Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nocleg w terenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nocleg w terenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2015

Dzień Niepodległości, Jungla Sosnowiecka

Po kolejnym nużącym, trudnym tygodniu, nawet miejsce przy toalecie mi nie przeszkadzało. Pociąg zatrzymywał się na każdej stacji, przez co jazda była nieco przydługa - w każdym razie wystarczająco długa, by zmorzył mnie sen. Ale w autobusie powrotnym po pracy też zdarza mi się odpłynąć.
Coś mnie otrzeźwiło; może dzwonek telefonu jednego z pasażerów - dźwięk sonaru i informacja "Twoja kobieta Cię namierza", może przechodzący bezdomny, który wcześniej jakoś wybronił się przed chcącym go wysadzić na którejś tam stacji konduktorem, może spuszczana w toalecie woda. Dojeżdżałam do stacji w Mysłowicach, a że właśnie na niej miałam wysiąść, poszłam jeszcze skorzystać z "cywilizowanych warunków", nim się znalazłam w lesie.

Doczu przypomniał mi, że przy stacji jest Biedronka. Zadeklarowałam dostarczenie jajec na planowaną poranną jajecznicę, a że będąc na przerwie od pracy w sklepie zapomniałam ich kupić, potem nie miałam czasu, musiałam je nabyć na miejscu. Gdy już robiłam zakupy, zadzwonił mi telefon; okazało się, że Panowie postanowili wyjść mi naprzeciw i są pod stacją. Wrócili się więc i po przywitaniu się z Doczem, SmileOnem i soohy'm zakupowaliśmy dalej wspólnie. Doposażeni w co trzeba ruszyliśmy na miejscówkę.

Po drodze SmileOn koniecznie chciał ponieść mój plecak, nie ufając moim zapewnieniom, że jest lekki. Był lekki ;) Brak plecaka na plecach nie poprawił najwyraźniej mojej statyki, skoro jako jedyna z towarzystwa (a towarzystwo bawiło przecież w lesie już dobrą chwilę) postanowiłam wyrżnąć znienacka na skarpie. Siatka z zakupami się potargała, fasolka potoczyła gdzieś na dół, biodro obite, ale przynajmniej jajka całe ;)

Po zejściu z mostu weszliśmy w Junglę. Sosnowiecka Jungla to miejsce słynne z tego, że dżungla, i niesłynne z tego, że sosnowiecka. Mimo to miejsce zacne. Zostawiliśmy Docza w tyle i poszliśmy tak, że na miejscówce przywitał nas Willow, Wolfshadow i Doczu we własnej osobie ;) Rozsiadłam się na kłodzie. W poświacie płonącego ogniska, tudzież stylowych lampionów porozwieszanych na drzewach tu i ówdzie, szybko zarejestrowałam kulinarne rarytasy czekające na mój wygłodzony żołądek. Nie wiedziałam, co pierwsze degustować, pochłonęłam więc w losowej kolejności kiełbasę, nogę pieczonego nad ogniem królika, oraz mamałygę z bryndzą i rumuńskie kiełbaski Willow'a. Samo dobro! Zadegustowałam też domowego piwa autorstwa Wolfshadow'a i nie odmówiłam łyczka Doczowej herbatki. Ta jednak, po okresie abstynencji, okazała się dla mnie nazbyt zacna ;)


Siedzieliśmy wieczorem długo. Pogoda dopisywała, tj prócz wiatru miotającego dymem w siedzących, na nic nie można było narzekać, ciepło, nie lało... Dopiero zdaje się w nocy popadało coś konkretniej.

Nie pamiętam, czy to właśnie jakaś chwilowa mżawka zmobilizowała mnie do rozbijania leża, w każdym razie nie wzięłam się za to, jak zwykle, od razu po przyjściu na miejscówkę. Tym razem rozbić się miałam - wedle rekomendacji SmileOna, od którego dostałam w podarunku m.in. hamak (dziękuję! :)) - właśnie tym hamakiem w około dwie minuty. Zeszło nam nieco dłużej ;] Co prawda, już na zlocie próba rozbicia dla mnie pożyczanego hamaka okazała się pomysłem niefortunnym, nikt jednak nie przewidział, że to nie był przypadek i ja po prostu MAM spać na glebie albo wcale. Pomagający mi się rozbić SmileOn nie poddawał się jednak i wiązał coraz to mocniejsze sznurki, kiedy poprzednie jedne za drugimi się rozrywały. Za dużo zjadłam :P Finalnie jednak, po kolejnych staraniach i próbach hamak zawisł i nie zerwał się od razu, co rokowało już na przynajmniej częściowo przespaną noc. Wróciliśmy do ogniska.


