Znów mi się śnił. Sen znów był dziwny, nie odbiegający tym samym od snów poprzednich. Tym razem nie pamiętam zbyt wiele, choć rano mogłam jeszcze przewijać w głowie obraz do tyłu, klatkować, zatrzymywać w dowolnym momencie. Mogłam też chwilę z nim być. Bardziej, niż wtedy, kiedy żył.
Co prawda sny o tacie nie są snami wyidealizowanymi - przeciwnie; najczęściej, mimo całej zawartej w nich abstrakcji i niedorzeczności, bazują na różnych przykrych okolicznościach i emocjach przeżytych i zaistniałych - mimo to w jakimś sensie je lubię. Tata zawsze w nich zachowuje większą przytomność umysłu niż rzeczywiście prezentował u schyłku swoich dni. Na swój sposób to miłe uczucie móc z nim obcować, kiedy jest choć trochę bardziej rozgarnięty. No i żywy. Choć z tym to różnie bywa.
Tym razem był żywy, ale generalnie miał umrzeć. Był w jakimś miejcu, DPSie, ale nie tym, w którym mieszkał długie lata, nim na ostatnie (jak się okazało) miesiące życia znalazł się w rodzinie, między nami. Był to jednak niewątpliwie dom pomocy społecznej; biało-beżowy, przestronny, nieprzytulny, pozornie czysty, śmierdzący domestosem, moczem, starością i chorobą. Odwiedziłam tatę. Leżał na łóżku piętrowym, na górze. Umieścili go na wyższej kondygnacji po to, by nie mógł przy swojej niedołężności i połamanych żebrach zejść, by udać się na papieroska. Miał przesikane spodnie, na pewno ciężej go przebrać tam, na górze. Był wyjątkowo przytomny; wiedział, że umrze, lub że w zasadzie już umarł, właśnie go odprowadziłam z domu, gdzie u nas przez chwilę był. Jakoś tak dobrze mi się z nim przebywało. Udało mi się go namówić na wyjście na zewnątrz, jakiś powód, jakaś motywacja ku temu była. Przed wejściem czekali na niego przyjaciele. Wszyscy, którzy przyjechali na pogrzeb i nie tylko - również ci towarzyszący mu za życia, za jego najlepszych czasów, najlepszych lat. Uśmiechnął się tak promiennie, tak szczerze i autentycznie, jak tylko jeszcze dwa razy mu się zdarzyło na starość - gdy usłyszał wyrok sądu umożliwiający mu opuszczenie po latach DPSu i życie pod opieką rodziny, oraz gdy dostał ode mnie zegarek, za 22 złote. Był przeszcześliwy. Uśmiechowi towarzyszyło jednak bystre spojrzenie, niezmącone demencją. Wdał się w rozmowę z towarzystwem. Czy umarł wcześniej, czy później, czy wrócił na łóżko piętrowe, czy nie, czy to później go jeszcze widziałam leżącego w mokrych dresach, czy najpierw - nie pamiętam. Sen się zatarł, poszatkował, wynaturzył i zamglił. Nie taki pierwszy, nie ostatni.
Śniący mi się tata najczęściej przeczuwa, że umiera. Albo żyje i nie żyje równocześnie, a my mamy z tego tytułu najróżniejsze dylematy. W jednym ze snów wykopywaliśmy trumnę taty i braliśmy miarę z jego zwłok, by przyszykować mu garnitur na pogrzeb, który miał się dopiero odbyć - oczywiście po tym dopiero, jak tata umrze niespodziewanie pod bezopieką lekarzy. Albo odwrotnie, miarę z żyjącego, by ubrać zwłoki? Już nie pamiętam. Wiele było takich zagwozdek jak ta. Wiele ekshumacji, wiele zonków - nie żyje a żyje. Dlaczego? ...Czy dlatego, że biegając za pogrzebowymi załatwieniami, nie dałam sobie czasu na prawdziwą żałobę? Że nie chciałam wtedy za wiele czuć? Dlatego, że od jakiegoś czasu podejrzewałam, że tatę ma na umieranie, że jego organizm podświadomie odpuszcza? Dlatego, że męski głos usłyszany w telefonie, gdy tuż po 21:00 odebrałam wyrwana z zasypiania, mówiący, ż mu przykro, ale M.K. zmarł, był dla mnie takim zaskoczeniem? Że nie wiedziałam, co powiedzieć, bo w zasadzie gdzieś tam czułam, że umrze, choć nie powinnam, bo mógł żyć jeszcze równie dobrze następne 30 lat, a do szpitala trafił tylko na obserwację po wywróceniu się i połamaniu żeber? Dlatego, że myślę o nim często w zwykłych miejscach i przy zwykłych czynnościach, za to na cmentarzu, w miejscu zadumy, zupełnie nie potrafię? Bo tam, gdzieś pod tą całą żałosną kupką ziemi, ogrodzoną płotkiem w prostokąt mniejszy od łóżka, obsadzoną przeze mnie samą kwiatkami, dla innych, dla rodziny, by im milej i lepiej było tu przychodzić i go wspominać - bo tam leży ciało i rozkłada się, o ile mu to beznadziejne pudło, obite kiczowatą białą tasiemką w złote serduszka, pozwala... Nie tam jest on. On jest w pamięci ludzi, których kochał, których krzywdził, którzy go lubili lub nienawidzili. On jest we mnie; jest składową każdej komórki mojego ciała, kodu, który zaprogramował mnie taką, jaka jestem. Z wszystkimi moimi wadami czy zaletami, jestem bardziej podobna do niego, jak do mamy. Więcej cegiełek mam po nim, choć oczywiście finalnie jestem zupełnie inną konstrukcją. Może dlatego tak mam? Może podświadomie nie chcę skończyć jak on? Albo gnębi mnie jakiś niedookreślony wyrzut sumienia? Albo pali się żółte światełko, bym czerpała jak najwięcej nauki z doświadczenia, jakim była opieka nad zniedołężniałym, co prawda przez większość życia nieobecnym, ale jednak ojcem?
Wolę takie światełko, choćby miało parzyć przez całe życie, niż płomień znicza gasnący raz w roku już parę dni po tym, jak żyjący przypomnieli sobie o zmarłym. Albo sztuczne kwiatki, niż wiecznie żywa pamięć. Żywe wspomnienie.
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 listopada 2015
Zimowe Pieniny. Wtorek /wpis dawno niedokończony/
Wstaliśmy o przyzwoitej porze - tak w sam raz, by na spokojnie zorganizować sobie smaczny posiłek składający się z słusznej ilości jajecznicy na boczku i cebuli, przegryzanej chlebem, i rozgrzewającej herbacie z miodem. Spakowaliśmy plecak, ubraliśmy się ciepło i (zapewne po spotkaniu Pana Zagadki) wyruszyliśmy na niebieski szlak.
Niebo było w całości zaciągnięte gęstą warstwą chmur. Swoim zwyczajem zaczęłam sceptycznie prorokować, że tak już będzie cały dzień, że z góry i tak się żadnych widoków nie naoglądały, wspomniałam też o trasie alternatywnej - Drodze Pienińskiej, której jednak finalnie nie obraliśmy. I bardzo dobrze - przemierzona tego dnia trasa jeszcze na długo żywo będzie żywo stawała mi przed oczami :) Wszystkie trudy, troski, problemy - jak to w terenie - zeszły na dalszy plan. Liczyło się tylko tu i teraz - śnieg wpadający do cholewek butów przy "przecieraniu" zaśnieżonego szlaku, szukanie niebieskich oznaczeń, studiowanie mapy, praca nad oddechem, by jakoś "rozchodzić" zadyszkę, marznięcie, przegrzanie, głód... I baśniowe widoki w zimowym świecie Pienin.
Nie mogłam wyjść z zachwytu nad światem, który mnie otaczał. Biel śniegu, czerń pni i cała gama szarości traw, gałęzi, nieba... Zmrożona, ubrana w biały puch przyroda, wypełniła w tamtym momencie w zupełności odczuwaną jeszcze niedawno lekką pustkę we mnie, jakby taki niedosyt piękna. Kraina Śniegu... Szliśmy nią teraz, pierwsi na tym odcinku szlaku tego dnia, w pewnym momencie coraz częściej zgadując, którędy mamy iść. Gdy przemierzyliśmy więc kolejne polany pomiędzy Kozią Górą a Macelakiem i doszliśmy do ściany lasu, oczekiwaliśmy wreszcie przyzwoitego oznaczenia szlaku na najbliższym pniu. Nie było go tam. Zwątpiwszy na chwilę, czy idziemy poprawnie (przy tym jakoś nieszczególnie zmartwiona tą zagwozdką ;)), cofnęłam się na chwile na konsultacje do grupy turystów w średnim i starszym wieku, podążającą za nami. Okazało się, że idą po naszych śladach, uznając, że wiemy, gdzie idziemy :) Wróciłam więc do R. i postanowiliśmy wejść ścieżką w las, bo na trasę alternatywną po prostu nie mieliśmy pomysłu. Oznaczenie szlaku odnalazło się na drugim lub trzecim pniu - okazało się po prostu, że z naszej wcześniejszej perspektywy nie mogliśmy go wcześniej zauważyć, bo przysłonięte było nieco obwiśniętą pod ciężarem śniegu gałęzią.
