Z niemałą satysfakcją mogę niniejszym odnotować fakt mego ponownego udziału w kolejnym zlocie forum survivalowo-turystyczno-militarnego reconnet.pl :) Organizatorem był Bubel - i spisał się rewelacyjnie, no poza wymyślną i skomplikowaną konstrukcją latryny, na której sposób obsługi można było nie wpaść :P Ale, żeby nie było - nie taki znowu Bubel bubel! Zlot rewelacyjny, udany i intensywnie przeżyty! :D
Tegoroczne wiosenne wydanie zlotu miało, tradycyjnie już chyba, charakter kulturalnego, spirytualistycznego spotkania przy ognisku w rodzinnej atmosferze ;] Niektórzy owej kultury łyknęli więcej, inni mniej, niektórzy byli wysyłani do lasu przez żony, by nabrali ogłady, inni, by żony mogły ich poznać, atmosferę zlotową starali się maksymalnie podtrzymać nawet w drodze powrotnej. Bo, co trzeba w tym miejscu podkreślić, na zlot zdecydowanie nie jedzie się dla przyjemności. Taka impreza grozi wręcz utratą zdrowia ;] Niemniej, ponieważ społeczność survivalowa wie, jak przetrwać (jak udowadniał jeden ze zlotowiczów, dwa dni bez jedzenia można, ale pić już zdecydowanie trzeba), poza pojedynczymi przypadkami utrat świadomości, wszyscy wszystko mają na miejscu i niczego im nie brakuje.
Mogłabym jeszcze tak długo, ale to tylko pół prawdy o tym zacnym spotkaniu :) Tak naprawdę, poza wymiarem integracyjnym i rekreacyjnym, pojawił się również wymiar dydaktyczny. W sobotę miały miejsce warsztaty powiązane z tematyką survivalową. Ten z ostrzenia noży, prowadzony przez szacownego Dottore, poprzedzony był prelekcją dotyczącą rodzajów ostrzy w ogóle.
Dla laików takich jak ja była to cenna lekcja, dla nieco bardziej obeznanych z tematyką pewnie też, bo samo przebywanie w towarzystwie Doktora to przyjemność i wyróżnienie... ;P (ale nóż finalnie naostrzył mi Bubel i Qasz :]) Później chętni udali się pod przewodnictwem Mr. Wilsona na spacer po okolicy, podczas którego dane było poznać nam wiele pozornie pospolitych roślin, o których zastosowania (przede wszystkim zaś możliwość konsumpcji) nikt by ich jednak nie podejrzewał. Starałam się z nich wynieść maksymalnie dużo, kosztowałam czego mogłam. Dzięki temu, że tym razem na zlot wzięłam aparat, wskazywanym roślinom robiłam zdjęcia i nawet jeśli nie wszystkie nazwy i informacje zapamiętałam (bo w tak krótkim czasie to jest chyba niewykonalne :)), to fotografie ułatwią mi teraz identyfikację.
