Krakowski dworzec bardzo się zmienił. Właściwie to nawet czuję swego rodzaju dumę, że wreszcie oto ktoś coś zaprojektował w istniejącej, ciasnej przestrzeni miejskiej - i zrobił to z głową. Po długim czasie błądzenia w labiryncie tuneli, obejść i przekierowań, mających doprowadzić podróżującego do konkretnego peronu, z niemałą satysfakcją zapoznałam się teraz z czytelnym planem krakowskiego dworca kolejowego. Pociąg mieliśmy mieć pięć minut po siódmej, ja przyjechałam wcześniej, przed chłopakiem - zdążyłam więc się napatrzeć i nazwiedzać.
Przede wszystkim do "budynku" dworca kolejowego można dostać się prawie od razu z pętli autobusowej, zlokalozowanej z resztą przy dworcu autobusowym - także i z tegoż jest tu dosłownie parę kroków. Z resztą, jak nie autobusem, można zawsze tu dotrzeć tramwajem - ot, ruchomymi schodami zaraz obok wejścia w dół i jesteśmy w podziemnym tunelu "szybkiego tramwaju". Jeśli jednak zamierzamy akurat udać się na Stare Miasto, lub też - na "szoping", proszę bardzo - wystarczy przejść halę główną na przestrzał i oto znajdujemy się w Galerii Krakowskiej. Choć i w hali dworca sklepów czy restauracji nie brakuje. A jak interesuje nas konkretny peron, to którymiś schodami - do wyboru oczywiście ruchome i zwykłe - w górę, tam gdzie wskazuje nas odpowiednia tabliczka. Chyba że mamy dużo czasu do odjazdu a na łażenie nie mamy ochoty - zejdźmy zatem na boczek, do obszernej i ładnie urządzonej poczekalni... Naprawdę, dawno nie widziałam zrealizowanego tak funkcjonalnego projektu. Jako Krakuska jestem zadowolona :)
A jakby ktoś chciał pozwiedzać - tu galerie zdjęciowe ze strony oficjalnej dworca :)
Napatrzyłam się, póki mogłam; za niecałe 4 godziny miałam się bowiem znaleźć na dworcu, który estetyką i funkcjonalnością nie grzeszy... Choć chłód, smród, mroki tuneli rozświetlane zimnym światłem buczących jarzeniówek i napuszone gołębie siadające wszędzie tam, gdzie się da, też mają swój klimat ;) Tymczasem zadzwonił chłopak, który dotarł już na peron i na mnie czekał. Wyjechałam ruchomymi schodami, zlokalizowałam go i udaliśmy się w swoim kierunku, by wsiąść razem do mającego odjechać już niedługo pociągu. Przeszliśmy przez jeden wagon, zszokowani wyglądem podstawionego składu; Przewozy Regionalne też postanowiły postawić na nowoczesność i jakość obsługi... Ciekawe tylko, ile takich składów mają... W wagonie nie było już wolnych dwóch miejsc obok siebie, przeszliśmy więc dalej; trafiliśmy do wagonu restauracyjnego... I tam zostaliśmy, bo okazało się być tam przyjemnie, cicho i przestronnie, a przy tym wystarczająco intymnie - część stricte restauracyjna oddzielona była od miejsc siedzących przeszkleniem. Podróż spędziliśmy zatem w naprawdę komfortowych warunkach, fundując sobie po drodze po kawie z ekspresu (herbatniczki gratis). Wyśmienita pogoda tego dnia okazała się być rozciągnięta na większą część Polski niźli Kraków, także z lekką tęsknotą wgapiałam się w mijane krajobrazy... Początkowo to szyby okien mijanych domków skrzyły odbitymi promieniami słońca, błyskały blaszane zakończenia kominów, anteny. Później krajobraz wiejski coraz bardziej ustępował polom, ugorom, zadrzewieniom śródpolnym i lasom, spłaszczał się też w miarę upływu czasu. Teraz to na pniach drzew słońce malowało wirujące i wędrujące po korze, rozświetlone plamki. Dzień był wręcz wymarzony na jakiś wypad, na samotną wędrówkę pośród tych pól i lasów... Ale nie mogłam sobie pozwolić na nadmierną nostalgię - byłam na misji;)
Zadanie, jakie miałam tego dnia do wykonania, to dotrzeć do Warszawy wraz z Lubym jako jego skuteczny "odwracacz uwagi" od problemu; miał on tego dnia próbować jeszcze cokolwiek wskórać w dziekanacie swojej dotychczasowej uczelni, w której to (zasadniczo to chyba głównie przez pomyłkę wykładowcy, który w systemie elektronicznym pomylił się przy wpisie i nie zaliczył Mojemu przedmiotu) podjęto decyzję o skreśleniu Lubego z listy studentów. Szanse na zmienienie tego stanu rzeczy były już niestety właściwie żadne, ale chodziło przynajmniej o to, by spróbować - oraz by w razie niepowodzenia złożyć podanie o zwrot wpłaconego już czesnego. A na ponowne przyjęcie na studia Luby może się starać za rok.
W całej tej mocno stresującej sytuacji potrzebował on właśnie mnie - bo nikt lepiej nie potrafi zawracać czyichś czterech liter swoimi problemami i przemyśleniami ode mnie :P Pozrzędziłam mu zatem trochę o lesie, podpytałam, czy będę mogła wysiać w okolicy jego domu (w takim lasku) czosnek niedźwiedzi, posadzić topinambur, czy czasem nie kwitnie już u nich na łączce podbiał, czy znajdzie się jakaś brzoza czy klon... Czy nie wybrał by się ze mną na zlot, a tam, a gdzie indziej, a w niedzielę, czy ma kartkę i długopis, czy wziął aparat, i tak dalej... Słowem (albo paroma :P) - podróż upłynęła szybko ;)
Z warszawskiego Dworca Centralnego skierowaliśmy się w stronę metra. Już w nim zjadłam przygotowaną przez mamę chłopaka kanapkę (w prowiancie znalazłam jeszcze 3 kanapki, 2 gruszki i cukierki). Pierwszy raz jechałam metrem, jakoś mnie to nadmiernie nie ekscytowało, choć oczywiście w momencie przechodzenia przez bramki (trzeba tam wsunąć i odebrać bilet komunikacji miejskiej, zanim się przejdzie) z rozpędu i roztargnienia nie bardzo mi to wyszło. Wysiedliśmy stację dalej, niż to ma w zwyczaju robić chłopak, gdy jest na zjeździe - czasu mieliśmy sporo. Przede wszystkim R. miał złożyć podania w dziekanacie, ale też odebrać indeks, dorwać koło pierwszej wykładowcę, co to popełnił pomyłkę, uzyskać poprawny wpis w indeksie, z tym to dowodem iść do dziekanatu i płaszczyć się przed Najbardziej Decyzyjną Personą - sekretarką. Nie powiem, by te wszystkie działania poszły sprawnie... Po drodze wynikły jeszcze drobne komplikacje, jeszcze trzeba było udać się do ksera, potem jeszcze dorwać prodziekana, potem czekać nie wiadomo na co... Wreszcie sekretarka zlitowała się nad nami i powiedziała, że co prawda decyzji oficjalnej jeszcze dziekan nie wydał, ale żeby R. się raczej nie łudził. Koło godziny drugiej udaliśmy się zatem jeszcze na obiad do stołówki, bo zgłodniałam. Zjadłam całkiem smaczną wieprzowinę w sosie z jabłkami i goździkami, skubnęłam niesmaczne brokuły i zostawiłam niejadalne ziemniaki. Po tym drugą część dnia mieliśmy już spędzić na "zwiedzaniu".
Nie bardzo mam w tym miejscu o czym opowiedzieć... Choćbym nie wiem, jak się starała, to nie byłam w stanie dostrzec nic naprawdę ciekawego w tym mieście; nie podoba mi się jego architektura, jego atmosfera, zieleń miejska, rozmieszczenie strategicznych punktów (w tym gastronomia ;)) - no po prostu niczym ale to niczym mnie nie rusza. Nawet Łazienki wydały mi się jakieś takie nieszczególne, choć przecież kiedyś mi się w nich podobało - może to przez masakryczną liczbę szkolnych grup zwiedzających i fakt, że te urocze wiewiórki mogę obserwować również u siebie w parku, a w ogóle to ten "mój" wydaje mi się bardziej przytulny - nie jest tak geometryczny, alejki ma wąskie i pokręcone, a te "łazienkowskie" skojarzyły mi się z układem Cmentarza Rakowickiego. Porobiłam zdjęcia głównie ptactwu. Dłuższą chwilę odpoczywaliśmy na schodkach przed wodą - przyjemne miejsce, ale wolałabym w tym czasie posiedzieć nad jakąś dziką rzeką... W ogóle wolałabym się zamienić z kimś kto mógł ten dzień spędzić w bardziej naturalnych okolicznościach przyrody. Wciąż tęskniłam do lasu.
Po Łazienkach skierowaliśmy się w stronę warszawskiej Starówki; na Nowym Świecie wstąpiliśmy do jakiegoś lunch baru, R. zamówił sobie burgera z frytkami i herbatę; ja nie miałam wówczas jeszcze na nic ochoty i nawet widok ociekającej sokiem własnym, smażonej wołowinki wystającej z buły nie rozbudził mojego apetytu, choć gdzieś tam pojawiała się czasem myśl o chińszczyźnie lub takich pierożkach tajskich maczanych w sosie sojowym... Kurczę, odkąd jestem na diecie, mój organizm zaczyna mieć jakieś dziwne zachcianki :) [wczoraj tak miałam smaka na "surowe" mięso, że kupiłam sobie 5 plasterków zabójczo drogiej szynki włoskiej - taka dygresja ;)]
Dotarliśmy w końcu w jedyne chyba miejsce w Warszawie, które mi się podoba. O ile się nie mylę, Krakowskie Przedmieście... ;) Nie wiem, chyba po prostu układ kamieniczek tutaj jest bardziej taki "krakowski", przytulny i kameralny. Cała nasza uwaga skoncentrowała się jednak na poszukiwaniu czegoś, co mogłabym zjeść i na co miałabym ochotę na podwieczorek. Wymarzyło mi się ciasto drożdżowe ze śliwką lub rabarbarem. Wchodziliśmy do cukierni, stawaliśmy przed kolejnymi restauracjami i studiowaliśmy menu... Chłopak miał coraz bardziej żałosną minę, gdy zniesmaczona i zła odchodziłam dalej. Pośród dostępnej oferty nie umiałam wybrać. Skończyło się na tym, że zjadłam w autobusie dwa z wziętych przeze mnie z domu pierniczków z lukrem o posmaku mięty. Musieliśmy już bowiem kończyć nasze "zwiedzanie", by zdążyć na pociąg powrotny - skądinąd ten sam, którym tu przyjechaliśmy, co spowodowało automatyczny wybór wagonu restauracyjnego jako dogodnego do jazdy :)
Tym razem nie było już oglądania widoków za oknem; zajęliśmy się zatem studiowaniem menu, głupawymi grami słownymi, wsypaniem R. cukru do ucha (tak, to ja ;)), zamawianiem i jedzeniem kolacji - tu muszę powiedzieć, że zarówno sałatka, jak i tortilla z wkładką, były bardzo smaczne. Trochę chyba się też w końcowej fazie podróży zdrzemnęliśmy - w ogóle byliśmy tym dniem umordowani i czuliśmy się, jakbyśmy wracali z pola bitwy. Przegranej niestety, ale przynajmniej przegranej razem. A to takie nasze ciche zwycięstwo :)
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 marca 2014
poniedziałek, 9 września 2013
Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VIII (ostatni)
Ostatni dzień pobytu na północno-wschodnim skraju Polski wykorzystaliśmy z R. na ponowną wycieczkę rowerową po okolicy. Tego dnia czułam się ciut lepiej jak w poprzednie, ale nie byłam jeszcze w szczytowej formie - zatem wstępnie ustalona trasa przewidywała niewielkie oddalenie się od gospodarstwa i niezbyt duże różnice wysokości terenu (czyli trasa z ominięciem wszystkich poznanych w poprzednich dniach stromizn). Tak jak dzień wcześniej, było zdecydowanie chłodniej i bardziej wietrznie niż na początku pobytu, w powietrzu wyczuwało się wilgoć i można się było spodziewać deszczu, co dodatkowo sprowadzało nasze rowerowe plany do zdania się na "chwilę". Wyruszyliśmy kawałek przed południem, kierując się tym razem z gospodarstwa w przeciwną stronę, na Sidory Zapolne; żółtym szlakiem pieszym mieliśmy dotrzeć przez tereny polne do głównej asfaltowej, gdzie nieznacznie się cofając skręcilibyśmy na interesującą nas drogę. Oznaczenie żółtego szlaku w terenie okazało się jednak tak kiepskie, że przeoczyliśmy nasz zjazd na Sidory i pojechaliśmy eleganckim, prostym asfaltem dalej, na Jałowo. Nadłożyliśmy w ten sposób kawał drogi, znacznie dalej wyjeżdżając na główną (w lesie) i sporo cofając się nią do naszego zjazdu, ale z założenia nasza trasa miała być elastyczna i zamiast się denerwować, wdychaliśmy rześkie, leśne powietrze.
