Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bociany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bociany. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VI

Ten dzień również mieliśmy w zamiarze spędzić rowerowo, w czwórkę eksplorując kolejne urokliwe zakątki Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Warunkiem mojej jazdy była jednak wymiana roweru na inny ze stodoły, który po wymianie dętek z jego poprzednikiem, okazał się dużo milszym towarzyszem. Nie zmieniło to jednak faktu, że od paru dni wzmagające się złe samopoczucie osiągnęło tego ranka poziom krytyczny - poza złym nastrojem, potęgowanym przez wciąż towarzyszące mi rozterki, obawy i małe złostki, fizycznie kompletnie nie nadawałam się do wspólnej jazdy, o czym zrezygnowana poinformowałam R. pod pierwszym pagórkiem za naszym gospodarstwem. Było mi niedobrze i miałam wrażenie, jakbym świeżo zsiadła z karuzeli w wesołym miasteczku - a po karuzelach generalnie czuję się paskudnie. Zdecydowałam się odpuścić.

Chłopak został ze mną, choć jego towarzystwo chwilowo generowało tylko dodatkowe, niepotrzebne konflikty słowne. Wyszedł on bowiem z założenia, że po prostu źle się do wycieczki od samego początku nastawiłam i w tym upatrywał przyczyn mojej porażki, co wyjątkowo mnie rozsierdzało - jak się bowiem miałam źle nastawić, kiedy to tak bardzo chciałam zobaczyć mnogość ciekawych miejsc w SPK... Atmosfera była przez dłuższą chwilę nieciekawa, wreszcie osiągnęliśmy jakiś stopień porozumienia i postanowiliśmy ruszyć do przodu - ja wyciszona i uspokojona, R. bardziej wyrozumiały i z założenia cierpliwie wyczekujący mnie, pchającej rower, na szczycie każdego podjazdu. Obrana trasa liczyła zaś sobie zaledwie paręnaście kilometrów po najbliższej okolicy, nie przewidywała próby dogonienia Starszyzny, a w razie jakichkolwiek niedomagań miała być elastyczna i stale modyfikowana w odniesieniu do moich wątpliwych możliwości. W ten oto sposób zaliczyliśmy, jak się okazało, bardzo udaną wycieczkę rowerową, odpuszczając obustronnie wszelkie dalsze stresy na ten dzień.

Skierowaliśmy się w stronę, którą ostatnio wracaliśmy - żeby uniknąć poznanego już nieprzyjemnego podjazdu na ostatnich kilometrach powrotu. Przy pierwszej okazji, przed Udziejkiem, skręciliśmy jednak na prawo i w ten sposób dostaliśmy się pod zabytkowy młyn, wyraźnie świeżo wyremontowany.



Jeziora Kleszczowieckie

Dalej jechaliśmy szlakiem, który za młynem wiódł nas powolutku w stronę Smolnik. Zanim jednak tam dotarliśmy, jechaliśmy kawałek drogi niesamowicie pachnącym lasem, w którym to na naszej leśnej dróżce pojawiły się w pewnym momencie zagadkowe tropy psowatego. Wyraźnie nie był to mały spacerujący jork, a jakieś spore bydlę w biegu. Zastanawialiśmy się długo nad pochodzeniem tropów - były tak duże, że zaczęliśmy główkować, czy w tej okolicy pojawiają się wilki. Dziwne jednak było to, że tropy tak długi czas wiodły leśnym duktem, zamiast zboczyć w momencie w otaczający nas las... Cóż, bardziej spodziewałabym się jednak wilka, niż wilczura, który pędził chwilę później w naszą stronę za jadącym skuterem. Zagadka wyjaśniła się, rozwiązanie okazało się dość proste - jednak w odmiennych niż na co dzień warunkach wyobraźnia podsuwa różne scenariusze :)

Droga z lasu wywiodła nas na pola. Przed nami rozciągał się widok na bliższe i dalsze wzniesienia, przede wszystkim z daleka już widzieliśmy wyjątkowo stromy podjazd, który nas czekał. To o nim wspominał Szymeon, gdy w pierwszych dniach pobytu wybrał się samotnie na rower, rezygnując z naszego jeziorka. Szymeon generalnie dużo jeździ i na nie byle jakim sprzęcie, zatem lubi wyzwania i do każdego podjazdu startuje z równym zapałem. Ten miał być jednym z dwóch, które wyczerpały go totalnie.

