Znów mi się śnił. Sen znów był dziwny, nie odbiegający tym samym od snów poprzednich. Tym razem nie pamiętam zbyt wiele, choć rano mogłam jeszcze przewijać w głowie obraz do tyłu, klatkować, zatrzymywać w dowolnym momencie. Mogłam też chwilę z nim być. Bardziej, niż wtedy, kiedy żył.
Co prawda sny o tacie nie są snami wyidealizowanymi - przeciwnie; najczęściej, mimo całej zawartej w nich abstrakcji i niedorzeczności, bazują na różnych przykrych okolicznościach i emocjach przeżytych i zaistniałych - mimo to w jakimś sensie je lubię. Tata zawsze w nich zachowuje większą przytomność umysłu niż rzeczywiście prezentował u schyłku swoich dni. Na swój sposób to miłe uczucie móc z nim obcować, kiedy jest choć trochę bardziej rozgarnięty. No i żywy. Choć z tym to różnie bywa.
Tym razem był żywy, ale generalnie miał umrzeć. Był w jakimś miejcu, DPSie, ale nie tym, w którym mieszkał długie lata, nim na ostatnie (jak się okazało) miesiące życia znalazł się w rodzinie, między nami. Był to jednak niewątpliwie dom pomocy społecznej; biało-beżowy, przestronny, nieprzytulny, pozornie czysty, śmierdzący domestosem, moczem, starością i chorobą. Odwiedziłam tatę. Leżał na łóżku piętrowym, na górze. Umieścili go na wyższej kondygnacji po to, by nie mógł przy swojej niedołężności i połamanych żebrach zejść, by udać się na papieroska. Miał przesikane spodnie, na pewno ciężej go przebrać tam, na górze. Był wyjątkowo przytomny; wiedział, że umrze, lub że w zasadzie już umarł, właśnie go odprowadziłam z domu, gdzie u nas przez chwilę był. Jakoś tak dobrze mi się z nim przebywało. Udało mi się go namówić na wyjście na zewnątrz, jakiś powód, jakaś motywacja ku temu była. Przed wejściem czekali na niego przyjaciele. Wszyscy, którzy przyjechali na pogrzeb i nie tylko - również ci towarzyszący mu za życia, za jego najlepszych czasów, najlepszych lat. Uśmiechnął się tak promiennie, tak szczerze i autentycznie, jak tylko jeszcze dwa razy mu się zdarzyło na starość - gdy usłyszał wyrok sądu umożliwiający mu opuszczenie po latach DPSu i życie pod opieką rodziny, oraz gdy dostał ode mnie zegarek, za 22 złote. Był przeszcześliwy. Uśmiechowi towarzyszyło jednak bystre spojrzenie, niezmącone demencją. Wdał się w rozmowę z towarzystwem. Czy umarł wcześniej, czy później, czy wrócił na łóżko piętrowe, czy nie, czy to później go jeszcze widziałam leżącego w mokrych dresach, czy najpierw - nie pamiętam. Sen się zatarł, poszatkował, wynaturzył i zamglił. Nie taki pierwszy, nie ostatni.