Znalazłszy się wreszcie na właściwym odcinku trasy jechaliśmy chwilę drogą znaną nam z dnia poprzedniego, tędy bowiem wracaliśmy z Kleszczówka. Wizja pokonania kleszczowieckiej góry zupełnie nam nie odpowiadała, zatem przy pierwszej sposobności skręciliśmy w lewo, na Jeziora Kleszczowieckie. Tu znowu oznaczenie żółtego szlaku nas zawiodło, a nie mogąc odnieść sytuacji zastanej w terenie do linii dróg zarysowanych na niedokładnej mapie, skręciliśmy tam, gdzie nie trzeba. Jechaliśmy w dużej mierze przez las lub przyleśnymi drogami, po drodze wypłoszyliśmy trzy młode jelonki, pasące się tuż przy zarośniętej i zanikającej pod okrywą łąkowej roślinności drodze. W pewnym momencie chłopak zauważył oznaczenie żółtego szlaku na drzewie, co upewniło nas w przekonaniu, że jedziemy dobrze. Błędnym przekonaniu.
Nasza droga skończyła się niespodziewanie małą pętlą w środku lasu, pomiędzy zalesionym wzniesieniem i zarośniętymi mokradłami. Widziane pojedyncze oznaczenie szlaku musiało być pozostałością po dawnej trasie żółtego szlaku, najwyraźniej mocno zmodyfikowanego. Znajdowaliśmy się w leśnym uroczysku, gdzieś pomiędzy jeziorem Okrągłym a j. Gubin i nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do ostatniego rozjazdu, gdzie umknął nam szlak.
Tym razem na rozjeździe skręciliśmy w inną drogę - jak się okazało, słusznie, bowiem oznaczenia szlaku za remontowanym odcinkiem drogi zaczęły się pojawiać na drzewach i słupach. Drogą tą minęliśmy od północnej strony jeziora Kojle i Perty, by dotrzeć na kolejną znaną już nam krzyżówkę szlaku - podczas ostatniej przejażdżki mijaliśmy to miejsce w drodze do Smolnik. Odpuszczając z założenia kolejny morderczy podjazd, skierowaliśmy się na ścieżkę poznawczą "Wokół jeziora Jaczno".
Nazwa ścieżki okazała się nieco myląca; trasa nie wiodła bowiem stricte wzdłuż linii brzegowej jeziora, jak się spodziewaliśmy, a wiodła w nieznacznym od niej oddaleniu, przez las - także samej "perełki SPK" nie naoglądaliśmy się za wiele. Ścieżka wiodła generalnie wciąż pod górę, dzieląc się na krótsze odcinki pomiędzy przystankami edukacyjnymi. Na tablicach można było dowiedzieć się paru ciekawostek odnośnie miejsc, w których się znajdowały - ot, tu mammy do czynienia z takim a takim rodzajem lasu, tu znowuż znajduje się stanowisko skrzypu olbrzymiego, w tym regionie będące ewenementem, tu wreszcie mamy platformę widokową (jednak w stanie niepozwalającym na nią wejść, z resztą, nie wiem czy celowo, widok roztaczał się nie na jezioro, a na las porastający strome zbocze). Po drodze mieliśmy do czynienia z ryczącą podłamaną pięciolatką, zostawioną przez rodziców samą w zmaganiu się ze swoim pstrokatym rowerkiem na stromym podjeździe ;) Towarzyszyłam jej chwilę, bo moje tempo wyjeżdżania pod górkę było takie samo jak pchania przez nią rowerka, przy mnie, pewnie trochę speszona, przestała przynajmniej zanosić się szlochem. Na końcu podjazdu czekali na nią nieczuli rodzice ;) Później wyprzedziliśmy rodzinkę i pojechaliśmy dalej. Ścieżka poznawcza zawiodła nas do Smolnik, po drodze racząc chyba jednym, nienajlepszym widokiem na jezioro. Nie wiem, może coś przeoczyliśmy, może była zła pora roku na oglądanie jeziora... Tak czy inaczej w samych Smolnikach byliśmy jeszcze chwilę przekonani, że tablica kierująca nas wstecz o 800m do punktu widokowego sugeruje pominięcie przez nas jakowegoś, jednak doszliśmy do wniosku, że to raczej niemożliwe. Ponieważ lekko zgłodnieliśmy, postanowiliśmy podjechać do sklepu po jakiś prowiant i zatrzymać się na treściwego kęsa i łyka ciepłej herbatki z termosu. W sklepie (wyposażonym we wszystko, łącznie ze śrubkami na kilogramy, co w okolicy generalnie chyba jest normą) kupiłam bułki i kabanosy, po czym rozsiedliśmy się na ławce przy stole pod parasolem (to drugi charakterystyczny element okolicznych sklepów, dbają o klienta :)) i posililiśmy się, dzieląc się z przymilającą się do nas kocicą i jej bezczelnym i filuternym potomkiem. Potem kupiliśmy jeszcze batona. Zastanawialiśmy się, czy ze Smolnik nie udać się w dalszą trasę, do Starej Hańczy, jednak uwzględniając niepewną pogodę i moje niepewne siły, znów sobie podarowaliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną.
Tym razem przebiegała ona jak ostatnio, kleszczowieckim zjazdem w dół, przy czym dojechawszy na główną, odbiliśmy na żółty szlak (od tej strony lepiej oznakowany). Tym sposobem dotarliśmy przez pola i łąki do punktu, którego na początku naszej wycieczki nie mieliśmy prawa zobaczyć, i znaną już drogą wróciliśmy do gospodarstwa.
Z innych inszości, tego dnia (chyba przed wyprawą rowerową) postrzelaliśmy trochę z łuków dostępnych dla gości w gospodarstwie. Generalnie łuki były dwa, jeden "dziecięcy" i jeden normalny; ten drugi okazał się dla mnie zbyt duży, natomiast oba boleśnie obnażyły prawdę o moim strzelaniu - zapewne szło by mi to o niebo lepiej (bo zawsze myślałam, że jestem do tego stworzona ;)), gdyby nie to, że łuki są skonstruowane pod praworęcznych... Jakoś nigdy nie pomyślałam, że to może stanowić problem. Okazuje się jednak, że podczas, gdy praworęczna osoba, trzymając łuk w lewej ręce, prawą (silniejszą) naciąga cięciwę, ja musiałam to czynić tak samo, tyle że w moim przypadku znacznie mniej sprawną ręką. Łuku odwrotnie trzymać się nie da, bo ma specjalnie wyprofilowany uchwyt pod lewą dłoń. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak ponieść sromotną klęskę i, jako przegrana, iść do sąsiadów po wiejskie mleko. Chłopak poszedł ze mną, po drodze wyraził nawet swoje uznanie dla mnie - generalnie był miło zaskoczony, że bez słowa sprzeciwu czy ociągania się poszłam (w jego opinii jestem istotą mocno leniwą ;)). Nie wiedział, że było to jednak posunięcie wyrafinowane, czysta, babska zagrywka - dzięki milczącym przystaniu na "karny spacer" zyskałam pewność, że Luby ze mną pójdzie :)
Na koniec pobytu musiałam zrobić jeszcze jedną rzecz: uwiecznić na zdjęciu czterech samców, którzy napędzali nam stracha przy każdorazowym przechodzeniu obok ich terytorium, niczym czterech "młodych gniewnych" w jakimś ciemnym zaułku ;)
Znalazłszy się wreszcie na właściwym odcinku trasy jechaliśmy chwilę drogą znaną nam z dnia poprzedniego, tędy bowiem wracaliśmy z Kleszczówka. Wizja pokonania kleszczowieckiej góry zupełnie nam nie odpowiadała, zatem przy pierwszej sposobności skręciliśmy w lewo, na Jeziora Kleszczowieckie. Tu znowu oznaczenie żółtego szlaku nas zawiodło, a nie mogąc odnieść sytuacji zastanej w terenie do linii dróg zarysowanych na niedokładnej mapie, skręciliśmy tam, gdzie nie trzeba. Jechaliśmy w dużej mierze przez las lub przyleśnymi drogami, po drodze wypłoszyliśmy trzy młode jelonki, pasące się tuż przy zarośniętej i zanikającej pod okrywą łąkowej roślinności drodze. W pewnym momencie chłopak zauważył oznaczenie żółtego szlaku na drzewie, co upewniło nas w przekonaniu, że jedziemy dobrze. Błędnym przekonaniu.
Nasza droga skończyła się niespodziewanie małą pętlą w środku lasu, pomiędzy zalesionym wzniesieniem i zarośniętymi mokradłami. Widziane pojedyncze oznaczenie szlaku musiało być pozostałością po dawnej trasie żółtego szlaku, najwyraźniej mocno zmodyfikowanego. Znajdowaliśmy się w leśnym uroczysku, gdzieś pomiędzy jeziorem Okrągłym a j. Gubin i nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do ostatniego rozjazdu, gdzie umknął nam szlak.
Tym razem na rozjeździe skręciliśmy w inną drogę - jak się okazało, słusznie, bowiem oznaczenia szlaku za remontowanym odcinkiem drogi zaczęły się pojawiać na drzewach i słupach. Drogą tą minęliśmy od północnej strony jeziora Kojle i Perty, by dotrzeć na kolejną znaną już nam krzyżówkę szlaku - podczas ostatniej przejażdżki mijaliśmy to miejsce w drodze do Smolnik. Odpuszczając z założenia kolejny morderczy podjazd, skierowaliśmy się na ścieżkę poznawczą "Wokół jeziora Jaczno".
Nazwa ścieżki okazała się nieco myląca; trasa nie wiodła bowiem stricte wzdłuż linii brzegowej jeziora, jak się spodziewaliśmy, a wiodła w nieznacznym od niej oddaleniu, przez las - także samej "perełki SPK" nie naoglądaliśmy się za wiele. Ścieżka wiodła generalnie wciąż pod górę, dzieląc się na krótsze odcinki pomiędzy przystankami edukacyjnymi. Na tablicach można było dowiedzieć się paru ciekawostek odnośnie miejsc, w których się znajdowały - ot, tu mammy do czynienia z takim a takim rodzajem lasu, tu znowuż znajduje się stanowisko skrzypu olbrzymiego, w tym regionie będące ewenementem, tu wreszcie mamy platformę widokową (jednak w stanie niepozwalającym na nią wejść, z resztą, nie wiem czy celowo, widok roztaczał się nie na jezioro, a na las porastający strome zbocze). Po drodze mieliśmy do czynienia z ryczącą podłamaną pięciolatką, zostawioną przez rodziców samą w zmaganiu się ze swoim pstrokatym rowerkiem na stromym podjeździe ;) Towarzyszyłam jej chwilę, bo moje tempo wyjeżdżania pod górkę było takie samo jak pchania przez nią rowerka, przy mnie, pewnie trochę speszona, przestała przynajmniej zanosić się szlochem. Na końcu podjazdu czekali na nią nieczuli rodzice ;) Później wyprzedziliśmy rodzinkę i pojechaliśmy dalej. Ścieżka poznawcza zawiodła nas do Smolnik, po drodze racząc chyba jednym, nienajlepszym widokiem na jezioro. Nie wiem, może coś przeoczyliśmy, może była zła pora roku na oglądanie jeziora... Tak czy inaczej w samych Smolnikach byliśmy jeszcze chwilę przekonani, że tablica kierująca nas wstecz o 800m do punktu widokowego sugeruje pominięcie przez nas jakowegoś, jednak doszliśmy do wniosku, że to raczej niemożliwe. Ponieważ lekko zgłodnieliśmy, postanowiliśmy podjechać do sklepu po jakiś prowiant i zatrzymać się na treściwego kęsa i łyka ciepłej herbatki z termosu. W sklepie (wyposażonym we wszystko, łącznie ze śrubkami na kilogramy, co w okolicy generalnie chyba jest normą) kupiłam bułki i kabanosy, po czym rozsiedliśmy się na ławce przy stole pod parasolem (to drugi charakterystyczny element okolicznych sklepów, dbają o klienta :)) i posililiśmy się, dzieląc się z przymilającą się do nas kocicą i jej bezczelnym i filuternym potomkiem. Potem kupiliśmy jeszcze batona. Zastanawialiśmy się, czy ze Smolnik nie udać się w dalszą trasę, do Starej Hańczy, jednak uwzględniając niepewną pogodę i moje niepewne siły, znów sobie podarowaliśmy i udaliśmy się w drogę powrotną.
