Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeziora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeziora. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2014

Mazowiecki Park Krajobrazowy - dzień I

Wizja połączenia koniecznego-i-pożytecznego z pożytecznym-acz-przyjemnym, wykreowała się w moim umyśle już jakiś czas temu. Właściwie to jeszcze w styczniu, kiedy to termin następnej kontrolnej wizyty lekarskiej wytyczono mi na maj; od razu pomyślałam sobie, że tym razem będę chciała wyjazd do stolicy połączyć z jakimś leśnym wypadem - żal nie skorzystać, kiedy można liczyć na wsparcie finansowe przejazdu w te i wewte ze strony mamy, bo to przecież powód ważny, zdrowotny... Chwilę później postanowiłam: Mazowiecki Park Krajobrazowy! Nie był to przypadkowy wybór; pewnie nawet nie wiedziałabym o istnieniu tegoż, gdyby nie to, że kolega Dawid z bloga ludzkietropy.pl, którego regularnie od jakiegoś czasu odwiedzam, często bywa w tamtym rejonie i ze swoich wypraw zdaje później piękne i ciekawe relacje, którymi to zainspirowana, nabrałam wręcz dzikiej ochoty na poznanie tego niezwykle interesującego miejsca :)

Minął luty, marzec, kwiecień... W kwietniu był zlot forum reconnet.pl , który chwilowo pochłonął moją uwagę bez reszty, zatem snucie wizji na temat wypadu do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego zostawiłam sobie na później. W odpowiednim momencie uprzedziłam rodzinę i chłopaka, ba - nalegałam, żeby się ze mną wybrał, ale ostatecznie względy ekonomiczno-logistyczne przesądziły o tym, że wyprawę miałam odbyć samotnie... I nie martwiło mnie to szczególnie, nawet napawało pewną dozą dodatkowej ekscytacji - w końcu sama w terenie byłam zaledwie trzy razy i to niemal zaraz na początku mojego włóczenia się w ogóle, później zdarzały się już wypady w nieco większym gronie lub leśne imprezy - a ponieważ trochę za bardzo obca stała mi się ostatnio wizja samotnej nocy w lesie, jakaś taka nierealna i dziwna, wtórnie zdziczała i nieoswojona, to trzeba było możliwie szybko się przełamać i wybyć w nieznane ;]

Zasadnicze przygotowania i plany, dość nawet nieszczegółowo zakreślone, poczyniłam dzień przed wyjazdem. Wieczorem zakupiłam bilety do Warszawy na godzinę 5:32 następnego rana, w ostatniej chwili też, tuż przed zamknięciem Empiku, porwałam z półki mapę, przedstawiającą południowo-wschodnie okolice Warszawy, czyli obejmującą swym zasięgiem interesujący mnie obszar. Na kompletne spakowanie się nie miałam już za bardzo sił, kilka rzeczy zostawiłam sobie na rano - w tym zorganizowanie moskitiery ze starej firanki, odciągów do poncha z linek i gumek, rozpałki z dentystycznego wosku kleistego, który wiem, że gdzieś mam, ale nie wiem, gdzie... Kiedy rano (w nocy) zadzwonił budzik, dałam sobie jeszcze 10 minut snu - i tych dziesięciu minut brakło mi właśnie, by dopiąć wszystko na ostatni guzik (rozpałki na przykład nie wzięłam wcale). Toteż lekko mnie zdenerwował fakt, że gdy już dotarłam na dworzec, ba, gdy już siedziałam w pociągu, jego odjazd opóźniono o pół godziny, bo brakło jakiegoś podpisu na jakimś protokole i konduktor wraz z motorniczym latali po dworcu w te i wewte, żeby wszystko załatwić. No ale w końcu ruszyliśmy, a po samotnej podróży (w przedziale dopiero w późniejszym czasie dosiadły się jakieś dwie niewiasty), dojechaniu do Warszawy tylko parę minut po planowanym czasie, poczynieniu zakupów w postaci dwóch jabłek i batona, niemal bezproblemowym dotarciu do lekarza, szybkim i miłym przebiegu wizyty i, wreszcie, po powrocie do centrum, udałam się na stację Warszawa - Śródmieście, skąd pociągiem Szybkiej Kolei Mazowieckiej, za cenę biletu miejskiego, dotarłam do Otwocka B)


Otwock i Czerwona Droga

W rzeczonym miasteczku nie gościłam długo. Zatrzymałam się tylko na stacji, żeby moje leśne jedzonko na planowane 3-4 dni, w postaci kupionych wcześniej jabłek i połówki batona (druga posłużyła za śniadanie), 0,5 mineralnej, kilku herbatek cukru, uzupełnić o coś bardziej sensownego. Zakupiłam mały chlebek i smalczyk ze skwarkami. Później popełniłam kilka "dokumentacyjnych" zdjęć - zabytkowemu budynkowi otwockiego dworca, oraz równie zabytkowym i urokliwym: wystającej pośród drzew wieży dróżniczej i budynkowi magistratu miasta. No i mijanej na szlaku, wiodącym już od stacji kolejowej, pięknej, drewnianej Willi Górewcza. Mam słabość do starych budynków, a tych drewnianych w szczególności. Poprzez siatkowe ogrodzenie błądziłam oczami po siedmioskrzydłowej, rozległej posiadłości, wlepiałam z zachwytem wzrok w ażurowe drewniane zdobienia, przeszklone tarasy... Budynek zachwyca i zapada w pamięć; po powrocie dowiedziałam się, jaka jest jego historia, że jest wybudowany w charakterystycznym dla regionu stylu, oraz, co smutne, że teraz stoi i niszczeje... Mam nadzieję, że ktoś bogaty ale nie bezwzględny odkryje zakurzony potencjał tego miejsca i tchnie w nie nowego ducha. Ja bym tak zrobiła B)