W którymś momencie dołączyła do nas koleżanka Docza. W powiększonym gronie siedzieliśmy jeszcze długo, wreszcie zaczęliśmy się powoli wykruszać. Tak więc i ja poszłam w pewnym momencie spać i tym razem już nie wróciłam (zawijałam się ze dwa razy). Zasnęłam wkrótce i pierwszy raz od dawien dawna nie miałam w nocy rozkmin w trakcie chwilowych przebudzeń "na który boczek się teraz obrócić, żeby się cokolwiek rozgrzać". Zła passa minęła i nie tylko spałam wygodnie, ale i stosunkowo długo. No i nie obudziło mnie twarde lądowanie :)



Następnego dnia zaczęło się spokojnie. Po trosze dobudzaliśmy się i docieraliśmy pod płonące już palenisko. Nie byłam pierwsza, ale chyba też nie ostatnia. Plan dnia był dobry: najpierw jajecznica, potem kluski tlone i wreszcie zupa cebulowa ;) Oczywiście, wszystko iście po leśnemu; w jajecznicy doszukać się więc można było jajek, ale nie brakowało również czerwonej cebuli, majeranku, czosnku, pasty z pomidorów suszonych i oliwek oraz przypraw inszych. Zupa cebulowa to już zupełna fuzja smaków: cebula, marchew, kapusta biała, fasola czerwona z puszki, czosnek, woda po kiszonym czosnku niedźwiedzim Docza, którym częstował wcześniej, przyprawy, ostra pasta paprykowa, korpusik króliczy, kiełbaska. Wszystko w ilościach przypadkowych. Tlone były dla równowagi mało skomplikowane, jak ich tradycyjna receptura nakazuje: mąka uprzednio uprażona na ogniu z odrobiną soli zalewana była po trosze wrzątkiem i tak powstająca gęsta breja mieszana łyżką nabierać miała formy grudowatych kluch. Danie w końcowej fazie wzbogacone jeszcze zostało w skwarki z wędzonej nad dymem słoninki. Smakowo bardzo ciekawe, konsystencja troszkę może zbyt "aksamitna", być może ze względu na rodzaj użytej mąki. Nie znałam tego wcześniej, z chęcią posmakuję jeszcze nie raz. Rzecz przynajmniej do powtórzenia, w przeciwieństwie do takiej np. cebulowej ;)


Nietrudno zauważyć, że jedzenia mieliśmy więcej, niż mocy przerobowej. Pomimo więc tego, że cały czas coś ktoś jadł (bo przecież, prócz dań ciepłych, nie brakowało też takiego kiszonego czosnku niedźwiedziego, czy też smalczyku Docza - mniam!), to po południu, gdy już się zbieraliśmy, reszta zupy rozdysponowana została między SmileOn'a i soohy'ego, którzy wzięli ją na niezmarnowanie. Było coś po 16-tej, gdy opuściliśmy Junglę; załapałam się na transport powrotny z Willow'em, który przyjechał z Krk samochodem.



Niezwykły to był dzień; świetni ludzie, smaczne jedzenie, spokój, cisza niemącona niczym innym, jak naszymi rozkminami, butelką pogardy oraz dochodzącymi nas dźwiękami orkiestry, wygrywającej gdzieś w pobliżu na jakiejś defiladzie patriotyczne melodie. Nie byłam może w szczytowej formie, mam jednak nadzieję, że nikomu nastroju nie kiepściłam. Bo, jak tak patrzę na siebie na zdjęciach kolegów, to minę mam nietęgą :P Ale, wbrew pozorom może, takiego dnia właśnie było mi trzeba :)

poniedziałek, 12 maja 2014

Mazowiecki Park Krajobrazowy - dzień I

Wizja połączenia koniecznego-i-pożytecznego z pożytecznym-acz-przyjemnym, wykreowała się w moim umyśle już jakiś czas temu. Właściwie to jeszcze w styczniu, kiedy to termin następnej kontrolnej wizyty lekarskiej wytyczono mi na maj; od razu pomyślałam sobie, że tym razem będę chciała wyjazd do stolicy połączyć z jakimś leśnym wypadem - żal nie skorzystać, kiedy można liczyć na wsparcie finansowe przejazdu w te i wewte ze strony mamy, bo to przecież powód ważny, zdrowotny... Chwilę później postanowiłam: Mazowiecki Park Krajobrazowy! Nie był to przypadkowy wybór; pewnie nawet nie wiedziałabym o istnieniu tegoż, gdyby nie to, że kolega Dawid z bloga ludzkietropy.pl, którego regularnie od jakiegoś czasu odwiedzam, często bywa w tamtym rejonie i ze swoich wypraw zdaje później piękne i ciekawe relacje, którymi to zainspirowana, nabrałam wręcz dzikiej ochoty na poznanie tego niezwykle interesującego miejsca :)