/relacji nie nie dokończyłam, wpisu nie będę modyfikować. pamięć nie zwraca już wspomnień z tyloma szczegółami, z jakimi jeszcze je przywoływałam, pisząc o tym w styczniu... tym bardziej ta urwana relacja jest dla mnie cenna/
Niebo było w całości zaciągnięte gęstą warstwą chmur. Swoim zwyczajem zaczęłam sceptycznie prorokować, że tak już będzie cały dzień, że z góry i tak się żadnych widoków nie naoglądały, wspomniałam też o trasie alternatywnej - Drodze Pienińskiej, której jednak finalnie nie obraliśmy. I bardzo dobrze - przemierzona tego dnia trasa jeszcze na długo żywo będzie żywo stawała mi przed oczami :) Wszystkie trudy, troski, problemy - jak to w terenie - zeszły na dalszy plan. Liczyło się tylko tu i teraz - śnieg wpadający do cholewek butów przy "przecieraniu" zaśnieżonego szlaku, szukanie niebieskich oznaczeń, studiowanie mapy, praca nad oddechem, by jakoś "rozchodzić" zadyszkę, marznięcie, przegrzanie, głód... I baśniowe widoki w zimowym świecie Pienin.
/relacji nie nie dokończyłam, wpisu nie będę modyfikować. pamięć nie zwraca już wspomnień z tyloma szczegółami, z jakimi jeszcze je przywoływałam, pisząc o tym w styczniu... tym bardziej ta urwana relacja jest dla mnie cenna/
wtorek, 24 grudnia 2013
wigilie
Dziwny to dla mnie czas. Dziwny, bo jakoś tak zbyt wieloma problemami i rozterkami nieważkimi zamykam Stary Rok, ale też dziwny w ogóle, patrząc z perspektywy lat wielu - właściwie parunastu z niewielu więcej, jakie jestem na świecie. Święta Bożego Narodzenia z wczesnego dzieciństwa wspominam zasadniczo dobrze, choć słabo. Była radość i beztroska, odwiedziny rodziny i nasza jazda do domu rodzinnego mamy, tam cukierki i dom niczym labirynt w oczach dziecka, powrót z kartonem soku truskawkowego w słoikach, który to lądował na krótko do brązowej szafki w naszej ciasnej kuchni, bo był przez nas uwielbiany... Sama wigilia to wyglądanie za pierwszą gwiazdką, znajdowanie prezentów pod choinką - no, raz były prosto od Mikołaja, ale ten został zdemaskowany, kiedy to siostra pociągnęła za brodę osadzoną na gumce.W sumie to tak te wszystkie święta mniej więcej wspominam, choć przecież nie były one wcale takie kolorowe - chyba którejś wigilii właśnie mama z nami uciekła. Spakowała najpotrzebniejsze ubranka do reklamówek i pospiesznie, cichcem, opuściła z nami na zawsze mieszkanie i tatę.
Jeśli miało to nim wstrząsnąć, to wstrząsnęło, ale pozytywnego skutku nie przyniosło. Stoczył się całkiem, ale to zupełnie odrębna historia... W ogóle kawał mojego życia to jakieś skrajnie niepowiązane okresy i zdarzenia, wiele zdarzeń, w przeważającej mierze złych. W końcu to te pierwsze wigilie, spędzane w rodzinnym domu, w ciasnym mieszkaniu w naszym małym gronie, wspominam dobrze. Później było już tylko gorzej. Przez kolejne 8, może 9 lat każde święta, jak z resztą i pozostały czas tamtego okresu życia, przeżyłam w rodzinnym domu mojej mamy, u dziadków, gdzie się zaczepiłyśmy. Pierwszych, drugich, zasadniczo nie pamiętam. Z tych późniejszych miewam już przebłyski, choć nie wiem, co było kiedy, trudno to wszystko odtworzyć chronologicznie - w sumie zawsze było podobnie. Wielkie, rodzinne świętowanie na dwadzieścia kilka osób, dość smaczne jedzenie, miła atmosfera - i tylko z każdym rokiem coraz trudniej przychodziło mi znosić życzenia. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, przy stole, podczas dzielenia się opłatkiem, każdy z każdym musiał złożyć sobie życzenia. Nienawidziłam tego. Z początku dlatego, że mnóstwo wujków i ciotek pochodziło, bredziło coś o szóstkach i obcałowywało. Nie czułam z nimi więzi, bliskości takiej, bym swobodnie się przy nich wszystkich czuła. Ale to okazało się problemem żadnym w stosunku do nowego, narastającego z każdym rokiem - mojego zwątpienia, potem odejścia od wiary i wreszcie poczucia się stuprocentowym ateistą. Z tym faktem nie mógł się pogodzić nikt z mojej licznej, katolickiej rodziny, szczególnie babcia. Jej nigdy nie wybaczę tego, jak mnie psychicznie zmasakrowała... Do dziś nie mogę się z tego wszystkiego wygrzebać, momentami pewne rzeczy wypływają w najdziwniejszych sytuacjach... No ale nic. W każdym razie którejś wigilii posłyszałam serię życzeń w stylu "żebyś zmądrzała", "żebyś pogodziła się z babcią", "żebyś przejrzała na oczy". Od tej pory poczułam, że to już nie jest zupełnie mój świat. Stałam się obca tej społeczności. Byłam czarną owcą rodziny. Musiałam jeszcze znieść kilka takich wigilii, coraz częściej z "ucieczkami" do toalety podczas składania życzeń, wreszcie w ogóle wycofywania się z imprezy. Tylko że zawsze było wysyłanie do mnie delegacji, to proszącej, to grożącej. Pretensje i utwierdzanie w poczuciu wyobcowania. To były moje święta.
Nie pamiętam, czy pojawiłam się na ostatniej rodzinnej wigilii przed przeprowadzką. Przeprowadziłyśmy się bowiem wreszcie na swoje - do mojego rodzinnego domu, tylko innego mieszkania; tata nasze poprzednie doprowadził do ruiny i teraz stało zamknięte, zawalone nazbieranymi po śmietnikach gratami, meblami i śmieciami. Decyzja o remoncie innego mieszkania zapadła jeszcze kiedy był na miejscu, ale jego losy tak się potoczyły, że trafił pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego, a potem - do domu pomocy społecznej. Nie wyszedł już stamtąd nigdy, przebywa tam wbrew swojej woli. Od tego czasu minęło już jednak dobre parę lat i wszystko się zmieniło... Nasze święta od tamtego czasu wyglądają dziwnie. Wszystkie jesteśmy skażone, każda z nas nosi uraz i już nigdy nie będzie tych świąt kojarzyć z okresem beztroski, miłości i rodzinnego ciepła. Jednak jakiś sentyment pozostał; człowiek bez tradycji, bez odprawiania swoich małych, głupich rytuałów zatraca w ogóle rytm trwania... Każda z nas zatem, co roku, mniej lub bardziej stara się, by ten okres jakkolwiek się wyróżniał. Odkąd mieszkamy na swoim, nasze wigilie wyglądają podobnie pod względem przygotowań - tylko co roku inna z nas ma jakiś taki świąteczny zryw i potrzebę zrobienia tego "po bożemu", żeby choć trochę odtworzyć nastrój, jaki powinien w naszym przekonaniu podczas tych świąt panować. To ja się naprodukuję i napiekę/nagotuję/nawymyślam prezentów, to znowuż któraś inna - a ja w tym czasie akurat mam doła, syczę dookoła i obwieszczam, że w danym roku nie świętuję. Jakoś tak nie możemy się zgrać. Także to jest jakaś jedna stała, która powoli staje się naszą rodzinną tradycją... Druga to głupawka, która włącza się nam, czyli mnie i siostrom K., które, mimo wielu różnic, wdałyśmy się jednak w rodzinę taty i nadajemy na tych samych falach. Mama, iście B., pozostaje rozdarta pomiędzy to, co jej wpajano i jak ją wychowano, a swoje córki, wszystkie tak inne od niej samej... Stoi jedną nogą tu, drugą w przeszłości. Jakoś się jednak w tym wszystkim godzimy, a przynajmniej nie zabijamy. Z tradycji świątecznych kultywujemy również barszcz z uszkami, sałatkę jarzynową, plus wszystkie inne "nadprogramowe" specjały, zmienne co roku. Pojawia się też moment odnajdywania podarków pod choinką; zawsze coś się pojawia, symbolicznie i skromnie, bo pieniędzy zawsze brakuje. W tym roku o dziwo nie dostałam skarpetek (nie licząc tych od Rodzyna w Bukownie :P). A pozostając już w temacie prezentów - jak prezenty, to i choinka. Siedzę teraz przed wstrętnym, plastikowym straszakiem naubieranym przez młodszą siostrę... Lampeczki i tak nadają klimat, choćby nie wiem jak brzydkie to drzewko było. Ja regularnie od chyba trzech lat dostawałam żywe drzewko od chłopaka, który bardzo chce, bym poczuła ducha świąt. Co roku większe i piękniejsze, do tego często jakieś choinkowe ozdoby. W tym roku się zbuntowałam i poprosiłam, by mnie choinką nie obdarowywał... Nie chciałam świąt. Właśnie w tym roku mam do nich awers i nic na to nie poradzę. Zbyt marnie kończę ten rok, by się cieszyć i świętować. Nie mam na to nawet nie tyle ochoty, co siły... Chociaż i tak zostałam w niecny sposób wciągnięta w świąteczne zajęcia, nie było jak się wybronić. Ale o tym później.