Pierwszym punktem na wytyczonej przeze mnie z grubsza trasie, który koniecznie chciałam zrealizować, było dotarcie do Jeziora Torfy. Gdy, przemieszczając się czarnym szlakiem, wydostałam się już z miejskich zabudowań i weszłam w las, zachmurzone niebo nie wróżyło niczego dobrego. Zasadniczo byłam psychicznie przygotowana na przelotne opady deszczu, z przygotowań rzeczowych ograniczyłam się do wzięcia poncha (pod którym i tak podczas większości wypadów sypiam) i założenia skórzanych butów górskich, mojego ostatniego, zimowego nabytku. Nie pomyliłam się, że sprawdzą się one lepiej podczas deszczu niż adidasy - choć i tak nie pokusiłam się o ich ponowną impregnację i nie okazały się wodoszczelne... Stało się bowiem tak, że gdy tylko zaliczyłam ostry zakręt na Czerwoną Drogę, nad okolicę nadciągnęły zewsząd burzowe chmury, zerwał się silny wiatr, a po chwili zaczęło trzaskać piorunami i lunęło jak z cebra. W kilka chwil zarzuciłam na siebie i bagaż na plecach poncho, ale z ruszeniem w trasę chwilę się ociągałam; bo może zaraz przejdzie, bo niby podczas burzy się kuca ze złączonymi nogami a nie chodzi... Ale ulewa przejść tak szybko jednak nie planowała, ze mnie spływały już kaskady wody, a że podczas burzy w ogóle się w lesie nie przebywa a ja właśnie w lesie byłam, to i postanowiłam ruszyć naprzód. Szybko spływająca ze mnie woda skutecznie przemoczyła mi nogawki spodni - tak poniżej kolan, jak i powyżej, bo zaciekała mi bokami przez silny wiatr i to, że generalnie jedno poncho na mnie i plecak okazało się być niewystarczające (a pokrowca na plecak oczywiście nie wzięłam :)). Jak nogawki spodni, to i portfel, i mapa trochę ucierpiały, ale generalnie połowę głowy i większy kawałek ciała uchowałam suchy - nie licząc faktu, że bokami woda dostawała się na wewnętrzną stronę, a i cokolwiek ciepło mi w tym wszystkim było ;) Zeszłam z Czerwonej Drogi a padać nie przestawało, choć pioruny już tak nie waliły naokoło. Pozostało mi kluczyć obrzeżami dość szerokiej, teraz kompletnie zalanej leśnej drogi i przeć naprzód, nie licząc na nic.

Jezioro Torfy

Całkiem znienacka przestało padać, jeszcze tylko coś tam kropiło - i równie niespodziewanie otworzył się w tym samym mniej więcej czasie widok na dojście do jeziora. Nie spodziewałam się fajerwerków... I szczęka mi opadła. Nic tam, że nad taflą jeziora wisiały jeszcze chmury burzowe, że dotarłam nad brzeg dość późno, przemoczona, trochę już też głodna... Na poręczy od kładki wiodącej przez płytki, przybrzeżny kawałeczek torfowiska do platformy widokowej, rozwiesiłam byle jak poncho i pospieszyłam zachwycać się zastanymi rarytasami krajobrazowymi :)


W międzyczasie oczywiście całkowicie przestało padać, mało tego, chmury burzowe przesunęły się gdzieś na wschód, ustępując miejsca lżejszym, i przebijającemu zeń coraz śmielej słońcu. Nie mogąc się napatrzeć, zdecydowałam się rozłożyć w słonku poncho, buty i portfel do przeschnięcia, a samej rozciągnąć się na podeście i pogapić dłuższą chwilę w czarną taflę jeziora, kołujące nad nią ptactwo, dostojnego łabędzia w oddali i płochliwe kaczki, wreszcie otaczającą mnie ze wszystkich stron bujną roślinność nadbrzeżną. Zjadłam też pierwszy (nie licząc połowy batona w Warszawie) posiłek - kromkę ze smalcem i jabłko, pokręciłam trochę w te i wewte, poczytałam na tablicach informacyjnych o miejscu, w którym się znajdowałam. Jezioro powstało mianowicie w miejscu dawnej kopalni torfu, w wyniku podsiąkania wód gruntowych i dodatkowego zasilania wodami przez licznie tu występujące na torfowiskach źródełka. Jest płytkie (ale czarniutkie :)), żyje w nim kilka gatunków ryb, jednak jedzonka w jeziorze generalnie za wiele nie jest to i nie osiągają one gigantycznych rozmiarów. Wreszcie, jeśli dobrze pamiętam, jest to miejsce występowania naturalnie żółwia błotnego, łosie też gdzieś się tam czają w niedostępnej części rozlewiska i zarośli. A biorąc do kupy wszystkie  walory przyrodnicze, słusznie utworzono tu rezerwat przyrody "Na Torfach" :)


Gdzieś tak po godzinie 15, o ile się nie mylę, postanowiłam zebrać się w dalszą drogę. Spakowałam się, założyłam wilgotne buty i ruszyłam szlakiem wiodącym chwilę wzdłuż nieregularnej linii brzegowej - a właściwie wzdłuż szlaku, ale szlajając się ścieżkami ludzio-zwierzęcymi, lawirującymi między przybrzeżnymi mokradełkami, a kiedy te się znienacka kończyły, to "z kępki na kępkę". Dzięki temu pooglądałam jeszcze chwilę jezioro z innej perspektywy, a poza tym same mokradełka tak mnie ujęły za serce, że to im po cichu zadedykowałam moje dalsze wędrówki po Parku ;)


Szlak Borów Nadwiślańskich; Czarne Jeziorka i nocleg

Kawałek dalej mój dotychczasowy szlak skrzyżował się z niebieskim, lecącym nieco inną trasą z Otwocka. Nim dotarłam do niewielkich wód, na mapie zaznaczonych jako Czarne Jeziorka. Nazwa okazała się słuszna, bo woda zdawała się w nich być jeszcze czarniejsza niż w Jeziorze Torfy; stąd również z resztą torf wydobywano, barwa tafli jeziorek zatem nie stanowi zagadki. Miejsce okazało się również bardzo urokliwe, na tafli za zaroślami tłukły się dwa kaczory - do czasu, kiedy ich przypadkiem nie spłoszyłam, docierając przez rozmokły teren nad sam brzeg wód. Tu, towarzysząca mi od minuty mżawka, przerodziła się w kolejną ulewę, a ja tym samym straciłam wiarę w suchy i ciepły nocleg...


Kiedy zatem kawałek lasu dalej znów się rozpogodziło, postanowiłam wykorzystać ostatnie promienie słońca i przesuszyłam lekko poncho na ogrodzeniu mijanego młodnika, po czym zaczęłam rozglądać się za miejscem na nocleg. Znajdowałam się mniej więcej w tym miejscu, w którym się znajdować spodziewałam planując trasę, szlak w tym miejscu wiódł jednak dość pokaźnym leśnym duktem, a las był bardzo przejrzysty. Postanowiłam mimo to nie iść dalej tylko skorzystać z takich a nie innych warunków, w gruncie rzeczy promienie słońca pozytywnie mnie nastrajały, jakoś nie przeszkadzała mi wizja rozbicia się niemal na widoku - przelazłam tylko kawałek od drogi wgłąb lasu i rozłożyłam graty kawałek za niewielkim wzniesieniem, mającym mnie osłaniać przed niepożądanymi oczami. Wybrałam drzewa rosnące w dogodnej konfiguracji i wzięłam się za konstruowanie schronienia. Miało mi za nie posłużyć poncho, stara, śmierdząca piwniczną stęchlizną firanka (jako moskitiera) i siateczkowy hamak, którego jeszcze tak naprawdę nie testowałam, oraz, w razie niemożliwości przespania na nim całej nocy, zwijana karimata. Tą ostatnią próbowałam na początku rozścielić w rozwieszonym pomiędzy pniami hamaku, ale zdecydowanie nie było to udane rozwiązanie, poszła więc w odstawkę - miałam tylko nadzieję, że ner mi nie przewieje. Po rozwieszeniu hamaka rozpięłam nad nim poncho, formując dwuspadzisty daszek, a na koniec wzięłam się za rozwieszanie mojej moskitiery. Poszło mi to nadspodziewanie sprawnie i szybko, i choć efekt nie rzucał na kolana w aspekcie estetyki, to był nawet funkcjonalny - no może podczas gigantycznej ulewy fragmentarycznie wystająca spod poncha i częściowo spoczywająca na ściółce firanka nasiąknęła by wodą, zawilgacając mi bardziej krańce hamaka, ale te i tak by były mokre, bo poszłoby po linkach... Najważniejsze, że komary miały się obejść smakiem ;)


