Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jura Krakowsko-Częstochowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jura Krakowsko-Częstochowska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Marcówka w Pierwszy Dzień Wiosny

Warto czasem obejrzeć w telewizji w godzinach okołopołuniowych wiadomości przeznaczone dla rolników i hodowców. Dowiedziałam się z nich sporo ciekawych rzeczy, np o problemie w USA ze skupem tuczników z powodu jakiegoś nowego wirusa, który dziesiątkuje najmłodsze pokolenie trzody chlewnej (przeżywalność bliska zeru procent), oraz, że o ile w piątek i sobotę pogoda w moim regionie będzie wyśmienita, o tyle w niedzielę się pokićka i w następne dni będzie już tylko gorzej - tym samym ewentualne wycieczki dobrze by jednak przewidzieć na początek weekendu. Owa prognoza pogody była zatem moim argumentem w negocjowaniu z Bubem szczegółów wypadu poza miasto. Wątłym wprawdzie, bo oboje z przepowiadaczy pogody najczęściej się nabijamy, ale lepszym niż, dajmy na to, powoływanie się na prognozę Polsatu. W końcu ci wszyscy rolnicy muszą mieć jakieś dobre źródło informacji, inaczej wszyscy pomarlibyśmy z głodu.

Stało się zatem tak, że w piątkowy wieczór poszliśmy do kina na film "Witaj w klubie" (o ile za aktorem grającym bohatera głównego nie przepadam, a jego hollywoodzkiego uśmiechu szczerze nie lubię, o tyle w filmie tym pokazał prawdziwą klasę i kunszt gry aktorskiej, czego bym się po nim nie spodziewała - no i charakteryzatorzy przyżółcili mu te jego śnieżnobiałe ząbki ;)), natomiast w sobotni poranek ostatecznie wyzyskałam akceptację planu "wyprawy" w Dolinki Podkrakowskie. Uff :)

Wypad okazał się mieć naprawdę więcej wspólnego z przyzwoitą wyprawą niźli zwykłą wycieczką. Uwidziałam sobie bowiem wzięcie psa, który nie umie podróżować środkami komunikacji zbiorowej, nienawidzi kagańca a poza tym wszystkim nigdy nie był poza domem dłużej jak 4-5 godzin (kiedy go zamknęłam na podwórku i o nim zapomniałam...). Nijak ma się to jednak do jego kundlowatego usposobienia i predyspozycji w postaci zwinności, niespożytych sił witalnych i energii, nadpobudliwości - żebym wiedziała wcześniej, że to jest pies stworzony do życia na wsi, nie w mieście - może bym rozważyła oddanie go do schroniska po ustaniu zagrożenia zalaniem tegoż, spowodowanego alarmem powodziowym, w wyniku czego psiak do mnie trafił na przechowanie... Biorąc pod uwagę powyższe, w tym roku postanowiłam nieco Gacka uszczęśliwić i dać mu namiastkę poczucia wolności. Chciałabym, żeby docelowo mógł on ze mną jeździć na wszelkiego rodzaju wypady, żeby łaził ze mną po lasach, gonił wiewiórki, hasał po krzakach i spał przy mnie pod gwiazdami. Ale od czegoś trzeba zacząć. Wypad za miasto z Lubym wydawał się okazją doskonałą. Eh... A skoro już Gacław miał jechać, przemyciłam też w planach obecność jego starszej koleżanki, rasowo miastowej jamniczki, gotowa na noszenie jej przez cały dzień na rękach, kiedy to zabrakłoby jej chodnika czy ścieżki, miałaby się zaprzeć czterema koślawymi nóżkami i zbuntować, że przez trawy i chaszcze to ona dziękuje... No więc "wyprawiliśmy się" - ja, chłopak i dwa psiaki.

Kagańce (materiałowy i plastikowy) wzięte do przyuczania dla Gacka okazały się nieprzydatne. Nie, nie był aniołkiem - podróż w pierwszą stronę kolejno dwoma zatłoczonymi autobusami, w których prócz ścisku panował też zaduch i gorąc, było drogą przez mękę. Wciąż się baliśmy, że psiak spanikuje i się komuś odwinie niezabezpieczonym pyskiem... Ale kagańce jednym ruchem łapy zsuwał z pyska, jak bym ich ciasno nie zapięła. R. pilnował zatem, by mój mały chłopiec łeb miał daleko od kończyn pasażerów, ja natomiast zajęta byłam trzymaniem Nitki - bo co jak co, ale w autobusie ona inaczej podróżować nie będzie, jak właśnie na rękach. Jechaliśmy tak we czworo w dziwnych pozycjach, a ja niecierpliwie liczyłam przystanki... Jeden, drugi, szósty... A tu najpierw 10, później 15. Łącznie godzina jazdy.