Tym razem przebiegała ona jak ostatnio, kleszczowieckim zjazdem w dół, przy czym dojechawszy na główną, odbiliśmy na żółty szlak (od tej strony lepiej oznakowany). Tym sposobem dotarliśmy przez pola i łąki do punktu, którego na początku naszej wycieczki nie mieliśmy prawa zobaczyć, i znaną już drogą wróciliśmy do gospodarstwa.
Z innych inszości, tego dnia (chyba przed wyprawą rowerową) postrzelaliśmy trochę z łuków dostępnych dla gości w gospodarstwie. Generalnie łuki były dwa, jeden "dziecięcy" i jeden normalny; ten drugi okazał się dla mnie zbyt duży, natomiast oba boleśnie obnażyły prawdę o moim strzelaniu - zapewne szło by mi to o niebo lepiej (bo zawsze myślałam, że jestem do tego stworzona ;)), gdyby nie to, że łuki są skonstruowane pod praworęcznych... Jakoś nigdy nie pomyślałam, że to może stanowić problem. Okazuje się jednak, że podczas, gdy praworęczna osoba, trzymając łuk w lewej ręce, prawą (silniejszą) naciąga cięciwę, ja musiałam to czynić tak samo, tyle że w moim przypadku znacznie mniej sprawną ręką. Łuku odwrotnie trzymać się nie da, bo ma specjalnie wyprofilowany uchwyt pod lewą dłoń. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak ponieść sromotną klęskę i, jako przegrana, iść do sąsiadów po wiejskie mleko. Chłopak poszedł ze mną, po drodze wyraził nawet swoje uznanie dla mnie - generalnie był miło zaskoczony, że bez słowa sprzeciwu czy ociągania się poszłam (w jego opinii jestem istotą mocno leniwą ;)). Nie wiedział, że było to jednak posunięcie wyrafinowane, czysta, babska zagrywka - dzięki milczącym przystaniu na "karny spacer" zyskałam pewność, że Luby ze mną pójdzie :)
Na koniec pobytu musiałam zrobić jeszcze jedną rzecz: uwiecznić na zdjęciu czterech samców, którzy napędzali nam stracha przy każdorazowym przechodzeniu obok ich terytorium, niczym czterech "młodych gniewnych" w jakimś ciemnym zaułku ;)
wtorek, 3 września 2013
Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VII
Przedostatniego dnia naszego pobytu na Suwalszczyźnie mieliśmy się udać do Wigierskiego Parku Narodowego, gdzie Starszyzna uwidziała sobie przejażdżkę kolejką wąskotorową. Szymeon jest miłośnikiem kolei, jeszcze poprzedniego wieczora miałam okazję obejrzeć na poświęconej pociągom stronie internetowej jego tematyczną galerię zdjęć. Nie zdziwił mnie zatem ten pomysł, choć sama byłam do przejażdżki od początku sceptycznie nastawiona. Martwiło mnie generowanie kolejnych niepotrzebnych kosztów, mierziło spędzanie czasu niby w terenie, a jednak moszcząc pupki wygodnie w wagonie mini pociągu... Nigdy jednak nie widziałam nawet takiej kolejki, toteż nie wiedziałam, czy faktycznie taki diabeł straszny. Na boku podzieliłam się z R. swoimi odczuciami dotyczącymi pomysłu, ale ten przekonał mnie do przynajmniej chwilowej zmiany nastawienia, zapewniając, że tylko tam podjedziemy i zobaczymy na miejscu, co dalej. No więc pojechaliśmy.
Wigierska Kolej Wąskotorowa
Dojechawszy do Płociczna, miejscowości leżącej w obszarze WPN-u, skąd w około dwugodzinną trasę rusza kolej wąskotorowa, zorientowałam się, że tak naprawdę zaliczenie tej atrakcji mnie nie ominie. Oczywiście padło pytanie, co o tym myślę, ale mając świadomość, że pozostali i tak w jakiś sposób w swojej wizji spędzania wolnego czasu biorą przez znaczną część pobytu poprawkę na moje wątłe finanse (nie wiem, co by robili, gdyby mogli w pełni sobie "wczasować" po swojemu...), nie chciałam stawać okoniem. Cóż mogłam powiedzieć? Powiedziałam tylko, że mnie to jakoś nie jara, ale ok... Plułam sobie potem w brodę, że nie powiedziałam, by sobie pojechali sami, a ja w tym czasie pokręcę się z przyjemnością po lesistej okolicy - Starszyzna bowiem udała się do kas, skąd po chwili wrócili z czterema biletami, za które łącznie dali stówkę. Za takie pieniądze byłabym spokojnie w stanie wyżyć przez dwa dni, lub spędzić miło czas jakkolwiek inaczej, tylko nie w tym kolorowym, drewnianym składziku stojącym przed nami... Bardzo lubię jeździć pociągami, uwielbiam dźwięk żelastwa sunącego ze stukotem po szynach. Jeżdżenie pociągami np na wakacje samo w sobie stanowi znaczną atrakcję, po prostu lubię atmosferę polskich pociągów i już :) Miałam więc nadzieję, że chociaż przypomnienie sobie tych dźwięków zrekompensuje mi w jakiś sposób stracone (jak dla mnie) pieniądze.
Na podjazd składu czekaliśmy do godziny trzynastej. Za ten czas pod kolejką narastał tłum oczekujących. Gdy już udało nam się zająć miejsca w drugim wagoniku, a turystów, którzy nie pomieścili się od razu, zapakowano do specjalnie doczepianych wagonów, pociąg ruszył. Odezwał się ten bliski mi dźwięk, ale zaraz wtórować mu zaczął głos dochodzący z zamontowanych w każdym wagonie głośników. Pan z głosem lektora bajki dla najmłodszych z najmłodszych radośnie nas powitał, przedstawił w skrócie historię wigierskiej kolei wąskotorowej, zachęcił do patrzenia w las, bo mamy tu do czynienia z jednym z najwyższych drzewostanów (?), ostrzegł też, by się nie wychylać z wagonów, bo gałęzie drzew i krzewów w najlepszym wypadku mogą nam porwać czapki, kapelusze i okulary. Wreszcie życzył udanej zabawy i zamilkł, choć nie na długo. Siedziałam sobie zatem lub stałam, patrząc w mijany niespiesznie las i tęskniąc do niego tak bardzo... Wiele bym dała w tamtym momencie za znalezienie się poza pociągiem, by przemierzać go pieszo lub na rowerze - z takiej perspektywy obserwatora zapewne wigierska kolejka nawet by mi się spodobała. Teraz jednak mijałam zieloną masę widzianą zza kolorowych szczebelków, a pan z głośnika informował o kolejnych ciekawostkach (w lesie można spotkać liczne ssaki, a nawet ptaki), za każdym razem równie radośnie i infantylnie co poprzednio. Próbowałam przez chwilę rozgryźć, co wyrażał wyraz twarzy Szymeona - chyba nie zachwyt. W każdym razie nie ujechaliśmy daleko - pierwszy z czterech zapowiedzianych przystanków był w Bindudze, gdzie kiedyś spławiano drewno, a teraz można było sobie podejść przez lasek nad brzeg jeziora Wigry i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Postój trwał pięć minut. Wyszłam na zewnątrz za pozostałymi, bo pan z głośnika w międzyczasie radośnie opowiadał o historii miejsca.
Ruszyliśmy i do następnego postoju nie zmieniło się nic; krajobraz wciąż był ten sam, pan z głośnika wciąż mówił tak samo, nawet ludzie mieli te same zagadkowe miny. Kolejne zatrzymanie wniosło do mojego życia tyle, że przez 10 minut miałam szansę zakupić na specjalnym stoisku miody i świeczki i obejrzeć barć wiszącą na drzewie (oczywiście poza jakże odmiennym krajobrazem jeziora Wigry), co nawiązywało do historii miejsca, Bartnego Dołu. Nie zakupiłam nic, zdjęcia pamiątkowe powstały na życzenie, barć i jezioro zostały zobaczone. Ruszyliśmy dalej, do trzeciej stacji, już bardziej przez tyły jakichś wiosek, nie las.
Miejsce nazywało się Krusznik - Zielona Karczma, i, oczywiście, Zielonej Karczmy nie było. W ogóle ponoć nazwa miejsca nie wywodzi się od prawdziwej karczmy, bo takowa nie istniała. "Zielona Karczma" to ściana zieleni na skrzyżowaniu dawnych traktów... No nic. Nie dowiedziałam się za wiele, choć czasu miałam sporo, bo pół godziny - czas przewidziany na zakup kręconych ziemniaków na patyku, wypicie odpowiednich płynów w stojącej przy stacji budce, tudzież płynów oddania w przygotowanych toaletach (lub w lesie, który tu był kawałek od stacji oddalony i nie wszystkim spacerek tam się widział). Co tu wiele mówić - staliśmy w szczerym polu, i nawet na tablicy informacyjnej, choć obiecująco poruszono temat miejsca (że ta polana, na której się znaleźliśmy, kształtowała się przez wiele setek lat), to postanowiono tematu nie rozwijać i w efekcie nie wiem, czemu polana ta polaną się stała. Dowiedziałam się zaś, że któryś tam król zabronił polowań na tury, więc miał już mocną świadomość ekologiczną.
Stacja okazała się ostatnią w tą stronę. Tłumy turystów wpakowały się do pociągu i ruszyliśmy w drogę powrotną, by dotrzeć na czas na jeszcze jedną stację, na której zarządzono postój piętnastominutowy. Tu było chyba najciekawiej - pozostałości po wiacie harcerskiej, jakiś maleńki bunkierek / betonowa piwniczka w krzakach, obdarte w dolnych partiach z owoców antonówki, gdzieś na uboczu śliwa mirabelka. Ugryzłam jabłko z robakiem, rozsiałam parę pestek małych, kwaśnych śliweczek - myślę, że na tablicy edukacyjnej na temat kształtowania się tego miejsca, koniecznie powinni uwzględnić mój niewątpliwy wkład w charakter krajobrazu.
Niesmak po przygodzie z Wigierską Koleją Wąskotorową pozostał mi do dziś. Szkoda, bo przesłania to jej faktycznie ciekawe dzieje na przestrzeni lat, a szczególnie czasów wojennych... Co jednak zrobić. Mam to doświadczenie za sobą, pozostaje wyciągnąć z tego pewne nauki na przyszłość i z uśmiechem zacząć spoglądać na zdjęcia, wspominając mój paskudny nastrój i wątpliwą atrakcję;)
Tego dnia nie zrobiliśmy już nic więcej. Po drodze tylko zahaczyliśmy o jakiś przydrożny bar, w którym Szymeon niegdyś się stołował, przebywając w tych okolicach - wybrane przeze mnie gołąbki nawet przez kelnerkę uznane były za najsmaczniejsze, Szymeon zamówił sielawę (trochę go wcięło, gdy pani przyjmująca zamówienie zapytała, ile tych ryb - "a to sprzedajecie na sztuki czy w kawałkach?"; dla tych, co nie wiedzą, jak wygląda sielawa, informacja - to rybka trochę większa od szprotki). Mój też miał smaka na rybę, zaś Aga wybrała coś z potraw regionalnych. Wszystko było smaczne i w przyzwoitych cenach.