Przed godziną 19 schronienie miałam już gotowe. Nie napaliłam się za bardzo na palenie ogniska, bo choć miałam ochotę na gorącą herbatkę a i rzeczy przydałoby się choć trochę podsuszyć, to jednak nie łudziłam się, że znajdę choć kawałeczek drewna nie oblanego do reszty wodą z dwóch potężnych ulew. Od niechcenia przywlokłam jednak kilka znalezionych gałęzi (a o te w takim typie lasu naprawdę trudno :D), z rosnącej w pobliżu brzozy zebrałam trochę kory, nałamałam drobnych brzozowych (przemoczonych) gałązek i wzięłam się za rozpalanie ognia. Kora brzozy w końcu się zajęła od zapalniczki, ale przeskoczenie do następnego etapu - uzyskania choć chwilowo trwałego płomienia - zajęło mi sporo czasu i wymagało ciągłego rozdmuchiwania. Finalnie, ze łzami w oczach uzyskałam niewielkie ognisko, mające może ze 20cm średnicy, płonące ogniem żadnym, za to buchające kłębami pary i białego dymu, mglącego okolicę. Kiedy za górką zobaczyłam przemykające kaski rowerzystów, pomyślałam sobie, że bardzo głupie to palenie ognia - ale zmieniłam zdanie, kiedy zagotowałam sobie trochę wody, zaparzyłam i wreszcie wypiłam herbatkę do wieczornej kolacji - kromki z lekko roztopionym smalcem. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, ja wciąż siedziałam przy moim maleńkim ognisku, próbując najpierw dosuszyć patyki na opał, a wtórnie, bardziej nad żarem jak żywym płomieniem, nogawki spodni, mokre tym razem już na niemal całej długości. Nawet trochę mi się to udało, ale też nie zależało mi na tym aż tak, bo miałam w zapasie do spania wzięte legginsy. Tak więc gdy już było mocno szarawo, zmęczenie wzięło górę i koło 22 poszłam spać. Nie czekał mnie sen spokojny, bowiem momentami ogarniał mnie nocny chłodek, w pewnym momencie też ze snu wyrwał mnie donośny szczek kozła - dziad miał takie wzburzenie w głosie, że aż słychać było nieprzyjemne wibrowanie jego strun głosowych. Znajdował się zdecydowanie za blisko, kiedy szczeknął, myślałam, że serce mi wyskoczy, później uznałam, że się odezwę - ale dźwięk, jaki z siebie wydobyłam był tak dziwny (coś a'la Simba ćwiczący ryczek na żuczku w kanionie :D), że aż się speszyłam i obiecałam sobie więcej się nie odzywać ;] Kozioł jeszcze chwilę krążył i mnie bezczelnie obszczekiwał, ale jakby coraz mniej śmiało i z coraz dalsza, w końcu zamilkł - albo ponownie zasnęłam ;] Drugie przebudzenie stanem przedzawałowym zagwarantowało mi chrapnięcie, jakby koń, tyle że nie koń - ale to raz, coś tam zawołałam i odgłos więcej się nie powtórzył. Trzecie stresowe przebudzenie to już wina gałązki, która spadła mi na zadaszenie. Więcej przygód tej nocy nie miałam, a ciąg dalszy relacji napiszę zapewne na dniach ;)

poniedziałek, 9 września 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VIII (ostatni)

Ostatni dzień pobytu na północno-wschodnim skraju Polski wykorzystaliśmy z R. na ponowną wycieczkę rowerową po okolicy. Tego dnia czułam się ciut lepiej jak w poprzednie, ale nie byłam jeszcze w szczytowej formie - zatem wstępnie ustalona trasa przewidywała niewielkie oddalenie się od gospodarstwa i niezbyt duże różnice wysokości terenu (czyli trasa z ominięciem wszystkich poznanych w poprzednich dniach stromizn). Tak jak dzień wcześniej, było zdecydowanie chłodniej i bardziej wietrznie niż na początku pobytu, w powietrzu wyczuwało się wilgoć i można się było spodziewać deszczu, co dodatkowo sprowadzało nasze rowerowe plany do zdania się na "chwilę". Wyruszyliśmy kawałek przed południem, kierując się tym razem z gospodarstwa w przeciwną stronę, na Sidory Zapolne; żółtym szlakiem pieszym mieliśmy dotrzeć przez tereny polne do głównej asfaltowej, gdzie nieznacznie się cofając skręcilibyśmy na interesującą nas drogę. Oznaczenie żółtego szlaku w terenie okazało się jednak tak kiepskie, że przeoczyliśmy nasz zjazd na Sidory i pojechaliśmy eleganckim, prostym asfaltem dalej, na Jałowo. Nadłożyliśmy w ten sposób kawał drogi, znacznie dalej wyjeżdżając na główną (w lesie) i sporo cofając się nią do naszego zjazdu, ale z założenia nasza trasa miała być elastyczna i zamiast się denerwować, wdychaliśmy rześkie, leśne powietrze.

Znalazłszy się wreszcie na właściwym odcinku trasy jechaliśmy chwilę drogą znaną nam z dnia poprzedniego, tędy bowiem wracaliśmy z Kleszczówka. Wizja pokonania kleszczowieckiej góry zupełnie nam nie odpowiadała, zatem przy pierwszej sposobności skręciliśmy w lewo, na Jeziora Kleszczowieckie. Tu znowu oznaczenie żółtego szlaku nas zawiodło, a nie mogąc odnieść sytuacji zastanej w terenie do linii dróg zarysowanych na niedokładnej mapie, skręciliśmy tam, gdzie nie trzeba. Jechaliśmy w dużej mierze przez las lub przyleśnymi drogami, po drodze wypłoszyliśmy trzy młode jelonki, pasące się tuż przy zarośniętej i zanikającej pod okrywą łąkowej roślinności drodze. W pewnym momencie chłopak zauważył oznaczenie żółtego szlaku na drzewie, co upewniło nas w przekonaniu, że jedziemy dobrze. Błędnym przekonaniu.

