Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2014

Wiosenny rekonesans

Muszę to napisać: przez karkówkę do serca. Tej myśli nie będę jednak rozwijać, chciałabym jedynie jej nie zapomnieć, bo mnie to stwierdzenie ubawiło. Tymczasem zamiarem moim jest raczej zanotowanie, również ku pamięci, mojej krótkiej łazęgi po okolicznych łączkach i zagajniku w pobliżu miejsca zamieszkania Mojego. Miałam bowiem ku temu okazję w weekend - choć, wstyd się przyznać, mogłabym w ogóle cały weekend pożytecznie i/lub w miłych okolicznościach przyrody wykorzystać, ale mi było wygodniej snuć się po domu lub szwendać po obejściu, pić chłodny sok z brzozy z przejrzystej szklaneczki, podglądać żaby nad stawem i katować umysł i wzrok telewizją - wszystko to oczywiście po tym, jak wstałam po jedenastej, bo wcześniej musiałam "dośnić" jakiś happyend do zagłady ludzkości dokonanej przez kosmitów. Gdy któreś zakończenie z kolei zaczęło zmierzać w niewłaściwym kierunku, sfrustrowana wstałam. Dobrze, że przynajmniej poszłam na krótki spacer... Choć te tony pyszności pochłonięte na urodzinach wujka Lubego, potem na urodzinach mojej cioci, a potem, dnia trzeciego pozostałości z pyszności z urodzin wujka - nieee no, przemilczę.

Czasu (w swej świadomości) na spacerowanie miałam niezbyt wiele, bo mama chłopaka pojechała do miasta z zamiarem rychłego powrotu, a nie było do końca pewne, czy zaraz potem nie będziemy jechały znowuż razem, by dopełniać pewnych formalności odnośnie telefonów. To absolutnie nieistotne z resztą, tym bardziej, że okazało się, że nic z tego nie wyszło i spokojnie mogłam dłużej powłóczyć się po krzakach, gdy to Mój robił w tym czasie drzwi. Wyszłam z aparatem, który od jakiegoś czasu z resztą częściej gości i służy rodzinie chłopaka jak mi... Nie mogąc znaleźć drugiej baterii, musiałam zadowolić się jedną kreską tej wsadzonej w sprzęt. Nie robiłam zatem zbyt wielu zdjęć, no a poza tym, jakby nie patrzeć, nie spacerowałam jednak na tyle długo, by np dotrzeć do lasku i tych zdjęć całą mnogość nacykać. Ograniczyłam się więc w swojej wędrówce do przejścia przez łąki, skarpę porośniętą chaszczami i dalej, przez trawska obrastające kolejną skarpę tuż nad potoczkiem. Przeszłam przezeń (przeskoczyłam - z sukcesem), przez kolejne chaszcze i krzaczory, kolejną - już podmokłą łąkę, pod zadrzewienie otaczające bajorko, później nieco na prawo, pod ścianę drzew towarzyszących płynącemu ze wzniesienia potokowi i tu już ciągle wzdłuż niego - czasem sarnimi i ludzkimi ścieżkami naznaczonymi pośród zeschniętych zeszłorocznych traw i młodych roślin przebijających się spod ich warstwy, czasem przez zarośla towarzyszące rozlanemu gdzieniegdzie strumykowi, tworzącemu małe rozlewiska czy mokradełka.








 Zadrzewienie będące dość wąskim, ale wystarczająco dzikim pasem zieleni jest przedłużeniem lasu znajdującego się powyżej, a ze względu na ów niesforny potoczek (to za dużo powiedziane), tworzy też - mimo bliskiego sąsiedztwa siedzib ludzkich - bardzo przyjemną, zieloną ostoję, pełną świergotu ptaków, grzybów (choć sama nigdy tu nie byłam, w ogóle, od tej strony do lasu nigdy nie zaszłam! ograniczałam się do "lasku" brzózkowego pełnego krakowiaków) i w ogóle istot wszelakich. W pewnym momencie na przykład jakieś 80 metrów ode mnie pomknęła sarna - i tak dziw, że ją podeszłam, bo niezbutwiałe po tegorocznej, suchej zimie liście przy każdym kroku szeleszczą głośno pod stopami.