Minął luty, marzec, kwiecień... W kwietniu był zlot forum reconnet.pl , który chwilowo pochłonął moją uwagę bez reszty, zatem snucie wizji na temat wypadu do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego zostawiłam sobie na później. W odpowiednim momencie uprzedziłam rodzinę i chłopaka, ba - nalegałam, żeby się ze mną wybrał, ale ostatecznie względy ekonomiczno-logistyczne przesądziły o tym, że wyprawę miałam odbyć samotnie... I nie martwiło mnie to szczególnie, nawet napawało pewną dozą dodatkowej ekscytacji - w końcu sama w terenie byłam zaledwie trzy razy i to niemal zaraz na początku mojego włóczenia się w ogóle, później zdarzały się już wypady w nieco większym gronie lub leśne imprezy - a ponieważ trochę za bardzo obca stała mi się ostatnio wizja samotnej nocy w lesie, jakaś taka nierealna i dziwna, wtórnie zdziczała i nieoswojona, to trzeba było możliwie szybko się przełamać i wybyć w nieznane ;]

Zasadnicze przygotowania i plany, dość nawet nieszczegółowo zakreślone, poczyniłam dzień przed wyjazdem. Wieczorem zakupiłam bilety do Warszawy na godzinę 5:32 następnego rana, w ostatniej chwili też, tuż przed zamknięciem Empiku, porwałam z półki mapę, przedstawiającą południowo-wschodnie okolice Warszawy, czyli obejmującą swym zasięgiem interesujący mnie obszar. Na kompletne spakowanie się nie miałam już za bardzo sił, kilka rzeczy zostawiłam sobie na rano - w tym zorganizowanie moskitiery ze starej firanki, odciągów do poncha z linek i gumek, rozpałki z dentystycznego wosku kleistego, który wiem, że gdzieś mam, ale nie wiem, gdzie... Kiedy rano (w nocy) zadzwonił budzik, dałam sobie jeszcze 10 minut snu - i tych dziesięciu minut brakło mi właśnie, by dopiąć wszystko na ostatni guzik (rozpałki na przykład nie wzięłam wcale). Toteż lekko mnie zdenerwował fakt, że gdy już dotarłam na dworzec, ba, gdy już siedziałam w pociągu, jego odjazd opóźniono o pół godziny, bo brakło jakiegoś podpisu na jakimś protokole i konduktor wraz z motorniczym latali po dworcu w te i wewte, żeby wszystko załatwić. No ale w końcu ruszyliśmy, a po samotnej podróży (w przedziale dopiero w późniejszym czasie dosiadły się jakieś dwie niewiasty), dojechaniu do Warszawy tylko parę minut po planowanym czasie, poczynieniu zakupów w postaci dwóch jabłek i batona, niemal bezproblemowym dotarciu do lekarza, szybkim i miłym przebiegu wizyty i, wreszcie, po powrocie do centrum, udałam się na stację Warszawa - Śródmieście, skąd pociągiem Szybkiej Kolei Mazowieckiej, za cenę biletu miejskiego, dotarłam do Otwocka B)


Otwock i Czerwona Droga

W rzeczonym miasteczku nie gościłam długo. Zatrzymałam się tylko na stacji, żeby moje leśne jedzonko na planowane 3-4 dni, w postaci kupionych wcześniej jabłek i połówki batona (druga posłużyła za śniadanie), 0,5 mineralnej, kilku herbatek cukru, uzupełnić o coś bardziej sensownego. Zakupiłam mały chlebek i smalczyk ze skwarkami. Później popełniłam kilka "dokumentacyjnych" zdjęć - zabytkowemu budynkowi otwockiego dworca, oraz równie zabytkowym i urokliwym: wystającej pośród drzew wieży dróżniczej i budynkowi magistratu miasta. No i mijanej na szlaku, wiodącym już od stacji kolejowej, pięknej, drewnianej Willi Górewcza. Mam słabość do starych budynków, a tych drewnianych w szczególności. Poprzez siatkowe ogrodzenie błądziłam oczami po siedmioskrzydłowej, rozległej posiadłości, wlepiałam z zachwytem wzrok w ażurowe drewniane zdobienia, przeszklone tarasy... Budynek zachwyca i zapada w pamięć; po powrocie dowiedziałam się, jaka jest jego historia, że jest wybudowany w charakterystycznym dla regionu stylu, oraz, co smutne, że teraz stoi i niszczeje... Mam nadzieję, że ktoś bogaty ale nie bezwzględny odkryje zakurzony potencjał tego miejsca i tchnie w nie nowego ducha. Ja bym tak zrobiła B)