Po posiłku skierowaliśmy się w stronę naszej miejscowości, po drodze zatrzymując się jeszcze na zakupach w Jeleniewie. Wieczorem był grill z niespodziewaną atrakcją w postaci pasikonika giganta, który z nagła spadł na Starszą - a było to bydlę naprawdę niemałe; na drugim zdjęciu pasikonik w zestawieniu z wkładem świeczuszkowym - każdy chyba wie, jaką wielkość ma taki wkład, to niech sobie wyobrazi konika ;)
Wigierska Kolej Wąskotorowa
Dojechawszy do Płociczna, miejscowości leżącej w obszarze WPN-u, skąd w około dwugodzinną trasę rusza kolej wąskotorowa, zorientowałam się, że tak naprawdę zaliczenie tej atrakcji mnie nie ominie. Oczywiście padło pytanie, co o tym myślę, ale mając świadomość, że pozostali i tak w jakiś sposób w swojej wizji spędzania wolnego czasu biorą przez znaczną część pobytu poprawkę na moje wątłe finanse (nie wiem, co by robili, gdyby mogli w pełni sobie "wczasować" po swojemu...), nie chciałam stawać okoniem. Cóż mogłam powiedzieć? Powiedziałam tylko, że mnie to jakoś nie jara, ale ok... Plułam sobie potem w brodę, że nie powiedziałam, by sobie pojechali sami, a ja w tym czasie pokręcę się z przyjemnością po lesistej okolicy - Starszyzna bowiem udała się do kas, skąd po chwili wrócili z czterema biletami, za które łącznie dali stówkę. Za takie pieniądze byłabym spokojnie w stanie wyżyć przez dwa dni, lub spędzić miło czas jakkolwiek inaczej, tylko nie w tym kolorowym, drewnianym składziku stojącym przed nami... Bardzo lubię jeździć pociągami, uwielbiam dźwięk żelastwa sunącego ze stukotem po szynach. Jeżdżenie pociągami np na wakacje samo w sobie stanowi znaczną atrakcję, po prostu lubię atmosferę polskich pociągów i już :) Miałam więc nadzieję, że chociaż przypomnienie sobie tych dźwięków zrekompensuje mi w jakiś sposób stracone (jak dla mnie) pieniądze.
Na podjazd składu czekaliśmy do godziny trzynastej. Za ten czas pod kolejką narastał tłum oczekujących. Gdy już udało nam się zająć miejsca w drugim wagoniku, a turystów, którzy nie pomieścili się od razu, zapakowano do specjalnie doczepianych wagonów, pociąg ruszył. Odezwał się ten bliski mi dźwięk, ale zaraz wtórować mu zaczął głos dochodzący z zamontowanych w każdym wagonie głośników. Pan z głosem lektora bajki dla najmłodszych z najmłodszych radośnie nas powitał, przedstawił w skrócie historię wigierskiej kolei wąskotorowej, zachęcił do patrzenia w las, bo mamy tu do czynienia z jednym z najwyższych drzewostanów (?), ostrzegł też, by się nie wychylać z wagonów, bo gałęzie drzew i krzewów w najlepszym wypadku mogą nam porwać czapki, kapelusze i okulary. Wreszcie życzył udanej zabawy i zamilkł, choć nie na długo. Siedziałam sobie zatem lub stałam, patrząc w mijany niespiesznie las i tęskniąc do niego tak bardzo... Wiele bym dała w tamtym momencie za znalezienie się poza pociągiem, by przemierzać go pieszo lub na rowerze - z takiej perspektywy obserwatora zapewne wigierska kolejka nawet by mi się spodobała. Teraz jednak mijałam zieloną masę widzianą zza kolorowych szczebelków, a pan z głośnika informował o kolejnych ciekawostkach (w lesie można spotkać liczne ssaki, a nawet ptaki), za każdym razem równie radośnie i infantylnie co poprzednio. Próbowałam przez chwilę rozgryźć, co wyrażał wyraz twarzy Szymeona - chyba nie zachwyt. W każdym razie nie ujechaliśmy daleko - pierwszy z czterech zapowiedzianych przystanków był w Bindudze, gdzie kiedyś spławiano drewno, a teraz można było sobie podejść przez lasek nad brzeg jeziora Wigry i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Postój trwał pięć minut. Wyszłam na zewnątrz za pozostałymi, bo pan z głośnika w międzyczasie radośnie opowiadał o historii miejsca.
Ruszyliśmy i do następnego postoju nie zmieniło się nic; krajobraz wciąż był ten sam, pan z głośnika wciąż mówił tak samo, nawet ludzie mieli te same zagadkowe miny. Kolejne zatrzymanie wniosło do mojego życia tyle, że przez 10 minut miałam szansę zakupić na specjalnym stoisku miody i świeczki i obejrzeć barć wiszącą na drzewie (oczywiście poza jakże odmiennym krajobrazem jeziora Wigry), co nawiązywało do historii miejsca, Bartnego Dołu. Nie zakupiłam nic, zdjęcia pamiątkowe powstały na życzenie, barć i jezioro zostały zobaczone. Ruszyliśmy dalej, do trzeciej stacji, już bardziej przez tyły jakichś wiosek, nie las.
Miejsce nazywało się Krusznik - Zielona Karczma, i, oczywiście, Zielonej Karczmy nie było. W ogóle ponoć nazwa miejsca nie wywodzi się od prawdziwej karczmy, bo takowa nie istniała. "Zielona Karczma" to ściana zieleni na skrzyżowaniu dawnych traktów... No nic. Nie dowiedziałam się za wiele, choć czasu miałam sporo, bo pół godziny - czas przewidziany na zakup kręconych ziemniaków na patyku, wypicie odpowiednich płynów w stojącej przy stacji budce, tudzież płynów oddania w przygotowanych toaletach (lub w lesie, który tu był kawałek od stacji oddalony i nie wszystkim spacerek tam się widział). Co tu wiele mówić - staliśmy w szczerym polu, i nawet na tablicy informacyjnej, choć obiecująco poruszono temat miejsca (że ta polana, na której się znaleźliśmy, kształtowała się przez wiele setek lat), to postanowiono tematu nie rozwijać i w efekcie nie wiem, czemu polana ta polaną się stała. Dowiedziałam się zaś, że któryś tam król zabronił polowań na tury, więc miał już mocną świadomość ekologiczną.
Stacja okazała się ostatnią w tą stronę. Tłumy turystów wpakowały się do pociągu i ruszyliśmy w drogę powrotną, by dotrzeć na czas na jeszcze jedną stację, na której zarządzono postój piętnastominutowy. Tu było chyba najciekawiej - pozostałości po wiacie harcerskiej, jakiś maleńki bunkierek / betonowa piwniczka w krzakach, obdarte w dolnych partiach z owoców antonówki, gdzieś na uboczu śliwa mirabelka. Ugryzłam jabłko z robakiem, rozsiałam parę pestek małych, kwaśnych śliweczek - myślę, że na tablicy edukacyjnej na temat kształtowania się tego miejsca, koniecznie powinni uwzględnić mój niewątpliwy wkład w charakter krajobrazu.
Niesmak po przygodzie z Wigierską Koleją Wąskotorową pozostał mi do dziś. Szkoda, bo przesłania to jej faktycznie ciekawe dzieje na przestrzeni lat, a szczególnie czasów wojennych... Co jednak zrobić. Mam to doświadczenie za sobą, pozostaje wyciągnąć z tego pewne nauki na przyszłość i z uśmiechem zacząć spoglądać na zdjęcia, wspominając mój paskudny nastrój i wątpliwą atrakcję;)
Tego dnia nie zrobiliśmy już nic więcej. Po drodze tylko zahaczyliśmy o jakiś przydrożny bar, w którym Szymeon niegdyś się stołował, przebywając w tych okolicach - wybrane przeze mnie gołąbki nawet przez kelnerkę uznane były za najsmaczniejsze, Szymeon zamówił sielawę (trochę go wcięło, gdy pani przyjmująca zamówienie zapytała, ile tych ryb - "a to sprzedajecie na sztuki czy w kawałkach?"; dla tych, co nie wiedzą, jak wygląda sielawa, informacja - to rybka trochę większa od szprotki). Mój też miał smaka na rybę, zaś Aga wybrała coś z potraw regionalnych. Wszystko było smaczne i w przyzwoitych cenach.
Po posiłku skierowaliśmy się w stronę naszej miejscowości, po drodze zatrzymując się jeszcze na zakupach w Jeleniewie. Wieczorem był grill z niespodziewaną atrakcją w postaci pasikonika giganta, który z nagła spadł na Starszą - a było to bydlę naprawdę niemałe; na drugim zdjęciu pasikonik w zestawieniu z wkładem świeczuszkowym - każdy chyba wie, jaką wielkość ma taki wkład, to niech sobie wyobrazi konika ;)
Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VI
Ten dzień również mieliśmy w zamiarze spędzić rowerowo, w czwórkę eksplorując kolejne urokliwe zakątki Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Warunkiem mojej jazdy była jednak wymiana roweru na inny ze stodoły, który po wymianie dętek z jego poprzednikiem, okazał się dużo milszym towarzyszem. Nie zmieniło to jednak faktu, że od paru dni wzmagające się złe samopoczucie osiągnęło tego ranka poziom krytyczny - poza złym nastrojem, potęgowanym przez wciąż towarzyszące mi rozterki, obawy i małe złostki, fizycznie kompletnie nie nadawałam się do wspólnej jazdy, o czym zrezygnowana poinformowałam R. pod pierwszym pagórkiem za naszym gospodarstwem. Było mi niedobrze i miałam wrażenie, jakbym świeżo zsiadła z karuzeli w wesołym miasteczku - a po karuzelach generalnie czuję się paskudnie. Zdecydowałam się odpuścić.
Chłopak został ze mną, choć jego towarzystwo chwilowo generowało tylko dodatkowe, niepotrzebne konflikty słowne. Wyszedł on bowiem z założenia, że po prostu źle się do wycieczki od samego początku nastawiłam i w tym upatrywał przyczyn mojej porażki, co wyjątkowo mnie rozsierdzało - jak się bowiem miałam źle nastawić, kiedy to tak bardzo chciałam zobaczyć mnogość ciekawych miejsc w SPK... Atmosfera była przez dłuższą chwilę nieciekawa, wreszcie osiągnęliśmy jakiś stopień porozumienia i postanowiliśmy ruszyć do przodu - ja wyciszona i uspokojona, R. bardziej wyrozumiały i z założenia cierpliwie wyczekujący mnie, pchającej rower, na szczycie każdego podjazdu. Obrana trasa liczyła zaś sobie zaledwie paręnaście kilometrów po najbliższej okolicy, nie przewidywała próby dogonienia Starszyzny, a w razie jakichkolwiek niedomagań miała być elastyczna i stale modyfikowana w odniesieniu do moich wątpliwych możliwości. W ten oto sposób zaliczyliśmy, jak się okazało, bardzo udaną wycieczkę rowerową, odpuszczając obustronnie wszelkie dalsze stresy na ten dzień.
Skierowaliśmy się w stronę, którą ostatnio wracaliśmy - żeby uniknąć poznanego już nieprzyjemnego podjazdu na ostatnich kilometrach powrotu. Przy pierwszej okazji, przed Udziejkiem, skręciliśmy jednak na prawo i w ten sposób dostaliśmy się pod zabytkowy młyn, wyraźnie świeżo wyremontowany.
