Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znajomi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znajomi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2015

Dzień Niepodległości, Jungla Sosnowiecka

Po kolejnym nużącym, trudnym tygodniu, nawet miejsce przy toalecie mi nie przeszkadzało. Pociąg zatrzymywał się na każdej stacji, przez co jazda była nieco przydługa - w każdym razie wystarczająco długa, by zmorzył mnie sen. Ale w autobusie powrotnym po pracy też zdarza mi się odpłynąć.
Coś mnie otrzeźwiło; może dzwonek telefonu jednego z pasażerów - dźwięk sonaru i informacja "Twoja kobieta Cię namierza", może przechodzący bezdomny, który wcześniej jakoś wybronił się przed chcącym go wysadzić na którejś tam stacji konduktorem, może spuszczana w toalecie woda. Dojeżdżałam do stacji w Mysłowicach, a że właśnie na niej miałam wysiąść, poszłam jeszcze skorzystać z "cywilizowanych warunków", nim się znalazłam w lesie.

Doczu przypomniał mi, że przy stacji jest Biedronka. Zadeklarowałam dostarczenie jajec na planowaną poranną jajecznicę, a że będąc na przerwie od pracy w sklepie zapomniałam ich kupić, potem nie miałam czasu, musiałam je nabyć na miejscu. Gdy już robiłam zakupy, zadzwonił mi telefon; okazało się, że Panowie postanowili wyjść mi naprzeciw i są pod stacją. Wrócili się więc i po przywitaniu się z Doczem, SmileOnem i soohy'm zakupowaliśmy dalej wspólnie. Doposażeni w co trzeba ruszyliśmy na miejscówkę.

Po drodze SmileOn koniecznie chciał ponieść mój plecak, nie ufając moim zapewnieniom, że jest lekki. Był lekki ;) Brak plecaka na plecach nie poprawił najwyraźniej mojej statyki, skoro jako jedyna z towarzystwa (a towarzystwo bawiło przecież w lesie już dobrą chwilę) postanowiłam wyrżnąć znienacka na skarpie. Siatka z zakupami się potargała, fasolka potoczyła gdzieś na dół, biodro obite, ale przynajmniej jajka całe ;)

Po zejściu z mostu weszliśmy w Junglę. Sosnowiecka Jungla to miejsce słynne z tego, że dżungla, i niesłynne z tego, że sosnowiecka. Mimo to miejsce zacne. Zostawiliśmy Docza w tyle i poszliśmy tak, że na miejscówce przywitał nas Willow, Wolfshadow i Doczu we własnej osobie ;) Rozsiadłam się na kłodzie. W poświacie płonącego ogniska, tudzież stylowych lampionów porozwieszanych na drzewach tu i ówdzie, szybko zarejestrowałam kulinarne rarytasy czekające na mój wygłodzony żołądek. Nie wiedziałam, co pierwsze degustować, pochłonęłam więc w losowej kolejności kiełbasę, nogę pieczonego nad ogniem królika, oraz mamałygę z bryndzą i rumuńskie kiełbaski Willow'a. Samo dobro! Zadegustowałam też domowego piwa autorstwa Wolfshadow'a i nie odmówiłam łyczka Doczowej herbatki. Ta jednak, po okresie abstynencji, okazała się dla mnie nazbyt zacna ;)


Siedzieliśmy wieczorem długo. Pogoda dopisywała, tj prócz wiatru miotającego dymem w siedzących, na nic nie można było narzekać, ciepło, nie lało... Dopiero zdaje się w nocy popadało coś konkretniej.

Nie pamiętam, czy to właśnie jakaś chwilowa mżawka zmobilizowała mnie do rozbijania leża, w każdym razie nie wzięłam się za to, jak zwykle, od razu po przyjściu na miejscówkę. Tym razem rozbić się miałam - wedle rekomendacji SmileOna, od którego dostałam w podarunku m.in. hamak (dziękuję! :)) - właśnie tym hamakiem w około dwie minuty. Zeszło nam nieco dłużej ;] Co prawda, już na zlocie próba rozbicia dla mnie pożyczanego hamaka okazała się pomysłem niefortunnym, nikt jednak nie przewidział, że to nie był przypadek i ja po prostu MAM spać na glebie albo wcale. Pomagający mi się rozbić SmileOn nie poddawał się jednak i wiązał coraz to mocniejsze sznurki, kiedy poprzednie jedne za drugimi się rozrywały. Za dużo zjadłam :P Finalnie jednak, po kolejnych staraniach i próbach hamak zawisł i nie zerwał się od razu, co rokowało już na przynajmniej częściowo przespaną noc. Wróciliśmy do ogniska.