Mam nadzieję, że będzie mi dane kiedyś posiąść taką wiedzę w zakresie dzikich roślin jadalnych, że będę mogła wyjść do lasu na dzień i nie wrócić głodna - bo nie śmiem nawet pomyśleć o dłuższym wypadzie, na miarę Mr. Wilsona - Człowieka Legendy ;] Nie dane mi było skorzystać z całych warsztatów z roślin, bo w pewnym momencie, kiedy ponoć zmierzaliśmy już grupą do obozowiska, poszłam nieco szybciej wraz z Karudą - dziewczyną o niesamowitej wiedzy w zakresie m.in. kultury słowiańskiej, którą przy ognisku wykorzystywała, umilając nam czas pieśniami i przyśpiewkami ludowymi - i grupa gdzieś nam zaginęła. Jednak, czego się dowiedziałam to moje i nie oddam ;) Ale tego dnia chciałam więcej. Wyczekiwałam zaplanowanych w następnej kolejności warsztatów z oprawiania zwierzyny - wiedza, którą miałam na nich posiąść, chyba najpewniej będzie przeze mnie wykorzystana w przyszłości, z racji moich zakusów na posiadanie zwierząt hodowlanych. Nie przejechałam się na swoich oczekiwaniach. Przede wszystkim, została grupce uczestników zapodana pewna dawka wiedzy teoretycznej, później zaś praktycznej. Miałam okazję skonfrontować swoje chęci z możliwościami, wiem już, w jakim zakresie i co muszę opanować, by kiedyś móc teorię przełożyć na praktykę we własnym, codziennym życiu. No i, co może najistotniejsze w tym wszystkim, nie zawiedli mnie ludzie. Cieszy mnie to, że mam okazję obcować z tak normalnymi i rozsądnymi osobami, umiejącymi się zachować odpowiednio do sytuacji :)
Warsztaty z pierwszej pomocy, prowadzone przez AP, były tylko potwierdzeniem tego, że do lasu nie pojechała banda czterdziestu ludziów w celu jednym. Wiele osób z zainteresowaniem słuchało rzeczowego i niezwykle ciekawego wykładu dotyczącego udzielania pierwszej pomocy, tym bardziej, że leżała przed nami Mała Ania lat ponad piętnaście (a później i noworodek z pniaczka), na której wszystko było profesjonalnie prezentowane. Dobrze jest sobie odświeżyć tak ważne, a niedokładnie przyswojone niegdyś na PO w liceum wiadomości, tym bardziej, że można się pokusić o stwierdzenie, iż są one wręcz kluczowe w całej sztuce przetrwania. Dowiedzieliśmy się, w jakiej kolejności, w jaki sposób i jak podjąć konkretne działania w przypadku ratowania życia. Pojawiało się wiele pytań od publiczności i przytaczanych przykładów z życia codziennego, których AP dzielnie i z uwagą wysłuchiwał. Widać po nim, że to człowiek z pasją i zaangażowaniem oddający się temu, co robi na co dzień... Dobrze, że tacy ludzie są pośród nas ;)
Niestety, i te warsztaty pod koniec opuściłam - trochę zmarzłam i zgłodniałam, mój umysł wysycony wcześniej substancjami wszelkimi (wiedzą, wiedzą! :P) też zaczynał się już buntować i nie przyswajał na tyle sprawnie, bym mogła z warsztatów skorzystać bardziej. Obawiając się zatem, że chcąc w niego wtłoczyć nazbyt dużo wszystko pokićkam i pomieszam (a wiadomo, że mieszanie szkodzi), odpuściłam sobie już edukowanie się tego dnia - tym samym opuszczając warsztaty Mr. Wilsona z technik rozpalania ognia, czego oczywiście trochę mi żal, bo przechodząc obok ciasnego kółeczka zainteresowanych, skupionych wokół Prowadzącego i jego bogato wyposażonego stanowiska, widziałam, że omija mnie naprawdę potężna porcja niesamowicie ciekawej wiedzy. Ale, inaczej się nie dało. Bezczelnie liczę na to, że nadarzy się jeszcze okazja ku temu, by się tego wszystkiego dowiedzieć i popróbować, albo chociaż cokolwiek podpatrzeć :)