Jeziora Kleszczowieckie
Dalej jechaliśmy szlakiem, który za młynem wiódł nas powolutku w stronę Smolnik. Zanim jednak tam dotarliśmy, jechaliśmy kawałek drogi niesamowicie pachnącym lasem, w którym to na naszej leśnej dróżce pojawiły się w pewnym momencie zagadkowe tropy psowatego. Wyraźnie nie był to mały spacerujący jork, a jakieś spore bydlę w biegu. Zastanawialiśmy się długo nad pochodzeniem tropów - były tak duże, że zaczęliśmy główkować, czy w tej okolicy pojawiają się wilki. Dziwne jednak było to, że tropy tak długi czas wiodły leśnym duktem, zamiast zboczyć w momencie w otaczający nas las... Cóż, bardziej spodziewałabym się jednak wilka, niż wilczura, który pędził chwilę później w naszą stronę za jadącym skuterem. Zagadka wyjaśniła się, rozwiązanie okazało się dość proste - jednak w odmiennych niż na co dzień warunkach wyobraźnia podsuwa różne scenariusze :)
Droga z lasu wywiodła nas na pola. Przed nami rozciągał się widok na bliższe i dalsze wzniesienia, przede wszystkim z daleka już widzieliśmy wyjątkowo stromy podjazd, który nas czekał. To o nim wspominał Szymeon, gdy w pierwszych dniach pobytu wybrał się samotnie na rower, rezygnując z naszego jeziorka. Szymeon generalnie dużo jeździ i na nie byle jakim sprzęcie, zatem lubi wyzwania i do każdego podjazdu startuje z równym zapałem. Ten miał być jednym z dwóch, które wyczerpały go totalnie.
Ja z góry podejście do tematu odpuściłam, chłopak na mniej stromych fragmentach trasy próbował coś tam pedałować, bo nie należy do ludzi, którzy łatwo się poddają. Powierzyłam mu zatem mój aparat, by czekając na mnie gdzieś wyżej robił zdjęcia rozpościerającym się widokom, ja za ten czas zaś mogłam powolutku, w swoim tempie, krok po kroku wypychać mój sprzęt i tyłek do góry. A że z tego miejsca rozpościerał się fantastyczny widok na Jeziora Kleszczowieckie, to każde z nas było z tego układu zadowolone (tym bardziej, że po drodze dopadłam porastające gęsto skarpę jeżyny :))
Smolniki
Tym niespiesznym tempem dotarliśmy wreszcie do Smolnik. Tam pozwoliliśmy sobie na chwilowy odpoczynek, zakup mapy parku (na pamiątkę) i opłacenie dwóch wejściówek na punkt widokowy "U Pana Tadeusza", który swą nazwę zawdzięcza kręceniu scen do filmu o wspomnianym literackim bohaterze. Widoki rozpościerające się z drewnianej wiaty generalnie niewiele się różniły od tych widzianych poprzednio, nie wiem nawet, czy tamte, z polnej drogi otoczonej polnymi zaroślami nie bardziej mnie urzekły... Ale na takie widoki zawsze patrzeć można, nawet za cenę dwóch złotych ;)
W Smolnikach mieliśmy chwilę wahania co do dalszego przebiegu naszej przejażdżki - okrutnie marzyło mi się pojechanie kawałek dalej, na Starą Hańczę, skąd, w otoczeniu pomników przyrody dworskiego parku, miał się roztaczać widok na jezioro Hańczę. Ze względu na moje niepewne siły i fakt, że tylko my byliśmy w posiadaniu kluczy do pokoi, zdecydowaliśmy jednak udać się już w drogę powrotną, wiodącą tym razem przez Kleszczówek. Jako że Smolniki są położone dość wysoko w regionie, na asfalcie wiodącym przez wieś można było osiągać naprawdę szalone prędkości zjazdu. Właściwie ledwo zauważyłam tablicę z nazwą miejscowości, a już chwilę później minęliśmy tablicę oznaczającą wyjazd ze wsi. Później mieliśmy już tylko zgodnie z mapą dotrzeć do głównej asfaltowej wiodącej na Litwę, którą, w przeciwnym kierunku, udać się mieliśmy do Gulbieniszek i stamtąd już prosto do naszego gospodarstwa. Po drodze, z bardziej interesujących zjawisk, minęliśmy jeszcze tylko pole wymarłych brzózek sterczących z wysokich, mokrych traw (wyraźnie niedawno powstałe rozlewisko), a później widok stada krów spędzanego z pola na asfalt z pomocą zjadliwego kundelka sięgającego połowy łydek, który, niczym pies pasterski, poganiał bardziej oporne mućki i nawracał te zbaczające z trasy.
Do gospodarstwa, mimo obaw, dotarliśmy tuż przed powrotem Starszyzny. Okazało się, że podczas gdy my zrobiliśmy (bezspornie dzięki mnie) niecałe 17km, oni zdążyli w podobnym czasie pokonać ponad 40, objeżdżając właściwie cały Suwalski Park Krajobrazowy dookoła - co w kontekście walorów widokowych i tak im nic nie dało, bo, jak to powiedziała Starsza, "przy Szymku nie miała czasu rozglądać się na boki".
Przed zachodem słońca rozpaliliśmy grilla, by standardowo posilić się kiełbaską, uraczyć karkówką i nawodnić piwem. Zdążyłam jeszcze na chwilę odejść od towarzystwa pod sosnowy lasek, gdzie zaraz wszelkie troski wyleciały mi z głowy - podeszłam bowiem niechcący pod sosnową gałąź, zawieszoną 1,5m nad moją głową, skąd prosto z nad mojej głowy zerwał się do lotu bocian. Chciałam go jeszcze raz z tak bliska zobaczyć, kucnęłam zatem cichutko w zaroślach i obserwowałam, jak zatacza kręgi wokół lasku - nie był jednak najwyraźniej na tyle głupi by nie zauważyć, że coś w las weszło a nic z niego nie wyszło, i po parunastu okrążeniach odpuścił sobie powrót na swą ulubioną miejscówkę.
Zachód słońca przystroił tego wieczoru niebo w bardziej pastelowe szaty niż zwykle, natomiast późniejszy księżyc zawisły na granatowym niebie świecił bliskim, pomarańczowym światłem, zwiastującym niespokojną noc szamotaną wiatrami i burzami. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że po nocy zostało w nas tylko zacierające się szybko wrażenie nocnej deszczowej melodii.
Chłopak został ze mną, choć jego towarzystwo chwilowo generowało tylko dodatkowe, niepotrzebne konflikty słowne. Wyszedł on bowiem z założenia, że po prostu źle się do wycieczki od samego początku nastawiłam i w tym upatrywał przyczyn mojej porażki, co wyjątkowo mnie rozsierdzało - jak się bowiem miałam źle nastawić, kiedy to tak bardzo chciałam zobaczyć mnogość ciekawych miejsc w SPK... Atmosfera była przez dłuższą chwilę nieciekawa, wreszcie osiągnęliśmy jakiś stopień porozumienia i postanowiliśmy ruszyć do przodu - ja wyciszona i uspokojona, R. bardziej wyrozumiały i z założenia cierpliwie wyczekujący mnie, pchającej rower, na szczycie każdego podjazdu. Obrana trasa liczyła zaś sobie zaledwie paręnaście kilometrów po najbliższej okolicy, nie przewidywała próby dogonienia Starszyzny, a w razie jakichkolwiek niedomagań miała być elastyczna i stale modyfikowana w odniesieniu do moich wątpliwych możliwości. W ten oto sposób zaliczyliśmy, jak się okazało, bardzo udaną wycieczkę rowerową, odpuszczając obustronnie wszelkie dalsze stresy na ten dzień.
Skierowaliśmy się w stronę, którą ostatnio wracaliśmy - żeby uniknąć poznanego już nieprzyjemnego podjazdu na ostatnich kilometrach powrotu. Przy pierwszej okazji, przed Udziejkiem, skręciliśmy jednak na prawo i w ten sposób dostaliśmy się pod zabytkowy młyn, wyraźnie świeżo wyremontowany.
Jeziora Kleszczowieckie
Dalej jechaliśmy szlakiem, który za młynem wiódł nas powolutku w stronę Smolnik. Zanim jednak tam dotarliśmy, jechaliśmy kawałek drogi niesamowicie pachnącym lasem, w którym to na naszej leśnej dróżce pojawiły się w pewnym momencie zagadkowe tropy psowatego. Wyraźnie nie był to mały spacerujący jork, a jakieś spore bydlę w biegu. Zastanawialiśmy się długo nad pochodzeniem tropów - były tak duże, że zaczęliśmy główkować, czy w tej okolicy pojawiają się wilki. Dziwne jednak było to, że tropy tak długi czas wiodły leśnym duktem, zamiast zboczyć w momencie w otaczający nas las... Cóż, bardziej spodziewałabym się jednak wilka, niż wilczura, który pędził chwilę później w naszą stronę za jadącym skuterem. Zagadka wyjaśniła się, rozwiązanie okazało się dość proste - jednak w odmiennych niż na co dzień warunkach wyobraźnia podsuwa różne scenariusze :)
Droga z lasu wywiodła nas na pola. Przed nami rozciągał się widok na bliższe i dalsze wzniesienia, przede wszystkim z daleka już widzieliśmy wyjątkowo stromy podjazd, który nas czekał. To o nim wspominał Szymeon, gdy w pierwszych dniach pobytu wybrał się samotnie na rower, rezygnując z naszego jeziorka. Szymeon generalnie dużo jeździ i na nie byle jakim sprzęcie, zatem lubi wyzwania i do każdego podjazdu startuje z równym zapałem. Ten miał być jednym z dwóch, które wyczerpały go totalnie.
Ja z góry podejście do tematu odpuściłam, chłopak na mniej stromych fragmentach trasy próbował coś tam pedałować, bo nie należy do ludzi, którzy łatwo się poddają. Powierzyłam mu zatem mój aparat, by czekając na mnie gdzieś wyżej robił zdjęcia rozpościerającym się widokom, ja za ten czas zaś mogłam powolutku, w swoim tempie, krok po kroku wypychać mój sprzęt i tyłek do góry. A że z tego miejsca rozpościerał się fantastyczny widok na Jeziora Kleszczowieckie, to każde z nas było z tego układu zadowolone (tym bardziej, że po drodze dopadłam porastające gęsto skarpę jeżyny :))
Smolniki
Tym niespiesznym tempem dotarliśmy wreszcie do Smolnik. Tam pozwoliliśmy sobie na chwilowy odpoczynek, zakup mapy parku (na pamiątkę) i opłacenie dwóch wejściówek na punkt widokowy "U Pana Tadeusza", który swą nazwę zawdzięcza kręceniu scen do filmu o wspomnianym literackim bohaterze. Widoki rozpościerające się z drewnianej wiaty generalnie niewiele się różniły od tych widzianych poprzednio, nie wiem nawet, czy tamte, z polnej drogi otoczonej polnymi zaroślami nie bardziej mnie urzekły... Ale na takie widoki zawsze patrzeć można, nawet za cenę dwóch złotych ;)
| To niewielkie mokradło mijaliśmy jeszcze w drodze do Smolnik |
Do gospodarstwa, mimo obaw, dotarliśmy tuż przed powrotem Starszyzny. Okazało się, że podczas gdy my zrobiliśmy (bezspornie dzięki mnie) niecałe 17km, oni zdążyli w podobnym czasie pokonać ponad 40, objeżdżając właściwie cały Suwalski Park Krajobrazowy dookoła - co w kontekście walorów widokowych i tak im nic nie dało, bo, jak to powiedziała Starsza, "przy Szymku nie miała czasu rozglądać się na boki".
Przed zachodem słońca rozpaliliśmy grilla, by standardowo posilić się kiełbaską, uraczyć karkówką i nawodnić piwem. Zdążyłam jeszcze na chwilę odejść od towarzystwa pod sosnowy lasek, gdzie zaraz wszelkie troski wyleciały mi z głowy - podeszłam bowiem niechcący pod sosnową gałąź, zawieszoną 1,5m nad moją głową, skąd prosto z nad mojej głowy zerwał się do lotu bocian. Chciałam go jeszcze raz z tak bliska zobaczyć, kucnęłam zatem cichutko w zaroślach i obserwowałam, jak zatacza kręgi wokół lasku - nie był jednak najwyraźniej na tyle głupi by nie zauważyć, że coś w las weszło a nic z niego nie wyszło, i po parunastu okrążeniach odpuścił sobie powrót na swą ulubioną miejscówkę.
Zachód słońca przystroił tego wieczoru niebo w bardziej pastelowe szaty niż zwykle, natomiast późniejszy księżyc zawisły na granatowym niebie świecił bliskim, pomarańczowym światłem, zwiastującym niespokojną noc szamotaną wiatrami i burzami. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że po nocy zostało w nas tylko zacierające się szybko wrażenie nocnej deszczowej melodii.