Śniący mi się tata najczęściej przeczuwa, że umiera. Albo żyje i nie żyje równocześnie, a my mamy z tego tytułu najróżniejsze dylematy. W jednym ze snów wykopywaliśmy trumnę taty i braliśmy miarę z jego zwłok, by przyszykować mu garnitur na pogrzeb, który miał się dopiero odbyć - oczywiście po tym dopiero, jak tata umrze niespodziewanie pod bezopieką lekarzy. Albo odwrotnie, miarę z żyjącego, by ubrać zwłoki? Już nie pamiętam. Wiele było takich zagwozdek jak ta. Wiele ekshumacji, wiele zonków - nie żyje a żyje. Dlaczego? ...Czy dlatego, że biegając za pogrzebowymi załatwieniami, nie dałam sobie czasu na prawdziwą żałobę? Że nie chciałam wtedy za wiele czuć? Dlatego, że od jakiegoś czasu podejrzewałam, że tatę ma na umieranie, że jego organizm podświadomie odpuszcza? Dlatego, że męski głos usłyszany w telefonie, gdy tuż po 21:00 odebrałam wyrwana z zasypiania, mówiący, ż mu przykro, ale M.K. zmarł, był dla mnie takim zaskoczeniem? Że nie wiedziałam, co powiedzieć, bo w zasadzie gdzieś tam czułam, że umrze, choć nie powinnam, bo mógł żyć jeszcze równie dobrze następne 30 lat, a do szpitala trafił tylko na obserwację po wywróceniu się i połamaniu żeber? Dlatego, że myślę o nim często w zwykłych miejscach i przy zwykłych czynnościach, za to na cmentarzu, w miejscu zadumy, zupełnie nie potrafię? Bo tam, gdzieś pod tą całą żałosną kupką ziemi, ogrodzoną płotkiem w prostokąt mniejszy od łóżka, obsadzoną przeze mnie samą kwiatkami, dla innych, dla rodziny, by im milej i lepiej było tu przychodzić i go wspominać - bo tam leży ciało i rozkłada się, o ile mu to beznadziejne pudło, obite kiczowatą białą tasiemką w złote serduszka, pozwala... Nie tam jest on. On jest w pamięci ludzi, których kochał, których krzywdził, którzy go lubili lub nienawidzili. On jest we mnie; jest składową każdej komórki mojego ciała, kodu, który zaprogramował mnie taką, jaka jestem. Z wszystkimi moimi wadami czy zaletami, jestem bardziej podobna do niego, jak do mamy. Więcej cegiełek mam po nim, choć oczywiście finalnie jestem zupełnie inną konstrukcją. Może dlatego tak mam? Może podświadomie nie chcę skończyć jak on? Albo gnębi mnie jakiś niedookreślony wyrzut sumienia? Albo pali się żółte światełko, bym czerpała jak najwięcej nauki z doświadczenia, jakim była opieka nad zniedołężniałym, co prawda przez większość życia nieobecnym, ale jednak ojcem?
Wolę takie światełko, choćby miało parzyć przez całe życie, niż płomień znicza gasnący raz w roku już parę dni po tym, jak żyjący przypomnieli sobie o zmarłym. Albo sztuczne kwiatki, niż wiecznie żywa pamięć. Żywe wspomnienie.
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 listopada 2015
piątek, 13 września 2013
Każdy mógł być Linneuszem
W przedszkolu myślałam, że odkryłam dowód na teorię ewolucji. Miały nim być żyrafy i ich długie szyje - no bo czemu akurat im się takowe wykształciły, jak nie przez to, że wyciągnęły im się na skutek sięgania do coraz wyższych drzew? ...Paręnaście lat później, na lekcji biologii w liceum dowiedziałam się, że dokładnie w ten sam sposób rozumował bodajże Karol Linneusz. Niestety, błędnie - ale i tak poczułam satysfakcję, że mój dziecięcy rozumek kiedyś tam dobił rozumowi uczonego ;)
W dzieciństwie miałam wiele mniej lub bardziej trafnych teorii. Uważałam na przykład, że dowodem na obracanie się kuli ziemskiej jest fakt, że jak się pokręci w kółko, to potem świat wokół nas wiruje. Nie umiałam tylko tego wytłumaczyć. Bawiąc się kiedyś w przedszkolu z koleżanką "odkryłam" znowuż, że można myć ręce bez użycia wody - ot, piaskiem. Postanowiłyśmy zatem obie nie myć rąk w tradycyjny sposób. Innym moim pomysłem było zaprojektowanie realistycznego kosmity - nie takiego z czułkami i antenką, ale galarety, która w pojedynkę nie miała prawa bytu, egzystowała w kolonii w oparciu o założenie, że ruch się znikąd nie bierze - zatem konsumując innych członków "Wielkiej Galarety" wprawiała w ruch struktury organizmu, które od tych największych aż po najmniejsze przekazywała ruch dalej; w ten sposób skonsumowany kolega obok przesuwał się układem pokarmowym, by później był wbudowywany w struktury ciała. Wszystko zaś sprowadzało się do nieustającego trwania.