Mówiąc o warsztatach, nie można nie wspomnieć o innych umiejętnościach prezentowanych i wykorzystywanych przez Uczestników podczas zlotu. Mam tu na myśli polową kuźnię i wykuwane w niej cudeńka użytkowe (noże, krzesiwa), wędzarkę, z której wydobywały się takie zapachy, że ślinka sama ciekła (bo tym razem nie dane mi było niczego skosztować, przegapiłam lub nie byłam w stanie pomieścić ani kapki więcej zlotowych specjałów - nawet szynka wręczona mi w dniu wyjazdu przez Gawrona po chwili gdzieś się rozpłynęła :D), rzeźbienie w drewnie (i w tym miejscu muszę, MUSZĘ gorąco podziękować szczególnie Rajmundowi, Thrackanowi, Pingwinowi i innym zaangażowanym, pomocnym i życzliwym - przepraszam, ale sama też próbowałam się wówczas angażować i skupić, także mogłam w tym momencie kogoś pominąć :]), budowę pieca, oraz pokazy kulinarne Mistrzów Podniebienia, finalnie kończące się degustacjami - w tym chilli, rosół, gotowane kozie mięso, królik w ziołach na winie, placuszki z pokrzywy i makaron z sosem z zieloną wkładką, kawa. Pozostając w temacie, muszę nadmienić, że gigantyczny stół był tak suto zastawiony wszelkimi domowymi specjałami, że nie wiadomo było nawet, z której strony do niego podejść :)
Było jeszcze ponoć strzelanie z armatki ziemniaczanej, ale dowiedziałam się o tym, gdy zasłyszałam strzały gdzieś w oddali - także się nie wypowiadam bo nie widziałam. A, i lekcje śpiewania były - szczególnie w pamięć zapadły mi próby rozśpiewania towarzystwa przez Grigora ;) Przy akompaniamencie gitary dzierżonej przez Mikiego i później Dźwiedzia, próbowano wielokrotnie zaśpiewać cokolwiek z forumowego śpiewnika od początku do końca, ale udało się to tylko w przypadku "Leśnych opowieści". Poza nimi królowały chryzantemy, róże czerwone i tego typu piosnki :)
No. Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam... A jeśli, to na pewno z czasem, w najmniej oczekiwanym momencie mi się przypomni - i idąc do sklepu będę się pokładać ze śmiechu na wspomnienie poszczególnych sytuacji i tekstów, mile wspominać ogniskowe pogawędki, sesje zdjęciowe, sesje kulturalne i tak dalej. Bo były to takie trzy dni w moim życiu, do których będę wracać i nie będę żałować. A nawet będę dumna :]
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zlot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zlot. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 kwietnia 2014
Zlot Reconnet wiosna 2014
Etykiety:
biwak,
dzikie jedzenie,
forum,
gastronomia,
leśna kuchnia,
nocleg w terenie,
obozowisko,
ognisko,
pokazy,
społeczność,
survival,
swojskie wyroby,
warsztaty,
wędliny domowe,
zainteresowania,
zlot,
znajomi
piątek, 25 października 2013
Zlot Reconnet jesień 2013
Od kilku dni wciąż żyję wspomnieniami zlotu forum www.reconnet.pl, na który to, po krótkich wahaniach, zdecydowałam się pojechać. Decyzja nie była łatwa z dwóch zasadniczych powodów: jestem w gruncie rzeczy pragmatykiem i muszę kalkulować, analizować, oceniać ryzyko, ważyć potencjalne zyski i straty - a tu było to wyjątkowo trudne do oszacowania, bo zwyczajnie nie wiedziałam, w co się pakuję ;) Na forum zarejestrowałam się w kwietniu, jednak byłam użytkownikiem nieaktywnym, inaczej - głównie biernie korzystającym z treści zawartych na forum. Co bowiem mogłam dodać od siebie na jednym z największych forów o tematyce survivalowo-bushcraftowo-różnej, kiedy to nic sobą pod tym kątem na razie nie prezentuję?... Jestem całkiem świeża i zielona w tym środowisku - jeszcze wiele lat minie, zanim będę mogła tak naprawdę z pełną świadomością stwierdzić, że wiem, jak wiele nie wiem... Na razie stoję dopiero u progu tej odmiennej rzeczywistości.