Etykiety:
bociany,
jeziora,
krajobrazy,
las,
natura,
o mnie,
problemy,
przejażdżka,
przeszkody,
psy,
relacja,
rower,
Suwalszczyzna,
tropy zwierząt,
w terenie,
wycieczka,
zdjęcia,
zwierzęta
poniedziałek, 2 września 2013
Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień V
Ponieważ spędziłam ten weekend zupełnie inaczej, niż planowałam (poza domem, ale nie w terenie), toteż, nie mając nic w temacie do napisania, powrócę do relacjonowania sierpniowych wczasów w Ścibowie ;)
Dnia piątego, a właściwie jeszcze wieczorem dnia poprzedniego, powzięłam stanowczy zamiar uprzedzenia w swoim wstawaniu wschodu słońca. Ponieważ jednak nie miałam zamiaru zaszantażować w perfidny sposób chłopaka (w stylu: "albo idziesz ze mną, albo pójdę tam sama" - tam, czyli na Górę Cisową, skąd bardzo chciałam zobaczyć słońce wschodzące nad Suwalskim Parkiem Krajobrazowym, a gdzie R. samej nie chciał mnie wypuszczać o tak "nieprzyzwoitej" porze), wybrałam się tylko kawałek od naszego gospodarstwa. O mało co nie udało mi się wybyć z domu na czas, bo ustawiony w komórce alarm zadzwonił, gdy schowane za widnokręgiem słońce malowało już krajobraz soczystymi barwami. Pospiesznie się ubrałam, chwyciłam aparat i wyleciałam cichcem z domu, zmierzając prosto przed siebie, za gospodarstwo, przez drogę i dalej, w pola - by uchwycić tę czarowną chwilę choć na jednej fotografii, bez zbędnego przekłamania kolorystycznego, co na szczęście mi się udało :)
Gdy wróciłam później do domu, poczułam rozkładające mnie z zaspania zmęczenie. Położyłam się na łóżku i przespałam jeszcze dobre cztery godzinki.
Tego dnia garaż z narzędziami został nam udostępniony, i po założeniu dętek, tudzież podmianie kół, skonstruowaliśmy z Lubym dwa rowery. W międzyczasie Starszyzna pojechała na zakupy do najbliższego sklepu w Jeleniewie. Po ich powrocie ustaliliśmy plan naszej dzisiejszej wycieczki rowerowej, z grubsza wiodącej "moimi" trasami, obczajonymi jeszcze w domu. Starszyzna wywlekła swoje drogie rowery ze stodoły, ja dostałam prawo wyboru jednego z dwóch przez nas przygotowanych. Wybrałam ten z koszmarnie scentrowanym kołem, którego udało się jednakowoż lepiej dopompować, poza tym wyczułam przerzutki - trzeba było tylko lewego przytrzymać prawą ręką i dopiero wtedy przekręcać, bo inaczej kręciła się cała rękojeść. Rower Mojego strzelał przy próbie zmian przerzutek, poza tym na takim flaku chyba nie byłabym w stanie jechać.
Jezioro Szurpiły
Jak zwykle niespiesznie wybyliśmy w trasę. Wyjechaliśmy na "główną polną", gdzie skierowaliśmy się w lewo, do asfaltu. Tam znowu skręciliśmy w lewo, by kawałek dalej odbić na "naszą" trasę. W zamiarze mieliśmy się dostać pod Górę Zamkową, pozostałości po grodzisku plemienia Jaćwingów. W pewnym miejscu jednak dojechaliśmy do rozdroża, gdzie udaliśmy się w błędnym kierunku ścieżką poznawczą "Na Górę Zamkową". Okazało się bowiem, że zamiast za parę minut dotrzeć do celu, skierowaliśmy się na Kazimierówkę, nadkładając całe kilometry trasy i okrążając jezioro Szurpiły o pięknej, malachitowej barwie swych wód.
Z racji ogólnego tempa nadawanego przez towarzystwo nie było mi dane zatrzymywać się co krok i uwieczniać zachwycające mnie widoki na zdjęciach. Nie jestem przez to w stanie dokładnie określić, w którym momencie rozkraczyły się do reszty dwa rowery... Za Kazimierówką zamieniłam się z Szymeonem, który musiał doświadczyć jazdy na moim wehikule, by zrozumieć, że donośne dźwięki przezeń wydawane to nie ocieranie koła o błotnik, a koła w ogóle. Tak więc już za Kazimierówką, może na wysokości miejscowości Szurpiły, może trochę dalej, po jednym z bardziej stromych i agresywnych zjazdów (podjazdów o tych cechach było jeszcze więcej ;)) koło zaczęło tak boksować, jakby zaraz się miało odkręcić lub złamać. Nie wiem, co tam przy nim wykombinowali faceci - trochę dokręcili, chyba też parę razy w nie mocniej grzmotnęli - w każdym razie zaczęło się kręcić, jak przedtem, co przynajmniej wróżyło jazdę w ogóle. Starsza zasiadła zatem na swoim drogim trekkingowym cacku i rzuciła hasło: "ruszamy", na co jej brat odparł z rozbawieniem, że ona to chyba nie... Nie wiemy, jak długo jechała na rozwalonej dętce. Tak czy inaczej cud, że nie pokancerowała koła, zjeżdżając z prędkością niemałą, krętą, kamienistą drogą. Dalej już jednak jechać nie miała.
Po namyśle i utarczkach słownych między zakochanymi postanowiono, że Starszyzna wraca te 10 kilometrów piechotką, taszcząc nowy rower Starszej i moje pokrzywione cudo. My z R. mieliśmy jeździć sobie dalej i niczym się nie przejmować. Więc pojechaliśmy... Nie daleko jednak, bo zgłodnieliśmy i urządziliśmy sobie postój na zjedzenie przygotowanych kanapek i nabranie apetytu na dalszą trasę.
Po postoju zdążyliśmy zaledwie zjechać z góry i dotrzeć do rozstaju dróg (i szlaków, tu mogliśmy odbić na rezerwat przyrody w Rutce), gdy po kontakcie telefonicznym ze Starszymi dowiedzieliśmy się, że mamy na nich czekać. Okazało się bowiem, że ci po drodze zahaczyli innych rowerzystów, parę, gdzie kobieta miała identyczny rower jak Aga, z niestandardową wielkością kół, i akurat mają przy sobie zapasową dętkę. Starszyzna, odkupiwszy ją zatem i wymieniwszy się uwagami dotyczącymi wczasów i restauracji w Jeleniewie, zmierzała teraz ku nam z powrotem. Gdy już do nas dotarli, skierowaliśmy się wszyscy na Górę Zamkową.
Góra Zamkowa
Nie będę teraz przytaczać naukowych danych dotyczących grodziska, każdy może sobie to znaleźć w internecie. W każdym razie, mimo czytania o tym archeologicznie ciekawym miejscu w przewodnikach i wcześniej na stronach internetowych, miałam blade pojęcie, gdzie się wybieramy. Jeszcze zostawiając pod schodkami rowery i Starszyznę myśleliśmy z R., że owe schodki prowadzą jedynie na widoczny nam pagórek i to ma być ta cała "Góra Zamkowa". Okazało się jednak, że pagórek zasłania nam nasz faktyczny cel - który okazał się dość wysoki i imponujący. Kamienno-ziemistymi schodkami, później polno-leśną ścieżką dotarliśmy na zalesiony szczyt góry, skąd roztaczały się fantastyczne widoki na otaczające nas zewsząd tafle jezior. Jaćwingowie nie bez powodu obrali w zamierzchłych czasach właśnie to wzniesienie na swoje grodzisko - wody stanowiły naturalną barierę dla wroga, co dodatkowo jeszcze spotęgowali odkrytą przez archeologów palisadą wokół wzgórza. Góra stanowiła nie tylko doskonały punkt obronny, a była centrum życia jaćwieskiego plemienia; dwa nieopodal znajdujące się wzniesienia nie bez powodu nazwane są "Górą Cmentarną" i "Górą Kościelną". Aż dziw bierze, że plemię tak po prostu przepadło w odmętach historii, nie zostawiając po sobie nic prócz czekających w ziemi na odkrycie pozostałości okazałych grodzisk, kurhanów, czy śladzie w obecnie funkcjonującym regionalnym nazewnictwie.
Tak czy inaczej, przez szmat czasu dobrze im się tu musiało żyć ;)
Wodziłki i Głazowisko Łopuchowskie
Nie bardzo był sens wracać do uwzględnianego w planach, a pominiętego w praktyce rezerwatu Rutka, zatem skierowaliśmy się do Wodziłek - jednej z nielicznych już w regionie wsi Staroobrzędowców, położonej pośrodku SPK. Tak na dobrą sprawę pośród obecnych mieszkańców już naprawdę nieliczni są praktykującymi Staroobrzędowcami, ale w centrum niewielkiej wioski stoi zabytkowa molenna, nadająca temu miejscu nieco nostalgiczną aurę.
Będąc na rowerach nie rozejrzeliśmy się zbytnio po okolicy, z resztą przez większość wycieczki chodziło bardziej o to, by pedałować, niż w zadumie zachwycać się nad każdym widokiem i ciekawostką. Pojechaliśmy zatem w stronę jeziora Hańcza, do Bachanowa, którego jednak się na miejscu za dużo nie naoglądaliśmy - coś tam prześwitywało nam zza drzew i domostw. Tak naprawdę, by móc podziwiać Hańczę, trzeba by udać się na przeciwny brzeg i wspiąć na Górę Leszczynową, tudzież dotrzeć do Starej Hańczy, gdzie z miejsca po dawnym dworze roztacza się widok na całe jezioro. My jednak podczas tej wyprawy czuliśmy już niemałe zmęczenie (Szymeon zwrócił mi moje cudem jeżdżące cacko) i powoli zataczaliśmy pętlę. Z Bachanowa skierowaliśmy się zatem na Łopuchowo, gdzie znajduje się jedno z trzech w okolicy głazowisko, objęte ochroną rezerwatową. Po paru pamiątkowych zdjęciach na głazie i w otoczeniu głazów, ruszyliśmy już całkiem w drogę powrotną - na Udziejek i dalej, gdzie ja już po drodze wysiadałam psychicznie i fizycznie, zsiadając z mojego zgrzypiaka przed każdym, najmniejszym wzniesieniem. I tak oto wreszcie dotarliśmy do naszego gospodarstwa, gdzie wieczorem, by tradycji stało się zadość, zjedliśmy kiełbaski do piwa (tym razem z grilla, i w towarzystwie karkówki). A ja, tradycyjnie, dorwałam zachód słońca spod naszego sosnowego lasku :)
Dnia piątego, a właściwie jeszcze wieczorem dnia poprzedniego, powzięłam stanowczy zamiar uprzedzenia w swoim wstawaniu wschodu słońca. Ponieważ jednak nie miałam zamiaru zaszantażować w perfidny sposób chłopaka (w stylu: "albo idziesz ze mną, albo pójdę tam sama" - tam, czyli na Górę Cisową, skąd bardzo chciałam zobaczyć słońce wschodzące nad Suwalskim Parkiem Krajobrazowym, a gdzie R. samej nie chciał mnie wypuszczać o tak "nieprzyzwoitej" porze), wybrałam się tylko kawałek od naszego gospodarstwa. O mało co nie udało mi się wybyć z domu na czas, bo ustawiony w komórce alarm zadzwonił, gdy schowane za widnokręgiem słońce malowało już krajobraz soczystymi barwami. Pospiesznie się ubrałam, chwyciłam aparat i wyleciałam cichcem z domu, zmierzając prosto przed siebie, za gospodarstwo, przez drogę i dalej, w pola - by uchwycić tę czarowną chwilę choć na jednej fotografii, bez zbędnego przekłamania kolorystycznego, co na szczęście mi się udało :)
Gdy wróciłam później do domu, poczułam rozkładające mnie z zaspania zmęczenie. Położyłam się na łóżku i przespałam jeszcze dobre cztery godzinki.