W którymś momencie dołączyła do nas koleżanka Docza. W powiększonym gronie siedzieliśmy jeszcze długo, wreszcie zaczęliśmy się powoli wykruszać. Tak więc i ja poszłam w pewnym momencie spać i tym razem już nie wróciłam (zawijałam się ze dwa razy). Zasnęłam wkrótce i pierwszy raz od dawien dawna nie miałam w nocy rozkmin w trakcie chwilowych przebudzeń "na który boczek się teraz obrócić, żeby się cokolwiek rozgrzać". Zła passa minęła i nie tylko spałam wygodnie, ale i stosunkowo długo. No i nie obudziło mnie twarde lądowanie :)



Następnego dnia zaczęło się spokojnie. Po trosze dobudzaliśmy się i docieraliśmy pod płonące już palenisko. Nie byłam pierwsza, ale chyba też nie ostatnia. Plan dnia był dobry: najpierw jajecznica, potem kluski tlone i wreszcie zupa cebulowa ;) Oczywiście, wszystko iście po leśnemu; w jajecznicy doszukać się więc można było jajek, ale nie brakowało również czerwonej cebuli, majeranku, czosnku, pasty z pomidorów suszonych i oliwek oraz przypraw inszych. Zupa cebulowa to już zupełna fuzja smaków: cebula, marchew, kapusta biała, fasola czerwona z puszki, czosnek, woda po kiszonym czosnku niedźwiedzim Docza, którym częstował wcześniej, przyprawy, ostra pasta paprykowa, korpusik króliczy, kiełbaska. Wszystko w ilościach przypadkowych. Tlone były dla równowagi mało skomplikowane, jak ich tradycyjna receptura nakazuje: mąka uprzednio uprażona na ogniu z odrobiną soli zalewana była po trosze wrzątkiem i tak powstająca gęsta breja mieszana łyżką nabierać miała formy grudowatych kluch. Danie w końcowej fazie wzbogacone jeszcze zostało w skwarki z wędzonej nad dymem słoninki. Smakowo bardzo ciekawe, konsystencja troszkę może zbyt "aksamitna", być może ze względu na rodzaj użytej mąki. Nie znałam tego wcześniej, z chęcią posmakuję jeszcze nie raz. Rzecz przynajmniej do powtórzenia, w przeciwieństwie do takiej np. cebulowej ;)


Nietrudno zauważyć, że jedzenia mieliśmy więcej, niż mocy przerobowej. Pomimo więc tego, że cały czas coś ktoś jadł (bo przecież, prócz dań ciepłych, nie brakowało też takiego kiszonego czosnku niedźwiedziego, czy też smalczyku Docza - mniam!), to po południu, gdy już się zbieraliśmy, reszta zupy rozdysponowana została między SmileOn'a i soohy'ego, którzy wzięli ją na niezmarnowanie. Było coś po 16-tej, gdy opuściliśmy Junglę; załapałam się na transport powrotny z Willow'em, który przyjechał z Krk samochodem.



Niezwykły to był dzień; świetni ludzie, smaczne jedzenie, spokój, cisza niemącona niczym innym, jak naszymi rozkminami, butelką pogardy oraz dochodzącymi nas dźwiękami orkiestry, wygrywającej gdzieś w pobliżu na jakiejś defiladzie patriotyczne melodie. Nie byłam może w szczytowej formie, mam jednak nadzieję, że nikomu nastroju nie kiepściłam. Bo, jak tak patrzę na siebie na zdjęciach kolegów, to minę mam nietęgą :P Ale, wbrew pozorom może, takiego dnia właśnie było mi trzeba :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Zlot Reconnet wiosna 2014

Z niemałą satysfakcją mogę niniejszym odnotować fakt mego ponownego udziału w kolejnym zlocie forum survivalowo-turystyczno-militarnego reconnet.pl :) Organizatorem był Bubel - i spisał się rewelacyjnie, no poza wymyślną i skomplikowaną konstrukcją latryny, na której sposób obsługi można było nie wpaść :P Ale, żeby nie było - nie taki znowu Bubel bubel! Zlot rewelacyjny, udany i intensywnie przeżyty! :D