Ja z góry podejście do tematu odpuściłam, chłopak na mniej stromych fragmentach trasy próbował coś tam pedałować, bo nie należy do ludzi, którzy łatwo się poddają. Powierzyłam mu zatem mój aparat, by czekając na mnie gdzieś wyżej robił zdjęcia rozpościerającym się widokom, ja za ten czas zaś mogłam powolutku, w swoim tempie, krok po kroku wypychać mój sprzęt i tyłek do góry. A że z tego miejsca rozpościerał się fantastyczny widok na Jeziora Kleszczowieckie, to każde z nas było z tego układu zadowolone (tym bardziej, że po drodze dopadłam porastające gęsto skarpę jeżyny :))


Smolniki

Tym niespiesznym tempem dotarliśmy wreszcie do Smolnik. Tam pozwoliliśmy sobie na chwilowy odpoczynek, zakup mapy parku (na pamiątkę) i opłacenie dwóch wejściówek na punkt widokowy "U Pana Tadeusza", który swą nazwę zawdzięcza kręceniu scen do filmu o wspomnianym literackim bohaterze. Widoki rozpościerające się z drewnianej wiaty generalnie niewiele się różniły od tych widzianych poprzednio, nie wiem nawet, czy tamte, z polnej drogi otoczonej polnymi zaroślami nie bardziej mnie urzekły... Ale na takie widoki zawsze patrzeć można, nawet za cenę dwóch złotych ;)

To niewielkie mokradło mijaliśmy jeszcze w drodze do Smolnik
W Smolnikach mieliśmy chwilę wahania co do dalszego przebiegu naszej przejażdżki - okrutnie marzyło mi się pojechanie kawałek dalej, na Starą Hańczę, skąd, w otoczeniu pomników przyrody dworskiego parku, miał się roztaczać widok na jezioro Hańczę. Ze względu na moje niepewne siły i fakt, że tylko my byliśmy w posiadaniu kluczy do pokoi, zdecydowaliśmy jednak udać się już w drogę powrotną, wiodącą tym razem przez Kleszczówek. Jako że Smolniki są położone dość wysoko w regionie, na asfalcie wiodącym przez wieś można było osiągać naprawdę szalone prędkości zjazdu. Właściwie ledwo zauważyłam tablicę z nazwą miejscowości, a już chwilę później minęliśmy tablicę oznaczającą wyjazd ze wsi. Później mieliśmy już tylko zgodnie z mapą dotrzeć do głównej asfaltowej wiodącej na Litwę, którą, w przeciwnym kierunku, udać się mieliśmy do Gulbieniszek i stamtąd już prosto do naszego gospodarstwa. Po drodze, z bardziej interesujących zjawisk, minęliśmy jeszcze tylko pole wymarłych brzózek sterczących z wysokich, mokrych traw (wyraźnie niedawno powstałe rozlewisko), a później widok stada krów spędzanego z pola na asfalt z pomocą zjadliwego kundelka sięgającego połowy łydek, który, niczym pies pasterski, poganiał bardziej oporne mućki i nawracał te zbaczające z trasy.


Do gospodarstwa, mimo obaw, dotarliśmy tuż przed powrotem Starszyzny. Okazało się, że podczas gdy my zrobiliśmy (bezspornie dzięki mnie) niecałe 17km, oni zdążyli w podobnym czasie pokonać ponad 40, objeżdżając właściwie cały Suwalski Park Krajobrazowy dookoła - co w kontekście walorów widokowych i tak im nic nie dało, bo, jak to powiedziała Starsza, "przy Szymku nie miała czasu rozglądać się na boki".

Przed zachodem słońca rozpaliliśmy grilla, by standardowo posilić się kiełbaską, uraczyć karkówką i nawodnić piwem. Zdążyłam jeszcze na chwilę odejść od towarzystwa pod sosnowy lasek, gdzie zaraz wszelkie troski wyleciały mi z głowy - podeszłam bowiem niechcący pod sosnową gałąź, zawieszoną 1,5m nad moją głową, skąd prosto z nad mojej głowy zerwał się do lotu bocian. Chciałam go jeszcze raz z tak bliska zobaczyć, kucnęłam zatem cichutko w zaroślach i obserwowałam, jak zatacza kręgi wokół lasku - nie był jednak najwyraźniej na tyle głupi by nie zauważyć, że coś w las weszło a nic z niego nie wyszło, i po parunastu okrążeniach odpuścił sobie powrót na swą ulubioną miejscówkę.