Temu kawałkowi świata przyglądałam się nie tylko w nastawieniu raczenia oczu miłymi widokami, chciałam też mniej więcej ocenić, czy mam w tym roku szansę na zrealizowanie choć części planów "dzikiego" pichcenia. Z żalem stwierdziłam, że z syropem z podbiałów w tym roku nie poszaleję, za to z satysfakcją dostrzegałam mnogość wschodzących skupisk pokrzyw, szczawiu i mniszka lekarskiego - ten ostatni na trawnikach przy okolicznych blokach u mnie w mieście kwitnie już w najlepsze, bałam się, że i ze zbiorem jego nie zdążę, ale nic jeszcze nie straciłam :) W ogóle wiosna w mieście, u mnie na podwórzu na przykład, jest na zupełnie innym etapie niźli ta "podmiejska"; na podwórzu w skalniaku zakwitła mi kolejna roślinka (jakaś taka fioletowa), niezapominajki, miodunka, jeden orlik też się przymierza do kwitnienia. Z drugiej strony konwalie, kokoryczka czy paprocie są chyba we właściwej fazie rozwoju, dopiero zaczynają cieszyć oko, nieśmiało wybijając się spod zbitej, buropłowej ziemi. Ale to u mnie, w wynaturzonym, jakby nie patrzeć, małym i nędznym kawałeczku świata... A świat się swoimi prawami rządzi i natura jednak wie, na co i kiedy może sobie pozwolić. Martwiłam się, że znikoma zima, a w jej następstwie przyspieszone "wiosenne" zachowania niektórych roślin i zwierząt nie wyjdą im na dobre. Teraz widzę jednak, że wszystko dzieje się w odpowiednim czasie i tylko w takim stopniu, w jakim naturze to nie zaszkodzi. Te stworzenia co mogą, rozpoczynają już (lub kończą ;)) gody; parzą się żaby (w tym roku zdecydowanie za mało samiczek żaby zielonej w stawie chłopaka, panowie pozostałych gatunków nie mogą narzekać), ryby wygrzewają się w słonku, kurczaki pod czujnym okiem kwoki walczą o znalezionego robaka, lisy ryzykują życiem, podchodząc pod gospodarkę strzeżoną przez owczarka niemieckiego. Krowa w stajni wydziera się, jak to mówi babcia chłopaka - "czuje zielone". Króliczyce spowiły w przygotowanych przez siebie gniazdach młode. Na łąkach słychać bażanty lub kuropatwy, nigdy nie wiem. Myszołowy kołują parami nad okolicą. W drzewach zaczęły krążyć soki - niektóre już zdobi szata młodziutkich listków, inne złocą się baziami. Słońce grzeje właściwie nieprzerwanie od zimy, tylko coraz cieplej, a jednak wiosna rozwija się w swoim tempie - tak właśnie jak powinna.












czwartek, 12 grudnia 2013

Smakowanie marzeń

Byłam wczoraj w domu rodzinnym mojego faceta. Wspominałam już tu zapewne kiedyś, jak bardzo lubię tę rodzinę, jako całokształt i każdego z osobna - babcię, rodziców, rodzeństwo wraz z ich partnerami (dziewczyną brata i facetem siostry ;)), sześć lat starszego od nas "wujka"... Ci ludzie mają różne temperamenty, tak wady jak i zalety, każdy jest charakterystyczny i niepowtarzalny, choć mają pewne cechy wspólne - przede wszystkim jednak stanowią prawdziwą rodzinę. Zazdroszczę im tego po cichu i chciałabym kiedyś wspólnie z R. coś takiego stworzyć... Tylko on widzi to trochę inaczej, on nie ma potrzeby tworzenia takiej struktury od podstaw, bo w tej, w której egzystuje, jest mu po prostu dobrze. Widziałby mnie po prostu przy swoim boku pośród nich. A ja, "wprowadzona" w taką szczęśliwą rodzinę, nigdy nie będę mogła poczuć, że jestem u siebie...


Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.

Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.

Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.

Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.

Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.

Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".

Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.

Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.

wtorek, 15 października 2013

Beskid Śląski. Trzy dni, tysiące wrażeń.