Pierwszym punktem na wytyczonej przeze mnie z grubsza trasie, który koniecznie chciałam zrealizować, było dotarcie do Jeziora Torfy. Gdy, przemieszczając się czarnym szlakiem, wydostałam się już z miejskich zabudowań i weszłam w las, zachmurzone niebo nie wróżyło niczego dobrego. Zasadniczo byłam psychicznie przygotowana na przelotne opady deszczu, z przygotowań rzeczowych ograniczyłam się do wzięcia poncha (pod którym i tak podczas większości wypadów sypiam) i założenia skórzanych butów górskich, mojego ostatniego, zimowego nabytku. Nie pomyliłam się, że sprawdzą się one lepiej podczas deszczu niż adidasy - choć i tak nie pokusiłam się o ich ponowną impregnację i nie okazały się wodoszczelne... Stało się bowiem tak, że gdy tylko zaliczyłam ostry zakręt na Czerwoną Drogę, nad okolicę nadciągnęły zewsząd burzowe chmury, zerwał się silny wiatr, a po chwili zaczęło trzaskać piorunami i lunęło jak z cebra. W kilka chwil zarzuciłam na siebie i bagaż na plecach poncho, ale z ruszeniem w trasę chwilę się ociągałam; bo może zaraz przejdzie, bo niby podczas burzy się kuca ze złączonymi nogami a nie chodzi... Ale ulewa przejść tak szybko jednak nie planowała, ze mnie spływały już kaskady wody, a że podczas burzy w ogóle się w lesie nie przebywa a ja właśnie w lesie byłam, to i postanowiłam ruszyć naprzód. Szybko spływająca ze mnie woda skutecznie przemoczyła mi nogawki spodni - tak poniżej kolan, jak i powyżej, bo zaciekała mi bokami przez silny wiatr i to, że generalnie jedno poncho na mnie i plecak okazało się być niewystarczające (a pokrowca na plecak oczywiście nie wzięłam :)). Jak nogawki spodni, to i portfel, i mapa trochę ucierpiały, ale generalnie połowę głowy i większy kawałek ciała uchowałam suchy - nie licząc faktu, że bokami woda dostawała się na wewnętrzną stronę, a i cokolwiek ciepło mi w tym wszystkim było ;) Zeszłam z Czerwonej Drogi a padać nie przestawało, choć pioruny już tak nie waliły naokoło. Pozostało mi kluczyć obrzeżami dość szerokiej, teraz kompletnie zalanej leśnej drogi i przeć naprzód, nie licząc na nic.

Jezioro Torfy

Całkiem znienacka przestało padać, jeszcze tylko coś tam kropiło - i równie niespodziewanie otworzył się w tym samym mniej więcej czasie widok na dojście do jeziora. Nie spodziewałam się fajerwerków... I szczęka mi opadła. Nic tam, że nad taflą jeziora wisiały jeszcze chmury burzowe, że dotarłam nad brzeg dość późno, przemoczona, trochę już też głodna... Na poręczy od kładki wiodącej przez płytki, przybrzeżny kawałeczek torfowiska do platformy widokowej, rozwiesiłam byle jak poncho i pospieszyłam zachwycać się zastanymi rarytasami krajobrazowymi :)