Zachód słońca przystroił tego wieczoru niebo w bardziej pastelowe szaty niż zwykle, natomiast późniejszy księżyc zawisły na granatowym niebie świecił bliskim, pomarańczowym światłem, zwiastującym niespokojną noc szamotaną wiatrami i burzami. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że po nocy zostało w nas tylko zacierające się szybko wrażenie nocnej deszczowej melodii.







środa, 28 sierpnia 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień III

Tego ranka obudziłam się bardzo wcześnie. Wyrywało mnie z łóżka, żeby zobaczyć wschód słońca z oddalonej od naszego siedliska o dwa kilometry Góry Cisowej. Poddałam się jednak, gdy do mojego pomysłu nie przekonałam rozespanego chłopaka - a sama nie miałabym sumienia iść, jakoś się o mnie martwi, gdy jesteśmy razem. Nie chciałam swoim samotnym wyjściem gwarantować sobie spapranej atmosfery na cały dzień. Odpuściłam zatem i położyłam się znowu spać. Wstaliśmy koło dziewiątej.

Zlot bociani

Po śniadaniu wyszliśmy się przejść. Doszliśmy niedaleko, bo tylko do rozwidlenia dróg, gdzie stanęliśmy jak wryci. Nad drzewami, niemal nad naszymi głowami, niziutko kołowało około 10 bocianów. Luby zrozumiał, że w takiej sytuacji aparat bardzo by mnie uszczęśliwił, z resztą - sam był pod tak wielkim wrażeniem tego, co zobaczyliśmy, że bez słowa pobiegł do gospodarstwa.

Nie było go dobrą chwilę; rozwidlenie okazało się być dalej, niż się spodziewaliśmy. W międzyczasie do kołujących bocianów dolatywały kolejne; gdy nazbierało się ich 16, jeden wyszedł z koła i poszybował na wschód. Pozostałe jak na komendę ułożyły się w luźny szyk i pofrunęły za nim. Chłopaka nie było widać. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą aparatu - boćki szybowały tak nisko... Z drugiej strony widziałam to na własne oczy, doświadczyłam tego całą sobą i wspomnienie tych chwil nie jest z rodzaju tych, o których się prędko zapomina. Wracałam powoli na rozwidlenie, by wyjść choć trochę biegnącemu chłopakowi naprzeciw. Wtedy dostrzegłam moje bociany kołującej dalej, nad polami. Chłopak dobiegł do mnie i razem udaliśmy się w stronę bocianiego zlotu. Tu niestety szybowały znacznie wyżej, mój aparat bez przybliżenia nie był w stanie zrobić im dobrego zdjęcia. Pozwoliłam sobie jednak zrobić ich całe mnóstwo, by choć na jednym było widać, że to w ogóle bociany, a nie jakieś gołębie... Już w domu, przeglądając fotografie, naliczyłam się 20 boćków.


Nie jest to może szalony wynik, jak na możliwości bocianie, ale ja pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego. W moich najbliższych okolicach ciężko na co dzień choć jednego bociana zobaczyć... Szkoda, że nie mogłam zostać dłużej i być świadkiem prawdziwego bocianiego sejmiku.

Nasze jezioro

Jezioro Sumowo nie należy do tych największych, ale jest bardzo urokliwe, a jego powierzchnia i okoliczne widoki starczają na parogodzinne dryfowanie kajakiem. Jest zarybione, można też się w nim kąpać.

Właśnie na kąpiel w jeziorze tego dnia była doskonała pogoda. Odzialiśmy się w stosowne stroje, wzięliśmy ręczniki i pałatkę do leżenia, ja dodatkowo porwałam przewodniki (nie lubię leżeć plackiem na słońcu). Doszliśmy nad brzeg jeziora gdzie ja, rozłożywszy pospiesznie graty, wlazłam zdecydowanie do wody. Okazała się zimna, ale nie lodowata. Nad znajomym brzegiem morza w Łebie zapewne wparowałabym z impetem między fale, tu jednak nie znałam podłoża i wolałam z ostrożnością stawiać krok po kroku. Dno okazało się bardzo łagodnie opadać w dół, z resztą jezioro ponoć w najgłębszym punkcie ma 8 m głębokości. Zaskoczeniem okazały się dla mnie natomiast podwodne rośliny, choć jako tako pousuwane w centralnym pasie zejścia do wody, to jednak czasem oplatające kostki i porywające klapki. A nadepnięcie gołą stopą na dno pełne mniejszych i większych istot żywych (małże i inne gadziny :)) jest, po paru latach braku styczności z jeziorami, specyficznym uczuciem :) W każdym razie o pływanie pokusiłam się tylko ja, Mój wszedł do wody po pas i zwiał, Starsza zamoczyła tylko stopy, jej chłopak zaś w ogóle z nami nie poszedł, wybierając przejażdżkę rowerową.