Wspominałam o pewnych świątecznych "stałych", a nie powiedziałam, co się zmienia, co co roku ewoluuje. Mam tu na myśli spędzanie świąt z tatą. Tak, dopóki mieszkałyśmy w L., święta odbywały się zupełnie bez niego. Raz chyba przyjechał pijaniutki o dwunastej w nocy taksówką i kwilił, dopóki go mama tą samą taksówką nie odesłała do jego mieszkania... To, co się z nim podziało przez te kilka lat, to nie sposób opisać. Mam z resztą te wszystkie obrazy w pamięci, nigdy tego wszystkiego nie zapomnę... I tych dobrych, i tych złych. Tych drugich z czasem było coraz więcej. Wiem, że jak byłam dzieckiem to było ich tyle samo, tylko że byłam mała i to wszystko widziałam po dziecięcemu - że tak ma być i tak jest dobrze. Z resztą, tata nas bardzo kochał i gdy nie pił, był rewelacyjnym ojcem. Gdy przychodził pijany, był tylko złym mężem. Przykry to był dla mnie widok, patrzeć, jak się stacza coraz bardziej przez te wszystkie lata... Miał okres, że się starał. Przyjeżdżał do nas regularnie, przywoził prezenty. Czasem to myśmy do niego jeździły, nocowały. Sprzątały. Podglądały, jak sączy piwo przy biurku i złorzeczy na mamę i jej rodzinę pod nosem. Od dawna mówił do siebie, od dawna miał urojenia. Nakręcał się coraz bardziej, we wszystkich widział wrogów. Pisał listy otwarte do mieszkańców L., w których mieszał mamę z błotem. Pisał do proboszcza, do szkoły. Walczył o nas w sądzie, odwoływał się. Tak. Był okres, że o nas walczył, tracąc nas coraz bardziej - robiąc nam tak wielki obciach spowodował, że zaczęłyśmy się go wstydzić. On podupadał coraz bardziej a my coraz mniej za nim tęskniłyśmy. Nie trzeba nam było w życiu ojca. Tylko kiedy babcia wściekła wołała "pojedziecie sobie do tatusia", odzywał się cichutki głosik w głowie - "a proszę bardzo, u niego na pewno byłoby lepiej niż tu". Ale nigdy sobie nie pojechałyśmy. No, nie licząc faktu, że mama przez wzgląd na mnie i moje fatalne relacje z babcią podjęła jeszcze raz wielką walkę w życiu - remont mieszkania, własna firma (do tej pory pracowała całymi dniami i czasem nocami, by nas utrzymać), znoszenie serii upokorzeń ze strony pijanego byłego męża. Przeprowadziłyśmy się w końcu. I tak zaczęły się te nasze nowe święta i nowe życie.
Dziwne życie. Pokręcone, pogmatwane i pełne absurdu i paradoksów. Kobieta, która zaznała tyle cierpienia ze strony ojca swoich dzieci, jeszcze przed przeprowadzką organizowała nam wspólne spotkania wigilijne z tatą, na neutralnym gruncie, choć oczywiście bez paru bluzg się nie obeszło. A potem... A potem kolejne wigilie, coraz częściej z tatą, który leczony w DPSie i równocześnie z postępującą demencją starczą łagodnieje na stare lata. Z największego wroga dostrzegł w mamie w pewnym momencie sprzymierzeńca, a wręcz wybawiciela. Walki sądowe o wspólny majątek zmieniły się w chęć przepisania całego majątku na nas lub na nią. Tata stał się ugodowy, prorodzinny. Niepijący, stary i schorowany. Od paru lat znów spędzamy wspólnie wigilię... Z dwugodzinnych przepustek zmieniła się ona w jego pobyty u nas z noclegami. W ogóle to wszystko pokręcone. Oto walczymy teraz w sądzie o wypuszczenie go z DPSu, żeby się nim zająć na stare lata... Ma przygotowane małe mieszkanko. Jest już mało sprawny, trzeba się nim zajmować. Zadbać o posiłki, o toaletę, o jego codzienne funkcjonowanie, o zażywanie leków, o wyjechanie z nim na wózku na spacer. Można polemizować, czy to wszystko jest racjonalne, czy to wszystko tak powinno wyglądać - ale ja w tym widzę sens i mam swoje motywy takiego a nie innego postępowania. Nie robię tego z poczucia obowiązku czy jeszcze gorzej, poczucia winy. Na szczęście rozumiem siebie i wiem, po co to wszystko... Tylko czasem nie mam siły.
W tym roku będzie bigos. Tacie się marzy, swego czasu robił świetne bigosy. Coś podziałamy.
Wspomniałam jeszcze o "wkopaniu" mnie w świąteczną atmosferę. Nie mam na to wszystko czasu, nie teraz, nie przed egzaminami, przed szukaniem pracy, przed dwoma procesami sądowymi, walką o odzyskanie mieszkania, zakładaniem firmy, dwoma wielkimi remontami, pomiędzy problemami rodzinnymi i osobistymi... Obiecałam sobie, że swój Nowy Rok będę świętować po egzaminie, w drugiej połowie stycznia. Tak jak chcę, bez narzuconych ograniczeń, pomysłów, zasad. A świąt nie chciałam wcale. Myślenie o prezentach w takim momencie - to dla mnie jakaś totalna abstrakcja. No ale cóż, musiałam się pojawić w domu rodzinnym chłopaka, bo obiecałam, że się zjawię. I zostałam tradycyjnie już obdarowana: domowego wyrobu pasztetowa, kiełbasa, szynka, boczek, ser biały na sernik, jajka, grzyby suszone, kapusta kiszona na bigos... Wróciłam z dwoma siatami świątecznego jadła. I opłatkiem, i życzeniami świątecznymi. Sama zawiozłam, tak jak zwykle, trochę rożków orzechowych i pierniczki wycinane nożem, każdy inny i niepowtarzalny - tym razem tym bardziej, że stworzone z pomocą mory :D W każdym razie, choć od choinki się wymigałam, to od samego świętowania jako takiego już nie bardzo. Czuję się wobec tego faktu bezsilna, ale nie zła - to raczej coś pomiędzy znużeniem a wzruszeniem. Bo tak naprawdę to właśnie o takich świętach, jak to mają w domu chłopaka, marzę od zawsze: rodzinnie, świątecznie, beztrosko, przede wszystkim zaś życzliwie. U nich mogę nie lubić śledzi, być niewierzącą (no - w pewnym zakresie, po prostu nikt mi się w to nie wpiernicza), mogę mieć ojca alkoholika, mogę lubić jeść, mieć chorą wątrobę... Mogę czuć się jak u siebie. Tylko że ja tam zawsze będę w gościach. Tak mnie już to życie ukształtowało.
Jeśli miało to nim wstrząsnąć, to wstrząsnęło, ale pozytywnego skutku nie przyniosło. Stoczył się całkiem, ale to zupełnie odrębna historia... W ogóle kawał mojego życia to jakieś skrajnie niepowiązane okresy i zdarzenia, wiele zdarzeń, w przeważającej mierze złych. W końcu to te pierwsze wigilie, spędzane w rodzinnym domu, w ciasnym mieszkaniu w naszym małym gronie, wspominam dobrze. Później było już tylko gorzej. Przez kolejne 8, może 9 lat każde święta, jak z resztą i pozostały czas tamtego okresu życia, przeżyłam w rodzinnym domu mojej mamy, u dziadków, gdzie się zaczepiłyśmy. Pierwszych, drugich, zasadniczo nie pamiętam. Z tych późniejszych miewam już przebłyski, choć nie wiem, co było kiedy, trudno to wszystko odtworzyć chronologicznie - w sumie zawsze było podobnie. Wielkie, rodzinne świętowanie na dwadzieścia kilka osób, dość smaczne jedzenie, miła atmosfera - i tylko z każdym rokiem coraz trudniej przychodziło mi znosić życzenia. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, przy stole, podczas dzielenia się opłatkiem, każdy z każdym musiał złożyć sobie życzenia. Nienawidziłam tego. Z początku dlatego, że mnóstwo wujków i ciotek pochodziło, bredziło coś o szóstkach i obcałowywało. Nie czułam z nimi więzi, bliskości takiej, bym swobodnie się przy nich wszystkich czuła. Ale to okazało się problemem żadnym w stosunku do nowego, narastającego z każdym rokiem - mojego zwątpienia, potem odejścia od wiary i wreszcie poczucia się stuprocentowym ateistą. Z tym faktem nie mógł się pogodzić nikt z mojej licznej, katolickiej rodziny, szczególnie babcia. Jej nigdy nie wybaczę tego, jak mnie psychicznie zmasakrowała... Do dziś nie mogę się z tego wszystkiego wygrzebać, momentami pewne rzeczy wypływają w najdziwniejszych sytuacjach... No ale nic. W każdym razie którejś wigilii posłyszałam serię życzeń w stylu "żebyś zmądrzała", "żebyś pogodziła się z babcią", "żebyś przejrzała na oczy". Od tej pory poczułam, że to już nie jest zupełnie mój świat. Stałam się obca tej społeczności. Byłam czarną owcą rodziny. Musiałam jeszcze znieść kilka takich wigilii, coraz częściej z "ucieczkami" do toalety podczas składania życzeń, wreszcie w ogóle wycofywania się z imprezy. Tylko że zawsze było wysyłanie do mnie delegacji, to proszącej, to grożącej. Pretensje i utwierdzanie w poczuciu wyobcowania. To były moje święta.