Tegoroczne wiosenne wydanie zlotu miało, tradycyjnie już chyba, charakter kulturalnego, spirytualistycznego spotkania przy ognisku w rodzinnej atmosferze ;] Niektórzy owej kultury łyknęli więcej, inni mniej, niektórzy byli wysyłani do lasu przez żony, by nabrali ogłady, inni, by żony mogły ich poznać, atmosferę zlotową starali się maksymalnie podtrzymać nawet w drodze powrotnej. Bo, co trzeba w tym miejscu podkreślić, na zlot zdecydowanie nie jedzie się dla przyjemności. Taka impreza grozi wręcz utratą zdrowia ;] Niemniej, ponieważ społeczność survivalowa wie, jak przetrwać (jak udowadniał jeden ze zlotowiczów, dwa dni bez jedzenia można, ale pić już zdecydowanie trzeba), poza pojedynczymi przypadkami utrat świadomości, wszyscy wszystko mają na miejscu i niczego im nie brakuje.


Mogłabym jeszcze tak długo, ale to tylko pół prawdy o tym zacnym spotkaniu :) Tak naprawdę, poza wymiarem  integracyjnym i rekreacyjnym, pojawił się również wymiar dydaktyczny. W sobotę miały miejsce warsztaty powiązane z tematyką survivalową. Ten z ostrzenia noży, prowadzony przez szacownego Dottore, poprzedzony był prelekcją dotyczącą rodzajów ostrzy w ogóle.



Dla laików takich jak ja była to cenna lekcja, dla nieco bardziej obeznanych z tematyką pewnie też, bo samo przebywanie w towarzystwie Doktora to przyjemność i wyróżnienie... ;P (ale nóż finalnie naostrzył mi Bubel i Qasz :]) Później chętni udali się pod przewodnictwem Mr. Wilsona na spacer po okolicy, podczas którego dane było poznać nam wiele pozornie pospolitych roślin, o których zastosowania (przede wszystkim zaś możliwość konsumpcji) nikt by ich jednak nie podejrzewał. Starałam się z nich wynieść maksymalnie dużo, kosztowałam czego mogłam. Dzięki temu, że tym razem na zlot wzięłam aparat, wskazywanym roślinom robiłam zdjęcia i nawet jeśli nie wszystkie nazwy i informacje zapamiętałam (bo w tak krótkim czasie to jest chyba niewykonalne :)), to fotografie ułatwią mi teraz identyfikację.


 Mam nadzieję, że będzie mi dane kiedyś posiąść taką wiedzę w zakresie dzikich roślin jadalnych, że będę mogła wyjść do lasu na dzień i nie wrócić głodna - bo nie śmiem nawet pomyśleć o dłuższym wypadzie, na miarę Mr. Wilsona - Człowieka Legendy ;] Nie dane mi było skorzystać z całych warsztatów z roślin, bo w pewnym momencie, kiedy ponoć zmierzaliśmy już grupą do obozowiska, poszłam nieco szybciej wraz z Karudą - dziewczyną o niesamowitej wiedzy w zakresie m.in. kultury słowiańskiej, którą przy ognisku wykorzystywała, umilając nam czas pieśniami i przyśpiewkami ludowymi - i grupa gdzieś nam zaginęła. Jednak, czego się dowiedziałam to moje i nie oddam ;) Ale tego dnia chciałam więcej. Wyczekiwałam zaplanowanych w następnej kolejności warsztatów z oprawiania zwierzyny - wiedza, którą miałam na nich posiąść, chyba najpewniej będzie przeze mnie wykorzystana w przyszłości, z racji moich zakusów na posiadanie zwierząt hodowlanych. Nie przejechałam się na swoich oczekiwaniach. Przede wszystkim, została grupce uczestników zapodana pewna dawka wiedzy teoretycznej, później zaś praktycznej. Miałam okazję skonfrontować swoje chęci z możliwościami, wiem już, w jakim zakresie i co muszę opanować, by kiedyś móc teorię przełożyć na praktykę we własnym, codziennym życiu. No i, co może najistotniejsze w tym wszystkim, nie zawiedli mnie ludzie. Cieszy mnie to, że mam okazję obcować z tak normalnymi i rozsądnymi osobami, umiejącymi się zachować odpowiednio do sytuacji :)