W ogóle byłam bardzo ciekawskim i spostrzegawczym dzieckiem, bardzo ambitnym i dumnym z resztą. Imponował mi kolega, który w wieku 5 lat umiał już ładnie pisać i płynnie czytać. Denerwowało mnie, że inne dzieci rysują słoneczka i kwiatki z oczkami i buźkami, przecież takie nie były. Jeszcze bardziej irytujące i wzbudzające we mnie swego rodzaju litość było rysowanie słońca poprzez zamalowywanie trójkąta w rogu kartki na żółto - przecież słońce jest kulą... I ludzie bez palców, lub kobiety z "kanciastymi" włosami. Co tu wiele mówić, widziałam po prostu więcej niż niektóre dzieciaki;)
Dziecięca pewność siebie umacniana była mocno przez zabiegi taty - a to wziął mnie na konkurs piosenki przedszkolaka, a to na wernisaż znanej malarki, której wręczyłam własnoręcznie malowaną kopię jej obrazu, na co dzień zaś wołał mnie do swoich poważanych znajomych, bym się w sukieneczce przedstawiła moją stałą formułką: "Nazywam się Kasia K...... L....., a na koooooońcu Katarzyna" :) Dzięki temu oraz wrodzonej chyba umiejętności dowartościowywania się w każdej sytuacji (np wmawiając siostrze, że jest adoptowana, bo ma inne oczy, lub wymuszając na mamie stwierdzenie, że jestem jej najładniejszą córką), w okres wczesnoszkolny weszłam z podniesioną głową, pełną pytań z resztą.
Interesowało mnie wszystko i nie zadowalały mnie odpowiedzi "na odwal się". Pamiętam, że opiekunka wydała mi się w pewnym momencie niekompetentna, bo mówiła, że najmniejszą jednostką czasu są sekundy - a ja przecież w ciągu sekundy potrafiłam na przykład parę razy mrugnąć. To jak to tak? Zadawałam więc pytania dociekliwie i póki uzyskiwałam na nie odpowiedź, byłam bardzo ciekawa świata i pomysłowa. W pewnym momencie coś się jednak sypnęło.
Okres podstawówki rozpoczął we mnie powolną przemianę. Nauczyciele przestali rzeczowo odpowiadać na moje pytania, mówiąc, że dowiem się w swoim czasie. Niektórzy z nich zaś byli zwyczajnie niedoedukowani - kobieta przez 40 minut uczyła nas o ostnicach, gdy wreszcie nie wytrzymałam, i zwróciłam jej uwagę, że w podręczniku nie piszą o OSTNICACH, tylko o o OSTAŃCACH SKALNYCH; ale ona w ogóle była ewenementem na skalę kraju ;) Równolegle świat okazywał się wciąż mnie zaskakiwać, na kolejne rzeczy zwracałam uwagę, coraz więcej elementów rodziło pytania o szczegóły działania, funkcjonowania, ciągu przyczynowo-skutkowego. Przestałam to wszystko ogarniać, nikt nie próbował mi niczego wyjaśniać - więc odpuściłam.
Nałożyło się oczywiście na to parę przyczyn, jednak na pewno w jakimś sensie to system zawinił. Z dziecka pełnego ciekawości poznawczej, niegłupiego na dodatek, stałam się nastolatką, która zaczęła się wycofywać, gdy coś ją przerastało, gdy czegoś nie mogłam zrozumieć. Zaczęłam iść na skróty, co było łatwe przy doskonale wykształconej zdolności do kombinowania - zawsze umiałam ustawić się tak, by się nie narobić i jeszcze coś na tym zyskać. Opracowałam techniki manipulacyjne niemal do perfekcji ;) Kształtując jednak swoją osobowość w tą stronę pozwoliłam sobie "nie męczyć się" w zdobywaniu odpowiedzi na nurtujące pytania. I tylko ich lista się wydłużała...