Jak to się zatem stało, że w ogóle na zlot postanowiłam się wybrać?... Ano, swoim zwyczajem śledziłam uważnie wątki zlotu dotyczące, w duchu zazdroszcząc i żałując, że nie znam tego środowiska. Z naprawdę niewieloma osobami dane mi było zamienić parę słów na forach - tym i młodszym bracie (http://bushcrafter.vipserv.org), na żywo pierwszy raz rozmawiałam z jego przedstawicielami zaledwie tydzień przed zlotem (czyli po decyzji o wybraniu się nań ;))... Poza tym czytuję regularnie parę szczególnie interesujących blogów o danej tematyce. Tak samo swoim zwyczajem w pewnym momencie nie wytrzymałam i postanowiłam troszkę na głos pozrzędzić - że bym się na zlot wybrała, ale dojazd mam kiepski... Heh, marne to było z perspektywy czasu - teraz już wiem, że na taki zlot mogłabym jechać i na drugi koniec Polski :) Ktoś mnie wówczas stuknął wirtualnie w głowę, skutecznie z resztą - odłożyłam wszelkie lęki i obawy na bok, obeszłam dookoła nie najlepszą sytuację finansową, poinformowałam mamę i przemilczałam temat przed chłopakiem, by go na zaś nie denerwować... I poczułam ekscytację silniejszą od wszystkich trosk i niepokojów, co było dla mnie najlepszym dowodem na to, że będę żałować, jeśli nie spróbuję... Więc pojechałam, zobaczyłam, wróciłam i na zawsze zapamiętam, że warto było :)
W kwestii dojazdu udało mi się porozumieć z innym Krakusem wybierającym się na zlot samochodem, Irolem. Miał z nami jechać ktoś jeszcze. Już to było dla mnie swoistym wyzwaniem - zaufać i wsiąść do samochodu obcego faceta, który jedzie w obce miejsce... Gdzie się podziała moja ostrożność i nabyty X lat temu brak zaufania do ludzi? Nie wiem, wiem tylko, że to było potwornym balastem i teraz wreszcie mogę złapać oddech i czuć się naprawdę swobodnie... Umówiliśmy się pod Galerią Kazimierz. Tam czekałam dłuższą chwilę (byłam przed czasem), wreszcie przez telefon zostałam poproszona o obrócenie się w prawo. Klasyczny odruch - lewo, refleksja, prawo - i namierzyłam wzrokiem sporą zagraniczną terenówkę. Wysiadł z niej Irol, mężczyzna odziany w moro (pierwsze skojarzenie - rangers jakiś :P), przedstawiliśmy się sobie, moje bagaże zostały zapakowane i usadowiłam się w imponującym samochodzie po lewej stronie kierowcy (dziwne uczucie:)). Czekaliśmy jeszcze na NumLocka, którego Irol namierzył na przejściu dla pieszych, znów krótkie przywitanie i jedziemy po kolejnych na dworzec autobusowy... Tak poznałam pozostałych towarzyszy jazdy, Soohy'ego wraz z kolegą. Tego dnia miałam jeszcze poznać tylu nowych ludzi...
Na podbój Śląska pojechaliśmy przez Olkusz, w sumie dość niespiesznie. Za ten czas miło rozmawialiśmy sobie o sprawach wszelakich, zastanawialiśmy się też, gdzie nas wywiezie nawigacja "zjechałeś z trasy - nowa będzie lepsza"... A że śląskie drogi okazały się rozkopane i pozamykane, nie obeszło się bez zignorowania barier na jakimś zamkniętym odcinku i jechania przez park ;) Najwięcej szukaliśmy odpowiedniego dojazdu do Pogorii IV - zbiornika wodnego, na którym znajdowała się wyspa stanowiąca nasz cel podróży. Wreszcie dotarliśmy pod sam brzeg, wysiedliśmy, wzięliśmy bagaże... Nastał już wieczór, z czarnej i cichej wyspy ku memu zaskoczeniu nie było słychać nawet szmeru, w pewnym momencie pośród zarośli przebiły się światła latarek zmierzających ku nam zlotowiczów. Przeprawili nas oni przez kanał pontonem, przywitali jak swoich i zaprowadzili na miejscówkę. Pasikonik, poznany tydzień wcześniej w Beskidzie Śląskim, pomógł mi się zaklimatyzować - w tym znaleźć miejsce na rozłożenie swoich gratów i zrobienia zadaszenia z poncha, zrobić to zadaszenie, wreszcie trafić do ogniska i poczuć się tam nie tak całkiem już obco :) Tu oczywiście wystąpiła seria przywitań i uścisków dłoni, po czym... No właśnie, tu wszystko zaczyna się zlewać :D