Wszyscy z ulgą wysiedliśmy z autobusu. Zgrzani, mokrzy i zmęczeni. Ale też jakoś tak mocno zadowoleni, w końcu się udało i obeszło bez żadnych nieprzyjemności, a tu pogoda fantastyczna, psy już przeczuwające, że ten dzień spędzą w ciekawy sposób - Nitka, choć miastowa, szczenięctwo i młode lata spędziła na wsi i widać było, że gdzieś tam odżyły w niej wspomnienia, rozbudzane przez zapach czystszego powietrza, pól i gospodarstw. Poszliśmy więc naprzód, ciągnięci przez psiaki na smyczach, które gnały przed siebie z wywalonymi jęzorami. Gdy już doszliśmy na drogę z zakazem wjazdu dla samochodów, psy mogły zostać spuszczone. Weszliśmy w Wąwóz Bolechowicki.

Dobór miejsca był nieprzypadkowy. Chodziło o możliwie najszybszy dojazd i w miarę ułatwiony wczesny powrót (a więc niezbyt długa trasa), bo tego dnia chciałam jeszcze zdążyć odebrać, przed zamknięciem punktu odbioru pewnego sklepu internetowego, a więc przed siedemnastą, zamówionego grilla elektrycznego. Równocześnie chciałam też pokazać po prostu Mojemu miejsce, w którym sama byłam po raz pierwszy w zeszłym roku i które mnie już na wejściu urzekło - bo choć Wąwóz Bolechowicki (Dolina Bolechowicka) jest naprawdę króciuteńki, to już na wejściu, czyli u wylotu, imponujące skały tworzą słynną Bramę Bolechowicką, zapraszającą w naprawdę magiczny, zielony zakątek, z wartkim potokiem niosącym swe wody dnem wąwozu, pośród łączek i porozrzucanych na nich mniejszych i większych głazów, otoczonych stromymi skalistymi zboczami.
tak Brama zaprezentowała mi się za pierwszym razem, w zeszłym roku :)
Nie byliśmy w dolince sami, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Poszliśmy niespiesznie przed siebie, rozglądając się i zbaczając na boki z wydeptanej "głównej" ścieżki. Psiaki radośnie biegały - Nitka z typowym dla siebie zachowaniem Pani na Nowych Włościach, Gacław ot tak, po prostu, szybko, zwinnie i beztrosko. To ostatnie określenie z resztą dobrze oddaje to, jak psiurek się zachowywał przez większość czasu; o ile w kamienicy ma lęk wysokości i nie przepada za wychodzeniem na balkon, tu zaskoczył mnie swoją śmiałością w zwinnym wyskakiwaniu po najbardziej stromych skałkach. Wyglądał momentami jak mocno włochata, zmutowana kozica. Widać w tym wszystkim było jednak jego sprawność fizyczną (jakby tak zliczyć, ile km pokonał łącznie, to wyszłoby tego naprawdę sporo), przez co spokojnie wspinaliśmy się za nim, pozwalając mu na swobodę i tylko czasem ostrzegawczo podnosząc głos, gdy zdawało się, że spadnie. Jamniczka biegała za młodszym kolegą, zadziwiając mnie swoim samozaparciem; naprawdę w jej przypadku byłam przekonana, że będę ją nosić pod pachą, a tu okazuje się ona być niezgorszym potencjalnym towarzyszem wypraw, jak Gacek. Oczywiście poza faktem, że niekontrolowanie zjeżdżając ze stromego zbocza harata sobie podwozie wszystkimi nierównościami i ostrościami podłoża. I tym, że jest postrzelona, nierozważna i miewa fobie i lęki, co w terenie może być trudne do opanowania. Ale kto wie, może i ona mi kiedyś potowarzyszy... Tego dnia oba były szczęśliwe. My też :)