Nie pamiętam, czy pojawiłam się na ostatniej rodzinnej wigilii przed przeprowadzką. Przeprowadziłyśmy się bowiem wreszcie na swoje - do mojego rodzinnego domu, tylko innego mieszkania; tata nasze poprzednie doprowadził do ruiny i teraz stało zamknięte, zawalone nazbieranymi po śmietnikach gratami, meblami i śmieciami. Decyzja o remoncie innego mieszkania zapadła jeszcze kiedy był na miejscu, ale jego losy tak się potoczyły, że trafił pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego, a potem - do domu pomocy społecznej. Nie wyszedł już stamtąd nigdy, przebywa tam wbrew swojej woli. Od tego czasu minęło już jednak dobre parę lat i wszystko się zmieniło... Nasze święta od tamtego czasu wyglądają dziwnie. Wszystkie jesteśmy skażone, każda z nas nosi uraz i już nigdy nie będzie tych świąt kojarzyć z okresem beztroski, miłości i rodzinnego ciepła. Jednak jakiś sentyment pozostał; człowiek bez tradycji, bez odprawiania swoich małych, głupich rytuałów zatraca w ogóle rytm trwania... Każda z nas zatem, co roku, mniej lub bardziej stara się, by ten okres jakkolwiek się wyróżniał. Odkąd mieszkamy na swoim, nasze wigilie wyglądają podobnie pod względem przygotowań - tylko co roku inna z nas ma jakiś taki świąteczny zryw i potrzebę zrobienia tego "po bożemu", żeby choć trochę odtworzyć nastrój, jaki powinien w naszym przekonaniu podczas tych świąt panować. To ja się naprodukuję i napiekę/nagotuję/nawymyślam prezentów, to znowuż któraś inna - a ja w tym czasie akurat mam doła, syczę dookoła i obwieszczam, że w danym roku nie świętuję. Jakoś tak nie możemy się zgrać. Także to jest jakaś jedna stała, która powoli staje się naszą rodzinną tradycją... Druga to głupawka, która włącza się nam, czyli mnie i siostrom K., które, mimo wielu różnic, wdałyśmy się jednak w rodzinę taty i nadajemy na tych samych falach. Mama, iście B., pozostaje rozdarta pomiędzy to, co jej wpajano i jak ją wychowano, a swoje córki, wszystkie tak inne od niej samej... Stoi jedną nogą tu, drugą w przeszłości. Jakoś się jednak w tym wszystkim godzimy, a przynajmniej nie zabijamy. Z tradycji świątecznych kultywujemy również barszcz z uszkami, sałatkę jarzynową, plus wszystkie inne "nadprogramowe" specjały, zmienne co roku. Pojawia się też moment odnajdywania podarków pod choinką; zawsze coś się pojawia, symbolicznie i skromnie, bo pieniędzy zawsze brakuje. W tym roku o dziwo nie dostałam skarpetek (nie licząc tych od Rodzyna w Bukownie :P). A pozostając już w temacie prezentów - jak prezenty, to i choinka. Siedzę teraz przed wstrętnym, plastikowym straszakiem naubieranym przez młodszą siostrę... Lampeczki i tak nadają klimat, choćby nie wiem jak brzydkie to drzewko było. Ja regularnie od chyba trzech lat dostawałam żywe drzewko od chłopaka, który bardzo chce, bym poczuła ducha świąt. Co roku większe i piękniejsze, do tego często jakieś choinkowe ozdoby. W tym roku się zbuntowałam i poprosiłam, by mnie choinką nie obdarowywał... Nie chciałam świąt. Właśnie w tym roku mam do nich awers i nic na to nie poradzę. Zbyt marnie kończę ten rok, by się cieszyć i świętować. Nie mam na to nawet nie tyle ochoty, co siły... Chociaż i tak zostałam w niecny sposób wciągnięta w świąteczne zajęcia, nie było jak się wybronić. Ale o tym później.
Wspominałam o pewnych świątecznych "stałych", a nie powiedziałam, co się zmienia, co co roku ewoluuje. Mam tu na myśli spędzanie świąt z tatą. Tak, dopóki mieszkałyśmy w L., święta odbywały się zupełnie bez niego. Raz chyba przyjechał pijaniutki o dwunastej w nocy taksówką i kwilił, dopóki go mama tą samą taksówką nie odesłała do jego mieszkania... To, co się z nim podziało przez te kilka lat, to nie sposób opisać. Mam z resztą te wszystkie obrazy w pamięci, nigdy tego wszystkiego nie zapomnę... I tych dobrych, i tych złych. Tych drugich z czasem było coraz więcej. Wiem, że jak byłam dzieckiem to było ich tyle samo, tylko że byłam mała i to wszystko widziałam po dziecięcemu - że tak ma być i tak jest dobrze. Z resztą, tata nas bardzo kochał i gdy nie pił, był rewelacyjnym ojcem. Gdy przychodził pijany, był tylko złym mężem. Przykry to był dla mnie widok, patrzeć, jak się stacza coraz bardziej przez te wszystkie lata... Miał okres, że się starał. Przyjeżdżał do nas regularnie, przywoził prezenty. Czasem to myśmy do niego jeździły, nocowały. Sprzątały. Podglądały, jak sączy piwo przy biurku i złorzeczy na mamę i jej rodzinę pod nosem. Od dawna mówił do siebie, od dawna miał urojenia. Nakręcał się coraz bardziej, we wszystkich widział wrogów. Pisał listy otwarte do mieszkańców L., w których mieszał mamę z błotem. Pisał do proboszcza, do szkoły. Walczył o nas w sądzie, odwoływał się. Tak. Był okres, że o nas walczył, tracąc nas coraz bardziej - robiąc nam tak wielki obciach spowodował, że zaczęłyśmy się go wstydzić. On podupadał coraz bardziej a my coraz mniej za nim tęskniłyśmy. Nie trzeba nam było w życiu ojca. Tylko kiedy babcia wściekła wołała "pojedziecie sobie do tatusia", odzywał się cichutki głosik w głowie - "a proszę bardzo, u niego na pewno byłoby lepiej niż tu". Ale nigdy sobie nie pojechałyśmy. No, nie licząc faktu, że mama przez wzgląd na mnie i moje fatalne relacje z babcią podjęła jeszcze raz wielką walkę w życiu - remont mieszkania, własna firma (do tej pory pracowała całymi dniami i czasem nocami, by nas utrzymać), znoszenie serii upokorzeń ze strony pijanego byłego męża. Przeprowadziłyśmy się w końcu. I tak zaczęły się te nasze nowe święta i nowe życie.
Dziwne życie. Pokręcone, pogmatwane i pełne absurdu i paradoksów. Kobieta, która zaznała tyle cierpienia ze strony ojca swoich dzieci, jeszcze przed przeprowadzką organizowała nam wspólne spotkania wigilijne z tatą, na neutralnym gruncie, choć oczywiście bez paru bluzg się nie obeszło. A potem... A potem kolejne wigilie, coraz częściej z tatą, który leczony w DPSie i równocześnie z postępującą demencją starczą łagodnieje na stare lata. Z największego wroga dostrzegł w mamie w pewnym momencie sprzymierzeńca, a wręcz wybawiciela. Walki sądowe o wspólny majątek zmieniły się w chęć przepisania całego majątku na nas lub na nią. Tata stał się ugodowy, prorodzinny. Niepijący, stary i schorowany. Od paru lat znów spędzamy wspólnie wigilię... Z dwugodzinnych przepustek zmieniła się ona w jego pobyty u nas z noclegami. W ogóle to wszystko pokręcone. Oto walczymy teraz w sądzie o wypuszczenie go z DPSu, żeby się nim zająć na stare lata... Ma przygotowane małe mieszkanko. Jest już mało sprawny, trzeba się nim zajmować. Zadbać o posiłki, o toaletę, o jego codzienne funkcjonowanie, o zażywanie leków, o wyjechanie z nim na wózku na spacer. Można polemizować, czy to wszystko jest racjonalne, czy to wszystko tak powinno wyglądać - ale ja w tym widzę sens i mam swoje motywy takiego a nie innego postępowania. Nie robię tego z poczucia obowiązku czy jeszcze gorzej, poczucia winy. Na szczęście rozumiem siebie i wiem, po co to wszystko... Tylko czasem nie mam siły.
W tym roku będzie bigos. Tacie się marzy, swego czasu robił świetne bigosy. Coś podziałamy.
Wspomniałam jeszcze o "wkopaniu" mnie w świąteczną atmosferę. Nie mam na to wszystko czasu, nie teraz, nie przed egzaminami, przed szukaniem pracy, przed dwoma procesami sądowymi, walką o odzyskanie mieszkania, zakładaniem firmy, dwoma wielkimi remontami, pomiędzy problemami rodzinnymi i osobistymi... Obiecałam sobie, że swój Nowy Rok będę świętować po egzaminie, w drugiej połowie stycznia. Tak jak chcę, bez narzuconych ograniczeń, pomysłów, zasad. A świąt nie chciałam wcale. Myślenie o prezentach w takim momencie - to dla mnie jakaś totalna abstrakcja. No ale cóż, musiałam się pojawić w domu rodzinnym chłopaka, bo obiecałam, że się zjawię. I zostałam tradycyjnie już obdarowana: domowego wyrobu pasztetowa, kiełbasa, szynka, boczek, ser biały na sernik, jajka, grzyby suszone, kapusta kiszona na bigos... Wróciłam z dwoma siatami świątecznego jadła. I opłatkiem, i życzeniami świątecznymi. Sama zawiozłam, tak jak zwykle, trochę rożków orzechowych i pierniczki wycinane nożem, każdy inny i niepowtarzalny - tym razem tym bardziej, że stworzone z pomocą mory :D W każdym razie, choć od choinki się wymigałam, to od samego świętowania jako takiego już nie bardzo. Czuję się wobec tego faktu bezsilna, ale nie zła - to raczej coś pomiędzy znużeniem a wzruszeniem. Bo tak naprawdę to właśnie o takich świętach, jak to mają w domu chłopaka, marzę od zawsze: rodzinnie, świątecznie, beztrosko, przede wszystkim zaś życzliwie. U nich mogę nie lubić śledzi, być niewierzącą (no - w pewnym zakresie, po prostu nikt mi się w to nie wpiernicza), mogę mieć ojca alkoholika, mogę lubić jeść, mieć chorą wątrobę... Mogę czuć się jak u siebie. Tylko że ja tam zawsze będę w gościach. Tak mnie już to życie ukształtowało.
niedziela, 6 października 2013
Jak matka z córką...