Nie umiem powiedzieć na podstawie własnych wspomnień, co kiedy się działo. Mogłabym się wspomóc relacjami, które pojawiły się na innych blogach, cudzymi zdjęciami - bo własnego aparatu zapomniałam wziąć - ale skoro tak, to wolę pozostać przy tym gigantycznym chaosie panującym w mojej głowie, bo jako całokształt mi nie przeszkadza, a nawet pozostawia przyjemne poczucie, że się działo... ;) Bo działo się wiele. Były rozmowy z ludźmi, których do tej pory kojarzyłam z czytanych blogów, forum lub też nie kojarzyłam wcale, były sprośne kawały i przednie zabawy mocno wstawionych już zlotowiczów, były trunki wszelkiego rodzaju, smaku i procentowości, przekąski na ciepło i zimno, cały stół zastawiony najrozmaitszymi specjałami i przysmakami - w tym czosnek niedźwiedzi, mazidła, grzyby, sosy, syropy, smalce i smarowidła, wreszcie coś, co okazało się dla mnie chyba największym zaskoczeniem degustacyjnym - sało ;D Od stolika w pewnym momencie oderwało mnie pojawienie się jubileuszowego tortu - był wyborny, a jedzenie go "z ręki" dopełniało poczucia swojskości. W wyjątkowo zacnym towarzystwie nie można się było poczuć nieswojo i skrępowanie - muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak dobrze i normalnie... Nie musiałam przejmować się niczym z tych rzeczy, które normalnie w życiu codziennym mnie ograniczają. Zero wrogości, uprzedzeń i zimnego dystansu ze strony otoczenia, za to wszechstronna życzliwość, pogoda ducha i wyśmienite nastroje podsycane mało wysublimowanymi, rubasznymi dowcipami w przeważającej mierze męskiego grona... Jeden ze zlotowiczów był po zlocie ciekaw kobiecego spojrzenia na sprawę - ano, swoją opinią zaskoczyć nie mogę, niczym mnie Panowie nie zgorszyliście i nie rozwaliliście na tyle, bym miała umrzeć ;P Jedyny uszczerbek na zdrowiu, jaki zaznałam, to trwałe wrycie się w głowę pewnych tekstów ;] ("namówiłeś mnie, ty to umiesz zagaić", "ty chu*u", "gdzie jest krzyż", "ludzki* pan, kopnął a mógł zabić" i tak dalej, ponadto nie mogę zapomnieć m.in. o skórzanych stringach z ćwiekami od wewnętrznej ;)) A, no i nie mogę nie wspomnieć o tym, że odchorowuję teraz w domu spontaniczną kąpiel w ubraniach w wodach Pogorii;) Bo takowa miała miejsce następnego dnia, poprzedzona skonstruowaniem przez kilku panów wyśmienitej jednostki pływającej Doris. Tak, następnego dnia działo się tak wiele, że po prostu nie da się tego wszystkiego opisać... Po prostu, atmosfera była przednia, a kolejnych zabawnych sytuacji, pogawędek, nowej dawki czarnego humoru, ciekawych napojów i specjałów, wreszcie posiadówy przy całodobowym ognisku nie brakowało :)
Nie potrafię niestety napisać w tym temacie nic choć trochę bardziej poukładanego czy dobitniejszego. Tak naprawdę prawdziwie wymowne są zdjęcia powstałe podczas imprezy - również te nieopublikowane ;), czy też filmiki udostępniane przez zlotowiczów na forum. W gruncie rzeczy nie żałuję, że nie wzięłam aparatu - ilość zdjęć jest powalająca, jakość wyśmienita, obrazy trafnie wywołują konkretne wspomnienia - i to one są najważniejsze, wciąż żywe i niezmiennie cieszące buzię, a nie przynudnawe słowo pisane ;)
Zakończę zatem tylko w takim duchu, jak zaczęłam - tj dnia trzeciego, po jajecznicy, kawie, sesji zdjęciowej i ogarnięciu siebie i wyspy, większości towarzystwa zebrało się na powrót mniej więcej o podobnej porze. Gdy już wszyscy chętni wraz z bagażami i śmieciami zostali przeprawieni na właściwy brzeg, porozchodziliśmy się grupkami z uśmiechami na twarzy - i nie wierzę, by ktoś z towarzystwa nie zechciał się wybrać za pół roku na zlot wiosenny ;)