Nie dowiedziałam się nigdy, jak dokładnie działa telewizor. Niby teorię znam, ale jakoś tak nie mogę tego ogarnąć. Komputery to dla mnie czarna magia, a internet przekracza wszelkie granice wyobraźni. Przyjęłam, że po prostu są w życiu codziennym. Nie tylko jednak przestałam nadążać za postępem technicznym; dostając do ręki narzędzie do nieograniczonego wręcz poznawania muzyki czy filmów, przestałam się tym całkowicie interesować. Ostatnim (i pierwszym) zespołem, jakiego słuchałam non stop, były Wilki. Miałam ich kasetę, nawet na konkursie szkolnym Mini Playback Show odtwarzałam ich piosenkę, z rozwianym włosem, w okularach, błyszczącej marynarce i lśniących dzwonach. Po Wilkach był jeszcze incydent z Ich troje a później z Metallicą, ale to za sprawą starszej siostry. Tak więc, stałam się człowiekiem bez zainteresowań.
Nie słuchałam żadnej muzyki, żadna też mi nie przeszkadzała. Nie orientowałam się w nurtach muzycznych, w nowościach książkowych i grach komputerowych, nowinkach technicznych, nie znałam nazwisk gwiazd i aktorów. Równocześnie życie kazało mi szybciej dorosnąć i orientować się w nieruchomościach, administracji, kwestiach remontowo-budowlanych, w prawie. Tylko jakoś nie byłam w stanie znaleźć nikogo, kto by nadawał na tym samym poziomie, kto by rozumiał konstrukcję stropu czy dachu, kto by wiedział, jakie są sposoby izolacji wodnej budynku. Z drugiej jednak strony są to zagadnienia mocno męskie, a chłopcy w moim wieku jeszcze się tym nie interesowali - z resztą straciłam z nimi od zawsze świetny kontakt. Skończyły się zabawy w tynkowanie błotem muru, w budowanie baz i schronów, przygotowywanie pułapek, w wojnę, w "Nikt Nas Nie Może Zobaczyć", w gangi... Musiałam stać się dziewczynką w spódniczce, która codziennie chodzi do kościółka a potem grzecznie idzie spać po dobranocce. W ten sposób zatraciły się gdzieś we mnie pierwotna potrzeba poznawcza i zapędy ku "okiełznaniu" świata w podwórkowych warunkach.
W tym stanie zawieszenia dotrwałam aż do teraz - kiedy to hasło "survival" na nowo wzbudza moją dziecięcą ciekawość poznawczą, kiedy z zainteresowaniem czytam o kolejnych technikach rozpalania ognia, uzdatniania wody, leczenia i żywienia się środkami dostępnymi w naturze. I ruszam z domu, bo nie przeraża mnie już aż tak wizja poznania świata. Mam pasję. Zaczynam sobie przypominać, kim mogłam być.
W dzieciństwie miałam wiele mniej lub bardziej trafnych teorii. Uważałam na przykład, że dowodem na obracanie się kuli ziemskiej jest fakt, że jak się pokręci w kółko, to potem świat wokół nas wiruje. Nie umiałam tylko tego wytłumaczyć. Bawiąc się kiedyś w przedszkolu z koleżanką "odkryłam" znowuż, że można myć ręce bez użycia wody - ot, piaskiem. Postanowiłyśmy zatem obie nie myć rąk w tradycyjny sposób. Innym moim pomysłem było zaprojektowanie realistycznego kosmity - nie takiego z czułkami i antenką, ale galarety, która w pojedynkę nie miała prawa bytu, egzystowała w kolonii w oparciu o założenie, że ruch się znikąd nie bierze - zatem konsumując innych członków "Wielkiej Galarety" wprawiała w ruch struktury organizmu, które od tych największych aż po najmniejsze przekazywała ruch dalej; w ten sposób skonsumowany kolega obok przesuwał się układem pokarmowym, by później był wbudowywany w struktury ciała. Wszystko zaś sprowadzało się do nieustającego trwania.