Obiecując ostatnio mamie wspólny spacer w weekend, miałam wątpliwości co do jego przebiegu. Z mamą dawno nigdzie nie chodziłam, w ogóle oddaliłyśmy się od siebie... Dodatkowo obawiałam się frustrującego mnie powolnego tempa i wyrażania przez nią ciągłych obaw związanych z moimi nowymi zainteresowaniami. W domu notorycznie muszę wysłuchiwać jej wątpliwości, porad i prób przekonania mnie do swego, denerwuje mnie to okrutnie. No ale, z drugiej strony... Mama jest osobą przepracowaną i należy jej się odpoczynek, relaks inny niż odmóżdżająca sesja telewizyjna i łóżko. Wiem przy tym, że sama nie ma już w sobie ani kapki energii witalnej, a już na pewno nie na tyle, by wyjść pewnego razu z domu ot, tak, dla siebie. Zaproponowałam jej wspólny spacer, kopiąc się w duchu w kostkę - "co ty robisz? zmarnujesz dzień, mogłabyś go spędzić całkiem poza domem, w terenie, w swoim tempie, jak lubisz...". Z drugiej strony tak właśnie trzeba było postąpić, czułam to. I dobrze się stało :) Pomijając już oczywiście uboczne profity w postaci wzmożonej aktywności mamy przez cały tydzień "dla rozchodzenia", czego efektem było wychodzenie mi z psem na spacery B), ten dzień okazał się dla nas wyjątkowo przyjemny. Gdzieś tam znalazłam w sobie nieco przykurzoną sympatię i zrozumienie dla mamy, dokopałam się też do dziwnie dużych pokładów cierpliwości, co do których byłam przekonana, że uległy już wyczerpaniu. Dostosowywanie się do jej możliwości nie ograniczyło mnie, jak się spodziewałam; przeciwnie, czułam się szczęśliwa i zadowolona... A dziś była zupa grzybowa :)
Na cel obrałyśmy sobie dnia poprzedniego Dolinę Mnikowską i rezerwat Zimny Dół, znajdujące się na zachód od Krakowa, na terenie Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Dolinę Mnikowską mama odwiedziła raz, jeszcze będąc za młodu w harcerstwie. Czyli, jakby nie liczyć, dobre parędziesiąt lat temu. Pamiętała tylko, że jest tam pięknie... Sceptycznie się na tą trasę zapatrywałam - ok, sama chciałam tam kiedyś zajrzeć, ale bardziej przy okazji jakiejś większej wędrówki, bo jest ona tylko fragmentem Doliny Sanki, bardzo króciutkim, ostatnim odcinkiem. Nie chcąc jednak forsować zastałych kolan mamy długim marszem lub trudną trasą, dolina nie była złym pomysłem. Wisząc nad świeżo poklejoną na przedarciach mapę, dorzuciłyśmy jeszcze Zimny Dół - o którym kiedyś przeczytałam na internecie jako o bardzo ciekawym miejscu - i sprawdziłyśmy dojazd komunikacją miejską, którego szczegóły mama na karteczce dokładnie sobie spisała.
Następnego dnia, tj. w sobotę, wstałyśmy dość wcześnie i z domu wyszłyśmy na autobus w pół do dziewiątej. Już w nim mama zorientowała się, że nie wzięła portfela... No, po kimś to muszę mieć :D Na szczęście ja miałam swój, więc nasza dalsza podróż (bilety itd) jeszcze nie była skazana na porażkę. Potem, przed drugą przesiadką, okazało się też, że mama nie wzięła swoich zapisków co do przystanków przesiadkowych, numerów linii i godzin odjazdów. Na szczęście, jej pełne napięcia i niepokoju pytania "a to nie już? a to nie na tym?" wprawiały nas nie w stan podenerwowania, a wyjątkowo dobry nastrój. Wówczas już poczułam, że nie zmęczymy się swoim towarzystwem i że może być naprawdę fajnie. Wysiadłyśmy dobrze, dojechałyśmy bez przeszkód... Nie pamiętam samego momentu wejścia w Dolinę Mnikowską, za to wryło mi się w pamięć parę obrazków i tekstów, jakie zafundowała mi mama: dotykanie skał, długie pochylanie się z czułością nad maleńką paprotką, znowu dotykanie skał i głośne zachwyty wszystkim wokół... Nawet "o, jakie urocze gnojowisko!" :)
Przez długość doliny płynie rzeczka Sanka. Nieduża, acz szersza niż te w dotychczas odwiedzonych przeze mnie podkrakowskich dolinkach. Jej radosny plusk towarzyszył nam nieustannie podczas spaceru doliną, w sąsiedztwie zmieniających się widoków. Najpierw zacieniona dróżka i kilka łąk na dnie doliny, jakieś mostki i tak dalej, potem kawałek przez lasek, wreszcie pierwsze "poważniejsze" skały... Narzucane przez mamę tempo okazało się doskonale równoważyć z moimi licznymi postojami na robienie zdjęć. A miałam co fotografować, bo widoki były naprawdę urokliwe.
Gdy wyszłyśmy na główną polanę dolinki, z uznaniem patrzyłam na widoki, które rekomendowała mi mama. Miejsce to okazało się być naprawdę miłe, choć mocno ucywilizowane i nacechowane religijnym kultem... Wszystko za sprawą Matki Bożej Skalskiej, z którą wiąże się dość ciekawa historia - otóż pewien człowiek, inspirowany ponoć wydarzeniem ukazania się Matki Bożej w tel skał powstańcom uczestniczącym w konfederacji barskiej, namalował obraz Maryi w celu utworzenia miejsca modlitwy dla ukrywających się w dolinie powstańców Powstania Styczniowego. Później w miejscu tym odprawiane były tajne msze, gdy mieszkańcy Krakowa pod zaborem, nie mogąc korzystać z kościołów, udawali się poza miasto "w celach rekreacyjnych". Tak... Do betonowego, pomalowanego na biało i przyozdobionego sztucznymi kwiatkami ołtarza, umiejscowionego pod wizerunkiem Matki Bożej Skalskiej, prowadzą schodki z samego dna doliny, towarzyszą im zaś stacje drogi krzyżowej. Sam obraz jest przebrzydki i nijaki - pierwotny uległ zniszczeniu i został przez kogoś tam nieudolnie odmalowany. Całość jednak (te obrazki, sztuczne kwiatki i tak dalej) tworzy jakiś taki religijny klimacik, który nie wywołuje we mnie (niewierzącej) irytacji czy niechęci. Kult maryjny to nieodłączny element naszej polskiej rzeczywistości, mogę się do tego co najwyżej uśmiechnąć... :)
Pozachwycawszy się skałkami naokoło, rezygnując z penetrowania jednej z upatrzonych jaskiń, poszłyśmy dalej... I nagle wyszłyśmy z urokliwego odcinka Doliny Sanki. Szybko doszłyśmy do asfaltu i towarzyszącym mu zabudowań. Przecięłyśmy go i weszłyśmy w znajdujący się naprzeciwko Wąwóz Półrzeczki, z zamiarem przejścia tam i z powrotem. Przechodząc jednak dosłownie paręnaście metrów drogą weń prowadzącą, natrafiłam na rosnącego przy drodze grzyba. No i się zaczęło ;)
Bukowo-sosnowy, widny las porastający zbocza wąwozu, musiał być wcześniej dokładnie spenetrowany przez licznych grzybiarzy. Wszystkie okazy, jakie znajdywałyśmy (no, udało się znaleźć mamie te parę sztuk:)), były bardzo niewielkich rozmiarów. W sumie to nawet dobrze się stało, bo żal by nam było zostawiać potencjalne giganty z powodu braku miejsca w siatce i planowanego przejścia jeszcze Zimnego Dołu. Poza tym takie maluszki są najczęściej jeszcze nierobaczywe, w przeciwieństwie do ich starszych kolegów. Łażąc zatem w poszukiwaniu małych grzybków pokręciłyśmy się trochę po lesie, przeszłyśmy przez dno wąwozu na drugie zbocze, tam dorwałam jeszcze kilka okazów i skierowałyśmy się w drogę powrotną. Mama, która, poddawszy się szybko, zaczęła tworzyć jakąś własną jesienną kompozycję ze znalezionych liści, żuczków i patyczków, całkiem straciła orientację. Zdałyśmy się na mnie, udało mi się nas poprowadzić we właściwym kierunku ;) Po drodze znalazłyśmy jeszcze rozsypany i zdekompletowany szkielecik młodego koziołka, czaszkę ktoś pozbawił poroża... Gdy czaszka do jednego ze zdjęć pozowała nadziana na patyk w maminej ręce, przypomniało mi się dzieciństwo :P Konkretnie "Król Lew", w którym to był taki obrazek "tańczących" szkieletów poruszanych przez kogoś tam, a także nasze późniejsze zabawy, fantastycznie zainscenizowane przez mamę - przygotowana Lwia Skała, cmentarzysko słoni z ponurych apaszek i wycinanych z papieru szkieletów... Jedno z fajniejszych wspomnień :) Ten obraz przypomniał mi, że z mamą miałam kiedyś naprawdę fantastyczny kontakt.