Dziękuję pięknie Organizatorom za przygotowanie naprawdę zacnej miejscówki i ogarnięcie wszystkiego w pięknym stylu (komu nie było dane docenić widoków roztaczających się z szaletu, niech żałuje ;)), Kuchmistrzom za przepyszne wędzonki, gulasz, rosół, placki, korzonki, jajecznicę, kawę czarną jak noc i słodką jak grzech, Smakołykozapewniaczom za słoiczki, pojemniczki i buteleczki z wszelkimi specjałami na stole i pod stołem, Drwalom za niegasnący ogień, Budowniczym i Majstrom za jednostkę pływającą i wędzarnię, Rozmówcom za głębokie rozmowy i pogawędki o wszystkim i niczym, Mistrzom i Nauczycielom za wymiar dydaktyczny imprezy, z którego też dane mi było skorzystać, Dobrze Radzącym za dobre rady, Bawiących za ich niezapomniane teksty i czyny, Fotografom za genialne zdjęcia (które bezczelnie zgromadziłam w swoim komputerze ;)), Chomikowi za niestrudzoną konwersację i słodkie uszka, Latającej Myszy - za to, że we mnie nie przywaliła, Wszystkim Pozostałym, za to, że przyczynili się do takiej a nie innej atmosfery zlotu... I jeszcze osobne podziękowania Agacie, dzięki której kąpałam się w październiku i nie musiałam potem siedzieć w przemoczonych ciuchach czy też latać z gołą dupą ;P, której też smalczykiem i grzybkami raczyłam się po zlocie w domu;)
Dzięki, ludzie Reconu! :)
*ludzki, cholera, LUDZKI nie dobry -jak mogłam pomylić! :D
Jak to się zatem stało, że w ogóle na zlot postanowiłam się wybrać?... Ano, swoim zwyczajem śledziłam uważnie wątki zlotu dotyczące, w duchu zazdroszcząc i żałując, że nie znam tego środowiska. Z naprawdę niewieloma osobami dane mi było zamienić parę słów na forach - tym i młodszym bracie (http://bushcrafter.vipserv.org), na żywo pierwszy raz rozmawiałam z jego przedstawicielami zaledwie tydzień przed zlotem (czyli po decyzji o wybraniu się nań ;))... Poza tym czytuję regularnie parę szczególnie interesujących blogów o danej tematyce. Tak samo swoim zwyczajem w pewnym momencie nie wytrzymałam i postanowiłam troszkę na głos pozrzędzić - że bym się na zlot wybrała, ale dojazd mam kiepski... Heh, marne to było z perspektywy czasu - teraz już wiem, że na taki zlot mogłabym jechać i na drugi koniec Polski :) Ktoś mnie wówczas stuknął wirtualnie w głowę, skutecznie z resztą - odłożyłam wszelkie lęki i obawy na bok, obeszłam dookoła nie najlepszą sytuację finansową, poinformowałam mamę i przemilczałam temat przed chłopakiem, by go na zaś nie denerwować... I poczułam ekscytację silniejszą od wszystkich trosk i niepokojów, co było dla mnie najlepszym dowodem na to, że będę żałować, jeśli nie spróbuję... Więc pojechałam, zobaczyłam, wróciłam i na zawsze zapamiętam, że warto było :)
W kwestii dojazdu udało mi się porozumieć z innym Krakusem wybierającym się na zlot samochodem, Irolem. Miał z nami jechać ktoś jeszcze. Już to było dla mnie swoistym wyzwaniem - zaufać i wsiąść do samochodu obcego faceta, który jedzie w obce miejsce... Gdzie się podziała moja ostrożność i nabyty X lat temu brak zaufania do ludzi? Nie wiem, wiem tylko, że to było potwornym balastem i teraz wreszcie mogę złapać oddech i czuć się naprawdę swobodnie... Umówiliśmy się pod Galerią Kazimierz. Tam czekałam dłuższą chwilę (byłam przed czasem), wreszcie przez telefon zostałam poproszona o obrócenie się w prawo. Klasyczny odruch - lewo, refleksja, prawo - i namierzyłam wzrokiem sporą zagraniczną terenówkę. Wysiadł z niej Irol, mężczyzna odziany w moro (pierwsze skojarzenie - rangers jakiś :P), przedstawiliśmy się sobie, moje bagaże zostały zapakowane i usadowiłam się w imponującym samochodzie po lewej stronie kierowcy (dziwne uczucie:)). Czekaliśmy jeszcze na NumLocka, którego Irol namierzył na przejściu dla pieszych, znów krótkie przywitanie i jedziemy po kolejnych na dworzec autobusowy... Tak poznałam pozostałych towarzyszy jazdy, Soohy'ego wraz z kolegą. Tego dnia miałam jeszcze poznać tylu nowych ludzi...