Warsztaty z pierwszej pomocy, prowadzone przez AP, były tylko potwierdzeniem tego, że do lasu nie pojechała banda czterdziestu ludziów w celu jednym. Wiele osób z zainteresowaniem słuchało rzeczowego i niezwykle ciekawego wykładu dotyczącego udzielania pierwszej pomocy, tym bardziej, że leżała przed nami Mała Ania lat ponad piętnaście (a później i noworodek z pniaczka), na której wszystko było profesjonalnie prezentowane. Dobrze jest sobie odświeżyć tak ważne, a niedokładnie przyswojone niegdyś na PO w liceum wiadomości, tym bardziej, że można się pokusić o stwierdzenie, iż są one wręcz kluczowe w całej sztuce przetrwania. Dowiedzieliśmy się, w jakiej kolejności, w jaki sposób i jak podjąć konkretne działania w przypadku ratowania życia. Pojawiało się wiele pytań od publiczności i przytaczanych przykładów z życia codziennego, których AP dzielnie i z uwagą wysłuchiwał. Widać po nim, że to człowiek z pasją i zaangażowaniem oddający się temu, co robi na co dzień... Dobrze, że tacy ludzie są pośród nas ;)


Niestety, i te warsztaty pod koniec opuściłam - trochę zmarzłam i zgłodniałam, mój umysł wysycony wcześniej substancjami wszelkimi (wiedzą, wiedzą! :P) też zaczynał się już buntować i nie przyswajał na tyle sprawnie, bym mogła z warsztatów skorzystać bardziej. Obawiając się zatem, że chcąc w niego wtłoczyć nazbyt dużo wszystko pokićkam i pomieszam (a wiadomo, że mieszanie szkodzi), odpuściłam sobie już edukowanie się tego dnia - tym samym opuszczając warsztaty Mr. Wilsona z technik rozpalania ognia, czego oczywiście trochę mi żal, bo przechodząc obok ciasnego kółeczka zainteresowanych, skupionych wokół Prowadzącego i jego bogato wyposażonego stanowiska, widziałam, że omija mnie naprawdę potężna porcja niesamowicie ciekawej wiedzy. Ale, inaczej się nie dało. Bezczelnie liczę na to, że nadarzy się jeszcze okazja ku temu, by się tego wszystkiego dowiedzieć i popróbować, albo chociaż cokolwiek podpatrzeć :)



Mówiąc o warsztatach, nie można nie wspomnieć o innych umiejętnościach prezentowanych i wykorzystywanych przez Uczestników podczas zlotu. Mam tu na myśli polową kuźnię i wykuwane w niej cudeńka użytkowe (noże, krzesiwa), wędzarkę, z której wydobywały się takie zapachy, że ślinka sama ciekła (bo tym razem nie dane mi było niczego skosztować, przegapiłam lub nie byłam w stanie pomieścić ani kapki więcej zlotowych specjałów - nawet szynka wręczona mi w dniu wyjazdu przez Gawrona po chwili gdzieś się rozpłynęła :D), rzeźbienie w drewnie (i w tym miejscu muszę, MUSZĘ gorąco podziękować szczególnie Rajmundowi, Thrackanowi, Pingwinowi i innym zaangażowanym, pomocnym i życzliwym - przepraszam, ale sama też próbowałam się wówczas angażować i skupić, także mogłam w tym momencie kogoś pominąć :]), budowę pieca, oraz pokazy kulinarne Mistrzów Podniebienia, finalnie kończące się degustacjami - w tym chilli, rosół, gotowane kozie mięso, królik w ziołach na winie, placuszki z pokrzywy i makaron z sosem z zieloną wkładką, kawa. Pozostając w temacie, muszę nadmienić, że gigantyczny stół był tak suto zastawiony wszelkimi domowymi specjałami, że nie wiadomo było nawet, z której strony do niego podejść :)


Było jeszcze ponoć strzelanie z armatki ziemniaczanej, ale dowiedziałam się o tym, gdy zasłyszałam strzały gdzieś w oddali - także się nie wypowiadam bo nie widziałam. A, i lekcje śpiewania były - szczególnie w pamięć zapadły mi próby rozśpiewania towarzystwa przez Grigora ;) Przy akompaniamencie gitary dzierżonej przez Mikiego i później Dźwiedzia, próbowano wielokrotnie zaśpiewać cokolwiek z forumowego śpiewnika od początku do końca, ale udało się to tylko w przypadku "Leśnych opowieści". Poza nimi królowały chryzantemy, róże czerwone i tego typu piosnki :)

No. Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam... A jeśli, to na pewno z czasem, w najmniej oczekiwanym momencie mi się przypomni - i idąc do sklepu będę się pokładać ze śmiechu na wspomnienie poszczególnych sytuacji i tekstów, mile wspominać ogniskowe pogawędki, sesje zdjęciowe, sesje kulturalne i tak dalej. Bo były to takie trzy dni w moim życiu, do których będę wracać i nie będę żałować. A nawet będę dumna :]


wtorek, 15 października 2013

Beskid Śląski. Trzy dni, tysiące wrażeń.