Po wyjściu z wąwozu skierowałyśmy się asfaltem w stronę Zimnego Dołu. Ja chciałam przez las, prowadzącym przezeń szlakiem, ale mama miała już trochę dość wgapiania się w ziemię (a pewnie znów wpadłabym w manię szukania grzybów), poza tym asfaltem pokierowała nas nadmiernie pomocna staruszka. Poszłyśmy sobie tak niespiesznie, mama dzierżąc wciąż w prawej ręce znaleziony kijek - głupio jej jakoś było iść bez trzymania torebki, jak zazwyczaj. Doszłyśmy do rozjazdu i małego parkingu pod imponującą skałą przy samym Zimnym Dole. Tam skorzystałyśmy z infrastruktury turystycznej w postaci ławek i stolika, upiększonej licznymi zalegającymi pod nimi śmieciami i butelkami. Takie typowe "miejsce spotkań" okolicznego menelstwa. Pora dnia była taka, że prócz nas chęć odwiedzenia rezerwatu wykazali dziadkowie z wnuczętami (babcia miała walnięty na głowie soczysty róż), jakieś dwie kobietki i ktoś jeszcze. Posiliłyśmy się kabanosami i wzgardziwszy moimi sucharkami przeszłyśmy przez rezerwat. Taak, przeszłyśmy i właściwie go przeoczyłyśmy :D Nie wiem, na co liczyłam, ale niepotrzebnie poszłyśmy szlakiem prowadzącym wgłębioną drogą. Zamiast podejść pod ciekawsze formy skalne ukryte pośród drzew po prostu weszłyśmy i wyszłyśmy z masy zieleni, kończąc tym samym nasze zwiedzanie tego dnia.
Przed nami była jeszcze tylko decyzja co do wyboru punktu docelowego; nie byłyśmy pewne, czy dotrzemy do samej Sanki na czas, przed odjazdem autobusu... Do następnego miałybyśmy dwie godziny czekania. A może zatrzymywał się on gdzieś po drodze, przy głównej, na którą dotarłyśmy?... Niemożliwe było sprawdzenie tego, bo jak się okazało, zgubiłam mapę. Zaczynam się poważnie zastanawiać nad braniem ze sobą za każdym razem w teren całkiem zbędnego przedmiotu, by go zgubić - bo to już chyba norma, że z każdego wyjścia wracam z uszczuplonym ekwipunkiem ;) Postanowiłyśmy iść jednak do tej Sanki (nie wiadomo, jak daleko będącej). O dziwo na przystanek udało nam się dotrzeć idealnie, na 4 minuty przed odjazdem autobusu :) Po drodze widziałyśmy martwego trznadla, martwy kawałek jakiegoś futerkowca na jezdni i pędzącą przezeń wielką gąsienicę - także nudów nie było ;) Do domu zajechałyśmy z lekka chwycone słońcem, okrutnie zmęczone (ja miałam za sobą nieprzespaną noc) i zadowolone, wiedząc już, że jeszcze kiedyś się razem gdzieś wybierzemy :)
Na koniec znów mam ciekawostkę - kim jest Kropek? :D
Na cel obrałyśmy sobie dnia poprzedniego Dolinę Mnikowską i rezerwat Zimny Dół, znajdujące się na zachód od Krakowa, na terenie Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Dolinę Mnikowską mama odwiedziła raz, jeszcze będąc za młodu w harcerstwie. Czyli, jakby nie liczyć, dobre parędziesiąt lat temu. Pamiętała tylko, że jest tam pięknie... Sceptycznie się na tą trasę zapatrywałam - ok, sama chciałam tam kiedyś zajrzeć, ale bardziej przy okazji jakiejś większej wędrówki, bo jest ona tylko fragmentem Doliny Sanki, bardzo króciutkim, ostatnim odcinkiem. Nie chcąc jednak forsować zastałych kolan mamy długim marszem lub trudną trasą, dolina nie była złym pomysłem. Wisząc nad świeżo poklejoną na przedarciach mapę, dorzuciłyśmy jeszcze Zimny Dół - o którym kiedyś przeczytałam na internecie jako o bardzo ciekawym miejscu - i sprawdziłyśmy dojazd komunikacją miejską, którego szczegóły mama na karteczce dokładnie sobie spisała.
Następnego dnia, tj. w sobotę, wstałyśmy dość wcześnie i z domu wyszłyśmy na autobus w pół do dziewiątej. Już w nim mama zorientowała się, że nie wzięła portfela... No, po kimś to muszę mieć :D Na szczęście ja miałam swój, więc nasza dalsza podróż (bilety itd) jeszcze nie była skazana na porażkę. Potem, przed drugą przesiadką, okazało się też, że mama nie wzięła swoich zapisków co do przystanków przesiadkowych, numerów linii i godzin odjazdów. Na szczęście, jej pełne napięcia i niepokoju pytania "a to nie już? a to nie na tym?" wprawiały nas nie w stan podenerwowania, a wyjątkowo dobry nastrój. Wówczas już poczułam, że nie zmęczymy się swoim towarzystwem i że może być naprawdę fajnie. Wysiadłyśmy dobrze, dojechałyśmy bez przeszkód... Nie pamiętam samego momentu wejścia w Dolinę Mnikowską, za to wryło mi się w pamięć parę obrazków i tekstów, jakie zafundowała mi mama: dotykanie skał, długie pochylanie się z czułością nad maleńką paprotką, znowu dotykanie skał i głośne zachwyty wszystkim wokół... Nawet "o, jakie urocze gnojowisko!" :)
Przez długość doliny płynie rzeczka Sanka. Nieduża, acz szersza niż te w dotychczas odwiedzonych przeze mnie podkrakowskich dolinkach. Jej radosny plusk towarzyszył nam nieustannie podczas spaceru doliną, w sąsiedztwie zmieniających się widoków. Najpierw zacieniona dróżka i kilka łąk na dnie doliny, jakieś mostki i tak dalej, potem kawałek przez lasek, wreszcie pierwsze "poważniejsze" skały... Narzucane przez mamę tempo okazało się doskonale równoważyć z moimi licznymi postojami na robienie zdjęć. A miałam co fotografować, bo widoki były naprawdę urokliwe.
Gdy wyszłyśmy na główną polanę dolinki, z uznaniem patrzyłam na widoki, które rekomendowała mi mama. Miejsce to okazało się być naprawdę miłe, choć mocno ucywilizowane i nacechowane religijnym kultem... Wszystko za sprawą Matki Bożej Skalskiej, z którą wiąże się dość ciekawa historia - otóż pewien człowiek, inspirowany ponoć wydarzeniem ukazania się Matki Bożej w tel skał powstańcom uczestniczącym w konfederacji barskiej, namalował obraz Maryi w celu utworzenia miejsca modlitwy dla ukrywających się w dolinie powstańców Powstania Styczniowego. Później w miejscu tym odprawiane były tajne msze, gdy mieszkańcy Krakowa pod zaborem, nie mogąc korzystać z kościołów, udawali się poza miasto "w celach rekreacyjnych". Tak... Do betonowego, pomalowanego na biało i przyozdobionego sztucznymi kwiatkami ołtarza, umiejscowionego pod wizerunkiem Matki Bożej Skalskiej, prowadzą schodki z samego dna doliny, towarzyszą im zaś stacje drogi krzyżowej. Sam obraz jest przebrzydki i nijaki - pierwotny uległ zniszczeniu i został przez kogoś tam nieudolnie odmalowany. Całość jednak (te obrazki, sztuczne kwiatki i tak dalej) tworzy jakiś taki religijny klimacik, który nie wywołuje we mnie (niewierzącej) irytacji czy niechęci. Kult maryjny to nieodłączny element naszej polskiej rzeczywistości, mogę się do tego co najwyżej uśmiechnąć... :)
Pozachwycawszy się skałkami naokoło, rezygnując z penetrowania jednej z upatrzonych jaskiń, poszłyśmy dalej... I nagle wyszłyśmy z urokliwego odcinka Doliny Sanki. Szybko doszłyśmy do asfaltu i towarzyszącym mu zabudowań. Przecięłyśmy go i weszłyśmy w znajdujący się naprzeciwko Wąwóz Półrzeczki, z zamiarem przejścia tam i z powrotem. Przechodząc jednak dosłownie paręnaście metrów drogą weń prowadzącą, natrafiłam na rosnącego przy drodze grzyba. No i się zaczęło ;)
Bukowo-sosnowy, widny las porastający zbocza wąwozu, musiał być wcześniej dokładnie spenetrowany przez licznych grzybiarzy. Wszystkie okazy, jakie znajdywałyśmy (no, udało się znaleźć mamie te parę sztuk:)), były bardzo niewielkich rozmiarów. W sumie to nawet dobrze się stało, bo żal by nam było zostawiać potencjalne giganty z powodu braku miejsca w siatce i planowanego przejścia jeszcze Zimnego Dołu. Poza tym takie maluszki są najczęściej jeszcze nierobaczywe, w przeciwieństwie do ich starszych kolegów. Łażąc zatem w poszukiwaniu małych grzybków pokręciłyśmy się trochę po lesie, przeszłyśmy przez dno wąwozu na drugie zbocze, tam dorwałam jeszcze kilka okazów i skierowałyśmy się w drogę powrotną. Mama, która, poddawszy się szybko, zaczęła tworzyć jakąś własną jesienną kompozycję ze znalezionych liści, żuczków i patyczków, całkiem straciła orientację. Zdałyśmy się na mnie, udało mi się nas poprowadzić we właściwym kierunku ;) Po drodze znalazłyśmy jeszcze rozsypany i zdekompletowany szkielecik młodego koziołka, czaszkę ktoś pozbawił poroża... Gdy czaszka do jednego ze zdjęć pozowała nadziana na patyk w maminej ręce, przypomniało mi się dzieciństwo :P Konkretnie "Król Lew", w którym to był taki obrazek "tańczących" szkieletów poruszanych przez kogoś tam, a także nasze późniejsze zabawy, fantastycznie zainscenizowane przez mamę - przygotowana Lwia Skała, cmentarzysko słoni z ponurych apaszek i wycinanych z papieru szkieletów... Jedno z fajniejszych wspomnień :) Ten obraz przypomniał mi, że z mamą miałam kiedyś naprawdę fantastyczny kontakt.