W międzyczasie oczywiście całkowicie przestało padać, mało tego, chmury burzowe przesunęły się gdzieś na wschód, ustępując miejsca lżejszym, i przebijającemu zeń coraz śmielej słońcu. Nie mogąc się napatrzeć, zdecydowałam się rozłożyć w słonku poncho, buty i portfel do przeschnięcia, a samej rozciągnąć się na podeście i pogapić dłuższą chwilę w czarną taflę jeziora, kołujące nad nią ptactwo, dostojnego łabędzia w oddali i płochliwe kaczki, wreszcie otaczającą mnie ze wszystkich stron bujną roślinność nadbrzeżną. Zjadłam też pierwszy (nie licząc połowy batona w Warszawie) posiłek - kromkę ze smalcem i jabłko, pokręciłam trochę w te i wewte, poczytałam na tablicach informacyjnych o miejscu, w którym się znajdowałam. Jezioro powstało mianowicie w miejscu dawnej kopalni torfu, w wyniku podsiąkania wód gruntowych i dodatkowego zasilania wodami przez licznie tu występujące na torfowiskach źródełka. Jest płytkie (ale czarniutkie :)), żyje w nim kilka gatunków ryb, jednak jedzonka w jeziorze generalnie za wiele nie jest to i nie osiągają one gigantycznych rozmiarów. Wreszcie, jeśli dobrze pamiętam, jest to miejsce występowania naturalnie żółwia błotnego, łosie też gdzieś się tam czają w niedostępnej części rozlewiska i zarośli. A biorąc do kupy wszystkie  walory przyrodnicze, słusznie utworzono tu rezerwat przyrody "Na Torfach" :)


Gdzieś tak po godzinie 15, o ile się nie mylę, postanowiłam zebrać się w dalszą drogę. Spakowałam się, założyłam wilgotne buty i ruszyłam szlakiem wiodącym chwilę wzdłuż nieregularnej linii brzegowej - a właściwie wzdłuż szlaku, ale szlajając się ścieżkami ludzio-zwierzęcymi, lawirującymi między przybrzeżnymi mokradełkami, a kiedy te się znienacka kończyły, to "z kępki na kępkę". Dzięki temu pooglądałam jeszcze chwilę jezioro z innej perspektywy, a poza tym same mokradełka tak mnie ujęły za serce, że to im po cichu zadedykowałam moje dalsze wędrówki po Parku ;)


Szlak Borów Nadwiślańskich; Czarne Jeziorka i nocleg

Kawałek dalej mój dotychczasowy szlak skrzyżował się z niebieskim, lecącym nieco inną trasą z Otwocka. Nim dotarłam do niewielkich wód, na mapie zaznaczonych jako Czarne Jeziorka. Nazwa okazała się słuszna, bo woda zdawała się w nich być jeszcze czarniejsza niż w Jeziorze Torfy; stąd również z resztą torf wydobywano, barwa tafli jeziorek zatem nie stanowi zagadki. Miejsce okazało się również bardzo urokliwe, na tafli za zaroślami tłukły się dwa kaczory - do czasu, kiedy ich przypadkiem nie spłoszyłam, docierając przez rozmokły teren nad sam brzeg wód. Tu, towarzysząca mi od minuty mżawka, przerodziła się w kolejną ulewę, a ja tym samym straciłam wiarę w suchy i ciepły nocleg...


Kiedy zatem kawałek lasu dalej znów się rozpogodziło, postanowiłam wykorzystać ostatnie promienie słońca i przesuszyłam lekko poncho na ogrodzeniu mijanego młodnika, po czym zaczęłam rozglądać się za miejscem na nocleg. Znajdowałam się mniej więcej w tym miejscu, w którym się znajdować spodziewałam planując trasę, szlak w tym miejscu wiódł jednak dość pokaźnym leśnym duktem, a las był bardzo przejrzysty. Postanowiłam mimo to nie iść dalej tylko skorzystać z takich a nie innych warunków, w gruncie rzeczy promienie słońca pozytywnie mnie nastrajały, jakoś nie przeszkadzała mi wizja rozbicia się niemal na widoku - przelazłam tylko kawałek od drogi wgłąb lasu i rozłożyłam graty kawałek za niewielkim wzniesieniem, mającym mnie osłaniać przed niepożądanymi oczami. Wybrałam drzewa rosnące w dogodnej konfiguracji i wzięłam się za konstruowanie schronienia. Miało mi za nie posłużyć poncho, stara, śmierdząca piwniczną stęchlizną firanka (jako moskitiera) i siateczkowy hamak, którego jeszcze tak naprawdę nie testowałam, oraz, w razie niemożliwości przespania na nim całej nocy, zwijana karimata. Tą ostatnią próbowałam na początku rozścielić w rozwieszonym pomiędzy pniami hamaku, ale zdecydowanie nie było to udane rozwiązanie, poszła więc w odstawkę - miałam tylko nadzieję, że ner mi nie przewieje. Po rozwieszeniu hamaka rozpięłam nad nim poncho, formując dwuspadzisty daszek, a na koniec wzięłam się za rozwieszanie mojej moskitiery. Poszło mi to nadspodziewanie sprawnie i szybko, i choć efekt nie rzucał na kolana w aspekcie estetyki, to był nawet funkcjonalny - no może podczas gigantycznej ulewy fragmentarycznie wystająca spod poncha i częściowo spoczywająca na ściółce firanka nasiąknęła by wodą, zawilgacając mi bardziej krańce hamaka, ale te i tak by były mokre, bo poszłoby po linkach... Najważniejsze, że komary miały się obejść smakiem ;)