Samotnie

Punkt 5:00 dzwoni budzik. Za oknem jeszcze ciemno, przejaśniać się zacznie za jakieś pół godziny. Leżę chwilę, zamroczona jeszcze żywymi, irracjonalnymi sennymi kreacjami umysłu, wreszcie wstaję. Najwyższa pora, w końcu po szóstej mam busa do Bielska Białej, umówiłam się z ludźmi na stacji... Kolejne minuty upływają na zbieraniu się bez większego ładu, jedzeniu, dopakowywaniu ostatnich rzeczy na wyprawę, sprawdzaniu jeszcze raz połączeń i namiarów na miejscówkę. W którymś momencie już widzę, że na najbliższego busa na dworcu nie zdążę. Obczajam kolejne połączenia. Nie bardzo wiem, skąd owe busy odjeżdżają - normalnie, z płyty dworca RDA czy spod Galerii? Trzeba by być na miejscu ciutkę wcześniej, żeby się zorientować w sytuacji. Wychodzę z domu z nikłą nadzieją, że zdążę na autobus odjeżdżający o ósmej. Będę jechała pewnie tym jadącym 40 min później, jak go znajdę. Umysł zaprzątnięty mam myślami dotyczącymi rychłego poznania obcych mi na razie osób. Do tej pory zamieniłam dosłownie parę zdań przez telefon z jednym z nich, z innym parę słów na forum - ale ten się akurat rozchorował i nie jedzie. Niewiele wiem o nich, z wzajemnością z resztą. Wiem, że są facetami lubiącymi wyjść sobie w teren, z zainteresowaniami w jakiś sposób oscylującymi wokół tematyki bushcraftu, survivalu, łazikostwa - zwał jak zwał. To jest pasja, która zjednoczyła ich na forum, na którym przypadkiem znalazłam się i ja... Jacy będą? Dogadamy się czy będę czuła się koszmarnie skrępowana? Będzie fajnie czy drętwo tak, że będę chciała stamtąd uciekać czym prędzej? Oczywiście zakładając, że nie ucieknę zanim ich w ogóle poznam ;)... Ale nie. Chcę ich poznać i chcę wyjść w góry. Będzie co będzie. Wsiadam w spóźniony autobus po ósmej i kawałek przed jedenastą jestem w obcym mieście.

Po drodze wysyłam sms-a, że dotrę później i żeby na mnie nie czekali. Na miejscu orientuję się w możliwościach dojazdu w pobliże miejscówki - Panowie wyszli już na szlak w stronę Klimczoka, ale Pasikonik, z którym jestem w kontakcie, proponuje, że na mnie poczekają. Okazuje się, że mogę miejskim autobusem podjechać pod Szyndzielnię - stamtąd miałabym już tylko kawałeczek na sąsiedni Klimczok. Tam też się umawiamy.

Autobus dowozi mnie do podnóży góry. Nie wiem czemu myślałam, że wyjedzie wyżej... Mogłabym wyjechać kolejką linową, ale nie zamierzam wydawać pieniędzy na taką "atrakcję". Wchodzę na czerwony szlak i w momencie dostaję zadyszki. Plecak nie waży 200 kilo, staram się zawsze maksymalnie ograniczyć się do niezbędnego minimum, ale tym razem mam cięższy i cieplejszy śpiwór, poza tym więcej jedzenia; we wskazanej miejscówce spędzę pierwszą noc, co do drugiej w terenie się zastanawiam, z resztą i o trzecią bym się pokusiła gdyby nie to, że nie wywiązałam się na czas z pewnego zadania i będę musiała wrócić wcześniej, by je dokończyć. Dwie noce to i tak dużo, tyle jeszcze w terenie nie byłam... Dysząc jak parowóz pędzę pod górę, martwiąc się, że mężczyźni będą musieli zbyt długo czekać na spóźnialską kobitkę. Po drodze próbuję znaleźć jakieś dogodne kijki dla ułatwienia wędrówki, tracę przy tym sporo czasu - powolni spacerowicze zostawiani w tyle już chwilę później mnie mijają, i tak wciąż i wciąż... Wreszcie mam kijki i zasuwam jak mogę, ledwo łapiąc oddech. Żeby więcej jak godzinę czekać nie musieli. Po drodze zatrzymuję się jednak na zrobienie kilku zdjęć, nie mogę sobie tego odmówić - świat wokół mnie jest niewypowiedzianie piękny. Bukowy las kipi wszystkimi odcieniami żółci, pomarańczu i złota, ściółka usłana jest rudym, miękkim dywanem, słońce przebijające się zza rozświetlonych koron i osrebrzonych pni rzuca na ścieżkę rozbiegane cienie. Czasem tylko pomiędzy drzewami jest większy prześwit - taki, że da się zobaczyć zbocze innej góry, niejednorodną plamę barw i faktur na tle błękitnego, prawie bezchmurnego nieba.