Wiosna w dolince nie zagościła jeszcze w pełni - rośliny podszytu dopiero wschodzą, choć zbocza gdzieniegdzie okryte były połaciami przylaszczek, a niektóre drzewa i krzewy ozdobione były delikatną, zieloną mgiełką. Na skałach wygrzewały się za to pod promieniami wiosennego słońca młodziutkie świderki rozchodników i rozetki rojników. W takich okolicznościach odpoczywaliśmy i chłonęliśmy widoki najpierw na skałach z jednej strony Bramy, w drodze powrotnej po stronie przeciwległej. Obeszliśmy bowiem dolinkę tak jakby dookoła - tj najpierw szliśmy dołem, później górą po stronie prawej, później znów dołem, a potem górą po stronie drugiej, już nie zboczem tylko w ogóle poza dolinką i jej drzewostanem, skrajem łąk i pól, prawie że do domostw którejś miejscowości i na końcowym odcinku trasy znów przy krawędzi doliny, na skały Bramy, w dół i znów przez wylot Wąwozu. Spacerowanie zajęło nam trochę czasu, ale też nie sprawdziliśmy sobie zawczasu połączenia powrotnego, więc u wylotu doliny spędziliśmy dobrą chwilę na postoju na psi posiłek, siedzenie i luźne rozmowy. Potem kolejną chwilę na przystanku autobusowym, gdzie w oczekiwaniu na autobus jedliśmy zakupione w pobliskim sklepie bułki z szynką i obserwowaliśmy grupkę gimnazjalistek, które wcześniej co jakiś czas w Wąwozie nam się objawiały (wizualnie lub akustycznie).

widok na żywo fantastyczny, zdjęcie fatalne - telefon komórkowy :/


Zajęliśmy w autobusie miejsca siedzące, psiaki na kolanach... Jazda była komfortowa - do czasu. W pewnym momencie okazało się, że ma mnie kosztować kupę nerwów i 120zł. Kontrola biletów, a ja jechałam na miesięcznym, nie strefowym... Ten przydługawy i obfitujący w przykre doznania kawałek dnia najchętniej wycięłabym, także nie będę się jeszcze teraz nad sobą pastwić. Wystarczy mi świadomość, że ta nieplanowana "opłata" za pobyt w Dolinkach Podkrakowskich destabilizuje mój skromny budżet i stawia pod znakiem zapytania wiosenny zlot Recona. Normalnie nie wiem, co zrobię... Ale mam trochę czasu na myślenie o tym. Tymczasem jechałam dalej, rozwalona, wściekła i rozżalona, z R. i psami bez kagańców (kontrolerzy zwrócili uwagę i na to, "łaskawie" nie wlepiając mi dodatkowej opłaty za przewóz zwierząt w nieprzepisowy sposób). Czasu było mało, a trzeba było jeszcze odebrać ten nieszczęśliwie zamówiony grill, którego to, przy nagłej niedomodze budżetowej, nie brałabym wcale. Kolejna żmudna podróż z psiakami na drugi koniec miasta, a potem, już z grillem, na trzeci koniec, do domu... Gdyby na tym miał się zakończyć ten dzień, byłoby to zdecydowanie kiepskie zakończenie. Postanowiliśmy z R. jednak wieczorem przetestować mój prodietetyczny zakup - i w ten sposób otworzyliśmy oficjalnie tegoroczny sezon grillowy :) Wieczorem, przy świetle stuwatowej żarówki, zwisającej z kabla przewieszonego przez gałąź podwórkowego świerka, doglądałam wraz z R. pięknie pachnącej karkówki, cielęcinki i piersi z kurczaka, w międzyczasie pichcąc grzanki z mozarellą, pomidorem i bazylią. Powietrze przepełniały zapachy, rozmowy z pozostałymi biesiadnikami (mama i Młoda ze Swoim) i jakaś nuta z radia w tle. Zamarynowana dzień wcześniej cielęcina była naprawdę smakowita, kurczak zrobił się spodziewanie szybko, karkówka - świeżo kupiona - nie zdążyła przejść przyprawami i smakowała trochę jak opiekany zwierz (zaskakujące ;)). Letni wietrzyk miło muskał skórę, nie powodując uczucia gęsiej skórki. Ahh, ta wiosna... :)

czwartek, 5 grudnia 2013

Bukowno 29.11-01.12.2013r.

...Próbuję siąść już któryś raz i zebrać myśli, by napisać cokolwiek o ostatnim weekendzie, spędzonym w bardzo miłych, leśnych klimatach - ale jakoś zdecydowanie nie chce mi to wyjść. Trochę mi się życie z początkiem tygodnia pokomplikowało i w najbliższym czasie łatwiej w tym zakresie nie będzie, a szczegóły wypadu szybko wietrzeją z głowy ;) Stąd, mimo wszystko, wiszę kolejny raz nad klawiaturą i, wpatrzona w białe okno tworzenia posta, zamierzam niniejszym zrelacjonować mniej lub bardziej chaotycznie spotkanie w Bukownie, na którym dane mi było się znaleźć :P