W ogóle byłam bardzo ciekawskim i spostrzegawczym dzieckiem, bardzo ambitnym i dumnym z resztą. Imponował mi kolega, który w wieku 5 lat umiał już ładnie pisać i płynnie czytać. Denerwowało mnie, że inne dzieci rysują słoneczka i kwiatki z oczkami i buźkami, przecież takie nie były. Jeszcze bardziej irytujące i wzbudzające we mnie swego rodzaju litość było rysowanie słońca poprzez zamalowywanie trójkąta w rogu kartki na żółto - przecież słońce jest kulą... I ludzie bez palców, lub kobiety z "kanciastymi" włosami. Co tu wiele mówić, widziałam po prostu więcej niż niektóre dzieciaki;)
Dziecięca pewność siebie umacniana była mocno przez zabiegi taty - a to wziął mnie na konkurs piosenki przedszkolaka, a to na wernisaż znanej malarki, której wręczyłam własnoręcznie malowaną kopię jej obrazu, na co dzień zaś wołał mnie do swoich poważanych znajomych, bym się w sukieneczce przedstawiła moją stałą formułką: "Nazywam się Kasia K...... L....., a na koooooońcu Katarzyna" :) Dzięki temu oraz wrodzonej chyba umiejętności dowartościowywania się w każdej sytuacji (np wmawiając siostrze, że jest adoptowana, bo ma inne oczy, lub wymuszając na mamie stwierdzenie, że jestem jej najładniejszą córką), w okres wczesnoszkolny weszłam z podniesioną głową, pełną pytań z resztą.
Interesowało mnie wszystko i nie zadowalały mnie odpowiedzi "na odwal się". Pamiętam, że opiekunka wydała mi się w pewnym momencie niekompetentna, bo mówiła, że najmniejszą jednostką czasu są sekundy - a ja przecież w ciągu sekundy potrafiłam na przykład parę razy mrugnąć. To jak to tak? Zadawałam więc pytania dociekliwie i póki uzyskiwałam na nie odpowiedź, byłam bardzo ciekawa świata i pomysłowa. W pewnym momencie coś się jednak sypnęło.
Okres podstawówki rozpoczął we mnie powolną przemianę. Nauczyciele przestali rzeczowo odpowiadać na moje pytania, mówiąc, że dowiem się w swoim czasie. Niektórzy z nich zaś byli zwyczajnie niedoedukowani - kobieta przez 40 minut uczyła nas o ostnicach, gdy wreszcie nie wytrzymałam, i zwróciłam jej uwagę, że w podręczniku nie piszą o OSTNICACH, tylko o o OSTAŃCACH SKALNYCH; ale ona w ogóle była ewenementem na skalę kraju ;) Równolegle świat okazywał się wciąż mnie zaskakiwać, na kolejne rzeczy zwracałam uwagę, coraz więcej elementów rodziło pytania o szczegóły działania, funkcjonowania, ciągu przyczynowo-skutkowego. Przestałam to wszystko ogarniać, nikt nie próbował mi niczego wyjaśniać - więc odpuściłam.
Nałożyło się oczywiście na to parę przyczyn, jednak na pewno w jakimś sensie to system zawinił. Z dziecka pełnego ciekawości poznawczej, niegłupiego na dodatek, stałam się nastolatką, która zaczęła się wycofywać, gdy coś ją przerastało, gdy czegoś nie mogłam zrozumieć. Zaczęłam iść na skróty, co było łatwe przy doskonale wykształconej zdolności do kombinowania - zawsze umiałam ustawić się tak, by się nie narobić i jeszcze coś na tym zyskać. Opracowałam techniki manipulacyjne niemal do perfekcji ;) Kształtując jednak swoją osobowość w tą stronę pozwoliłam sobie "nie męczyć się" w zdobywaniu odpowiedzi na nurtujące pytania. I tylko ich lista się wydłużała...