Na podbój Śląska pojechaliśmy przez Olkusz, w sumie dość niespiesznie. Za ten czas miło rozmawialiśmy sobie o sprawach wszelakich, zastanawialiśmy się też, gdzie nas wywiezie nawigacja "zjechałeś z trasy - nowa będzie lepsza"... A że śląskie drogi okazały się rozkopane i pozamykane, nie obeszło się bez zignorowania barier na jakimś zamkniętym odcinku i jechania przez park ;) Najwięcej szukaliśmy odpowiedniego dojazdu do Pogorii IV - zbiornika wodnego, na którym znajdowała się wyspa stanowiąca nasz cel podróży. Wreszcie dotarliśmy pod sam brzeg, wysiedliśmy, wzięliśmy bagaże... Nastał już wieczór, z czarnej i cichej wyspy ku memu zaskoczeniu nie było słychać nawet szmeru, w pewnym momencie pośród zarośli przebiły się światła latarek zmierzających ku nam zlotowiczów. Przeprawili nas oni przez kanał pontonem, przywitali jak swoich i zaprowadzili na miejscówkę. Pasikonik, poznany tydzień wcześniej w Beskidzie Śląskim, pomógł mi się zaklimatyzować - w tym znaleźć miejsce na rozłożenie swoich gratów i zrobienia zadaszenia z poncha, zrobić to zadaszenie, wreszcie trafić do ogniska i poczuć się tam nie tak całkiem już obco :) Tu oczywiście wystąpiła seria przywitań i uścisków dłoni, po czym... No właśnie, tu wszystko zaczyna się zlewać :D
Nie umiem powiedzieć na podstawie własnych wspomnień, co kiedy się działo. Mogłabym się wspomóc relacjami, które pojawiły się na innych blogach, cudzymi zdjęciami - bo własnego aparatu zapomniałam wziąć - ale skoro tak, to wolę pozostać przy tym gigantycznym chaosie panującym w mojej głowie, bo jako całokształt mi nie przeszkadza, a nawet pozostawia przyjemne poczucie, że się działo... ;) Bo działo się wiele. Były rozmowy z ludźmi, których do tej pory kojarzyłam z czytanych blogów, forum lub też nie kojarzyłam wcale, były sprośne kawały i przednie zabawy mocno wstawionych już zlotowiczów, były trunki wszelkiego rodzaju, smaku i procentowości, przekąski na ciepło i zimno, cały stół zastawiony najrozmaitszymi specjałami i przysmakami - w tym czosnek niedźwiedzi, mazidła, grzyby, sosy, syropy, smalce i smarowidła, wreszcie coś, co okazało się dla mnie chyba największym zaskoczeniem degustacyjnym - sało ;D Od stolika w pewnym momencie oderwało mnie pojawienie się jubileuszowego tortu - był wyborny, a jedzenie go "z ręki" dopełniało poczucia swojskości. W wyjątkowo zacnym towarzystwie nie można się było poczuć nieswojo i skrępowanie - muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak dobrze i normalnie... Nie musiałam przejmować się niczym z tych rzeczy, które normalnie w życiu codziennym mnie ograniczają. Zero wrogości, uprzedzeń i zimnego dystansu ze strony otoczenia, za to wszechstronna życzliwość, pogoda ducha i wyśmienite nastroje podsycane mało wysublimowanymi, rubasznymi dowcipami w przeważającej mierze męskiego grona... Jeden ze zlotowiczów był po zlocie ciekaw kobiecego spojrzenia na sprawę - ano, swoją opinią zaskoczyć nie mogę, niczym mnie Panowie nie zgorszyliście i nie rozwaliliście na tyle, bym miała umrzeć ;P Jedyny uszczerbek na zdrowiu, jaki zaznałam, to trwałe wrycie się w głowę pewnych tekstów ;] ("namówiłeś mnie, ty to umiesz zagaić", "ty chu*u", "gdzie jest krzyż", "ludzki* pan, kopnął a