Nasza droga skończyła się niespodziewanie małą pętlą w środku lasu, pomiędzy zalesionym wzniesieniem i zarośniętymi mokradłami. Widziane pojedyncze oznaczenie szlaku musiało być pozostałością po dawnej trasie żółtego szlaku, najwyraźniej mocno zmodyfikowanego. Znajdowaliśmy się w leśnym uroczysku, gdzieś pomiędzy jeziorem Okrągłym a j. Gubin i nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do ostatniego rozjazdu, gdzie umknął nam szlak.


Tym razem na rozjeździe skręciliśmy w inną drogę - jak się okazało, słusznie, bowiem oznaczenia szlaku za remontowanym odcinkiem drogi zaczęły się pojawiać na drzewach i słupach. Drogą tą minęliśmy od północnej strony jeziora Kojle i Perty, by dotrzeć na kolejną znaną już nam krzyżówkę szlaku - podczas ostatniej przejażdżki mijaliśmy to miejsce w drodze do Smolnik. Odpuszczając z założenia kolejny morderczy podjazd, skierowaliśmy się na ścieżkę poznawczą "Wokół jeziora Jaczno".

Nazwa ścieżki okazała się nieco myląca; trasa nie wiodła bowiem stricte wzdłuż linii brzegowej jeziora, jak się spodziewaliśmy, a wiodła w nieznacznym od niej oddaleniu, przez las - także samej "perełki SPK" nie naoglądaliśmy się za wiele. Ścieżka wiodła generalnie wciąż pod górę, dzieląc się na krótsze odcinki pomiędzy przystankami edukacyjnymi. Na tablicach można było dowiedzieć się paru ciekawostek odnośnie miejsc, w których się znajdowały - ot, tu mammy do czynienia z takim a takim rodzajem lasu, tu znowuż znajduje się stanowisko skrzypu olbrzymiego, w tym regionie będące ewenementem, tu wreszcie mamy platformę widokową (jednak w stanie niepozwalającym na nią wejść, z resztą, nie wiem czy celowo, widok roztaczał się nie na jezioro, a na las porastający strome zbocze). Po drodze mieliśmy do czynienia z ryczącą podłamaną pięciolatką, zostawioną przez rodziców samą w zmaganiu się ze swoim pstrokatym rowerkiem na stromym podjeździe ;) Towarzyszyłam jej chwilę, bo moje tempo wyjeżdżania pod górkę było takie samo jak pchania przez nią rowerka, przy mnie, pewnie trochę speszona, przestała przynajmniej zanosić się szlochem. Na końcu podjazdu czekali na nią nieczuli rodzice ;) Później wyprzedziliśmy rodzinkę i pojechaliśmy dalej. Ścieżka poznawcza zawiodła nas do Smolnik, po drodze racząc chyba jednym, nienajlepszym widokiem na jezioro. Nie wiem, może coś przeoczyliśmy, może była zła pora roku na oglądanie jeziora... Tak czy inaczej w samych Smolnikach byliśmy jeszcze chwilę przekonani, że tablica kierująca nas wstecz o 800m do punktu widokowego sugeruje pominięcie przez nas jakowegoś, jednak doszliśmy do wniosku, że to raczej niemożliwe. Ponieważ lekko zgłodnieliśmy, postanowiliśmy podjechać do sklepu po jakiś prowiant i zatrzymać się na treściwego kęsa i łyka ciepłej herbatki z termosu. W sklepie (wyposażonym we wszystko, łącznie ze śrubkami na kilogramy, co w okolicy generalnie chyba jest normą) kupiłam bułki i kabanosy, po czym rozsiedliśmy się na ławce przy stole pod parasolem (to drugi charakterystyczny element okolicznych sklepów, dbają o klienta :)) i posililiśmy się, dzieląc się z przymilającą się do nas kocicą i jej bezczelnym i filuternym potomkiem. Potem kupiliśmy jeszcze batona. Zastanawialiśmy się, czy ze Smolnik nie udać się w dalszą trasę, do Starej Hańczy, jednak uwzględniając niepewną pogodę i moje niepewne siły, znów sobie podarowaliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną.

Tym razem przebiegała ona jak ostatnio, kleszczowieckim zjazdem w dół, przy czym dojechawszy na główną, odbiliśmy na żółty szlak (od tej strony lepiej oznakowany). Tym sposobem dotarliśmy przez pola i łąki do punktu, którego na początku naszej wycieczki nie mieliśmy prawa zobaczyć, i znaną już drogą wróciliśmy do gospodarstwa.


Z innych inszości, tego dnia (chyba przed wyprawą rowerową) postrzelaliśmy trochę z łuków dostępnych dla gości w gospodarstwie. Generalnie łuki były dwa, jeden "dziecięcy" i jeden normalny; ten drugi okazał się dla mnie zbyt duży, natomiast oba boleśnie obnażyły prawdę o moim strzelaniu - zapewne szło by mi to o niebo lepiej (bo zawsze myślałam, że jestem do tego stworzona ;)), gdyby nie to, że łuki są skonstruowane pod praworęcznych... Jakoś nigdy nie pomyślałam, że to może stanowić problem. Okazuje się jednak, że podczas, gdy praworęczna osoba, trzymając łuk w lewej ręce, prawą (silniejszą) naciąga cięciwę, ja musiałam to czynić tak samo, tyle że w moim przypadku znacznie mniej sprawną ręką. Łuku odwrotnie trzymać się nie da, bo ma specjalnie wyprofilowany uchwyt pod lewą dłoń. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak ponieść sromotną klęskę i, jako przegrana, iść do sąsiadów po wiejskie mleko. Chłopak poszedł ze mną, po drodze wyraził nawet swoje uznanie dla mnie - generalnie był miło zaskoczony, że bez słowa sprzeciwu czy ociągania się poszłam (w jego opinii jestem istotą mocno leniwą ;)). Nie wiedział, że było to jednak posunięcie wyrafinowane, czysta, babska zagrywka - dzięki milczącym przystaniu na "karny spacer" zyskałam pewność, że Luby ze mną pójdzie :)

Na koniec pobytu musiałam zrobić jeszcze jedną rzecz: uwiecznić na zdjęciu czterech samców, którzy napędzali nam stracha przy każdorazowym przechodzeniu obok ich terytorium, niczym czterech "młodych gniewnych" w jakimś ciemnym zaułku ;)


wtorek, 3 września 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VI

Ten dzień również mieliśmy w zamiarze spędzić rowerowo, w czwórkę eksplorując kolejne urokliwe zakątki Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Warunkiem mojej jazdy była jednak wymiana roweru na inny ze stodoły, który po wymianie dętek z jego poprzednikiem, okazał się dużo milszym towarzyszem. Nie zmieniło to jednak faktu, że od paru dni wzmagające się złe samopoczucie osiągnęło tego ranka poziom krytyczny - poza złym nastrojem, potęgowanym przez wciąż towarzyszące mi rozterki, obawy i małe złostki, fizycznie kompletnie nie nadawałam się do wspólnej jazdy, o czym zrezygnowana poinformowałam R. pod pierwszym pagórkiem za naszym gospodarstwem. Było mi niedobrze i miałam wrażenie, jakbym świeżo zsiadła z karuzeli w wesołym miasteczku - a po karuzelach generalnie czuję się paskudnie. Zdecydowałam się odpuścić.