Samotnie

Punkt 5:00 dzwoni budzik. Za oknem jeszcze ciemno, przejaśniać się zacznie za jakieś pół godziny. Leżę chwilę, zamroczona jeszcze żywymi, irracjonalnymi sennymi kreacjami umysłu, wreszcie wstaję. Najwyższa pora, w końcu po szóstej mam busa do Bielska Białej, umówiłam się z ludźmi na stacji... Kolejne minuty upływają na zbieraniu się bez większego ładu, jedzeniu, dopakowywaniu ostatnich rzeczy na wyprawę, sprawdzaniu jeszcze raz połączeń i namiarów na miejscówkę. W którymś momencie już widzę, że na najbliższego busa na dworcu nie zdążę. Obczajam kolejne połączenia. Nie bardzo wiem, skąd owe busy odjeżdżają - normalnie, z płyty dworca RDA czy spod Galerii? Trzeba by być na miejscu ciutkę wcześniej, żeby się zorientować w sytuacji. Wychodzę z domu z nikłą nadzieją, że zdążę na autobus odjeżdżający o ósmej. Będę jechała pewnie tym jadącym 40 min później, jak go znajdę. Umysł zaprzątnięty mam myślami dotyczącymi rychłego poznania obcych mi na razie osób. Do tej pory zamieniłam dosłownie parę zdań przez telefon z jednym z nich, z innym parę słów na forum - ale ten się akurat rozchorował i nie jedzie. Niewiele wiem o nich, z wzajemnością z resztą. Wiem, że są facetami lubiącymi wyjść sobie w teren, z zainteresowaniami w jakiś sposób oscylującymi wokół tematyki bushcraftu, survivalu, łazikostwa - zwał jak zwał. To jest pasja, która zjednoczyła ich na forum, na którym przypadkiem znalazłam się i ja... Jacy będą? Dogadamy się czy będę czuła się koszmarnie skrępowana? Będzie fajnie czy drętwo tak, że będę chciała stamtąd uciekać czym prędzej? Oczywiście zakładając, że nie ucieknę zanim ich w ogóle poznam ;)... Ale nie. Chcę ich poznać i chcę wyjść w góry. Będzie co będzie. Wsiadam w spóźniony autobus po ósmej i kawałek przed jedenastą jestem w obcym mieście.

Po drodze wysyłam sms-a, że dotrę później i żeby na mnie nie czekali. Na miejscu orientuję się w możliwościach dojazdu w pobliże miejscówki - Panowie wyszli już na szlak w stronę Klimczoka, ale Pasikonik, z którym jestem w kontakcie, proponuje, że na mnie poczekają. Okazuje się, że mogę miejskim autobusem podjechać pod Szyndzielnię - stamtąd miałabym już tylko kawałeczek na sąsiedni Klimczok. Tam też się umawiamy.

Autobus dowozi mnie do podnóży góry. Nie wiem czemu myślałam, że wyjedzie wyżej... Mogłabym wyjechać kolejką linową, ale nie zamierzam wydawać pieniędzy na taką "atrakcję". Wchodzę na czerwony szlak i w momencie dostaję zadyszki. Plecak nie waży 200 kilo, staram się zawsze maksymalnie ograniczyć się do niezbędnego minimum, ale tym razem mam cięższy i cieplejszy śpiwór, poza tym więcej jedzenia; we wskazanej miejscówce spędzę pierwszą noc, co do drugiej w terenie się zastanawiam, z resztą i o trzecią bym się pokusiła gdyby nie to, że nie wywiązałam się na czas z pewnego zadania i będę musiała wrócić wcześniej, by je dokończyć. Dwie noce to i tak dużo, tyle jeszcze w terenie nie byłam... Dysząc jak parowóz pędzę pod górę, martwiąc się, że mężczyźni będą musieli zbyt długo czekać na spóźnialską kobitkę. Po drodze próbuję znaleźć jakieś dogodne kijki dla ułatwienia wędrówki, tracę przy tym sporo czasu - powolni spacerowicze zostawiani w tyle już chwilę później mnie mijają, i tak wciąż i wciąż... Wreszcie mam kijki i zasuwam jak mogę, ledwo łapiąc oddech. Żeby więcej jak godzinę czekać nie musieli. Po drodze zatrzymuję się jednak na zrobienie kilku zdjęć, nie mogę sobie tego odmówić - świat wokół mnie jest niewypowiedzianie piękny. Bukowy las kipi wszystkimi odcieniami żółci, pomarańczu i złota, ściółka usłana jest rudym, miękkim dywanem, słońce przebijające się zza rozświetlonych koron i osrebrzonych pni rzuca na ścieżkę rozbiegane cienie. Czasem tylko pomiędzy drzewami jest większy prześwit - taki, że da się zobaczyć zbocze innej góry, niejednorodną plamę barw i faktur na tle błękitnego, prawie bezchmurnego nieba.