Przed godziną 19 schronienie miałam już gotowe. Nie napaliłam się za bardzo na palenie ogniska, bo choć miałam ochotę na gorącą herbatkę a i rzeczy przydałoby się choć trochę podsuszyć, to jednak nie łudziłam się, że znajdę choć kawałeczek drewna nie oblanego do reszty wodą z dwóch potężnych ulew. Od niechcenia przywlokłam jednak kilka znalezionych gałęzi (a o te w takim typie lasu naprawdę trudno :D), z rosnącej w pobliżu brzozy zebrałam trochę kory, nałamałam drobnych brzozowych (przemoczonych) gałązek i wzięłam się za rozpalanie ognia. Kora brzozy w końcu się zajęła od zapalniczki, ale przeskoczenie do następnego etapu - uzyskania choć chwilowo trwałego płomienia - zajęło mi sporo czasu i wymagało ciągłego rozdmuchiwania. Finalnie, ze łzami w oczach uzyskałam niewielkie ognisko, mające może ze 20cm średnicy, płonące ogniem żadnym, za to buchające kłębami pary i białego dymu, mglącego okolicę. Kiedy za górką zobaczyłam przemykające kaski rowerzystów, pomyślałam sobie, że bardzo głupie to palenie ognia - ale zmieniłam zdanie, kiedy zagotowałam sobie trochę wody, zaparzyłam i wreszcie wypiłam herbatkę do wieczornej kolacji - kromki z lekko roztopionym smalcem. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, ja wciąż siedziałam przy moim maleńkim ognisku, próbując najpierw dosuszyć patyki na opał, a wtórnie, bardziej nad żarem jak żywym płomieniem, nogawki spodni, mokre tym razem już na niemal całej długości. Nawet trochę mi się to udało, ale też nie zależało mi na tym aż tak, bo miałam w zapasie do spania wzięte legginsy. Tak więc gdy już było mocno szarawo, zmęczenie wzięło górę i koło 22 poszłam spać. Nie czekał mnie sen spokojny, bowiem momentami ogarniał mnie nocny chłodek, w pewnym momencie też ze snu wyrwał mnie donośny szczek kozła - dziad miał takie wzburzenie w głosie, że aż słychać było nieprzyjemne wibrowanie jego strun głosowych. Znajdował się zdecydowanie za blisko, kiedy szczeknął, myślałam, że serce mi wyskoczy, później uznałam, że się odezwę - ale dźwięk, jaki z siebie wydobyłam był tak dziwny (coś a'la Simba ćwiczący ryczek na żuczku w kanionie :D), że aż się speszyłam i obiecałam sobie więcej się nie odzywać ;] Kozioł jeszcze chwilę krążył i mnie bezczelnie obszczekiwał, ale jakby coraz mniej śmiało i z coraz dalsza, w końcu zamilkł - albo ponownie zasnęłam ;] Drugie przebudzenie stanem przedzawałowym zagwarantowało mi chrapnięcie, jakby koń, tyle że nie koń - ale to raz, coś tam zawołałam i odgłos więcej się nie powtórzył. Trzecie stresowe przebudzenie to już wina gałązki, która spadła mi na zadaszenie. Więcej przygód tej nocy nie miałam, a ciąg dalszy relacji napiszę zapewne na dniach ;)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Zlot Reconnet wiosna 2014

Z niemałą satysfakcją mogę niniejszym odnotować fakt mego ponownego udziału w kolejnym zlocie forum survivalowo-turystyczno-militarnego reconnet.pl :) Organizatorem był Bubel - i spisał się rewelacyjnie, no poza wymyślną i skomplikowaną konstrukcją latryny, na której sposób obsługi można było nie wpaść :P Ale, żeby nie było - nie taki znowu Bubel bubel! Zlot rewelacyjny, udany i intensywnie przeżyty! :D