Chłopak został ze mną, choć jego towarzystwo chwilowo generowało tylko dodatkowe, niepotrzebne konflikty słowne. Wyszedł on bowiem z założenia, że po prostu źle się do wycieczki od samego początku nastawiłam i w tym upatrywał przyczyn mojej porażki, co wyjątkowo mnie rozsierdzało - jak się bowiem miałam źle nastawić, kiedy to tak bardzo chciałam zobaczyć mnogość ciekawych miejsc w SPK... Atmosfera była przez dłuższą chwilę nieciekawa, wreszcie osiągnęliśmy jakiś stopień porozumienia i postanowiliśmy ruszyć do przodu - ja wyciszona i uspokojona, R. bardziej wyrozumiały i z założenia cierpliwie wyczekujący mnie, pchającej rower, na szczycie każdego podjazdu. Obrana trasa liczyła zaś sobie zaledwie paręnaście kilometrów po najbliższej okolicy, nie przewidywała próby dogonienia Starszyzny, a w razie jakichkolwiek niedomagań miała być elastyczna i stale modyfikowana w odniesieniu do moich wątpliwych możliwości. W ten oto sposób zaliczyliśmy, jak się okazało, bardzo udaną wycieczkę rowerową, odpuszczając obustronnie wszelkie dalsze stresy na ten dzień.

Skierowaliśmy się w stronę, którą ostatnio wracaliśmy - żeby uniknąć poznanego już nieprzyjemnego podjazdu na ostatnich kilometrach powrotu. Przy pierwszej okazji, przed Udziejkiem, skręciliśmy jednak na prawo i w ten sposób dostaliśmy się pod zabytkowy młyn, wyraźnie świeżo wyremontowany.



Jeziora Kleszczowieckie

Dalej jechaliśmy szlakiem, który za młynem wiódł nas powolutku w stronę Smolnik. Zanim jednak tam dotarliśmy, jechaliśmy kawałek drogi niesamowicie pachnącym lasem, w którym to na naszej leśnej dróżce pojawiły się w pewnym momencie zagadkowe tropy psowatego. Wyraźnie nie był to mały spacerujący jork, a jakieś spore bydlę w biegu. Zastanawialiśmy się długo nad pochodzeniem tropów - były tak duże, że zaczęliśmy główkować, czy w tej okolicy pojawiają się wilki. Dziwne jednak było to, że tropy tak długi czas wiodły leśnym duktem, zamiast zboczyć w momencie w otaczający nas las... Cóż, bardziej spodziewałabym się jednak wilka, niż wilczura, który pędził chwilę później w naszą stronę za jadącym skuterem. Zagadka wyjaśniła się, rozwiązanie okazało się dość proste - jednak w odmiennych niż na co dzień warunkach wyobraźnia podsuwa różne scenariusze :)

Droga z lasu wywiodła nas na pola. Przed nami rozciągał się widok na bliższe i dalsze wzniesienia, przede wszystkim z daleka już widzieliśmy wyjątkowo stromy podjazd, który nas czekał. To o nim wspominał Szymeon, gdy w pierwszych dniach pobytu wybrał się samotnie na rower, rezygnując z naszego jeziorka. Szymeon generalnie dużo jeździ i na nie byle jakim sprzęcie, zatem lubi wyzwania i do każdego podjazdu startuje z równym zapałem. Ten miał być jednym z dwóch, które wyczerpały go totalnie.

Ja z góry podejście do tematu odpuściłam, chłopak na mniej stromych fragmentach trasy próbował coś tam pedałować, bo nie należy do ludzi, którzy łatwo się poddają. Powierzyłam mu zatem mój aparat, by czekając na mnie gdzieś wyżej robił zdjęcia rozpościerającym się widokom, ja za ten czas zaś mogłam powolutku, w swoim tempie, krok po kroku wypychać mój sprzęt i tyłek do góry. A że z tego miejsca rozpościerał się fantastyczny widok na Jeziora Kleszczowieckie, to każde z nas było z tego układu zadowolone (tym bardziej, że po drodze dopadłam porastające gęsto skarpę jeżyny :))


Smolniki

Tym niespiesznym tempem dotarliśmy wreszcie do Smolnik. Tam pozwoliliśmy sobie na chwilowy odpoczynek, zakup mapy parku (na pamiątkę) i opłacenie dwóch wejściówek na punkt widokowy "U Pana Tadeusza", który swą nazwę zawdzięcza kręceniu scen do filmu o wspomnianym literackim bohaterze. Widoki rozpościerające się z drewnianej wiaty generalnie niewiele się różniły od tych widzianych poprzednio, nie wiem nawet, czy tamte, z polnej drogi otoczonej polnymi zaroślami nie bardziej mnie urzekły... Ale na takie widoki zawsze patrzeć można, nawet za cenę dwóch złotych ;)

To niewielkie mokradło mijaliśmy jeszcze w drodze do Smolnik
W Smolnikach mieliśmy chwilę wahania co do dalszego przebiegu naszej przejażdżki - okrutnie marzyło mi się pojechanie kawałek dalej, na Starą Hańczę, skąd, w otoczeniu pomników przyrody dworskiego parku, miał się roztaczać widok na jezioro Hańczę. Ze względu na moje niepewne siły i fakt, że tylko my byliśmy w posiadaniu kluczy do pokoi, zdecydowaliśmy jednak udać się już w drogę powrotną, wiodącą tym razem przez Kleszczówek. Jako że Smolniki są położone dość wysoko w regionie, na asfalcie wiodącym przez wieś można było osiągać naprawdę szalone prędkości zjazdu. Właściwie ledwo zauważyłam tablicę z nazwą miejscowości, a już chwilę później minęliśmy tablicę oznaczającą wyjazd ze wsi. Później mieliśmy już tylko zgodnie z mapą dotrzeć do głównej asfaltowej wiodącej na Litwę, którą, w przeciwnym kierunku, udać się mieliśmy do Gulbieniszek i stamtąd już prosto do naszego gospodarstwa. Po drodze, z bardziej interesujących zjawisk, minęliśmy jeszcze tylko pole wymarłych brzózek sterczących z wysokich, mokrych traw (wyraźnie niedawno powstałe rozlewisko), a później widok stada krów spędzanego z pola na asfalt z pomocą zjadliwego kundelka sięgającego połowy łydek, który, niczym pies pasterski, poganiał bardziej oporne mućki i nawracał te zbaczające z trasy.