mógł zabić" i tak dalej, ponadto nie mogę zapomnieć m.in. o skórzanych stringach z ćwiekami od wewnętrznej ;)) A, no i nie mogę nie wspomnieć o tym, że odchorowuję teraz w domu spontaniczną kąpiel w ubraniach w wodach Pogorii;) Bo takowa miała miejsce następnego dnia, poprzedzona skonstruowaniem przez kilku panów wyśmienitej jednostki pływającej Doris. Tak, następnego dnia działo się tak wiele, że po prostu nie da się tego wszystkiego opisać... Po prostu, atmosfera była przednia, a kolejnych zabawnych sytuacji, pogawędek, nowej dawki czarnego humoru, ciekawych napojów i specjałów, wreszcie posiadówy przy całodobowym ognisku nie brakowało :)
Nie potrafię niestety napisać w tym temacie nic choć trochę bardziej poukładanego czy dobitniejszego. Tak naprawdę prawdziwie wymowne są zdjęcia powstałe podczas imprezy - również te nieopublikowane ;), czy też filmiki udostępniane przez zlotowiczów na forum. W gruncie rzeczy nie żałuję, że nie wzięłam aparatu - ilość zdjęć jest powalająca, jakość wyśmienita, obrazy trafnie wywołują konkretne wspomnienia - i to one są najważniejsze, wciąż żywe i niezmiennie cieszące buzię, a nie przynudnawe słowo pisane ;)
Zakończę zatem tylko w takim duchu, jak zaczęłam - tj dnia trzeciego, po jajecznicy, kawie, sesji zdjęciowej i ogarnięciu siebie i wyspy, większości towarzystwa zebrało się na powrót mniej więcej o podobnej porze. Gdy już wszyscy chętni wraz z bagażami i śmieciami zostali przeprawieni na właściwy brzeg, porozchodziliśmy się grupkami z uśmiechami na twarzy - i nie wierzę, by ktoś z towarzystwa nie zechciał się wybrać za pół roku na zlot wiosenny ;)
Dziękuję pięknie Organizatorom za przygotowanie naprawdę zacnej miejscówki i ogarnięcie wszystkiego w pięknym stylu (komu nie było dane docenić widoków roztaczających się z szaletu, niech żałuje ;)), Kuchmistrzom za przepyszne wędzonki, gulasz, rosół, placki, korzonki, jajecznicę, kawę czarną jak noc i słodką jak grzech, Smakołykozapewniaczom za słoiczki, pojemniczki i buteleczki z wszelkimi specjałami na stole i pod stołem, Drwalom za niegasnący ogień, Budowniczym i Majstrom za jednostkę pływającą i wędzarnię, Rozmówcom za głębokie rozmowy i pogawędki o wszystkim i niczym, Mistrzom i Nauczycielom za wymiar dydaktyczny imprezy, z którego też dane mi było skorzystać, Dobrze Radzącym za dobre rady, Bawiących za ich niezapomniane teksty i czyny, Fotografom za genialne zdjęcia (które bezczelnie zgromadziłam w swoim komputerze ;)), Chomikowi za niestrudzoną konwersację i słodkie uszka, Latającej Myszy - za to, że we mnie nie przywaliła, Wszystkim Pozostałym, za to, że przyczynili się do takiej a nie innej atmosfery zlotu... I jeszcze osobne podziękowania Agacie, dzięki której kąpałam się w październiku i nie musiałam potem siedzieć w przemoczonych ciuchach czy też latać z gołą dupą ;P, której też smalczykiem i grzybkami raczyłam się po zlocie w domu;)
Dzięki, ludzie Reconu! :)
*ludzki, cholera, LUDZKI nie dobry -jak mogłam pomylić! :D
Etykiety:
dzikie jedzenie,
forum,
gastronomia,
grzyby,
nocleg w terenie,
o mnie,
ognisko,
pasja,
pływanie,
relacja,
rozmowa,
społeczność,
survival,
swojskie produkty,
swojskie wyroby,
w terenie,
zalew,
zlot
Subskrybuj:
Posty (Atom)