Część pierwsza - wywód nie na temat, można sobie zdecydowanie podarować :D

Moja obecność wcale nie była tak oczywista. Już od dawna czaiłam się na ten wypad i uprzedziłam tym razem odpowiednio wcześnie chłopaka i mamę, żeby ich protesty i sprzeciwy cichły z każdym dniem i bym tym samym mogła ostatecznie, bez większych wyrzutów sumienia, pojechać do bukowieńskich lasów. Miała się tam odbyć leśna impreza, z nie byle jakiej okazji z resztą... Właściwie tych okazji to było kilka - świętowane miały być podwójne urodziny, podwójne pępkowe - tak, dwóch leśnych dołączyło ostatnio do grona szczęśliwych ojców :) - i obrona inżynierki; to właśnie Kubush, który to niedawno się bronił, zaprosił mnie na imprezę. Z entuzjazmem zaproszenie przyjęłam i myślałam, że nic mi nie stanie na drodze... Później jednak okazało się, że w tym terminie ma się u nas w szkole dla dziesięciu wybrańców odbyć kurs związany tematycznie z naszym fachem, finansowany prze unię - tematyka ciekawa, a mnie osobiście jeszcze długo na takie kursy stać nie będzie, bo to pieniądze niemałe w normalnych warunkach kosztuje... Żal było nie skorzystać, choć z drugiej strony zdążyłam się już załapać na podobny kurs i o tyle byłam w jakiś sposób usatysfakcjonowana. Normalnie nie miałabym większego dylematu, co wybrać, tu jednak na wypad do Bukowna tak mocno się nastawiłam, że gotowa byłam z owego kursu zrezygnować... Na szczęście się nie zakwalifikowałam i problem odpadł samoistnie :P Nie tak od razu, bo właśnie postanowiłam mimo wszystko rekrutować, żeby nie mieć potem wyrzutów sumienia na zasadzie "a może bym się dostała, może ominęła mnie jakaś szansa" - i do pierwszej dziesiątki się nie załapałam, bo 7 osób zostało potraktowanych priorytetowo z tej racji, że na żadnym kursie jeszcze nie byli, pozostałe dwa miejsca zajęły osoby z najwyższymi średnimi, no i trzecie koleżanka z taką samą średnią co ja; tu o wybraniu jej przeważyła liczba godzin nieobecności w zeszłym semestrze - u niej 13, u mnie 233 :D Tak oto sprawa niby się wyjaśniła, stanęłam na czele listy rezerwowej... Tylko owa koleżanka pospieszyła do mnie z informacją, że ona właściwie do wtorku nie będzie wiedzieć, czy uda jej się wybrać. Stąd ja do środy nie wiedziałam, czy problem rozwiązał się sam, czy czekać mnie będzie jeszcze podjęcie tej trudnej decyzji. Ostatecznie jednak koleżanka poszła na kurs, a ja z czyściuteńkim (jaaasne ;)) sumieniem wybrałam się na imprezę... Właściwie to moje Sumienie pojechało wówczas na zjazd do Warszawy i z takiej odległości próbowało wołać, żebym się opamiętała, bo mam robotę w domu (opalanie drzwi balkonowych) i naukę na styczniowy egzamin ;) 


Część druga - właściwa :P (ale i tak krocie tekstu nie na temat ;])

Z ambitnych planów pracy i nauki nic nie wyszło. Na imprezie bawiłam dwa dni, a nie jeden, jak pierwotnie zakładałam (głośno, bo po cichu i tak wiedziałam, że ze sobą samą nie wygram i zostanę dłużej ;)). W każdym razie w piątek wyjechałam z Krk po czternastej - tym razem miałam czas, by po egzaminie próbnym wrócić do domu i przebrać się w leśne ciuchy, nie musiałam znów ekscentrycznym strojem intrygować nauczycieli i znajomych. Busem do Olkusza zajechałam trochę po ponad godzince jazdy, tam czekało mnie już tylko zahaczenie o sklep i skierowanie się na trasę do przebycia, podesłaną mi przez Kubusha, tj. 6 kilometrów asfaltem przez las. Mapę posiadałam w wersji nieco podłej, konkretnie miałam zrobione telefonem komórkowym zdjęcie trasy zaznaczonej na jakiejś stronce internetowej, i mimo tego, że skomplikowana to trasa nie była, to nie obeszło się bez niepotrzebnych obaw i stresów ;)