Do gospodarstwa, mimo obaw, dotarliśmy tuż przed powrotem Starszyzny. Okazało się, że podczas gdy my zrobiliśmy (bezspornie dzięki mnie) niecałe 17km, oni zdążyli w podobnym czasie pokonać ponad 40, objeżdżając właściwie cały Suwalski Park Krajobrazowy dookoła - co w kontekście walorów widokowych i tak im nic nie dało, bo, jak to powiedziała Starsza, "przy Szymku nie miała czasu rozglądać się na boki".

Przed zachodem słońca rozpaliliśmy grilla, by standardowo posilić się kiełbaską, uraczyć karkówką i nawodnić piwem. Zdążyłam jeszcze na chwilę odejść od towarzystwa pod sosnowy lasek, gdzie zaraz wszelkie troski wyleciały mi z głowy - podeszłam bowiem niechcący pod sosnową gałąź, zawieszoną 1,5m nad moją głową, skąd prosto z nad mojej głowy zerwał się do lotu bocian. Chciałam go jeszcze raz z tak bliska zobaczyć, kucnęłam zatem cichutko w zaroślach i obserwowałam, jak zatacza kręgi wokół lasku - nie był jednak najwyraźniej na tyle głupi by nie zauważyć, że coś w las weszło a nic z niego nie wyszło, i po parunastu okrążeniach odpuścił sobie powrót na swą ulubioną miejscówkę.


Zachód słońca przystroił tego wieczoru niebo w bardziej pastelowe szaty niż zwykle, natomiast późniejszy księżyc zawisły na granatowym niebie świecił bliskim, pomarańczowym światłem, zwiastującym niespokojną noc szamotaną wiatrami i burzami. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że po nocy zostało w nas tylko zacierające się szybko wrażenie nocnej deszczowej melodii.







poniedziałek, 2 września 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień V

Ponieważ spędziłam ten weekend zupełnie inaczej, niż planowałam (poza domem, ale nie w terenie), toteż, nie mając nic w temacie do napisania, powrócę do relacjonowania sierpniowych wczasów w Ścibowie ;)

Dnia piątego, a właściwie jeszcze wieczorem dnia poprzedniego, powzięłam stanowczy zamiar uprzedzenia w swoim wstawaniu wschodu słońca. Ponieważ jednak nie miałam zamiaru zaszantażować w perfidny sposób chłopaka (w stylu: "albo idziesz ze mną, albo pójdę tam sama" - tam, czyli na Górę Cisową, skąd bardzo chciałam zobaczyć słońce wschodzące nad Suwalskim Parkiem Krajobrazowym, a gdzie R. samej nie chciał mnie wypuszczać o tak "nieprzyzwoitej" porze), wybrałam się tylko kawałek od naszego gospodarstwa. O mało co nie udało mi się wybyć z domu na czas, bo ustawiony w komórce alarm zadzwonił, gdy schowane za widnokręgiem słońce malowało już krajobraz soczystymi barwami. Pospiesznie się ubrałam, chwyciłam aparat i wyleciałam cichcem z domu, zmierzając prosto przed siebie, za gospodarstwo, przez drogę i dalej, w pola - by uchwycić tę czarowną chwilę choć na jednej fotografii, bez zbędnego przekłamania kolorystycznego, co na szczęście mi się udało :)


Gdy wróciłam później do domu, poczułam rozkładające mnie z zaspania zmęczenie. Położyłam się na łóżku i przespałam jeszcze dobre cztery godzinki.


Tego dnia garaż z narzędziami został nam udostępniony, i po założeniu dętek, tudzież podmianie kół, skonstruowaliśmy z Lubym dwa rowery. W międzyczasie Starszyzna pojechała na zakupy do najbliższego sklepu w Jeleniewie. Po ich powrocie ustaliliśmy plan naszej dzisiejszej wycieczki rowerowej, z grubsza wiodącej "moimi" trasami, obczajonymi jeszcze w domu. Starszyzna wywlekła swoje drogie rowery ze stodoły, ja dostałam prawo wyboru jednego z dwóch przez nas przygotowanych. Wybrałam ten z koszmarnie scentrowanym kołem, którego udało się jednakowoż lepiej dopompować, poza tym wyczułam przerzutki - trzeba było tylko lewego przytrzymać prawą ręką i dopiero wtedy przekręcać, bo inaczej kręciła się cała rękojeść. Rower Mojego strzelał przy próbie zmian przerzutek, poza tym na takim flaku chyba nie byłabym w stanie jechać.

Jezioro Szurpiły

Jak zwykle niespiesznie wybyliśmy w trasę. Wyjechaliśmy na "główną polną", gdzie skierowaliśmy się w lewo, do asfaltu. Tam znowu skręciliśmy w lewo, by kawałek dalej odbić na "naszą" trasę. W zamiarze mieliśmy się dostać pod Górę Zamkową, pozostałości po grodzisku plemienia Jaćwingów. W pewnym miejscu jednak dojechaliśmy do rozdroża, gdzie udaliśmy się w błędnym kierunku ścieżką poznawczą "Na Górę Zamkową". Okazało się bowiem, że zamiast za parę minut dotrzeć do celu, skierowaliśmy się na Kazimierówkę, nadkładając całe kilometry trasy i okrążając jezioro Szurpiły o pięknej, malachitowej barwie swych wód.


Z racji ogólnego tempa nadawanego przez towarzystwo nie było mi dane zatrzymywać się co krok i uwieczniać zachwycające mnie widoki na zdjęciach. Nie jestem przez to w stanie dokładnie określić, w którym momencie rozkraczyły się do reszty dwa rowery... Za Kazimierówką zamieniłam się z Szymeonem, który musiał doświadczyć jazdy na moim wehikule, by zrozumieć, że donośne dźwięki przezeń wydawane to nie ocieranie koła o błotnik, a koła w ogóle. Tak więc już za Kazimierówką, może na wysokości miejscowości Szurpiły, może trochę dalej, po jednym z bardziej stromych i agresywnych zjazdów (podjazdów o tych cechach było jeszcze więcej ;)) koło zaczęło tak boksować, jakby zaraz się miało odkręcić lub złamać. Nie wiem, co tam przy nim wykombinowali faceci - trochę dokręcili, chyba też parę razy w nie mocniej grzmotnęli - w każdym razie zaczęło się kręcić, jak przedtem, co przynajmniej wróżyło jazdę w ogóle. Starsza zasiadła zatem na swoim drogim trekkingowym cacku i rzuciła hasło: "ruszamy", na co jej brat odparł z rozbawieniem, że ona to chyba nie... Nie wiemy, jak długo jechała na rozwalonej dętce. Tak czy inaczej cud, że nie pokancerowała koła, zjeżdżając z prędkością niemałą, krętą, kamienistą drogą. Dalej już jednak jechać nie miała.

Po namyśle i utarczkach słownych między zakochanymi postanowiono, że Starszyzna wraca te 10 kilometrów piechotką, taszcząc nowy rower Starszej i moje pokrzywione cudo. My z R. mieliśmy jeździć sobie dalej i niczym się nie przejmować. Więc pojechaliśmy... Nie daleko jednak, bo zgłodnieliśmy i urządziliśmy sobie postój na zjedzenie przygotowanych kanapek i nabranie apetytu na dalszą trasę.


