlot postanowiłam się wybrać?... Ano, swoim zwyczajem śledziłam uważnie wątki zlotu dotyczące, w duchu zazdroszcząc i żałując, że nie znam tego środowiska. Z naprawdę niewieloma osobami dane mi było zamienić parę słów na forach - tym i młodszym bracie (http://bushcrafter.vipserv.org), na żywo pierwszy raz rozmawiałam z jego przedstawicielami zaledwie tydzień przed zlotem (czyli po decyzji o wybraniu się nań ;))... Poza tym czytuję regularnie parę szczególnie interesujących blogów o danej tematyce. Tak samo swoim zwyczajem w pewnym momencie nie wytrzymałam i postanowiłam troszkę na głos pozrzędzić - że bym się na zlot wybrała, ale dojazd mam kiepski... Heh, marne to było z perspektywy czasu - teraz już wiem, że na taki zlot mogłabym jechać i na drugi koniec Polski :) Ktoś mnie wówczas stuknął wirtualnie w głowę, skutecznie z resztą - odłożyłam wszelkie lęki i obawy na bok, obeszłam dookoła nie najlepszą sytuację finansową, poinformowałam mamę i przemilczałam temat przed chłopakiem, by go na zaś nie denerwować... I poczułam ekscytację silniejszą od wszystkich trosk i niepokojów, co było dla mnie najlepszym dowodem na to, że będę żałować, jeśli nie spróbuję... Więc pojechałam, zobaczyłam, wróciłam i na zawsze zapamiętam, że warto było :)
W kwestii dojazdu udało mi się porozumieć z innym Krakusem wybierającym się na zlot samochodem, Irolem. Miał z nami jechać ktoś jeszcze. Już to było dla mnie swoistym wyzwaniem - zaufać i wsiąść do samochodu obcego faceta, który jedzie w obce miejsce... Gdzie się podziała moja ostrożność i nabyty X lat temu brak zaufania do ludzi? Nie wiem, wiem tylko, że to było potwornym balastem i teraz wreszcie mogę złapać oddech i czuć się naprawdę swobodnie... Umówiliśmy się pod Galerią Kazimierz. Tam czekałam dłuższą chwilę (byłam przed czasem), wreszcie przez telefon zostałam poproszona o obrócenie się w prawo. Klasyczny odruch - lewo, refleksja, prawo - i namierzyłam wzrokiem sporą zagraniczną terenówkę. Wysiadł z niej Irol, mężczyzna odziany w moro (pierwsze skojarzenie - rangers jakiś :P), przedstawiliśmy się sobie, moje bagaże zostały zapakowane i usadowiłam się w imponującym samochodzie po lewej stronie kierowcy (dziwne uczucie:)). Czekaliśmy jeszcze na NumLocka, którego Irol namierzył na przejściu dla pieszych, znów krótkie przywitanie i jedziemy po kolejnych na dworzec autobusowy... Tak poznałam pozostałych towarzyszy jazdy, Soohy'ego wraz z kolegą. Tego dnia miałam jeszcze poznać tylu nowych ludzi...
Na podbój Śląska pojechaliśmy przez Olkusz, w sumie dość niespiesznie. Za ten czas miło rozmawialiśmy sobie o sprawach wszelakich, zastanawialiśmy się też, gdzie nas wywiezie nawigacja "zjechałeś z trasy - nowa będzie lepsza"... A że śląskie drogi okazały się rozkopane i pozamykane, nie obeszło się bez zignorowania barier na jakimś zamkniętym odcinku i jechania przez park ;) Najwięcej szukaliśmy odpowiedniego dojazdu do Pogorii IV - zbiornika wodnego, na którym znajdowała się wyspa stanowiąca nasz cel podróży. Wreszcie dotarliśmy pod sam brzeg, wysiedliśmy, wzięliśmy bagaże... Nastał już wieczór, z czarnej i cichej wyspy ku memu zaskoczeniu nie było słychać nawet szmeru, w pewnym momencie pośród zarośli przebiły się światła latarek zmierzających ku nam zlotowiczów. Przeprawili nas oni przez kanał pontonem, przywitali jak swoich i zaprowadzili na miejscówkę. Pasikonik, poznany tydzień wcześniej w Beskidzie Śląskim, pomógł mi się zaklimatyzować - w tym znaleźć miejsce na rozłożenie swoich gratów i zrobienia zadaszenia z poncha, zrobić to zadaszenie, wreszcie trafić do ogniska i poczuć się tam nie tak całkiem już obco :) Tu oczywiście wystąpiła seria przywitań i uścisków dłoni, po czym... No właśnie, tu wszystko zaczyna się zlewać :D
Nie umiem powiedzieć na podstawie własnych wspomnień, co kiedy się działo. Mogłabym się wspomóc relacjami, które pojawiły się na innych blogach, cudzymi zdjęciami - bo własnego aparatu zapomniałam wziąć - ale skoro tak, to wolę pozostać przy tym gigantycznym chaosie panującym w mojej głowie, bo jako całokształt mi nie przeszkadza, a nawet pozostawia przyjemne poczucie, że się działo... ;) Bo działo się wiele. Były rozmowy z ludźmi, których do tej pory kojarzyłam z czytanych blogów, forum lub też nie kojarzyłam wcale, były sprośne kawały i przednie zabawy mocno wstawionych już zlotowiczów, były trunki wszelkiego rodzaju, smaku i procentowości, przekąski na ciepło i zimno, cały stół zastawiony