Nie dowiedziałam się nigdy, jak dokładnie działa telewizor. Niby teorię znam, ale jakoś tak nie mogę tego ogarnąć. Komputery to dla mnie czarna magia, a internet przekracza wszelkie granice wyobraźni. Przyjęłam, że po prostu są w życiu codziennym. Nie tylko jednak przestałam nadążać za postępem technicznym; dostając do ręki narzędzie do nieograniczonego wręcz poznawania muzyki czy filmów, przestałam się tym całkowicie interesować. Ostatnim (i pierwszym) zespołem, jakiego słuchałam non stop, były Wilki. Miałam ich kasetę, nawet na konkursie szkolnym Mini Playback Show odtwarzałam ich piosenkę, z rozwianym włosem, w okularach, błyszczącej marynarce i lśniących dzwonach. Po Wilkach był jeszcze incydent z Ich troje a później z Metallicą, ale to za sprawą starszej siostry. Tak więc, stałam się człowiekiem bez zainteresowań.
Nie słuchałam żadnej muzyki, żadna też mi nie przeszkadzała. Nie orientowałam się w nurtach muzycznych, w nowościach książkowych i grach komputerowych, nowinkach technicznych, nie znałam nazwisk gwiazd i aktorów. Równocześnie życie kazało mi szybciej dorosnąć i orientować się w nieruchomościach, administracji, kwestiach remontowo-budowlanych, w prawie. Tylko jakoś nie byłam w stanie znaleźć nikogo, kto by nadawał na tym samym poziomie, kto by rozumiał konstrukcję stropu czy dachu, kto by wiedział, jakie są sposoby izolacji wodnej budynku. Z drugiej jednak strony są to zagadnienia mocno męskie, a chłopcy w moim wieku jeszcze się tym nie interesowali - z resztą straciłam z nimi od zawsze świetny kontakt. Skończyły się zabawy w tynkowanie błotem muru, w budowanie baz i schronów, przygotowywanie pułapek, w wojnę, w "Nikt Nas Nie Może Zobaczyć", w gangi... Musiałam stać się dziewczynką w spódniczce, która codziennie chodzi do kościółka a potem grzecznie idzie spać po dobranocce. W ten sposób zatraciły się gdzieś we mnie pierwotna potrzeba poznawcza i zapędy ku "okiełznaniu" świata w podwórkowych warunkach.
W tym stanie zawieszenia dotrwałam aż do teraz - kiedy to hasło "survival" na nowo wzbudza moją dziecięcą ciekawość poznawczą, kiedy z zainteresowaniem czytam o kolejnych technikach rozpalania ognia, uzdatniania wody, leczenia i żywienia się środkami dostępnymi w naturze. I ruszam z domu, bo nie przeraża mnie już aż tak wizja poznania świata. Mam pasję. Zaczynam sobie przypominać, kim mogłam być.
wtorek, 30 lipca 2013
Nowa perspektywa
...Brodziłam jeszcze niedawno w gęstej brei haseł, stron i zagadnień, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia dla mojego nieciekawego życia. Rozpaczliwie pragnęłam znaleźć coś, co nadałoby sens mojej codzienności, stałoby się zarówno drogą, jak i celem samym w sobie. Chciałam wrócić do źródeł, osiągnąć równowagę ducha i harmonię ze światem. Natura mojego świata polega jednak właśnie na chaosie i dysproporcji, przez co szamocząc się pomiędzy swoimi potrzebami wewnętrznymi a doczesnymi, straciłam zupełnie chęć do działania, a nawet wolę biernego czekania na lepsze.
Wciąż jednak jakiś pierwiastek mnie pozostawał zbuntowany, gdzieś głęboko czułam, że nie można tak po prostu trwać; trzeba żyć. Nie mając siły na nic więcej, jak tylko rozwalenie się przed komputerem, odnajdywałam wywołane konkretnymi hasłami pojedyncze blogi, strony, posty na forach, których właścicielom i twórcom zazdrościłam i równocześnie ich podziwiałam. Powolutku moja nieokreślona wewnętrzna potrzeba zaczęła się klarować, przybrała postać pragnienia życia w zgodzie z naturą, na własnym, malutkim kawałeczku świata. Zaczęłam marzyć o egzystencji opartej na prostych zasadach wynikających wprost z natury świata; nieskomplikowanych zależnościach międzyludzkich, jeszcze prostszych i bardziej pierwotnych relacjach człowiek-zwierzę, rytmie życia wyznaczanym przez cykl dobowy i pór roku. Dziś wiem, że kiedyś osiągnę ten stan, ale mam jeszcze wcześniej coś do zrobienia.