Do szczytu docieram czerwona i zdyszana. Krajobraz nieco się zmienia, pojawiają się trawy i więcej sosen. Docieram wreszcie do miejsca, gdzie kończy się trasa kolejki. Miejsce to przepełnione jest ludźmi, powietrze przesycone beztroską i kiczowatą muzyką z radia oraz zapachem grillowanych kiełbas. Na straganach z pamiątkami można dostać wszystko, związane z górami i nie tylko. Ot, taki urok popularnych turystycznie i łatwo dostępnych miejsc...


Idę dalej, na Szyndzielnię. W którymś momencie między mną a facetem z psem wywiązuje się miła pogawędka. Dowiaduję się, że facet, póki mieszkał niedaleko, co tydzień jeździł po tych górach rowerem. Teraz stara się tu przyjeżdżać z psiną, kiedy ma wolne w pracy - a pracuje w branży piwowarskiej, po imprezach gdzieś trzeba się zdetoksykować ;) W trakcie rozmowy docieramy pod schronisko na szczycie. Zachodzimy do niego ścieżką od tyłu, jednak kończy się ona nad wysokim murkiem. Próbuję po ogrodzeniu zejść na dół, facet z psem rezygnuje od razu i obchodzi schronisko dookoła. Wkrótce daję sobie spokój i idę w jego ślady.


W schronisku w toalecie uzupełniam wodą pustą już butelkę, w plecaku mam jeszcze 1,5l, ale skoro jest okazja, to wolę potem nie żałować, że nie skorzystałam. Później kieruję się już prawie prostą drogą na Klimczok, różnica wysokości pomiędzy szczytami jest niewielka. Po drodze skuszona masą orzeszków bukowych rozdeptywanych na ścieżce próbuję ich pierwszy raz w życiu. Wcześniej nie wiedziałam nawet, jak wyglądają. Smakują trochę jak młode orzechy laskowe, smaczne. Wreszcie wychodzę na szczyt... Jestem nieco zdziwiona, docieram na trawiastą polanę pełną turystów, naprzeciw niej jest kolejne wzniesienie, pomiędzy niecka wykorzystana jako stok narciarski. No ale jestem na Klimczoku... Rozsiadam się na trawie i czekam na Panów - w międzyczasie okazało się bowiem, że dotrę na szczyt przed nimi. Czekam... W kolejnym telefonie dowiaduję się, że Panowie dotarli i siedzą pod schroniskiem. Patrzę z przerażeniem przed siebie - schronisko znajduje się na przeciwległym zboczu, z mojej perspektywie koszmarnie stromym. No nic, trzeba podnieść zad i ruszyć naprzeciw nieznanemu :)


Pod schroniskiem wyciągam telefon i szukając zasięgu, rozglądam się nieznacznie na boki... Dwóch facetów odzianych moro siedzi niedaleko i spogląda na mnie. Uśmiechamy się do siebie, już wiemy że my to my ;) Poznaję towarzyszy dalszej wędrówki, Pasikonika i Johnny'ego. Jestem zaskoczona brakiem trzeciego, choć generalnie słyszałam już różne wersje na temat ilości osób mających brać udział w wypadzie - kolega forumowy, ten co się pochorował, nie chciał mnie chyba straszyć, że będzie aż tylu samców ;]

 ...I w większym gronie :)