Po postoju zdążyliśmy zaledwie zjechać z góry i dotrzeć do rozstaju dróg (i szlaków, tu mogliśmy odbić na rezerwat przyrody w Rutce), gdy po kontakcie telefonicznym ze Starszymi dowiedzieliśmy się, że mamy na nich czekać. Okazało się bowiem, że ci po drodze zahaczyli innych rowerzystów, parę, gdzie kobieta miała identyczny rower jak Aga, z niestandardową wielkością kół, i akurat mają przy sobie zapasową dętkę. Starszyzna, odkupiwszy ją zatem i wymieniwszy się uwagami dotyczącymi wczasów i restauracji w Jeleniewie, zmierzała teraz ku nam z powrotem. Gdy już do nas dotarli, skierowaliśmy się wszyscy na Górę Zamkową.

Góra Zamkowa

Nie będę teraz przytaczać naukowych danych dotyczących grodziska, każdy może sobie to znaleźć w internecie. W każdym razie, mimo czytania o tym archeologicznie ciekawym miejscu w przewodnikach i wcześniej na stronach internetowych, miałam blade pojęcie, gdzie się wybieramy. Jeszcze zostawiając pod schodkami rowery i Starszyznę myśleliśmy z R., że owe schodki prowadzą jedynie na widoczny nam pagórek i to ma być ta cała "Góra Zamkowa". Okazało się jednak, że pagórek zasłania nam nasz faktyczny cel - który okazał się dość wysoki i imponujący. Kamienno-ziemistymi schodkami, później polno-leśną ścieżką dotarliśmy na zalesiony szczyt góry, skąd roztaczały się fantastyczne widoki na otaczające nas zewsząd tafle jezior. Jaćwingowie nie bez powodu obrali w zamierzchłych czasach właśnie to wzniesienie na swoje grodzisko - wody stanowiły naturalną barierę dla wroga, co dodatkowo jeszcze spotęgowali odkrytą przez archeologów palisadą wokół wzgórza. Góra stanowiła nie tylko doskonały punkt obronny, a była centrum życia jaćwieskiego plemienia; dwa nieopodal znajdujące się wzniesienia nie bez powodu nazwane są "Górą Cmentarną" i "Górą Kościelną". Aż dziw bierze, że plemię tak po prostu przepadło w odmętach historii, nie zostawiając po sobie nic prócz czekających w ziemi na odkrycie pozostałości okazałych grodzisk, kurhanów, czy śladzie w obecnie funkcjonującym regionalnym nazewnictwie.

Tak czy inaczej, przez szmat czasu dobrze im się tu musiało żyć ;)


Wodziłki i Głazowisko Łopuchowskie

Nie bardzo był sens wracać do uwzględnianego w planach, a pominiętego w praktyce rezerwatu Rutka, zatem skierowaliśmy się do Wodziłek - jednej z nielicznych już w regionie wsi Staroobrzędowców, położonej pośrodku SPK. Tak na dobrą sprawę pośród obecnych mieszkańców już naprawdę nieliczni są praktykującymi Staroobrzędowcami, ale w centrum niewielkiej wioski stoi zabytkowa molenna, nadająca temu miejscu nieco nostalgiczną aurę.


Będąc na rowerach nie rozejrzeliśmy się zbytnio po okolicy, z resztą przez większość wycieczki chodziło bardziej o to, by pedałować, niż w zadumie zachwycać się nad każdym widokiem i ciekawostką. Pojechaliśmy zatem w stronę jeziora Hańcza, do Bachanowa, którego jednak się na miejscu za dużo nie naoglądaliśmy - coś tam prześwitywało nam zza drzew i domostw. Tak naprawdę, by móc podziwiać Hańczę, trzeba by udać się na przeciwny brzeg i wspiąć na Górę Leszczynową, tudzież dotrzeć do Starej Hańczy, gdzie z miejsca po dawnym dworze roztacza się widok na całe jezioro. My jednak podczas tej wyprawy czuliśmy już niemałe zmęczenie (Szymeon zwrócił mi moje cudem jeżdżące cacko) i powoli zataczaliśmy pętlę. Z Bachanowa skierowaliśmy się zatem na Łopuchowo, gdzie znajduje się jedno z trzech w okolicy głazowisko, objęte ochroną rezerwatową. Po paru pamiątkowych zdjęciach na głazie i w otoczeniu głazów, ruszyliśmy już całkiem w drogę powrotną - na Udziejek i dalej, gdzie ja już po drodze wysiadałam psychicznie i fizycznie, zsiadając z mojego zgrzypiaka przed każdym, najmniejszym wzniesieniem. I tak oto wreszcie dotarliśmy do naszego gospodarstwa, gdzie wieczorem, by tradycji stało się zadość, zjedliśmy kiełbaski do piwa (tym razem z grilla, i w towarzystwie karkówki). A ja, tradycyjnie, dorwałam zachód słońca spod naszego sosnowego lasku :)


środa, 28 sierpnia 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień III

Tego ranka obudziłam się bardzo wcześnie. Wyrywało mnie z łóżka, żeby zobaczyć wschód słońca z oddalonej od naszego siedliska o dwa kilometry Góry Cisowej. Poddałam się jednak, gdy do mojego pomysłu nie przekonałam rozespanego chłopaka - a sama nie miałabym sumienia iść, jakoś się o mnie martwi, gdy jesteśmy razem. Nie chciałam swoim samotnym wyjściem gwarantować sobie spapranej atmosfery na cały dzień. Odpuściłam zatem i położyłam się znowu spać. Wstaliśmy koło dziewiątej.

Zlot bociani

Po śniadaniu wyszliśmy się przejść. Doszliśmy niedaleko, bo tylko do rozwidlenia dróg, gdzie stanęliśmy jak wryci. Nad drzewami, niemal nad naszymi głowami, niziutko kołowało około 10 bocianów. Luby zrozumiał, że w takiej sytuacji aparat bardzo by mnie uszczęśliwił, z resztą - sam był pod tak wielkim wrażeniem tego, co zobaczyliśmy, że bez słowa pobiegł do gospodarstwa.