Dalej czytam kilka blogów "wieśniaków" z wyboru; wciąż marzy mi się własne gospodarstwo z uprawami i niewielkimi hodowlami. Nabrałam spokoju wewnętrznego wynikającego z przekonania, że jestem w stanie to wszystko osiągnąć. Wiem, "czym to się je" i wcale mnie to nie przeraża. Łatwo nie będzie, ale ja kawał życia przeszłam na łatwiznę. Mając więc pewność, czego chcę, odłożyłam te marzenia na przyszłość. Teraz i tak nie są do zrealizowania. A żyć przecież trzeba.
Trafiłam przy okazji tych moich poszukiwań nieokreślonego na nieco inną ścieżkę. Początkowo słabo zaznaczona i mocno zarośnięta, z czasem okazała się doskonale oznakowana i naznaczona setkami niewidocznych kroków poczynionych przez rozważnie i świadomie stawiane stopy. Mimo tego ścieżka była moja i tylko moja; jej bieg był mniej więcej zarysowany, ale to ja przekraczałam naustawiane przez siebie samą ograniczenia, pokonywałam własne przeszkody i mi tylko pisane trudności. To w znalezionej ścieżce okazało się najpiękniejsze: kierunek jest ten sam, ale każdy ową ścieżkę wyznacza na nowo...
Tak naprawdę jestem zaledwie na jej początku, nie wiem przy tym, jaka jest długa i jak w miarę upływu czasu będę ją kształtowała. Na razie zarastające ją chaszcze zwalczam powolutku - stopniowo zdobywaną wiedzą i profilaktycznie zakupionym nożem. Powoli odnajduję tysiące odnóg rozchodzących się na boki - ku strzelistym górom, ku wspólnym wyprawom, ku dzikiej kuchni. W każdą teoretycznie mogę zboczyć, ale czuję, że moja droga na razie wiedzie dalej, na przód. Minę jeszcze wiele drogowskazów i podpowiedzi, przejdę jeszcze przez wiele intrygujących rozwidleń, ale na końcu i tak czeka mnie mój własny cel. I znajdę na jego realizację własny sposób.
Ślady zostawiane przeze mnie póki co są wyraźne i niesubtelne. Gdybym nagle postanowiła zawrócić, bez problemu znajdę drogę powrotną wiodącą przez nieudolnie utorowaną i nieostrożnie przedeptaną puszczę. Nie chcę jednak zawracać. Chcę nauczyć stawiać się stopy delikatnie, zostawiając niewidoczne tropy, nie naruszając ściółki i otaczającej mnie ciszy. Chcę mieć za plecami jeszcze większy gąszcz jak przed sobą. Widzieć, zanim zostanę dostrzeżona, słyszeć, zanim zostanę usłyszana. Chcę wtopić się w tło tak, by zwierzęta bez trwogi przemykały obok mnie, bym ja bez trwogi mogła im patrzeć w oczy. Chcę sama z czasem zacząć zostawiać swoiste subtelne wskazówki dla innych, którzy przypadkiem zabłąkają się na mojej ścieżce. I ze spokojnym, lekkim uśmiechem wspominać pierwszy nocleg w lesie, bez cienia niepewności myśląc o kolejnym.
...A kiedyś, daleko w przyszłości, chcę mieć prawdziwy dylemat, stając przed możliwością zostawienia takiego życia. Na rzecz marzeń.