Na Klimczoku siedzieliśmy sobie jeszcze chwilkę, wypiłam herbatkę i zebraliśmy się do dalszej drogi, na miejscówkę, gdzie miał czekać na nas Kamykus ze swoją psinką. Po drodze dowiedzieliśmy się, że ktoś już chyba nas uprzedził, z miejscówki dochodziły jakieś głosy... Kawałek szliśmy szlakiem, później Johnny poprowadził nas stromym zboczem na przełaj lasu - był tu tydzień wcześniej i szedł na pamięć, choć nawigacja w telefonie Pasikonika uparcie wskazywała, że z miejscówką lekko się rozmijamy ;) Johnny się jednak nie pomylił i dotarliśmy wreszcie do celu. Kamykus z psiną Azą faktycznie nie byli sami - przy ognisku zastaliśmy też czteroosobową ekipę z psem groźnie wyglądającym, acz o wyjątkowo przyjaznym usposobieniu:)


Z ekipą zapoznaliśmy się i zasiedliśmy wokół ogniska z przyjaznym nastawieniem. Wydaje mi się, że nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie. Do nas dołączył jeszcze brat Kamykusa. Co mogę powiedzieć o tym wspólnym biwakowaniu?... Tak wiele, że aż nic ;P Wszyscy pojedli, popili, pośmiali się i pogadali, nawet psiny całkiem dobrze się dogadywały (Aza wyraźnie wpadła Butchowi w oko). Ognisko paliło się do późna, poszłam spać koło 1 w nocy... Miałam dylemat, gdzie się rozbić ze swoimi gratami - w szalenie urokliwej chateczce - która w środku posiadała wszelkie luksusy, jak klepisko, pięterko na spanie, w miarę niedziurawy dach, okno a nawet niesprawny piecyk - czy po prostu przy ognisku, pod gołym niebem. Zdecydowałam się na tą drugą opcję, podobnie jak Johnny i jeden z kolegów z drugiej ekipy. Pozostali spali w chatce, namiocie i pod pałatkami WP - co kto wolał i miał. Noc była ciepła, niebo rozgwieżdżone, delikatny wiatr strącał kolejne liście i orzeszki... Towarzyszyły temu miarowe chrapanie ;), niuchanie rozbudzonego czymś Butcha i chwilowe okresy wzmożonej aktywności niektórych obozowiczów :), jakieś odległe ryki i szczekanie obcego psa, szmer koron drzew.


Noc, choć krótka i nie do końca przespana, była wyjątkowo przyjemna. O piątej obudziły mnie rozmowy dwójki z drugiej ekipy, pół godziny później, gdy zadzwonił budzik, otworzyłam całkiem oczy i nie wzgardziłam zaproponowaną herbatą. Stopniowo wybudzało się pozostałe towarzystwo. Po śniadanku nasza ekipa posiedziała jeszcze dłuższą chwilę, w końcu zebraliśmy się i ruszyliśmy z powrotem na Klimczok.


Brat Kamykusa opuścił nas wcześniej, sam Kamykus z Azą i Pasikonik na szczycie mieli odbić na Bielsko, nie mogąc sobie pozwolić na dłuższe pozostanie w terenie. My z Johnnym zdecydowaliśmy (no dobra, wymusiłam tą decyzję :P) udać się czerwonym szlakiem na Kotarz, przekimać gdzieś w terenie kolejną noc i w poniedziałek wrócić do Bielska, zahaczając po drodze o Błatnią. Po posileniu się i popiciu przy schronisku na szczycie, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, pożegnaliśmy się i poszliśmy w swoje strony...


 Nasz szlak wiódł zboczem w dół aż do Chaty Wuja Toma. Czas przyjemnie mijał na pogawędce, potykaniu się i podziwianiu widoków; później Johnny narażony był na moje liczne zatrzymania w drodze pod górę, gubienie kijków, zapominanie o aparacie... Na szczęście kolega myślał za mnie :P W drodze na szczyt, który okazał się nie tym szczytem, co trzeba, pozwoliliśmy sobie na jeden dłuższy odpoczynek z pięknym widokiem na rude zbocza naprzeciw nas.