najrozmaitszymi specjałami i przysmakami - w tym czosnek niedźwiedzi, mazidła, grzyby, sosy, syropy, smalce i smarowidła, wreszcie coś, co okazało się dla mnie chyba największym zaskoczeniem degustacyjnym - sało ;D Od stolika w pewnym momencie oderwało mnie pojawienie się jubileuszowego tortu - był wyborny, a jedzenie go "z ręki" dopełniało poczucia swojskości. W wyjątkowo zacnym towarzystwie nie można się było poczuć nieswojo i skrępowanie - muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak dobrze i normalnie... Nie musiałam przejmować się niczym z tych rzeczy, które normalnie w życiu codziennym mnie ograniczają. Zero wrogości, uprzedzeń i zimnego dystansu ze strony otoczenia, za to wszechstronna życzliwość, pogoda ducha i wyśmienite nastroje podsycane mało wysublimowanymi, rubasznymi dowcipami w przeważającej mierze męskiego grona... Jeden ze zlotowiczów był po zlocie ciekaw kobiecego spojrzenia na sprawę - ano, swoją opinią zaskoczyć nie mogę, niczym mnie Panowie nie zgorszyliście i nie rozwaliliście na tyle, bym miała umrzeć ;P Jedyny uszczerbek na zdrowiu, jaki zaznałam, to trwałe wrycie się w głowę pewnych tekstów ;] ("namówiłeś mnie, ty to umiesz zagaić", "ty chu*u", "gdzie jest krzyż", "ludzki* pan, kopnął a mógł zabić" i tak dalej, ponadto nie mogę zapomnieć m.in. o skórzanych stringach z ćwiekami od wewnętrznej ;)) A, no i nie mogę nie wspomnieć o tym, że odchorowuję teraz w domu spontaniczną kąpiel w ubraniach w wodach Pogorii;) Bo takowa miała miejsce następnego dnia, poprzedzona skonstruowaniem przez kilku panów wyśmienitej jednostki pływającej Doris. Tak, następnego dnia działo się tak wiele, że po prostu nie da się tego wszystkiego opisać... Po prostu, atmosfera była przednia, a kolejnych zabawnych sytuacji, pogawędek, nowej dawki czarnego humoru, ciekawych napojów i specjałów, wreszcie posiadówy przy całodobowym ognisku nie brakowało :)
Nie potrafię niestety napisać w tym temacie nic choć trochę bardziej poukładanego czy dobitniejszego. Tak naprawdę prawdziwie wymowne są zdjęcia powstałe podczas imprezy - również te nieopublikowane ;), czy też filmiki udostępniane przez zlotowiczów na forum. W gruncie rzeczy nie żałuję, że nie wzięłam aparatu - ilość zdjęć jest powalająca, jakość wyśmienita, obrazy trafnie wywołują konkretne wspomnienia - i to one są najważniejsze, wciąż żywe i niezmiennie cieszące buzię, a nie przynudnawe słowo pisane ;)
Zakończę zatem tylko w takim duchu, jak zaczęłam - tj dnia trzeciego, po jajecznicy, kawie, sesji zdjęciowej i ogarnięciu siebie i wyspy, większości towarzystwa zebrało się na powrót mniej więcej o podobnej porze. Gdy już wszyscy chętni wraz z bagażami i śmieciami zostali przeprawieni na właściwy brzeg, porozchodziliśmy się grupkami z uśmiechami na twarzy - i nie wierzę, by ktoś z towarzystwa nie zechciał się wybrać za pół roku na zlot wiosenny ;)
Dziękuję pięknie Organizatorom za przygotowanie naprawdę zacnej miejscówki i ogarnięcie wszystkiego w pięknym stylu (komu nie było dane docenić widoków roztaczających się z szaletu, niech żałuje ;)), Kuchmistrzom za przepyszne wędzonki, gulasz, rosół, placki, korzonki, jajecznicę, kawę czarną jak noc i słodką jak grzech, Smakołykozapewniaczom za słoiczki, pojemniczki i buteleczki z wszelkimi specjałami na stole i pod stołem, Drwalom za niegasnący ogień, Budowniczym i Majstrom za jednostkę pływającą i wędzarnię, Rozmówcom za głębokie rozmowy i pogawędki o wszystkim i niczym, Mistrzom i Nauczycielom za wymiar dydaktyczny imprezy, z którego też dane mi było skorzystać, Dobrze Radzącym za dobre rady, Bawiących za ich niezapomniane teksty i czyny, Fotografom za genialne zdjęcia (które bezczelnie zgromadziłam w swoim komputerze ;)), Chomikowi za niestrudzoną konwersację i słodkie uszka, Latającej Myszy - za to, że we mnie nie przywaliła, Wszystkim Pozostałym, za to, że przyczynili się do takiej a nie innej atmosfery zlotu... I jeszcze osobne podziękowania Agacie, dzięki której kąpałam się w październiku i nie musiałam potem siedzieć w przemoczonych ciuchach czy też latać z gołą dupą ;P, której też smalczykiem i grzybkami raczyłam się po zlocie w domu;)
Dzięki, ludzie Reconu! :)
*ludzki, cholera, LUDZKI nie dobry -jak mogłam pomylić! :D
Etykiety:
dzikie jedzenie,
forum,
gastronomia,
grzyby,
nocleg w terenie,
o mnie,
ognisko,
pasja,
pływanie,
relacja,
rozmowa,
społeczność,
survival,
swojskie produkty,
swojskie wyroby,
w terenie,
zalew,
zlot
Subskrybuj:
Posty (Atom)