Tego dnia garaż z narzędziami został nam udostępniony, i po założeniu dętek, tudzież podmianie kół, skonstruowaliśmy z Lubym dwa rowery. W międzyczasie Starszyzna pojechała na zakupy do najbliższego sklepu w Jeleniewie. Po ich powrocie ustaliliśmy plan naszej dzisiejszej wycieczki rowerowej, z grubsza wiodącej "moimi" trasami, obczajonymi jeszcze w domu. Starszyzna wywlekła swoje drogie rowery ze stodoły, ja dostałam prawo wyboru jednego z dwóch przez nas przygotowanych. Wybrałam ten z koszmarnie scentrowanym kołem, którego udało się jednakowoż lepiej dopompować, poza tym wyczułam przerzutki - trzeba było tylko lewego przytrzymać prawą ręką i dopiero wtedy przekręcać, bo inaczej kręciła się cała rękojeść. Rower Mojego strzelał przy próbie zmian przerzutek, poza tym na takim flaku chyba nie byłabym w stanie jechać.
Jezioro Szurpiły
Jak zwykle niespiesznie wybyliśmy w trasę. Wyjechaliśmy na "główną polną", gdzie skierowaliśmy się w lewo, do asfaltu. Tam znowu skręciliśmy w lewo, by kawałek dalej odbić na "naszą" trasę. W zamiarze mieliśmy się dostać pod Górę Zamkową, pozostałości po grodzisku plemienia Jaćwingów. W pewnym miejscu jednak dojechaliśmy do rozdroża, gdzie udaliśmy się w błędnym kierunku ścieżką poznawczą "Na Górę Zamkową". Okazało się bowiem, że zamiast za parę minut dotrzeć do celu, skierowaliśmy się na Kazimierówkę, nadkładając całe kilometry trasy i okrążając jezioro Szurpiły o pięknej, malachitowej barwie swych wód.
Z racji ogólnego tempa nadawanego przez towarzystwo nie było mi dane zatrzymywać się co krok i uwieczniać zachwycające mnie widoki na zdjęciach. Nie jestem przez to w stanie dokładnie określić, w którym momencie rozkraczyły się do reszty dwa rowery... Za Kazimierówką zamieniłam się z Szymeonem, który musiał doświadczyć jazdy na moim wehikule, by zrozumieć, że donośne dźwięki przezeń wydawane to nie ocieranie koła o błotnik, a koła w ogóle. Tak więc już za Kazimierówką, może na wysokości miejscowości Szurpiły, może trochę dalej, po jednym z bardziej stromych i agresywnych zjazdów (podjazdów o tych cechach było jeszcze więcej ;)) koło zaczęło tak boksować, jakby zaraz się miało odkręcić lub złamać. Nie wiem, co tam przy nim wykombinowali faceci - trochę dokręcili, chyba też parę razy w nie mocniej grzmotnęli - w każdym razie zaczęło się kręcić, jak przedtem, co przynajmniej wróżyło jazdę w ogóle. Starsza zasiadła zatem na swoim drogim trekkingowym cacku i rzuciła hasło: "ruszamy", na co jej brat odparł z rozbawieniem, że ona to chyba nie... Nie wiemy, jak długo jechała na rozwalonej dętce. Tak czy inaczej cud, że nie pokancerowała koła, zjeżdżając z prędkością niemałą, krętą, kamienistą drogą. Dalej już jednak jechać nie miała.
Po namyśle i utarczkach słownych między zakochanymi postanowiono, że Starszyzna wraca te 10 kilometrów piechotką, taszcząc nowy rower Starszej i moje pokrzywione cudo. My z R. mieliśmy jeździć sobie dalej i niczym się nie przejmować. Więc pojechaliśmy... Nie daleko jednak, bo zgłodnieliśmy i urządziliśmy sobie postój na zjedzenie przygotowanych kanapek i nabranie apetytu na dalszą trasę.
Po postoju zdążyliśmy zaledwie zjechać z góry i dotrzeć do rozstaju dróg (i szlaków, tu mogliśmy odbić na rezerwat przyrody w Rutce), gdy po kontakcie telefonicznym ze Starszymi dowiedzieliśmy się, że mamy na nich czekać. Okazało się bowiem, że ci po drodze zahaczyli innych rowerzystów, parę, gdzie kobieta miała identyczny rower jak Aga, z niestandardową wielkością kół, i akurat mają przy sobie zapasową dętkę. Starszyzna, odkupiwszy ją zatem i wymieniwszy się uwagami dotyczącymi wczasów i restauracji w Jeleniewie, zmierzała teraz ku nam z powrotem. Gdy już do nas dotarli, skierowaliśmy się wszyscy na Górę Zamkową.
Góra Zamkowa
Nie będę teraz przytaczać naukowych danych dotyczących grodziska, każdy może sobie to znaleźć w internecie. W każdym razie, mimo czytania o tym archeologicznie ciekawym miejscu w przewodnikach i wcześniej na stronach internetowych, miałam blade pojęcie, gdzie się wybieramy. Jeszcze zostawiając pod schodkami rowery i Starszyznę myśleliśmy z R., że owe schodki prowadzą jedynie na widoczny nam pagórek i to ma być ta cała "Góra Zamkowa". Okazało się jednak, że pagórek zasłania nam nasz faktyczny cel - który okazał się dość wysoki i imponujący. Kamienno-ziemistymi schodkami, później polno-leśną ścieżką dotarliśmy na zalesiony szczyt góry, skąd roztaczały się fantastyczne widoki na otaczające nas zewsząd tafle jezior. Jaćwingowie nie bez powodu obrali w zamierzchłych czasach właśnie to wzniesienie na swoje grodzisko - wody stanowiły naturalną barierę dla wroga, co dodatkowo jeszcze spotęgowali odkrytą przez archeologów palisadą wokół wzgórza. Góra stanowiła nie tylko doskonały punkt obronny, a była centrum życia jaćwieskiego plemienia; dwa nieopodal znajdujące się wzniesienia nie bez powodu nazwane są "Górą Cmentarną" i "Górą Kościelną". Aż dziw bierze, że plemię tak po prostu przepadło w odmętach historii, nie zostawiając po sobie nic prócz czekających w ziemi na odkrycie pozostałości okazałych grodzisk, kurhanów, czy śladzie w obecnie funkcjonującym regionalnym nazewnictwie.
Tak czy inaczej, przez szmat czasu dobrze im się tu musiało żyć ;)
Wodziłki i Głazowisko Łopuchowskie
Nie bardzo był sens wracać do uwzględnianego w planach, a pominiętego w praktyce rezerwatu Rutka, zatem skierowaliśmy się do Wodziłek - jednej z nielicznych już w regionie wsi Staroobrzędowców, położonej pośrodku SPK. Tak na dobrą sprawę pośród obecnych mieszkańców już naprawdę nieliczni są praktykującymi Staroobrzędowcami, ale w centrum niewielkiej wioski stoi zabytkowa molenna, nadająca temu miejscu nieco nostalgiczną aurę.
Będąc na rowerach nie rozejrzeliśmy się zbytnio po okolicy, z resztą przez większość wycieczki chodziło bardziej o to, by pedałować, niż w zadumie zachwycać się nad każdym widokiem i ciekawostką. Pojechaliśmy zatem w stronę jeziora Hańcza, do Bachanowa, którego jednak się na miejscu za dużo nie naoglądaliśmy - coś tam prześwitywało nam zza drzew i domostw. Tak naprawdę, by móc podziwiać Hańczę, trzeba by udać się na przeciwny brzeg i wspiąć na Górę Leszczynową, tudzież dotrzeć do Starej Hańczy, gdzie z miejsca po dawnym dworze roztacza się widok na całe jezioro. My jednak podczas tej wyprawy czuliśmy już niemałe zmęczenie (Szymeon zwrócił mi moje cudem jeżdżące cacko) i powoli zataczaliśmy pętlę. Z Bachanowa skierowaliśmy się zatem na Łopuchowo, gdzie znajduje się jedno z trzech w okolicy głazowisko, objęte ochroną rezerwatową. Po paru pamiątkowych zdjęciach na głazie i w otoczeniu głazów, ruszyliśmy już całkiem w drogę powrotną - na Udziejek i dalej, gdzie ja już po drodze wysiadałam psychicznie i fizycznie, zsiadając z mojego zgrzypiaka przed każdym, najmniejszym wzniesieniem. I tak oto wreszcie dotarliśmy do naszego gospodarstwa, gdzie wieczorem, by tradycji stało się zadość, zjedliśmy kiełbaski do piwa (tym razem z grilla, i w towarzystwie karkówki). A ja, tradycyjnie, dorwałam zachód słońca spod naszego sosnowego lasku :)
czwartek, 29 sierpnia 2013
Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień IV
>>Przedwstępem do dzisiejszego wpisu, na jednym wydechu, powiem tylko, że prócz za moment opisywanego dnia IV zostaną jeszcze kolejne cztery, z których jednakowoż zdawanie relacji przełożę na bliżej nieokreślony czas - planuję bowiem chwilę poszwendać się za domem, w tym jednodniowo po jakimś ładnym kawałku natury, o czym oczywiście tu później napomknę :P<<
Dzień czwarty pobytu na Suwalszczyźnie może i nie obfitował w moc wydarzeń, ale czytając poprzednie wpisy nie trudno się zorientować, że generalnie cały pobyt miał mniej więcej taki charakter ;) Nie bez powodu mój wyjazd nazywam wczasami; nie miał on nic wspólnego z nawet najmniej survivalową wyprawą, która mi się marzyła... Tak to już jednak jest, że jak się jedzie z towarzystwem, to trzeba się liczyć z pewnymi odstępstwami od swoich wyobrażeń na temat przebiegu wyjazdu, przewidzieć mimowolne "iście" na kompromis. Nie spodziewałam się jednak, że jadąc z Moim będę tak naprawdę sama przeciwko trójce - rodzeństwu i partnerze Starszej... Nie było wojny, nie było praktycznie nawet malutkiego konfliktu; po prostu zagryzałam zęby i w duchu plułam sobie w brodę, że tych ośmiu dni nie spędzam gdzieś sama w dziczy. Niestety, mimo lekkiego opisu wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce, w duchu przez cały pobyt w Ścibowie pozostawałam zgnębiona... Powody były tak naprawdę trzy: pierwszy to fakt, że jadąc w tak fantastyczny kawał natury, jakim jest Suwalszczyzna, chciałabym móc w pełni się w niej zanurzyć. Przemierzyć region wzdłuż i wszerz, od wczesnego ranka do późnego wieczora będąc na nogach, w terenie. Nie było mi to dane, tak jak i możliwość zrealizowania drugiej potrzeby - niezależności. Od samego początku "grzecznościowo" odebrana mi została niezależność finansowa, a za nią poszła w zapomnienie jakakolwiek decyzyjność. Otóż tak się jakoś dziwnie porobiło, że za wszystko "zakładał" Szymeon. Na samym początku, już pierwszego dnia, po pierwszych wspólnych zakupach chciałam się od razu rozliczyć zwracając jedną czwartą (prosty rachunek), ale główny finansjer niemal się z tego powodu na mnie obraził, więc odpuściłam. Okazało się niestety, że tak miało już być przez cały pobyt. Wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że gorzej stałam z kasą od reszty i koszmarnie źle się czułam widząc, jak szybko rozchodzą się pieniądze... Gdybym sama za siebie płaciła i sama robiła sobie zakupy, byłabym w stanie wyżyć (i być zadowoloną!) za naprawdę niewielkie pieniądze. Tymczasem po trzech dniach pobytu ja już doskonale widziałam, że moje (czynione za mnie) wydatki przekraczają mój dzienny limit dwukrotnie... Ta nieznośna myśl tak skutecznie psuła mi nastrój, że w efekcie kawał czasu przechodziłam zadumana, milcząca, drażliwa. Cholera.