Po wyjściu z wody ległam na pałatce, i schnąc na słoneczku, wczytałam się w książkę. Więcej już do wody nie weszliśmy za czas całego pobytu, w sumie nie specjalnie; po prostu nie było okazji. Poszliśmy na chwilę do gospodarstwa po sandały, bo odpływające klapki były marnym pomysłem - i wróciliśmy stamtąd z kajakami. Zwodowaliśmy nasze środki transportu i wypłynęliśmy na jezioro. Siłę napędową stanowił Luby, ja z aparatem w dłoni wskazywałam mu, gdzie mógłby podpłynąć. Tak okrążyliśmy właściwie całe jezioro płynąc wzdłuż brzegu - od kwiatka do kwiatka, od trawki do trawki... Potem okazało się, że ze zdjęć nie wyszło żadne, bo przypadkowo ustawiłam zły tryb ;)


Po południu drugi raz udaliśmy się na jezioro, tym razem Starszej towarzyszył już Szymeon. Pływaliśmy aż do zachodu słońca, resztę wieczoru miło spędziliśmy przy ognisku, kiełbaskach i piwie.





Taka mała dygresja - przypomniało mi się, dlaczego Mojego mógł dzień wcześniej, podczas spaceru, boleć brzuch ;) Otóż chyba wracając z Szelmentu zahaczyliśmy o restaurację "Pod jelonkiem" w Jeleniewie (choć głowy nie daję sobie uciąć, że to było tego dnia - człowiek skutecznie wypiera ze świadomości nieprzyjemne wspomnienia ;)). Z racji przepełnionego ogródka weszliśmy do środka, gdzie przestrzenne wnętrze w barwach zgniłej zieleni naćkane było niewyszukanymi płaskorzeźbami w drzewie i motywami nawiązującymi do nazwy miejsca; na każdym stole stały nawet plastikowe jelonki oklejone słomą. No dobrze, nie nastawiajmy się, zajrzyjmy w kartę... Rodzeństwo zamówiło półmiski regionalne, ja z Szymeonem placki z dziczyzną. Przy barze (bo tam składało się zamówienie) zapytałam jeszcze, co to za rodzaj dziczyzny. Dowiedziałam się, że jeleń. Szymeon zaś początkowo miał ochotę na sielawę, ale przeszło mu, gdy dowiedział się, że jest mrożona (w sezonie!). Po jakimś czasie dostaliśmy nasze zamówienia. Placki ziemniaczane nie były złe w smaku, tylko w środku surowe. Gulasz miał mocno przyprawowy smak, niezły, ale zabijający smak potencjalnej dziczyzny, której skądinąd Szymeon znalazł na talerzu kawałków trzy, ja pięć - a w ogóle to smakowała jak rozgotowana wołowina. Jeleń chyba nie powinien tak smakować. Tak czy inaczej nasze dania były o niebo lepsze od "półmiska regionalnego" - żebym ja nie chciała skosztować czegoś z talerza Mojego, to się jeszcze nie zdarzyło. Pokusiłam się jedynie o kęsa kartacza, który zamiast normalnego mielonego mięsa w środku miał jakby mielonkę, po za tym, jak pozostałe "regionalne smaczki" walił starą fryturą. Ktoś, kto nie znał wcześniej prawdziwych smaków regionu, mógłby na zawsze się do nich zrazić; ja kartacze niegdyś jadłam, były pyszne. Babka ziemniaczana też nie wyglądała tak, jak powinna... W każdym razie nic dziwnego, że R. bolał brzuch. Mnie surowe placki nie ruszyły, sposobem żywienia już dawno uodporniłam sobie żołądek :)

Szczerze nie polecam nikomu tej restauracji, a już na pewno nie "półmisek regionalny". Nadmienię jeszcze tylko, że ze strony właścicieli dość bezczelne jest reklamowanie się w całym regionie (bo billboardy z ich reklamą widuje się tam co krok) hasłem: "Codziennie świeże ryby".