Po wyjściu z wąwozu skierowałyśmy się asfaltem w stronę Zimnego Dołu. Ja chciałam przez las, prowadzącym przezeń szlakiem, ale mama miała już trochę dość wgapiania się w ziemię (a pewnie znów wpadłabym w manię szukania grzybów), poza tym asfaltem pokierowała nas nadmiernie pomocna staruszka. Poszłyśmy sobie tak niespiesznie, mama dzierżąc wciąż w prawej ręce znaleziony kijek - głupio jej jakoś było iść bez trzymania torebki, jak zazwyczaj. Doszłyśmy do rozjazdu i małego parkingu pod imponującą skałą przy samym Zimnym Dole. Tam skorzystałyśmy z infrastruktury turystycznej w postaci ławek i stolika, upiększonej licznymi zalegającymi pod nimi śmieciami i butelkami. Takie typowe "miejsce spotkań" okolicznego menelstwa. Pora dnia była taka, że prócz nas chęć odwiedzenia rezerwatu wykazali dziadkowie z wnuczętami (babcia miała walnięty na głowie soczysty róż), jakieś dwie kobietki i ktoś jeszcze. Posiliłyśmy się kabanosami i wzgardziwszy moimi sucharkami przeszłyśmy przez rezerwat. Taak, przeszłyśmy i właściwie go przeoczyłyśmy :D Nie wiem, na co liczyłam, ale niepotrzebnie poszłyśmy szlakiem prowadzącym wgłębioną drogą. Zamiast podejść pod ciekawsze formy skalne ukryte pośród drzew po prostu weszłyśmy i wyszłyśmy z masy zieleni, kończąc tym samym nasze zwiedzanie tego dnia.
Przed nami była jeszcze tylko decyzja co do wyboru punktu docelowego; nie byłyśmy pewne, czy dotrzemy do samej Sanki na czas, przed odjazdem autobusu... Do następnego miałybyśmy dwie godziny czekania. A może zatrzymywał się on gdzieś po drodze, przy głównej, na którą dotarłyśmy?... Niemożliwe było sprawdzenie tego, bo jak się okazało, zgubiłam mapę. Zaczynam się poważnie zastanawiać nad braniem ze sobą za każdym razem w teren całkiem zbędnego przedmiotu, by go zgubić - bo to już chyba norma, że z każdego wyjścia wracam z uszczuplonym ekwipunkiem ;) Postanowiłyśmy iść jednak do tej Sanki (nie wiadomo, jak daleko będącej). O dziwo na przystanek udało nam się dotrzeć idealnie, na 4 minuty przed odjazdem autobusu :) Po drodze widziałyśmy martwego trznadla, martwy kawałek jakiegoś futerkowca na jezdni i pędzącą przezeń wielką gąsienicę - także nudów nie było ;) Do domu zajechałyśmy z lekka chwycone słońcem, okrutnie zmęczone (ja miałam za sobą nieprzespaną noc) i zadowolone, wiedząc już, że jeszcze kiedyś się razem gdzieś wybierzemy :)
Na koniec znów mam ciekawostkę - kim jest Kropek? :D
piątek, 13 września 2013
Każdy mógł być Linneuszem
W przedszkolu myślałam, że odkryłam dowód na teorię ewolucji. Miały nim być żyrafy i ich długie szyje - no bo czemu akurat im się takowe wykształciły, jak nie przez to, że wyciągnęły im się na skutek sięgania do coraz wyższych drzew? ...Paręnaście lat później, na lekcji biologii w liceum dowiedziałam się, że dokładnie w ten sam sposób rozumował bodajże Karol Linneusz. Niestety, błędnie - ale i tak poczułam satysfakcję, że mój dziecięcy rozumek kiedyś tam dobił rozumowi uczonego ;)
W dzieciństwie miałam wiele mniej lub bardziej trafnych teorii. Uważałam na przykład, że dowodem na obracanie się kuli ziemskiej jest fakt, że jak się pokręci w kółko, to potem świat wokół nas wiruje. Nie umiałam tylko tego wytłumaczyć. Bawiąc się kiedyś w przedszkolu z koleżanką "odkryłam" znowuż, że można myć ręce bez użycia wody - ot, piaskiem. Postanowiłyśmy zatem obie nie myć rąk w tradycyjny sposób. Innym moim pomysłem było zaprojektowanie realistycznego kosmity - nie takiego z czułkami i antenką, ale galarety, która w pojedynkę nie miała prawa bytu, egzystowała w kolonii w oparciu o założenie, że ruch się znikąd nie bierze - zatem konsumując innych członków "Wielkiej Galarety" wprawiała w ruch struktury organizmu, które od tych największych aż po najmniejsze przekazywała ruch dalej; w ten sposób skonsumowany kolega obok przesuwał się układem pokarmowym, by później był wbudowywany w struktury ciała. Wszystko zaś sprowadzało się do nieustającego trwania.
W ogóle byłam bardzo ciekawskim i spostrzegawczym dzieckiem, bardzo ambitnym i dumnym z resztą. Imponował mi kolega, który w wieku 5 lat umiał już ładnie pisać i płynnie czytać. Denerwowało mnie, że inne dzieci rysują słoneczka i kwiatki z oczkami i buźkami, przecież takie nie były. Jeszcze bardziej irytujące i wzbudzające we mnie swego rodzaju litość było rysowanie słońca poprzez zamalowywanie trójkąta w rogu kartki na żółto - przecież słońce jest kulą... I ludzie bez palców, lub kobiety z "kanciastymi" włosami. Co tu wiele mówić, widziałam po prostu więcej niż niektóre dzieciaki;)
Dziecięca pewność siebie umacniana była mocno przez zabiegi taty - a to wziął mnie na konkurs piosenki przedszkolaka, a to na wernisaż znanej malarki, której wręczyłam własnoręcznie malowaną kopię jej obrazu, na co dzień zaś wołał mnie do swoich poważanych znajomych, bym się w sukieneczce przedstawiła moją stałą formułką: "Nazywam się Kasia K...... L....., a na koooooońcu Katarzyna" :) Dzięki temu oraz wrodzonej chyba umiejętności dowartościowywania się w każdej sytuacji (np wmawiając siostrze, że jest adoptowana, bo ma inne oczy, lub wymuszając na mamie stwierdzenie, że jestem jej najładniejszą córką), w okres wczesnoszkolny weszłam z podniesioną głową, pełną pytań z resztą.
Interesowało mnie wszystko i nie zadowalały mnie odpowiedzi "na odwal się". Pamiętam, że opiekunka wydała mi się w pewnym momencie niekompetentna, bo mówiła, że najmniejszą jednostką czasu są sekundy - a ja przecież w ciągu sekundy potrafiłam na przykład parę razy mrugnąć. To jak to tak? Zadawałam więc pytania dociekliwie i póki uzyskiwałam na nie odpowiedź, byłam bardzo ciekawa świata i pomysłowa. W pewnym momencie coś się jednak sypnęło.
Okres podstawówki rozpoczął we mnie powolną przemianę. Nauczyciele przestali rzeczowo odpowiadać na moje pytania, mówiąc, że dowiem się w swoim czasie. Niektórzy z nich zaś byli zwyczajnie niedoedukowani - kobieta przez 40 minut uczyła nas o ostnicach, gdy wreszcie nie wytrzymałam, i zwróciłam jej uwagę, że w podręczniku nie piszą o OSTNICACH, tylko o o OSTAŃCACH SKALNYCH; ale ona w ogóle była ewenementem na skalę kraju ;) Równolegle świat okazywał się wciąż mnie zaskakiwać, na kolejne rzeczy zwracałam uwagę, coraz więcej elementów rodziło pytania o szczegóły działania, funkcjonowania, ciągu przyczynowo-skutkowego. Przestałam to wszystko ogarniać, nikt nie próbował mi niczego wyjaśniać - więc odpuściłam.
Nałożyło się oczywiście na to parę przyczyn, jednak na pewno w jakimś sensie to system zawinił. Z dziecka pełnego ciekawości poznawczej, niegłupiego na dodatek, stałam się nastolatką, która zaczęła się wycofywać, gdy coś ją przerastało, gdy czegoś nie mogłam zrozumieć. Zaczęłam iść na skróty, co było łatwe przy doskonale wykształconej zdolności do kombinowania - zawsze umiałam ustawić się tak, by się nie narobić i jeszcze coś na tym zyskać. Opracowałam techniki manipulacyjne niemal do perfekcji ;) Kształtując jednak swoją osobowość w tą stronę pozwoliłam sobie "nie męczyć się" w zdobywaniu odpowiedzi na nurtujące pytania. I tylko ich lista się wydłużała...
Nie dowiedziałam się nigdy, jak dokładnie działa telewizor. Niby teorię znam, ale jakoś tak nie mogę tego ogarnąć. Komputery to dla mnie czarna magia, a internet przekracza wszelkie granice wyobraźni. Przyjęłam, że po prostu są w życiu codziennym. Nie tylko jednak przestałam nadążać za postępem technicznym; dostając do ręki narzędzie do nieograniczonego wręcz poznawania muzyki czy filmów, przestałam się tym całkowicie interesować. Ostatnim (i pierwszym) zespołem, jakiego słuchałam non stop, były Wilki. Miałam ich kasetę, nawet na konkursie szkolnym Mini Playback Show odtwarzałam ich piosenkę, z rozwianym włosem, w okularach, błyszczącej marynarce i lśniących dzwonach. Po Wilkach był jeszcze incydent z Ich troje a później z Metallicą, ale to za sprawą starszej siostry. Tak więc, stałam się człowiekiem bez zainteresowań.