Do szczytu docieram czerwona i zdyszana. Krajobraz nieco się zmienia, pojawiają się trawy i więcej sosen. Docieram wreszcie do miejsca, gdzie kończy się trasa kolejki. Miejsce to przepełnione jest ludźmi, powietrze przesycone beztroską i kiczowatą muzyką z radia oraz zapachem grillowanych kiełbas. Na straganach z pamiątkami można dostać wszystko, związane z górami i nie tylko. Ot, taki urok popularnych turystycznie i łatwo dostępnych miejsc...


Idę dalej, na Szyndzielnię. W którymś momencie między mną a facetem z psem wywiązuje się miła pogawędka. Dowiaduję się, że facet, póki mieszkał niedaleko, co tydzień jeździł po tych górach rowerem. Teraz stara się tu przyjeżdżać z psiną, kiedy ma wolne w pracy - a pracuje w branży piwowarskiej, po imprezach gdzieś trzeba się zdetoksykować ;) W trakcie rozmowy docieramy pod schronisko na szczycie. Zachodzimy do niego ścieżką od tyłu, jednak kończy się ona nad wysokim murkiem. Próbuję po ogrodzeniu zejść na dół, facet z psem rezygnuje od razu i obchodzi schronisko dookoła. Wkrótce daję sobie spokój i idę w jego ślady.


W schronisku w toalecie uzupełniam wodą pustą już butelkę, w plecaku mam jeszcze 1,5l, ale skoro jest okazja, to wolę potem nie żałować, że nie skorzystałam. Później kieruję się już prawie prostą drogą na Klimczok, różnica wysokości pomiędzy szczytami jest niewielka. Po drodze skuszona masą orzeszków bukowych rozdeptywanych na ścieżce próbuję ich pierwszy raz w życiu. Wcześniej nie wiedziałam nawet, jak wyglądają. Smakują trochę jak młode orzechy laskowe, smaczne. Wreszcie wychodzę na szczyt... Jestem nieco zdziwiona, docieram na trawiastą polanę pełną turystów, naprzeciw niej jest kolejne wzniesienie, pomiędzy niecka wykorzystana jako stok narciarski. No ale jestem na Klimczoku... Rozsiadam się na trawie i czekam na Panów - w międzyczasie okazało się bowiem, że dotrę na szczyt przed nimi. Czekam... W kolejnym telefonie dowiaduję się, że Panowie dotarli i siedzą pod schroniskiem. Patrzę z przerażeniem przed siebie - schronisko znajduje się na przeciwległym zboczu, z mojej perspektywie koszmarnie stromym. No nic, trzeba podnieść zad i ruszyć naprzeciw nieznanemu :)


Pod schroniskiem wyciągam telefon i szukając zasięgu, rozglądam się nieznacznie na boki... Dwóch facetów odzianych moro siedzi niedaleko i spogląda na mnie. Uśmiechamy się do siebie, już wiemy że my to my ;) Poznaję towarzyszy dalszej wędrówki, Pasikonika i Johnny'ego. Jestem zaskoczona brakiem trzeciego, choć generalnie słyszałam już różne wersje na temat ilości osób mających brać udział w wypadzie - kolega forumowy, ten co się pochorował, nie chciał mnie chyba straszyć, że będzie aż tylu samców ;]

 ...I w większym gronie :)