Tym niesmacznym akcentem zakończę, bo choć (nie na pewno) nie dotyczyło to nawet dnia trzeciego wyprawy, to jednak muszę wyrazić swoją opinię na temat tego miejsca. Po prostu szkoda niszczyć sobie prawdziwy smak Suwalszczyzny nieudanymi potrawami.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień II

Następny dzień zaczął się niespiesznie. Przy śniadaniu wstępnie ustaliliśmy plan dnia. Główną atrakcją miała być wycieczka rowerowa po Suwalskim Parku Krajobrazowym, przebiegająca wedle obczajonej przez mnie jeszcze w domu trasy. Pomysł wydawał się dobry, pogoda sprzyjała. Musieliśmy tylko z Moim pożyczyć od właścicieli rowery (Starszyzna miała swoje). Po wyciągnięciu ich ze stodoły okazało się jednak, że daleko na nich nie ujedziemy; każdemu z dostępnych czterech sztuk coś dolegało. Przede wszystkim koła były całkowicie sflaczałe. Niektórych dostępną pompką nie szło dopompować, u niektórych pompowanie było nieskuteczne przez przebite dętki. Ponadto rowery miały inne mniejsze i większe usterki, jak scentrowane koło, urwany hamulec i tak dalej. Mężczyźni postanowili przywrócić je do stanu używalności, ja plątałam się po obejściu, radośnie cykając zdjęcia, w przerwach wczytując się w użyczone przez właścicielkę przewodniki opowiadające historię regionu.


W tym czasie panowie kombinowali z pompowaniem, wreszcie zrezygnowani postanowili pozamieniać koła tak, by choć dwa rowery były doprowadzone do ładu. Niestety, męża właścicielki nie było, a ona sama nie miała kluczy do garażu, gdzie znajdowały się niezbędne do naprawy rowerów narzędzia. Ostatecznie zmuszeni byliśmy zmodyfikować plany na ten dzień. Zapadła decyzja o popływaniu kajakami na znajdującym się kawałek drogi od nas Szelmencie Wielkim.

Nie mieliśmy upatrzonego konkretnego punktu, gdzie można by wypożyczyć kajaki, toteż zdaliśmy się na wskazówki zapytanego o to po drodze mężczyznę. Pokierował nas dalej, na drugi brzeg jeziora. Dotarliśmy wreszcie pod straszący wyglądem ośrodek wczasowy "Szelment". Nasz kierowca poszedł zapytać o kajaki do recepcji, troje pasażerów wypakowało zaś swoje tyłki z samochodów dla rozruszania kości na betonowym podjeździe. Po chwili Szymeon wrócił do nas, niosąc nam cudowną wieść: kajaki CHYBA są, trzeba zapytać i ugadać się na dole. Hmm.. Po stromym zboczu, nad brzeg jeziora, prowadziły schodki ułożone z betonowych płyt, te rodzaju przeze mnie i Mego ulubione: "na półtora kroku". Minęliśmy zadowolonych wczasowiczów, przemierzyliśmy elegancko przystrzyżony trawniczek i dotarliśmy do młodzieńca (ratownika, ha ha), który przyznał, że kajaki są, ale żeby je wynająć, trzeba iść na górę (niekończącymi się, "półtorakrokowymi" schodami!) i zapłacić w recepcji. Obśmialiśmy recepcjonistkę, system i "Golgotę", na którą znowu oddelegowany został Szymeon. My rozsiedliśmy się w oczekiwaniu na jego powrót na przybrzeżnych murkach.


Kajakiem po Szelmencie Wielkim

Kajaki zostały pomyślnie wypożyczone i popłynęliśmy przed siebie. My z R., bogatsi o zeszłoroczne doświadczenia z jeziora Sarbsko (dużo by opowiadać... :)), nieco ostrożniej parliśmy przed siebie; gdy już byliśmy jednak pewni, że powrót "pod prąd" nie będzie walką o przetrwanie, zaczęliśmy podziwiać widoki dookoła i ścigać się ze Starszyzną do widzianej daleko przed nami wysepki. Gdy już do niej dotarliśmy, pokusiliśmy się o ambitny plan jej okrążenia, ale ta jak na złość okazała się nie wyspą, a przerośniętym cyplem. Skierowaliśmy się zatem dalej, gdzie z daleka upatrzyliśmy sobie brzeg wolny od gęstego sitowia.