Tegoroczne wiosenne wydanie zlotu miało, tradycyjnie już chyba, charakter kulturalnego, spirytualistycznego spotkania przy ognisku w rodzinnej atmosferze ;] Niektórzy owej kultury łyknęli więcej, inni mniej, niektórzy byli wysyłani do lasu przez żony, by nabrali ogłady, inni, by żony mogły ich poznać, atmosferę zlotową starali się maksymalnie podtrzymać nawet w drodze powrotnej. Bo, co trzeba w tym miejscu podkreślić, na zlot zdecydowanie nie jedzie się dla przyjemności. Taka impreza grozi wręcz utratą zdrowia ;] Niemniej, ponieważ społeczność survivalowa wie, jak przetrwać (jak udowadniał jeden ze zlotowiczów, dwa dni bez jedzenia można, ale pić już zdecydowanie trzeba), poza pojedynczymi przypadkami utrat świadomości, wszyscy wszystko mają na miejscu i niczego im nie brakuje.


Mogłabym jeszcze tak długo, ale to tylko pół prawdy o tym zacnym spotkaniu :) Tak naprawdę, poza wymiarem  integracyjnym i rekreacyjnym, pojawił się również wymiar dydaktyczny. W sobotę miały miejsce warsztaty powiązane z tematyką survivalową. Ten z ostrzenia noży, prowadzony przez szacownego Dottore, poprzedzony był prelekcją dotyczącą rodzajów ostrzy w ogóle.



Dla laików takich jak ja była to cenna lekcja, dla nieco bardziej obeznanych z tematyką pewnie też, bo samo przebywanie w towarzystwie Doktora to przyjemność i wyróżnienie... ;P (ale nóż finalnie naostrzył mi Bubel i Qasz :]) Później chętni udali się pod przewodnictwem Mr. Wilsona na spacer po okolicy, podczas którego dane było poznać nam wiele pozornie pospolitych roślin, o których zastosowania (przede wszystkim zaś możliwość konsumpcji) nikt by ich jednak nie podejrzewał. Starałam się z nich wynieść maksymalnie dużo, kosztowałam czego mogłam. Dzięki temu, że tym razem na zlot wzięłam aparat, wskazywanym roślinom robiłam zdjęcia i nawet jeśli nie wszystkie nazwy i informacje zapamiętałam (bo w tak krótkim czasie to jest chyba niewykonalne :)), to fotografie ułatwią mi teraz identyfikację.


 Mam nadzieję, że będzie mi dane kiedyś posiąść taką wiedzę w zakresie dzikich roślin jadalnych, że będę mogła wyjść do lasu na dzień i nie wrócić głodna - bo nie śmiem nawet pomyśleć o dłuższym wypadzie, na miarę Mr. Wilsona - Człowieka Legendy ;] Nie dane mi było skorzystać z całych warsztatów z roślin, bo w pewnym momencie, kiedy ponoć zmierzaliśmy już grupą do obozowiska, poszłam nieco szybciej wraz z Karudą - dziewczyną o niesamowitej wiedzy w zakresie m.in. kultury słowiańskiej, którą przy ognisku wykorzystywała, umilając nam czas pieśniami i przyśpiewkami ludowymi - i grupa gdzieś nam zaginęła. Jednak, czego się dowiedziałam to moje i nie oddam ;) Ale tego dnia chciałam więcej. Wyczekiwałam zaplanowanych w następnej kolejności warsztatów z oprawiania zwierzyny - wiedza, którą miałam na nich posiąść, chyba najpewniej będzie przeze mnie wykorzystana w przyszłości, z racji moich zakusów na posiadanie zwierząt hodowlanych. Nie przejechałam się na swoich oczekiwaniach. Przede wszystkim, została grupce uczestników zapodana pewna dawka wiedzy teoretycznej, później zaś praktycznej. Miałam okazję skonfrontować swoje chęci z możliwościami, wiem już, w jakim zakresie i co muszę opanować, by kiedyś móc teorię przełożyć na praktykę we własnym, codziennym życiu. No i, co może najistotniejsze w tym wszystkim, nie zawiedli mnie ludzie. Cieszy mnie to, że mam okazję obcować z tak normalnymi i rozsądnymi osobami, umiejącymi się zachować odpowiednio do sytuacji :)