Na Klimczoku siedzieliśmy sobie jeszcze chwilkę, wypiłam herbatkę i zebraliśmy się do dalszej drogi, na miejscówkę, gdzie miał czekać na nas Kamykus ze swoją psinką. Po drodze dowiedzieliśmy się, że ktoś już chyba nas uprzedził, z miejscówki dochodziły jakieś głosy... Kawałek szliśmy szlakiem, później Johnny poprowadził nas stromym zboczem na przełaj lasu - był tu tydzień wcześniej i szedł na pamięć, choć nawigacja w telefonie Pasikonika uparcie wskazywała, że z miejscówką lekko się rozmijamy ;) Johnny się jednak nie pomylił i dotarliśmy wreszcie do celu. Kamykus z psiną Azą faktycznie nie byli sami - przy ognisku zastaliśmy też czteroosobową ekipę z psem groźnie wyglądającym, acz o wyjątkowo przyjaznym usposobieniu:)


Z ekipą zapoznaliśmy się i zasiedliśmy wokół ogniska z przyjaznym nastawieniem. Wydaje mi się, że nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie. Do nas dołączył jeszcze brat Kamykusa. Co mogę powiedzieć o tym wspólnym biwakowaniu?... Tak wiele, że aż nic ;P Wszyscy pojedli, popili, pośmiali się i pogadali, nawet psiny całkiem dobrze się dogadywały (Aza wyraźnie wpadła Butchowi w oko). Ognisko paliło się do późna, poszłam spać koło 1 w nocy... Miałam dylemat, gdzie się rozbić ze swoimi gratami - w szalenie urokliwej chateczce - która w środku posiadała wszelkie luksusy, jak klepisko, pięterko na spanie, w miarę niedziurawy dach, okno a nawet niesprawny piecyk - czy po prostu przy ognisku, pod gołym niebem. Zdecydowałam się na tą drugą opcję, podobnie jak Johnny i jeden z kolegów z drugiej ekipy. Pozostali spali w chatce, namiocie i pod pałatkami WP - co kto wolał i miał. Noc była ciepła, niebo rozgwieżdżone, delikatny wiatr strącał kolejne liście i orzeszki... Towarzyszyły temu miarowe chrapanie ;), niuchanie rozbudzonego czymś Butcha i chwilowe okresy wzmożonej aktywności niektórych obozowiczów :), jakieś odległe ryki i szczekanie obcego psa, szmer koron drzew.


Noc, choć krótka i nie do końca przespana, była wyjątkowo przyjemna. O piątej obudziły mnie rozmowy dwójki z drugiej ekipy, pół godziny później, gdy zadzwonił budzik, otworzyłam całkiem oczy i nie wzgardziłam zaproponowaną herbatą. Stopniowo wybudzało się pozostałe towarzystwo. Po śniadanku nasza ekipa posiedziała jeszcze dłuższą chwilę, w końcu zebraliśmy się i ruszyliśmy z powrotem na Klimczok.


Brat Kamykusa opuścił nas wcześniej, sam Kamykus z Azą i Pasikonik na szczycie mieli odbić na Bielsko, nie mogąc sobie pozwolić na dłuższe pozostanie w terenie. My z Johnnym zdecydowaliśmy (no dobra, wymusiłam tą decyzję :P) udać się czerwonym szlakiem na Kotarz, przekimać gdzieś w terenie kolejną noc i w poniedziałek wrócić do Bielska, zahaczając po drodze o Błatnią. Po posileniu się i popiciu przy schronisku na szczycie, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, pożegnaliśmy się i poszliśmy w swoje strony...


 Nasz szlak wiódł zboczem w dół aż do Chaty Wuja Toma. Czas przyjemnie mijał na pogawędce, potykaniu się i podziwianiu widoków; później Johnny narażony był na moje liczne zatrzymania w drodze pod górę, gubienie kijków, zapominanie o aparacie... Na szczęście kolega myślał za mnie :P W drodze na szczyt, który okazał się nie tym szczytem, co trzeba, pozwoliliśmy sobie na jeden dłuższy odpoczynek z pięknym widokiem na rude zbocza naprzeciw nas.