Postanowiliśmy nieco odpocząć. Wyciągnęliśmy kajaki na mieliznę i rozsiedliśmy się na mojej pałatce. Pożywiliśmy się bułkami z serem i wypiliśmy herbatę z termosu - Luby dosłownie, postanowił sobie bowiem łyknąć prosto z metalowego gwinta. Skóra na brodzie lekko mu posiniała, przez resztę pobytu schodziła. Cóż, człowiek całe życie się uczy :)

Rozglądałam się na boki, karmiąc oczy naturą i robiąc kilka zdjęć. W jednym miejscu z lądu wypływał mały potok, który początkowo wzięliśmy za wgłębienie zatoczki. Wpływająca do nagrzanych wód jeziora była tak zimna, że nie byłam w stanie stanąć w nurcie. Boj Starszej postanowił w tym czasie odbić na lewo od nas na rozmowę telefoniczną. Wrócił z krwawiącą z niewidzialnej rany stopą. Po oględzinach okazało się, że przeciął się czymś pomiędzy palcami. Co lepiej jednak, krew w momencie wyczaiły 2-milimetrowe pijaweczki, które mnogo go przyozdobiły. Po tym odkryciu każde z nas się sobie uważnie przyjrzało - jedna tylko pijaweczka dopadła siostrę Mego. To nas jednak jakoś zmobilizowało do myślenia o powrocie. Wleźliśmy do kajaków i opuściliśmy urokliwą mieliznę.


Najbliższe okolice

Dobiliśmy brzegu kawałek po dwóch wykupionych godzinach pływania. Nie musieliśmy się na szczęście meldować pani z recepcji, zatem zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. W gospodarstwie każde z nas zajęło się czym chciało. Nie pamiętam, co robili inni, zaabsorbował mnie bowiem bez reszty ogród Gospodyni, gdzie robiłam naokoło zdjęcia kwiatkom, pszczołom, motylom i innym gadzinom :)


Zapewne czytałam również historię regionu, teraz ciężko mi odtworzyć dokładnie, kiedy czym się zajmowałam, jeśli nie ujęłam tego na zdjęciach ;) W każdym razie za cały pobyt przeczytałam dwa przewodniki i książkę o regionie napisaną przez jakiegoś lokalnego pisarza i miłośnika historii Suwalszczyzny. Wiem teraz tyle o tych okolicach, że może kiedyś co nieco o tym skrobnę ;) Wracając jednak do tamtego dnia, późnym popołudniem poszliśmy jeszcze na spacer po okolicy. Generalnie nie trzeba było daleko iść, by sycić oczy pięknymi widokami. Po drodze minęliśmy jeszcze mało zadowolone z tegoż faktu byki, pasące się swobodnie za pastuchem przy drodze, które zresztą i podczas późniejszych przechadzek podnosiły nam poziom adrenaliny. Specyficzne to bowiem uczucie, kiedy to prosto na Ciebie idą równo cztery byki z zamiarem złym - i tylko wspomnienie bólu, spowodowanego niegdyś niziutkim pastuchem elektrycznym, powstrzymuje je przed przekroczeniem cienkiego drucika, odgradzającego pastwisko od drogi.


Słońce miało się powoli ku zachodowi. Okolica powoli otulana była różowofioletową poświatą. Szliśmy trochę polnymi drogami, czasem przez jakieś mniejsze łączki i ścierniska. Nie zaszliśmy daleko - ot, do najbliższego jeziornego sąsiada. nad jego gospodarstwem otoczonym drzewami wznosiło się gniazdo piastujące młodego bociana. Obserwowaliśmy chwilę rodzica, który krążył w pobliżu, wreszcie zdecydował się dostarczyć młodzieńcowi jedzonko do gniazda. Młodzian, wcale niemały, peszył się jeszcze długo naszą obecnością, by wreszcie uznać, że może przy nas trochę pomlaskać. Większy w międzyczasie odleciał.


Wróciliśmy do domu. Po drodze chyba Mojego pobolewał brzuch z powodu czegoś wcześniej zjedzonego, ale nie pamiętam, co to tego dnia mogło być, z resztą - w ogóle prawdopodobnie działo się to podczas innego spaceru, którego nie uwieczniłam na zdjęciach, a przynajmniej nie mogę go ulokować w pamięci. W każdym razie wieczorem pokusiliśmy się na kiełbaski prosto z ogniska, tym miłym akcentem zakańczając drugi dzień naszego wyjazdu.