Nie słuchałam żadnej muzyki, żadna też mi nie przeszkadzała. Nie orientowałam się w nurtach muzycznych, w nowościach książkowych i grach komputerowych, nowinkach technicznych, nie znałam nazwisk gwiazd i aktorów. Równocześnie życie kazało mi szybciej dorosnąć i orientować się w nieruchomościach, administracji, kwestiach remontowo-budowlanych, w prawie. Tylko jakoś nie byłam w stanie znaleźć nikogo, kto by nadawał na tym samym poziomie, kto by rozumiał konstrukcję stropu czy dachu, kto by wiedział, jakie są sposoby izolacji wodnej budynku. Z drugiej jednak strony są to zagadnienia mocno męskie, a chłopcy w moim wieku jeszcze się tym nie interesowali - z resztą straciłam z nimi od zawsze świetny kontakt. Skończyły się zabawy w tynkowanie błotem muru, w budowanie baz i schronów, przygotowywanie pułapek, w wojnę, w "Nikt Nas Nie Może Zobaczyć", w gangi... Musiałam stać się dziewczynką w spódniczce, która codziennie chodzi do kościółka a potem grzecznie idzie spać po dobranocce. W ten sposób zatraciły się gdzieś we mnie pierwotna potrzeba poznawcza i zapędy ku "okiełznaniu" świata w podwórkowych warunkach.
W tym stanie zawieszenia dotrwałam aż do teraz - kiedy to hasło "survival" na nowo wzbudza moją dziecięcą ciekawość poznawczą, kiedy z zainteresowaniem czytam o kolejnych technikach rozpalania ognia, uzdatniania wody, leczenia i żywienia się środkami dostępnymi w naturze. I ruszam z domu, bo nie przeraża mnie już aż tak wizja poznania świata. Mam pasję. Zaczynam sobie przypominać, kim mogłam być.
W dzieciństwie miałam wiele mniej lub bardziej trafnych teorii. Uważałam na przykład, że dowodem na obracanie się kuli ziemskiej jest fakt, że jak się pokręci w kółko, to potem świat wokół nas wiruje. Nie umiałam tylko tego wytłumaczyć. Bawiąc się kiedyś w przedszkolu z koleżanką "odkryłam" znowuż, że można myć ręce bez użycia wody - ot, piaskiem. Postanowiłyśmy zatem obie nie myć rąk w tradycyjny sposób. Innym moim pomysłem było zaprojektowanie realistycznego kosmity - nie takiego z czułkami i antenką, ale galarety, która w pojedynkę nie miała prawa bytu, egzystowała w kolonii w oparciu o założenie, że ruch się znikąd nie bierze - zatem konsumując innych członków "Wielkiej Galarety" wprawiała w ruch struktury organizmu, które od tych największych aż po najmniejsze przekazywała ruch dalej; w ten sposób skonsumowany kolega obok przesuwał się układem pokarmowym, by później był wbudowywany w struktury ciała. Wszystko zaś sprowadzało się do nieustającego trwania.
W ogóle byłam bardzo ciekawskim i spostrzegawczym dzieckiem, bardzo ambitnym i dumnym z resztą. Imponował mi kolega, który w wieku 5 lat umiał już ładnie pisać i płynnie czytać. Denerwowało mnie, że inne dzieci rysują słoneczka i kwiatki z oczkami i buźkami, przecież takie nie były. Jeszcze bardziej irytujące i wzbudzające we mnie swego rodzaju litość było rysowanie słońca poprzez zamalowywanie trójkąta w rogu kartki na żółto - przecież słońce jest kulą... I ludzie bez palców, lub kobiety z "kanciastymi" włosami. Co tu wiele mówić, widziałam po prostu więcej niż niektóre dzieciaki;)
Dziecięca pewność siebie umacniana była mocno przez zabiegi taty - a to wziął mnie na konkurs piosenki przedszkolaka, a to na wernisaż znanej malarki, której wręczyłam własnoręcznie malowaną kopię jej obrazu, na co dzień zaś wołał mnie do swoich poważanych znajomych, bym się w sukieneczce przedstawiła moją stałą formułką: "Nazywam się Kasia K...... L....., a na koooooońcu Katarzyna" :) Dzięki temu oraz wrodzonej chyba umiejętności dowartościowywania się w każdej sytuacji (np wmawiając siostrze, że jest adoptowana, bo ma inne oczy, lub wymuszając na mamie stwierdzenie, że jestem jej najładniejszą córką), w okres wczesnoszkolny weszłam z podniesioną głową, pełną pytań z resztą.
Interesowało mnie wszystko i nie zadowalały mnie odpowiedzi "na odwal się". Pamiętam, że opiekunka wydała mi się w pewnym momencie niekompetentna, bo mówiła, że najmniejszą jednostką czasu są sekundy - a ja przecież w ciągu sekundy potrafiłam na przykład parę razy mrugnąć. To jak to tak? Zadawałam więc pytania dociekliwie i póki uzyskiwałam na nie odpowiedź, byłam bardzo ciekawa świata i pomysłowa. W pewnym momencie coś się jednak sypnęło.
Okres podstawówki rozpoczął we mnie powolną przemianę. Nauczyciele przestali rzeczowo odpowiadać na moje pytania, mówiąc, że dowiem się w swoim czasie. Niektórzy z nich zaś byli zwyczajnie niedoedukowani - kobieta przez 40 minut uczyła nas o ostnicach, gdy wreszcie nie wytrzymałam, i zwróciłam jej uwagę, że w podręczniku nie piszą o OSTNICACH, tylko o o OSTAŃCACH SKALNYCH; ale ona w ogóle była ewenementem na skalę kraju ;) Równolegle świat okazywał się wciąż mnie zaskakiwać, na kolejne rzeczy zwracałam uwagę, coraz więcej elementów rodziło pytania o szczegóły działania, funkcjonowania, ciągu przyczynowo-skutkowego. Przestałam to wszystko ogarniać, nikt nie próbował mi niczego wyjaśniać - więc odpuściłam.
Nałożyło się oczywiście na to parę przyczyn, jednak na pewno w jakimś sensie to system zawinił. Z dziecka pełnego ciekawości poznawczej, niegłupiego na dodatek, stałam się nastolatką, która zaczęła się wycofywać, gdy coś ją przerastało, gdy czegoś nie mogłam zrozumieć. Zaczęłam iść na skróty, co było łatwe przy doskonale wykształconej zdolności do kombinowania - zawsze umiałam ustawić się tak, by się nie narobić i jeszcze coś na tym zyskać. Opracowałam techniki manipulacyjne niemal do perfekcji ;) Kształtując jednak swoją osobowość w tą stronę pozwoliłam sobie "nie męczyć się" w zdobywaniu odpowiedzi na nurtujące pytania. I tylko ich lista się wydłużała...
Nie dowiedziałam się nigdy, jak dokładnie działa telewizor. Niby teorię znam, ale jakoś tak nie mogę tego ogarnąć. Komputery to dla mnie czarna magia, a internet przekracza wszelkie granice wyobraźni. Przyjęłam, że po prostu są w życiu codziennym. Nie tylko jednak przestałam nadążać za postępem technicznym; dostając do ręki narzędzie do nieograniczonego wręcz poznawania muzyki czy filmów, przestałam się tym całkowicie interesować. Ostatnim (i pierwszym) zespołem, jakiego słuchałam non stop, były Wilki. Miałam ich kasetę, nawet na konkursie szkolnym Mini Playback Show odtwarzałam ich piosenkę, z rozwianym włosem, w okularach, błyszczącej marynarce i lśniących dzwonach. Po Wilkach był jeszcze incydent z Ich troje a później z Metallicą, ale to za sprawą starszej siostry. Tak więc, stałam się człowiekiem bez zainteresowań.
Nie słuchałam żadnej muzyki, żadna też mi nie przeszkadzała. Nie orientowałam się w nurtach muzycznych, w nowościach książkowych i grach komputerowych, nowinkach technicznych, nie znałam nazwisk gwiazd i aktorów. Równocześnie życie kazało mi szybciej dorosnąć i orientować się w nieruchomościach, administracji, kwestiach remontowo-budowlanych, w prawie. Tylko jakoś nie byłam w stanie znaleźć nikogo, kto by nadawał na tym samym poziomie, kto by rozumiał konstrukcję stropu czy dachu, kto by wiedział, jakie są sposoby izolacji wodnej budynku. Z drugiej jednak strony są to zagadnienia mocno męskie, a chłopcy w moim wieku jeszcze się tym nie interesowali - z resztą straciłam z nimi od zawsze świetny kontakt. Skończyły się zabawy w tynkowanie błotem muru, w budowanie baz i schronów, przygotowywanie pułapek, w wojnę, w "Nikt Nas Nie Może Zobaczyć", w gangi... Musiałam stać się dziewczynką w spódniczce, która codziennie chodzi do kościółka a potem grzecznie idzie spać po dobranocce. W ten sposób zatraciły się gdzieś we mnie pierwotna potrzeba poznawcza i zapędy ku "okiełznaniu" świata w podwórkowych warunkach.
W tym stanie zawieszenia dotrwałam aż do teraz - kiedy to hasło "survival" na nowo wzbudza moją dziecięcą ciekawość poznawczą, kiedy z zainteresowaniem czytam o kolejnych technikach rozpalania ognia, uzdatniania wody, leczenia i żywienia się środkami dostępnymi w naturze. I ruszam z domu, bo nie przeraża mnie już aż tak wizja poznania świata. Mam pasję. Zaczynam sobie przypominać, kim mogłam być.
Subskrybuj:
Posty (Atom)