Warsztaty z pierwszej pomocy, prowadzone przez AP, były tylko potwierdzeniem tego, że do lasu nie pojechała banda czterdziestu ludziów w celu jednym. Wiele osób z zainteresowaniem słuchało rzeczowego i niezwykle ciekawego wykładu dotyczącego udzielania pierwszej pomocy, tym bardziej, że leżała przed nami Mała Ania lat ponad piętnaście (a później i noworodek z pniaczka), na której wszystko było profesjonalnie prezentowane. Dobrze jest sobie odświeżyć tak ważne, a niedokładnie przyswojone niegdyś na PO w liceum wiadomości, tym bardziej, że można się pokusić o stwierdzenie, iż są one wręcz kluczowe w całej sztuce przetrwania. Dowiedzieliśmy się, w jakiej kolejności, w jaki sposób i jak podjąć konkretne działania w przypadku ratowania życia. Pojawiało się wiele pytań od publiczności i przytaczanych przykładów z życia codziennego, których AP dzielnie i z uwagą wysłuchiwał. Widać po nim, że to człowiek z pasją i zaangażowaniem oddający się temu, co robi na co dzień... Dobrze, że tacy ludzie są pośród nas ;)


Niestety, i te warsztaty pod koniec opuściłam - trochę zmarzłam i zgłodniałam, mój umysł wysycony wcześniej substancjami wszelkimi (wiedzą, wiedzą! :P) też zaczynał się już buntować i nie przyswajał na tyle sprawnie, bym mogła z warsztatów skorzystać bardziej. Obawiając się zatem, że chcąc w niego wtłoczyć nazbyt dużo wszystko pokićkam i pomieszam (a wiadomo, że mieszanie szkodzi), odpuściłam sobie już edukowanie się tego dnia - tym samym opuszczając warsztaty Mr. Wilsona z technik rozpalania ognia, czego oczywiście trochę mi żal, bo przechodząc obok ciasnego kółeczka zainteresowanych, skupionych wokół Prowadzącego i jego bogato wyposażonego stanowiska, widziałam, że omija mnie naprawdę potężna porcja niesamowicie ciekawej wiedzy. Ale, inaczej się nie dało. Bezczelnie liczę na to, że nadarzy się jeszcze okazja ku temu, by się tego wszystkiego dowiedzieć i popróbować, albo chociaż cokolwiek podpatrzeć :)



Mówiąc o warsztatach, nie można nie wspomnieć o innych umiejętnościach prezentowanych i wykorzystywanych przez Uczestników podczas zlotu. Mam tu na myśli polową kuźnię i wykuwane w niej cudeńka użytkowe (noże, krzesiwa), wędzarkę, z której wydobywały się takie zapachy, że ślinka sama ciekła (bo tym razem nie dane mi było niczego skosztować, przegapiłam lub nie byłam w stanie pomieścić ani kapki więcej zlotowych specjałów - nawet szynka wręczona mi w dniu wyjazdu przez Gawrona po chwili gdzieś się rozpłynęła :D), rzeźbienie w drewnie (i w tym miejscu muszę, MUSZĘ gorąco podziękować szczególnie Rajmundowi, Thrackanowi, Pingwinowi i innym zaangażowanym, pomocnym i życzliwym - przepraszam, ale sama też próbowałam się wówczas angażować i skupić, także mogłam w tym momencie kogoś pominąć :]), budowę pieca, oraz pokazy kulinarne Mistrzów Podniebienia, finalnie kończące się degustacjami - w tym chilli, rosół, gotowane kozie mięso, królik w ziołach na winie, placuszki z pokrzywy i makaron z sosem z zieloną wkładką, kawa. Pozostając w temacie, muszę nadmienić, że gigantyczny stół był tak suto zastawiony wszelkimi domowymi specjałami, że nie wiadomo było nawet, z której strony do niego podejść :)


Było jeszcze ponoć strzelanie z armatki ziemniaczanej, ale dowiedziałam się o tym, gdy zasłyszałam strzały gdzieś w oddali - także się nie wypowiadam bo nie widziałam. A, i lekcje śpiewania były - szczególnie w pamięć zapadły mi próby rozśpiewania towarzystwa przez Grigora ;) Przy akompaniamencie gitary dzierżonej przez Mikiego i później Dźwiedzia, próbowano wielokrotnie zaśpiewać cokolwiek z forumowego śpiewnika od początku do końca, ale udało się to tylko w przypadku "Leśnych opowieści". Poza nimi królowały chryzantemy, róże czerwone i tego typu piosnki :)

No. Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam... A jeśli, to na pewno z czasem, w najmniej oczekiwanym momencie mi się przypomni - i idąc do sklepu będę się pokładać ze śmiechu na wspomnienie poszczególnych sytuacji i tekstów, mile wspominać ogniskowe pogawędki, sesje zdjęciowe, sesje kulturalne i tak dalej. Bo były to takie trzy dni w moim życiu, do których będę wracać i nie będę żałować. A nawet będę dumna :]