Z początku trochę się rozpędziłam w centrum Olkusza i zaszłam na jakiś most, ale szybko się zreflektowałam i obrałam właściwy kierunek. Później miałam iść już tylko przed siebie, okazało się jednak, że po drodze wyrosło mi rondo - i gdzie tu iść? - a później jakieś rozwidlenie... Niby nie było opcji się pomylić i po prostu musiałam wybrać dobrą drogę, ale jakiś taki niepokój i niepewność zostały zasiane. Tymczasem zaczęło się ściemniać, a chodniki szybko się pokończyły, zaczął się las, tym sposobem w narastającej ciemności dane mi było iść marnym poboczem wzdłuż nieoświetlonej drogi, gdzie jak na złość ruch się wzmagał z powodu blokady protestujących w centrum Olkusza i w jej następstwie wytworzenia się na mojej drodze najbardziej dogodnego objazdu dla samochodów. Szłam przed siebie dobrą chwilę, kiedy to zatrzymał się biały bus i młody facet zza kierownicy zagaił, czy mnie nie podwieźć. Pierwszy odruch - nie, dzięki (a nóż mi się tymczasem w kieszeni sam szykował :P), ale gdy facet ponowił propozycję a ja uznałam, że zdaje się nie mieć złych intencji, zaryzykowałam. W samochodzie dowiedziałam się, że marna teraz pora na taki spacer, kiepsko mnie na tym poboczu widać a widział mnie wcześniej jak szłam w centrum Olkusza, a że generalnie ostatnio jego kolega potrącił dziewczynę i uciekł, a ona się wykrwawiła... Zmuszona byłam jednak przerwać, by zaalarmować, że ja to właściwie potrzebuję wysiąść na takim ostrym zakręcie. Bo w stronę Bukowna moja droga miała mieć takie dwa, a samochodem to łatwo coś takiego przeoczyć... Facet się zdziwił, nie wiedział też, gdzie był w okolicy niegdyś poligon. Natomiast twierdził zdecydowanie, że do Bukowna na tej drodze pozostał już jeden zakręt i właśnie na nim mnie wysadził. Niedaleko mnie w sumie podwiózł. Wysiadłam, porównałam dziesięć razy ów zakręt z trasą z mapy... Coś mi się wyraźnie nie zgadzało. Po kilku rozmowach telefonicznych z Kubushem, który to wyszedł mi na spotkanie, by mnie odebrać, uznałam w końcu, że idę dalej przed siebie w poszukiwaniu następnego zakrętu. Tym razem przyświecałam już samochodom jadącym z naprzeciwka latarką, żebym nie skończyła jak ta dziewczyna z opowieści. Droga dłużyła się niemiłosiernie i jak na złość była prościuteńka, już z bardzo daleka widziałam małe żółte kropeczki nadjeżdżających samochodów. Kubush próbował mnie jakoś zlokalizować, wybadać, gdzie to się dokładnie znajduję - ustaliliśmy, że idę przed siebie, najwyżej dotrę do samego Bukowna i przynajmniej to mi już coś powie, tymczasem ja dwa razy poważniej zwątpiłam, czy nie nazbyt pochopnie zrezygnowałam z poprzedniego zakrętu. Szłam i szłam, minęłam tablicę gminy Bukowno, ale niewiele mi to powiedziało, wreszcie po swojej lewej wyhaczyłam jakiś domek w lesie i postanowiłam tam się dowiedzieć, gdzie się właściwie znajduję. Dowiedziałam się od nieco wystraszonej z początku moim wyglądem kobietki, że jakieś 500 metrów dalej jest dom starców. No i byłam w domu :) Właściwie w lesie, a jeszcze poprawniej, niemal na miejscu. Otóż właśnie przy tym domu seniora znajdował się zakręt, z którego Kubush z kilkoma towarzyszami mieli mnie odebrać.

Przywitałam się z czekającą na mnie delegacją. Naprzeciw mi wyszli prócz Kuby z Moną jeszcze Nakyy, Johnny z Rufusem, i - to straszne, ale nie pamiętam już, czy był tam też Sławek czy Rodzyn, a może obydwaj... W każdym razie poznałam wkrótce resztę towarzystwa. Prócz wymienionych, na miejscówce, do której po dość długiej wędrówce przez piaski sosnowych lasów dotarliśmy, dane mi było poznać jeszcze G. i M., a po drodze jeszcze Sprężola, który jednak postanowił rozbić się gdzie indziej.. I my po chwili namysłu zdecydowaliśmy się na taką opcję, toteż po zwinięciu przez chłopaków naszykowanych sobie wcześniej miejscówek, zapakowaniu i wzięciu najpotrzebniejszych rzeczy i kawałka słoniny z wędzarki, udaliśmy się w dalszą drogę; Sprężol do nas dołączył.