Nie było go dobrą chwilę; rozwidlenie okazało się być dalej, niż się spodziewaliśmy. W międzyczasie do kołujących bocianów dolatywały kolejne; gdy nazbierało się ich 16, jeden wyszedł z koła i poszybował na wschód. Pozostałe jak na komendę ułożyły się w luźny szyk i pofrunęły za nim. Chłopaka nie było widać. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą aparatu - boćki szybowały tak nisko... Z drugiej strony widziałam to na własne oczy, doświadczyłam tego całą sobą i wspomnienie tych chwil nie jest z rodzaju tych, o których się prędko zapomina. Wracałam powoli na rozwidlenie, by wyjść choć trochę biegnącemu chłopakowi naprzeciw. Wtedy dostrzegłam moje bociany kołującej dalej, nad polami. Chłopak dobiegł do mnie i razem udaliśmy się w stronę bocianiego zlotu. Tu niestety szybowały znacznie wyżej, mój aparat bez przybliżenia nie był w stanie zrobić im dobrego zdjęcia. Pozwoliłam sobie jednak zrobić ich całe mnóstwo, by choć na jednym było widać, że to w ogóle bociany, a nie jakieś gołębie... Już w domu, przeglądając fotografie, naliczyłam się 20 boćków.


Nie jest to może szalony wynik, jak na możliwości bocianie, ale ja pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego. W moich najbliższych okolicach ciężko na co dzień choć jednego bociana zobaczyć... Szkoda, że nie mogłam zostać dłużej i być świadkiem prawdziwego bocianiego sejmiku.

Nasze jezioro

Jezioro Sumowo nie należy do tych największych, ale jest bardzo urokliwe, a jego powierzchnia i okoliczne widoki starczają na parogodzinne dryfowanie kajakiem. Jest zarybione, można też się w nim kąpać.

Właśnie na kąpiel w jeziorze tego dnia była doskonała pogoda. Odzialiśmy się w stosowne stroje, wzięliśmy ręczniki i pałatkę do leżenia, ja dodatkowo porwałam przewodniki (nie lubię leżeć plackiem na słońcu). Doszliśmy nad brzeg jeziora gdzie ja, rozłożywszy pospiesznie graty, wlazłam zdecydowanie do wody. Okazała się zimna, ale nie lodowata. Nad znajomym brzegiem morza w Łebie zapewne wparowałabym z impetem między fale, tu jednak nie znałam podłoża i wolałam z ostrożnością stawiać krok po kroku. Dno okazało się bardzo łagodnie opadać w dół, z resztą jezioro ponoć w najgłębszym punkcie ma 8 m głębokości. Zaskoczeniem okazały się dla mnie natomiast podwodne rośliny, choć jako tako pousuwane w centralnym pasie zejścia do wody, to jednak czasem oplatające kostki i porywające klapki. A nadepnięcie gołą stopą na dno pełne mniejszych i większych istot żywych (małże i inne gadziny :)) jest, po paru latach braku styczności z jeziorami, specyficznym uczuciem :) W każdym razie o pływanie pokusiłam się tylko ja, Mój wszedł do wody po pas i zwiał, Starsza zamoczyła tylko stopy, jej chłopak zaś w ogóle z nami nie poszedł, wybierając przejażdżkę rowerową.

Po wyjściu z wody ległam na pałatce, i schnąc na słoneczku, wczytałam się w książkę. Więcej już do wody nie weszliśmy za czas całego pobytu, w sumie nie specjalnie; po prostu nie było okazji. Poszliśmy na chwilę do gospodarstwa po sandały, bo odpływające klapki były marnym pomysłem - i wróciliśmy stamtąd z kajakami. Zwodowaliśmy nasze środki transportu i wypłynęliśmy na jezioro. Siłę napędową stanowił Luby, ja z aparatem w dłoni wskazywałam mu, gdzie mógłby podpłynąć. Tak okrążyliśmy właściwie całe jezioro płynąc wzdłuż brzegu - od kwiatka do kwiatka, od trawki do trawki... Potem okazało się, że ze zdjęć nie wyszło żadne, bo przypadkowo ustawiłam zły tryb ;)


Po południu drugi raz udaliśmy się na jezioro, tym razem Starszej towarzyszył już Szymeon. Pływaliśmy aż do zachodu słońca, resztę wieczoru miło spędziliśmy przy ognisku, kiełbaskach i piwie.





Taka mała dygresja - przypomniało mi się, dlaczego Mojego mógł dzień wcześniej, podczas spaceru, boleć brzuch ;) Otóż chyba wracając z Szelmentu zahaczyliśmy o restaurację "Pod jelonkiem" w Jeleniewie (choć głowy nie daję sobie uciąć, że to było tego dnia - człowiek skutecznie wypiera ze świadomości nieprzyjemne wspomnienia ;)). Z racji przepełnionego ogródka weszliśmy do środka, gdzie przestrzenne wnętrze w barwach zgniłej zieleni naćkane było niewyszukanymi płaskorzeźbami w drzewie i motywami nawiązującymi do nazwy miejsca; na każdym stole stały nawet plastikowe jelonki oklejone słomą. No dobrze, nie nastawiajmy się, zajrzyjmy w kartę... Rodzeństwo zamówiło półmiski regionalne, ja z Szymeonem placki z dziczyzną. Przy barze (bo tam składało się zamówienie) zapytałam jeszcze, co to za rodzaj dziczyzny. Dowiedziałam się, że jeleń. Szymeon zaś początkowo miał ochotę na sielawę, ale przeszło mu, gdy dowiedział się, że jest mrożona (w sezonie!). Po jakimś czasie dostaliśmy nasze zamówienia. Placki ziemniaczane nie były złe w smaku, tylko w środku surowe. Gulasz miał mocno przyprawowy smak, niezły, ale zabijający smak potencjalnej dziczyzny, której skądinąd Szymeon znalazł na talerzu kawałków trzy, ja pięć - a w ogóle to smakowała jak rozgotowana wołowina. Jeleń chyba nie powinien tak smakować. Tak czy inaczej nasze dania były o niebo lepsze od "półmiska regionalnego" - żebym ja nie chciała skosztować czegoś z talerza Mojego, to się jeszcze nie zdarzyło. Pokusiłam się jedynie o kęsa kartacza, który zamiast normalnego mielonego mięsa w środku miał jakby mielonkę, po za tym, jak pozostałe "regionalne smaczki" walił starą fryturą. Ktoś, kto nie znał wcześniej prawdziwych smaków regionu, mógłby na zawsze się do nich zrazić; ja kartacze niegdyś jadłam, były pyszne. Babka ziemniaczana też nie wyglądała tak, jak powinna... W każdym razie nic dziwnego, że R. bolał brzuch. Mnie surowe placki nie ruszyły, sposobem żywienia już dawno uodporniłam sobie żołądek :)

Szczerze nie polecam nikomu tej restauracji, a już na pewno nie "półmisek regionalny". Nadmienię jeszcze tylko, że ze strony właścicieli dość bezczelne jest reklamowanie się w całym regionie (bo billboardy z ich reklamą widuje się tam co krok) hasłem: "Codziennie świeże ryby".


Tym niesmacznym akcentem zakończę, bo choć (nie na pewno) nie dotyczyło to nawet dnia trzeciego wyprawy, to jednak muszę wyrazić swoją opinię na temat tego miejsca. Po prostu szkoda niszczyć sobie prawdziwy smak Suwalszczyzny nieudanymi potrawami.