Wciąż jednak jakiś pierwiastek mnie pozostawał zbuntowany, gdzieś głęboko czułam, że nie można tak po prostu trwać; trzeba żyć. Nie mając siły na nic więcej, jak tylko rozwalenie się przed komputerem, odnajdywałam wywołane konkretnymi hasłami pojedyncze blogi, strony, posty na forach, których właścicielom i twórcom zazdrościłam i równocześnie ich podziwiałam. Powolutku moja nieokreślona wewnętrzna potrzeba zaczęła się klarować, przybrała postać pragnienia życia w zgodzie z naturą, na własnym, malutkim kawałeczku świata. Zaczęłam marzyć o egzystencji opartej na prostych zasadach wynikających wprost z natury świata; nieskomplikowanych zależnościach międzyludzkich, jeszcze prostszych i bardziej pierwotnych relacjach człowiek-zwierzę, rytmie życia wyznaczanym przez cykl dobowy i pór roku. Dziś wiem, że kiedyś osiągnę ten stan, ale mam jeszcze wcześniej coś do zrobienia.
Dalej czytam kilka blogów "wieśniaków" z wyboru; wciąż marzy mi się własne gospodarstwo z uprawami i niewielkimi hodowlami. Nabrałam spokoju wewnętrznego wynikającego z przekonania, że jestem w stanie to wszystko osiągnąć. Wiem, "czym to się je" i wcale mnie to nie przeraża. Łatwo nie będzie, ale ja kawał życia przeszłam na łatwiznę. Mając więc pewność, czego chcę, odłożyłam te marzenia na przyszłość. Teraz i tak nie są do zrealizowania. A żyć przecież trzeba.
Trafiłam przy okazji tych moich poszukiwań nieokreślonego na nieco inną ścieżkę. Początkowo słabo zaznaczona i mocno zarośnięta, z czasem okazała się doskonale oznakowana i naznaczona setkami niewidocznych kroków poczynionych przez rozważnie i świadomie stawiane stopy. Mimo tego ścieżka była moja i tylko moja; jej bieg był mniej więcej zarysowany, ale to ja przekraczałam naustawiane przez siebie samą ograniczenia, pokonywałam własne przeszkody i mi tylko pisane trudności. To w znalezionej ścieżce okazało się najpiękniejsze: kierunek jest ten sam, ale każdy ową ścieżkę wyznacza na nowo...
Tak naprawdę jestem zaledwie na jej początku, nie wiem przy tym, jaka jest długa i jak w miarę upływu czasu będę ją kształtowała. Na razie zarastające ją chaszcze zwalczam powolutku - stopniowo zdobywaną wiedzą i profilaktycznie zakupionym nożem. Powoli odnajduję tysiące odnóg rozchodzących się na boki - ku strzelistym górom, ku wspólnym wyprawom, ku dzikiej kuchni. W każdą teoretycznie mogę zboczyć, ale czuję, że moja droga na razie wiedzie dalej, na przód. Minę jeszcze wiele drogowskazów i podpowiedzi, przejdę jeszcze przez wiele intrygujących rozwidleń, ale na końcu i tak czeka mnie mój własny cel. I znajdę na jego realizację własny sposób.
Ślady zostawiane przeze mnie póki co są wyraźne i niesubtelne. Gdybym nagle postanowiła zawrócić, bez problemu znajdę drogę powrotną wiodącą przez nieudolnie utorowaną i nieostrożnie przedeptaną puszczę. Nie chcę jednak zawracać. Chcę nauczyć stawiać się stopy delikatnie, zostawiając niewidoczne tropy, nie naruszając ściółki i otaczającej mnie ciszy. Chcę mieć za plecami jeszcze większy gąszcz jak przed sobą. Widzieć, zanim zostanę dostrzeżona, słyszeć, zanim zostanę usłyszana. Chcę wtopić się w tło tak, by zwierzęta bez trwogi przemykały obok mnie, bym ja bez trwogi mogła im patrzeć w oczy. Chcę sama z czasem zacząć zostawiać swoiste subtelne wskazówki dla innych, którzy przypadkiem zabłąkają się na mojej ścieżce. I ze spokojnym, lekkim uśmiechem wspominać pierwszy nocleg w lesie, bez cienia niepewności myśląc o kolejnym.
...A kiedyś, daleko w przyszłości, chcę mieć prawdziwy dylemat, stając przed możliwością zostawienia takiego życia. Na rzecz marzeń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)