Miejscówkę wybraliśmy taką na jedną noc, byle zbyt mocno nie wiało i było w miarę płasko... W sumie okazała się wystarczająca, by obozować na niej do samego końca. Póki co jednak nastał czas na organizowanie sobie już po ciemku dogodnych miejsc do rozbijania się. Sprężol, porzuciwszy swój namiot, zdecydował się przewieszenie na sznurku pomiędzy drzewami poncha, Sławek i Kubush mieli namioty a Rodzyn z Johnny'm złożyli się na wspólny, podwójny komfort ;) Nakyy tradycyjnie spał pod plandeką ogrodową, mi pozostało się zastanowić, czy wbijam do panów czy rozwieszam swoje poncho. Stanęło na tej drugiej opcji. Gdy już wszystko każdy miał elegancko naszykowane, a ogień zaczął mile grzać, zlokalizowałam w swoim spaniu potencjalnie pod moimi czterema literami pniaczek... Tego mi tam brakowało. Nie bardzo widziało mi się szukanie innej miejscówki, konfiguracja drzew nie pozwalała zaś na przełożenie poncha na inny sposób. Postanowiłam pniaczek usunąć saperką któregoś z Panów. Tu z pomocą pospieszył mi Johnny, któremu należą się oklaski - chłopak tak się zawziął i nie odpuszczał, że ów pieniek wykopał, choć okazał się nie mały i przewredny - niby się cały ruszał, ale kilka korzeni twardo trzymało go w ziemi... Jednak, jak Johnny coś zaczyna, to nie ma opcji, by nie skończył - wylazł w końcu spod mojego poncha, triumfalnie dzierżąc w ręce pieniek. Zmachał się okrutnie i sporo czasu się z nim szarpał, ja już parę razy bym rozbiła to poncho gdzie indziej - ale należą się podziękowania i dozgonny podziw ;P ...Dzięki temu miałam teraz bardzo miękkie podłoże :)
Przy ogniu siedzieliśmy dobrą chwilę, za ten czas zdążyliśmy się wszyscy ze sobą zapoznać i zasymilować. Towarzystwo okazało się wyborne :) Wyśmienity był także żur produkcji Kuby, tj bardzo gęsta i brązowa zupa (gulasz?) na domowym zakwasie, z wkładką w postaci kaszy :) Postać żurku niespotykana, ale złego słowa o nim nie powiem, bo smak miał po prostu rewelacyjny... Tym bardziej, że ja po prostu przepadam za żurkiem i kaszą. Poza tym dane było skosztować innego jadła, przede wszystkim zaś napojów ;) Wyjątkowo smaczny okazał się domowy chlebek i smarowidła na bazie sało Kubusha. Gdy już wszystkich ogarnęło zmęczenie, porozchodziliśmy się do swoich posłań... Jednym się spało lepiej, innym gorzej - większości było ciepło, mnie zaś tak okrutnie tyłek wymarzł, że byłam bliska sądzenia, że umrę z zimna - oczywiście to tylko złudne wrażenie, spotęgowane alkoholem, generalnie chyba zimniej jak w ambonie w Beskidzie Wyspowym mi nie było :D Tak czy inaczej na pewno odczuwany chłód i konieczność ciągłego obracania się przyczyniły się do naprodukowania całej gamy tak okrutnie debilnych snów, że aż mi się słabo robi, jak o nich pomyślę... Już lepiej chyba zmęczyć się porządnie jakąś wędrówką za dnia i śnić o niczym, niż tak mocno w nocy angażować umysł w psychodeliczne i abstrakcyjne wizje ;]
Rano wstaliśmy mniej więcej o podobnej porze. Mnie obudziło szturchnięcie w głowę - byłam przekonana, że to pastwi się nade mną Johnny, ale okazało się, że tym razem na ten pomysł wpadł jego podopieczny i w momencie uchylenia przeze mnie w kapturze śpiwora małego okienka, tradycyjnie już wetknął mi nos w oko. Nafuczałam na niego i chwilę później postanowiłam wstać, co by nie wylądować śpiworem w kałużach na ceracie użyczonej przez Johnny'ego, które kątem oka przyuważyłam. Przez niemal całą noc padało. Jednak, że tego dnia wpadł mi do głowy niecny plan próby rozpalenia ognia zapałkami lub krzesiwem, bez użycia "niesurvivalowych" pomocy, poszłam się przejść, by nazbierać trochę rozpałki. Gdy wróciłam, pierwszy płomyk już ochoczo buchał z podłożonej kory brzozy. Patyczki przyniesione przeze mnie przydały się, tak jak i potężny płat kory - ale ogień