 Słońce powoli miało się ku zachodowi, a Kotarz wciąż był przez nas niezdobyty. W końcu jednak się to udało i nieco poniżej szczytu zeszliśmy w las w poszukiwaniu odpowiedniej miejscówki na nocleg. Był zupełnie inny od tego, który widzieliśmy idąc szlakami, czy wcześniej, na pierwszą miejscówkę... Poryty dolinkami, poprzerzucany kamieniami i fragmentami skał - magiczny. Jeszcze bardziej wydał się taki po zapadnięciu zmroku... Wcześniej jednak Johnny uszykował eleganckie palenisko ze swoistym ekranem cieplnym, pomógł też, gdy straciłam wenę w rozbijaniu swojego poncha. Później rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy po kanapce z pieczonym boczkiem i trochę kabanosów, popijając piwem i herbatką miętową. Wokół nas kręciło się parę ciekawskich lisów. Siedzieliśmy jeszcze chwilę przy ogniu dopóki nie zmogły nas zmęczenie i senność. Każdy wpakował się do swojego spanka i tak dospaliśmy rana, nie niepokojeni odgłosami lasów (za to zafundowałam Johnny'emu trochę pochrapywania :D).


Rano wskrzesiliśmy nasze ognisko na nowo, już nie idąc na łatwiznę (wieczorem po prostu podpaliłam chusteczkę). Wilgotność powietrza była spora i chwilkę nam zeszło, właściwie mój wkład w rozniecanie ognia ograniczył się do dmuchania a potem dokładania drewna. Posililiśmy się i zebraliśmy (też niewcześnie) w dalszą drogę.


Czekało nas zejście do Brennej, gdzie planowaliśmy zrobić małe zakupy. Tam też nad rzeczką rozsiedliśmy się na chwilę, nabierając sił i ochoty na kolejne podejście, na Błatnią. W drodze pod górę musiałam zorganizować sobie nowe kijki, wraz z nimi zdobyłam kolejne skaleczenia na podziubanych dzień wcześniej łapach ;) Motywacji do lezienia pod górę nie miałam prawie żadnej, gdyby nie towarzystwo Johnny'ego, dałabym sobie spokój z tą górką, najprawdopodobniej na Kotarz też bym się nie dowlekła... No więc w końcu udało nam się na ów szczyt dotrzeć. Pogoda nie była już taka szałowa jak dzień wcześniej, z resztą na rozwalanie się na łące nie było czasu, musiałam o przyzwoitej porze dotrzeć do Krakowa... Nie napiłam się nawet gorącej herbatki, jak mi się marzyło, bo wrzątek w schronisku kosztował złotówkę a ja płacić nie zamierzałam. Zjedliśmy jeszcze po wafelku i kukurydzę z puszki, po zebraliśmy się do schodzenia w stronę Bielska.


Na przystanek autobusowy wskazany prze Kamykusa dotarliśmy minutę przed autobusem, idealnie :) Z rozpędu wsiadłam z kijkami, których pozbyłam się dopiero w okolicach dworca. Tam, w oczekiwaniu na mój autobus do Krk, zjedliśmy z Johnny'm po megaburgerze (czyli mała bułka z podwójnym mięsem, w przeciwieństwie do big burgera, który miał dużą bułkę i małe mięsko, co z resztą przez pomyłkę otrzymaliśmy) - był przepakowany surówką i miał mięso mało mięsne. Później pozostało się nam pożegnać i rozejść - ja do autobusu, Johnny na pociąg... Opuściłam Śląsk, zmęczona i wypoczęta, śmierdząca, rozczochrana i uśmiechnięta, zadowolona z pierwszej trzydniowej wędrówki, w zacnym towarzystwie w dodatku :)




Wszystkim Panom dziękuję za ciepłe przyjęcie i miłe towarzystwo :) Rozbawiło mnie Wasze gonienie Burków , gdybanie o miseczkach, łapanie za słówka i lisy rzucające się do gardeł, spodobała mi się gwara śląska, ujęła miłość do psa, zafascynowały historie z życia... Dziękuję Wam za ten czas, który pozwoliliście mi spędzić w swoim towarzystwie i w tak fantastycznych okolicznościach przyrody. Dzięki za kanapkę, boczek i napoje z francuskiej racji, za wspólne myślenie nad mapą i za wskazanie potencjalnych miejsc noclegu czy dojazdu komunikacji miejskiej, dzięki za dzielenie się wszystkim - bułkami, batonikami, winogronami i doświadczeniem przy rozbijaniu poncha, wiązaniu supełków, posługiwaniu się nożem i rozpalaniu ogniska:) Za rozmowy poważne i te trochę mniej, za wspólne dyszenie pod górkę... Za wspólnie spędzony czas, dzięki Wam ;)