Trzecią bolączką okazał się niefortunny związek z najmłodszym bratem Starszej, która, chociaż starsza o zaledwie trzy lata, to jednak najwyraźniej wciąż widzi w Moim "swojego małego braciszka" i dalejjj go niańczyć. Aga jest istotą sympatyczną, ale ma tak silną osobowość, że stłamsiła mnie na miejscu. Nie specjalnie i nie wprost, ale poprzez przejęcie roli decydenta, zakupowego i matki po trosze. Bo skoro braciszek jest wciąż malutki, to i jego dziewczyna postrzegana jest w podobny sposób... Momentami myślałam, że wyjdę z siebie, ale musiałam robić dobrą minę do złej gry, przecież pojechałam z Moim grzecznościowo - i tylko on biedny na tym tracił. Bo wszelkie stresy właśnie na najbliższych się odbijają... Żałuję, że nie pojechaliśmy gdziekolwiek we dwoje.
Powróćmy jednak do dnia czwartego. Zaczął się on kiepsko, tym bardziej, że poza bolączkami psychicznymi, zwyczajnie nie najlepiej się czułam. Cały ranek minął jakoś tak na niczym konkretnym - ot, jakieś spacery po okolicy, jakieś rozmowy, jakieś czytanie, trochę zdjęć, trochę marudzenia, trochę polowania na motyle... W układance wspomnień brakuje coraz więcej puzzli, coraz ciężej jest odtworzyć bieg wydarzeń. Pojedyncze fotografie przywołują jedynie fragmenty rozmów i myśli, ułamki chwil zaledwie...
| Zdjęcie z muchą nie jest mojego autorstwa; jest to jedno z tych "artystycznych ujęć", które dla obśmiania mnie wykonał chłopak. Jakoś mimowolnie mnie urzeka ;) |
Czarna Hańcza
W którymś momencie zapadła decyzja (czyt. zadecydowali), że wybierzemy się na spływ kajakowy Czarną Hańczą. Starszyzna obczaiła wypożyczalnie kajaków organizujące takie spływy, obdzwoniła, wybrała lokalizację - i po przygotowaniu prowiantu udaliśmy się samochodem do Magdalenowa.
Na miejsce trafiliśmy bez większych problemów. Zgłosiliśmy się po kajaki do córki właściciela, którego akurat nie zastaliśmy. Dziewczyna nie bardzo mocno się nagimnastykowała, by nam jakoś wytłumaczyć trasę - wyszło to chyba jednak gorzej, niż jakby nie mówiła nic. Tak nas bowiem zamotała, że zamiast zaraz na początku jeziora Wigry, wypływając z naszej zatoczki trzymać się blisko brzegu, by trafić na kanał pod drogą, my zdążyliśmy przepłynąć kawał dalej, za klasztor. Dopiero jakiś człowiek sterujący stateczkiem turystycznym pokierował nas we właściwą stronę.
Atmosfera na naszym kajaku nie była najlepsza; dopiero później, po osiągnięciu punktu krytycznego, miało być lepiej. Tymczasem płynęliśmy w ciszy i dodatkowym napięciu wywołanym przez źle podane nam instrukcje i wręczoną niedokładną mapkę, której moje poprawne interpretacje były jakoś od samego początku mocno lekceważone. Nic tam, trochę nadłożyliśmy drogi, trochę czasu do wieczornego obiadu zamówionego u właścicielki zleciało... Trafiliśmy na kanał, za nim, przepływając przez mniejsze jezioro, opłaciliśmy w punkcie opłat wstęp do Wigierskiego Parku Narodowego, by dalej płynąć już prosto z biegiem rzeki...
Otaczająca nas przyroda była fascynująca, zaabsorbowała nas bez reszty. Atmosfera powoli ulegała oczyszczeniu. Płynęliśmy bardzo niespiesznie, właściwie z nurtem rzeki, co jakiś czas korygując kurs, by nie wpakować się całkiem w gęste trzciny. Moczyliśmy łapki i nóżki, wystawialiśmy buźki do słoneczka, robiliśmy zdjęcia, oglądaliśmy ptaszki i kwiatuszki i takie tam ;) A tak poważnie to zachwycaliśmy się w ciszy otaczającą nas zewsząd szemrzącą na wietrze ścianą zieleni, podziwialiśmy podwodne łąki, doskonale widoczne w niezmąconej, przejrzystej wodzie... Czułam się jak posadzona na jakimś wielkim akwarium, pełnym egzotycznych wodnych roślin.
Nie byliśmy na rzece sami; generalnie Czarna Hańcza jest bardzo popularna pod względem spływów kajakowych, zatem co jakiś czas dobijaliśmy do ekipy żółtych kajaków przed nami. Na szczęście przez większość czasu mogliśmy się delektować samotnością i ciszą pełną głosów natury. Czasem tylko mijaliśmy jakiegoś wędkarza lub kąpiącego się wczasowicza. W pewnym momencie żółtokajakowców udało nam się wyprzedzić, gdy ci urządzili sobie postój na polu turystycznym. Też mieliśmy już w zamiarze coś przekąsić, ale zdecydowaliśmy się popłynąć kawałek dalej w celu znalezienia bardziej zacisznej miejscówki. Po jakimś czasie natrafiliśmy na kolejne przygotowane dla turystów miejsce, choć bardziej zielone i intymne od mijanego. Dobiliśmy kajakami do pomostu i w tym miejscu, przy wysiadce, Mój nieoczekiwanie postanowił wpaść do wody. Ta na szczęście w tym miejscu miała 1,5m głębokości, dno nie zdążyło go pochłonąć ani nurt porwać :) Dzięki temu już we dwoje byliśmy cali mokrzy (bo wcześniej chlusnął na mnie wiosłem wody).
Ściągnęliśmy mokre ubrania, zjedliśmy kanapki z serem i napoiliśmy się. W międzyczasie minęły nas żółte kajaki. Podczas odpoczynku po raz pierwszy naszła nas refleksja, że za wolno płyniemy, jeśli chcemy zdążyć na kolację (ja właściwie to nie chciałam, nie była mi do szczęścia potrzebna, wolałam płynąć - ale cóż mogłam powiedzieć). Padła też myśl, by spływ zakończyć w Maćkowej Rudzie, a nie, jak było ustalone i zapłacone, w Wysokim Moście. Decyzję w tej kwestii odsunięto jednak na później. Zebraliśmy się do dalszej drogi.
Płynęło się różnie. Były odcinki, gdzie nurt sam niespiesznie niósł kajak, ale bywały też momenty, gdy wiatr cofałby nas, gdyby nie silne, równe wiosłowanie. Rzeka meandrowała pośród brzegów porośniętych brzozowymi gaikami, które czasem były nam tak odległe, że nawet na stojąco na kajaku (tak, to cała ja ;)) nie widziałam nic prócz sitowia.
Mając na uwadze wcześniejsze obiadowe rozterki, płynęliśmy zdecydowanie szybciej niż na początku, choć szło to znacznie trudniej. Rzeka coraz częściej przybierała postać małych rozlewisk, czasem płynęło się centralnie pod wiatr, czasem pojawiał się dylemat, w którą odnogę wpłynąć (niepotrzebnie, bo te zawsze zbiegały się z powrotem po parunastu metrach). Próbowaliśmy się zorientować w swoim położeniu, patrząc na niedokładną mapkę i szukając jakichś punktów odniesienia. Nie płynęliśmy jednak wcześniej na tyle uważnie, by wiedzieć, czy mijaliśmy już wszystkie zaznaczone pola namiotowe, nie dostrzegliśmy też po drodze lewego dopływu, Żubrówki. Gdzieś w tych okolicach bowiem umiejscowiłam nas na mapie (jak się później okazało, całkiem słusznie) - i nie wróżyło to dobrze obiadowi tudzież wyprawie do Wysokiego Mostu, bo przed nami był jeszcze szmat drogi.
Do żółtych kajaków dobiliśmy tym razem w miejscu, gdzie pani oferowała jagodzianki z mlekiem - przy czym to drugie żółci zdążyli nam w całości wypić. Zakupione drożdżówki były bardzo smaczne, jak to domowe wypieki - w każdym razie smakowały nawet łabędziowi, który, początkowo bojowo nastawiony, kęsem został przekupiony i pozwolił przepłynąć obok swojej dorastającej dziatwy i damy.
W pewnym momencie dopłynęliśmy do sporego rozlewiska. Nie bardzo wiadomo było, gdzie mamy dalej płynąć. Podpłynęliśmy kawałek przed siebie, gdzie wyminęliśmy płynącą z naprzeciwka panią, która poinformowała nas, że tam dalej nic nie ma; zapytała też, czy mijaliśmy takich państwa płynących przed nią. Ponieważ nie mijaliśmy nikogo płynącego pod prąd (choć tu właściwie nurt się rozmył i nim się sugerować nie należało), wyglądało na to, że znalazł on inną drogę. Jednak obejrzawszy się dookoła stwierdziliśmy, że innej drogi jak ta, skąd wraca pani, po prostu nie ma. Czy możliwe było, żebyśmy przegapili wcześniej główne koryto rzeki i zabłądzili tak daleko? W tym czasie żółci dobili do nas i zlekceważyli powtórzoną przez nas informację o braku dalszej drogi. Byli tak pewni siebie, że popłynęliśmy za nimi.
Oczywiście dość szybko zdaliśmy sobie sprawę, że na pewno głównym biegiem rzeki się nie przemieszczamy. Szło nam trochę łatwiej jak żółtym przed nami, bowiem plątanina trzcin pod kajakami była już trochę przez nich stłamszona i "ulizana". Przebijaliśmy się przez gęste sitowie odbijając wiosłami od sprężynującej zielonej masy pod nami, lub też "podciągając" poprzez zahaczanie wioseł o rosnące z boku rośliny. Było przy tym niemało śmiechu i adekwatnych komentarzy. W pewnym momencie usłyszeliśmy dziką radość dziewczyny z żółtej ekipy: "PŁYWAMY W KÓŁKO!"... Spojrzeliśmy z R. po sobie; może trzeba było nie płynąć za nimi na ślepo?... Ale pewnie zrobili po prostu małe kółeczko i stąd mają tyle radości. Zaraz znajdą drogę.
Znaleźli. Żółci zniknęli nam na chwilę z oczu, po czym wypłynęliśmy na rzekę... Jakieś paręset metrów przed rozlewiskiem.
Tym razem w ogólnie panującej radości i równoczesnym niedowierzaniu dopłynęliśmy znów do naszego rozlewiska, gdzie już z całą stanowczością zawróciliśmy naszych rychłych następców z idei powtarzania naszego wyczynu. Ekipa z kajaka za nami, małżeństwo w średnim wieku, zerkało na nas nieufnie. Tymczasem żółci pobrodzili trochę kajakami przy szuwarach i uznali, że pewne miejsce jest właściwym biegiem rzeki. Nie wyglądało to wiele lepiej jak poprzednie strugi prowadzące nas w chaszcze, jednak sitowie wyraźnie pochlastane było przez wiele kajaków przed nami. Cóż, najwyżej wpłyniemy w kolejny labirynt... Okazało się jednak, że niepozorna droga okazała się właściwa. Wypłynęliśmy na normalną rzekę, która szybko poniosła nas w zabudowania. Dotarliśmy do Maćkowej Rudy. Tu już ostatecznie padła nieco decyzja o powrocie do gospodarstwa na zamówiony obiad. Nie odezwałam się. Przygoda się skończyła...
Tego wieczoru nie katowaliśmy na szczęście żołądków kolejną porcją ogniskowej kiełbachy. Obiad gospodyni był smaczny, prawdziwie domowy. Najedliśmy się jak dzikie bąki, po czym dostaliśmy jeszcze na deser talerz ciast. Mimo największych chęci nie byliśmy ich w stanie tknąć, na szczęście dostaliśmy pozwolenie na wzięcie talerza ze sobą, na potem. Chętnie skorzystaliśmy.
Późnym wieczorem obaliliśmy ciasto, popijając kawą. Później z przejedzenia, rozbudzenia, złości i radości nie mogłam długo zasnąć. W nocy we łbie kotłowały mi się same głupie rzeczy. Na szczęście następnego dnia miałam się obudzić na tyle zadowolona, by choć symbolicznie zrobić to, co mi się marzyło.
Etykiety:
gospodarstwo,
kajak,
krajobrazy,
natura,
niezależność,
o mnie,
pływanie,
problemy,
przeszkody,
przyroda,
relacja,
rośliny,
rzeka,
samodzielność,
Suwalszczyzna,
wycieczka,
zdjęcia
Subskrybuj:
Posty (Atom)