zdecydowanie nie był mój ;) No nic, jeszcze kiedyś przyjdzie na to pora. Może to lepiej, bo tym samym w niedługim czasie dane nam było zjeść ciepłe śniadanie (w moim wydaniu znów pulpety z kuskus) i wypić coś ciepłego lub zimnego, jak kto wolał ;) Później część ekipy wybrała się do poprzedniego obozu w celu odzyskania paru istotnych fantów, w tym kociołka, trochę mięsiwa i sprzętów własnych. Wrócili po jakimś czasie. Sprężol postanowił nie odzyskiwać swojego namiotu, w którym wypaliło się poprzedniego wieczoru kilka dziurek i złamał się jeden element stelażu. Porzucił, nie chciał, wyrzucił, o czym długo się upewniał Kuba, zanim... Go dla mnie wziął B) W ten oto przedziwny sposób stałam się nową właścicielką porzuconego namiotu... A jest to rzecz nie byle jaka, mało tego, po prostu wypaśna :) Trzyosobówka będzie co prawda dla mnie zbyt ciężka na noszenie podczas wypadów wędrownych, ale już widzę tysiące potencjalnych wypadów stacjonarnych, czy to w większym i bardziej leśnym gronie, czy też bardziej kameralnym, z moim facetem. Tak, namiot będzie genialnym pretekstem do wyciągnięcia go wreszcie w teren. Przyda się po prostu niesamowicie. Dzięki wielkie, chłopaki! :D
Kuba pomógł mi rozłożyć moją nową sypialnię. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania... Ale pomińmy zachwyty, bo nie wylezę z tego namiotu :P No więc wkrótce wykreował się mniej więcej plan na ten dzień: część towarzystwa miała się udać do Biedronki w celu uzupełnienia zapasów, potem druga tura szykowała się na eksplorację położonej stosunkowo niedaleko jaskini. Ja się znalazłam w tej drugiej ekipie; podczas oczekiwania na przybycie mężczyzn z zakupami, my kręciliśmy się po obozowisku, siedzieliśmy przy ogniu i gadaliśmy, panowie zaczęli nawet w międzyczasie organizować rusztowanie pod kociołek a Sławek dodatkowo walczył z butami, które znalazł w piwnicy i które zbyt pochopnie postanowił rozchodzić. Ja trochę nie robiłam nic, trochę poszwendałam się po okolicy, poszłam też zrobić parę zdjęć - jak już Sławek pomógł mi rozwiązać problem zaparowania obiektywu i w ogóle coś tam trochę o fotografii poopowiadał.
autor: Kubush
Gdy biedronkowa tura wróciła po dość długim czasie, przyszła kolej na nasz spacer. Poszedł Kuba z Moną, Nakyy, Sławek i ja. Diabla Góra, w której to znaleźć mieliśmy naszą jaskinię, byłą oddalona o mniej więcej kilometr w linii prostej. W efekcie chwilę czasu szliśmy, ale dzięki niezawodnej nawigacji Kubusha, z odnalezieniem wejścia problemu nie było.
Wejście owo stanowiła niewielka dziura u podnóży skały, znajdującej się po drugiej stronie szczytu Diablej Góry. Postanowiliśmy zwiedzać czarną czeluść parami, by nie pozostawiać na zewnątrz bez opieki naszych rzeczy i Mony. Pierwszy w dziurę w skale wgramolił się Kubush, by wybadać, czy w ogóle warto się w nią pchać. Chwilę później z głębi skały dobiegło nas wołanie, że wszystko w porządku i druga osoba może za nim leźć, będzie gdzie nawrócić. Tu muszę nadmienić, że początkowy odcinek należało pokonywać na brzuchu, przy czym jeszcze trochę luzu pozostawało, później gardło się zwężało i by przesuwać się do przodu, trzeba było odbijać się palcami u nóg i łokciami, by wreszcie przedostać się do niewielkiej komory i dalej, minąwszy uskok po prawej, dotrzeć do następnej.
Za Kubą o jaskini wpełzł Nakyy. Gdy wyszli, zdali pokrótce relację z tego, co zastali w jej wnętrzach; ze wspomnianej drugiej komory można było próbować iść alej, jednak sprawnemu przedostaniu się do dalszej części korytarzy przeszkadzała dziura, za którą to dopiero znajdowała się półka skalna, na którą trzeba by się dostać. Bez jakichś dodatkowych zabezpieczeń lepiej było nie ryzykować. Przyszła kolej na mnie i Sławka. Pożyczyłam czołówkę, koszulę i rękawice, aparat też zdecydowałam się wziąć, choć trochę obawiałam się, że mocno na tym ucierpi. Nic się mu na szczęście nie stało, a dzięki niemu powstały pamiątkowe zdjęcia ;)