 Słońce powoli miało się ku zachodowi, a Kotarz wciąż był przez nas niezdobyty. W końcu jednak się to udało i nieco poniżej szczytu zeszliśmy w las w poszukiwaniu odpowiedniej miejscówki na nocleg. Był zupełnie inny od tego, który widzieliśmy idąc szlakami, czy wcześniej, na pierwszą miejscówkę... Poryty dolinkami, poprzerzucany kamieniami i fragmentami skał - magiczny. Jeszcze bardziej wydał się taki po zapadnięciu zmroku... Wcześniej jednak Johnny uszykował eleganckie palenisko ze swoistym ekranem cieplnym, pomógł też, gdy straciłam wenę w rozbijaniu swojego poncha. Później rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy po kanapce z pieczonym boczkiem i trochę kabanosów, popijając piwem i herbatką miętową. Wokół nas kręciło się parę ciekawskich lisów. Siedzieliśmy jeszcze chwilę przy ogniu dopóki nie zmogły nas zmęczenie i senność. Każdy wpakował się do swojego spanka i tak dospaliśmy rana, nie niepokojeni odgłosami lasów (za to zafundowałam Johnny'emu trochę pochrapywania :D).


Rano wskrzesiliśmy nasze ognisko na nowo, już nie idąc na łatwiznę (wieczorem po prostu podpaliłam chusteczkę). Wilgotność powietrza była spora i chwilkę nam zeszło, właściwie mój wkład w rozniecanie ognia ograniczył się do dmuchania a potem dokładania drewna. Posililiśmy się i zebraliśmy (też niewcześnie) w dalszą drogę.


Czekało nas zejście do Brennej, gdzie planowaliśmy zrobić małe zakupy. Tam też nad rzeczką rozsiedliśmy się na chwilę, nabierając sił i ochoty na kolejne podejście, na Błatnią. W drodze pod górę musiałam zorganizować sobie nowe kijki, wraz z nimi zdobyłam kolejne skaleczenia na podziubanych dzień wcześniej łapach ;) Motywacji do lezienia pod górę nie miałam prawie żadnej, gdyby nie towarzystwo Johnny'ego, dałabym sobie spokój z tą górką, najprawdopodobniej na Kotarz też bym się nie dowlekła... No więc w końcu udało nam się na ów szczyt dotrzeć. Pogoda nie była już taka szałowa jak dzień wcześniej, z resztą na rozwalanie się na łące nie było czasu, musiałam o przyzwoitej porze dotrzeć do Krakowa... Nie napiłam się nawet gorącej herbatki, jak mi się marzyło, bo wrzątek w schronisku kosztował złotówkę a ja płacić nie zamierzałam. Zjedliśmy jeszcze po wafelku i kukurydzę z puszki, po zebraliśmy się do schodzenia w stronę Bielska.


Na przystanek autobusowy wskazany prze Kamykusa dotarliśmy minutę przed autobusem, idealnie :) Z rozpędu wsiadłam z kijkami, których pozbyłam się dopiero w okolicach dworca. Tam, w oczekiwaniu na mój autobus do Krk, zjedliśmy z Johnny'm po megaburgerze (czyli mała bułka z podwójnym mięsem, w przeciwieństwie do big burgera, który miał dużą bułkę i małe mięsko, co z resztą przez pomyłkę otrzymaliśmy) - był przepakowany surówką i miał mięso mało mięsne. Później pozostało się nam pożegnać i rozejść - ja do autobusu, Johnny na pociąg... Opuściłam Śląsk, zmęczona i wypoczęta, śmierdząca, rozczochrana i uśmiechnięta, zadowolona z pierwszej trzydniowej wędrówki, w zacnym towarzystwie w dodatku :)




Wszystkim Panom dziękuję za ciepłe przyjęcie i miłe towarzystwo :) Rozbawiło mnie Wasze gonienie Burków , gdybanie o miseczkach, łapanie za słówka i lisy rzucające się do gardeł, spodobała mi się gwara śląska, ujęła miłość do psa, zafascynowały historie z życia... Dziękuję Wam za ten czas, który pozwoliliście mi spędzić w swoim towarzystwie i w tak fantastycznych okolicznościach przyrody. Dzięki za kanapkę, boczek i napoje z francuskiej racji, za wspólne myślenie nad mapą i za wskazanie potencjalnych miejsc noclegu czy dojazdu komunikacji miejskiej, dzięki za dzielenie się wszystkim - bułkami, batonikami, winogronami i doświadczeniem przy rozbijaniu poncha, wiązaniu supełków, posługiwaniu się nożem i rozpalaniu ogniska:) Za rozmowy poważne i te trochę mniej, za wspólne dyszenie pod górkę... Za wspólnie spędzony czas, dzięki Wam ;)