oba powyższe zdjęcia powstały dzięki Kubushowi :)
Gdy już i my byliśmy usatysfakcjonowani obijaniem się o skały i tarzaniem w jaskiniowym pyle, wyleźliśmy na zewnątrz. Słońce w tym czasie miało się powoli ku zachodowi, zatem po ogarnięciu się i zwróceniu przeze mnie pożyczonych rzeczy, udaliśmy się na szczyt Diablej, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, po czym zawróciliśmy do naszego obozu.
autor: Kubush
Po powrocie czekał nas bardzo przyjemny widok: postawiona wcześniej nad ogniem fasolka miarowo bulgała sobie w kociołku, na ruszcie wisiały mięsiwa wszelkiego rodzaju, dookoła ogniska ogarnięte były lepsze siedziska, powstała nawet ławka z zadaszeniem, konstrukcji Johnny'ego bodajże (jak nie to będzie sprostowanie :P). Już wcześniej zaczynało mi burczeć w brzuchu, teraz na myśl o szykującej się uczcie ślinka sama ciekła ;) Fasolka po bretońsku, dopieszczana przez Sprężola, czekała jeszcze na podprawienie przecierem pomidorowym i zagęszczenie zasmażką z mąki i masła. Alkohole wszelkich smaków i procentowości poszły w obieg. Nie muszę chyba pisać, że nastroje dopisywały :)
Fasolka wreszcie została dokończona. Mistrz kuchni nałożył mi porcję do menażki, aż po brzegi... Myślałam z początku, że nie podołam takiej ilości na raz, ale łakomstwo i genialny smak fasolki wyprowadziły mnie z błędu :P Była tak sycąca, że już mi niczego więcej nie trzeba było. A to był dopiero początek imprezy... Procenty coraz silniej krążyły we krwi, coraz szybciej też obiegały grono skupione przy ogniu, do którego w pewnym momencie dołączył także przybyły Pasikonik (też z psiną). W dymie ogniska wędziły się powolutku szynki, żeberka, boczki i słonina, które można było sobie poskubywać. Napoczęte zostały również marynowane grzyby (o szatańskiej papryczce Kubusha nawet nie wspominając ;]), które szybko stały się zakąską do wódki. Rozmowom na tematy najróżniejsze towarzyszył tradycyjnie typowo męski humor, niewybredne żarty i rubaszny śmiech. Tylko na moment się to zmieniło, gdy rozmowy zeszły na temat pociech leśnych ojców... Pierwszy raz dane mi było słuchać tegoż leśnego, męskiego grona, opowiadających jednym głosem z taką czułością i dumą o swoich potomkach :) W obieg poszły nawet zdjęcia dzieciaczków. Mogę stwierdzić, że mężczyźni dali mi się tym samym poznać z zupełnie innej strony i mocno mnie zaskoczyli, pozytywnie oczywiście ;)
Pominęłam zdaje się w tym wszystkim jeszcze jedną atrakcję, jaką zaliczyliśmy tego dnia (ale o brak chronologii nie ciężko na takim etapie biesiadowania ;)). Wybraliśmy się mianowicie w kilka osób do źródła Sztoły, oddalonego kilkaset metrów od obozowiska. Po drodze okazało się jednak, że trasa nam się mocno wydłużyła i urozmaiciła z tego względu, że idąc zgodnie z nawigacją, dotarliśmy przypadkiem za daleko, do wyschniętych źródeł jakiegoś dopływu. Nadłożyliśmy tym samym kawał drogi, ale dzięki temu nocnemu spacerowi na przełaj przez las (w moim wydaniu bez latarki), tradycji stało się zadość i zanurzyłam stopę w grząskim błocie dna wyschniętego koryta. Bez nadprogramowej kąpieli wyprawa byłaby niepełna ;) Wkrótce dotarliśmy do właściwego źródła. Urokliwe to miejsce, zaiste... Pomnik przyrody, opisany dokładnie na znajdującej się nieopodal tablicy informacyjnej, stanowiła woda wypływająca z grubej, zardzewiałej rury. Piękna sprawa ;] Po wyrażeniu naszych zachwytów usiedliśmy sobie na chwilę na kłodzie (ławeczce?) przy utworzonym w tym miejscu małym rozlewisku. Oczywiście pochwaliłam się butem pełnym błota. Tu padła propozycja ze strony Rodzyna (którego wzięłam po ciemku za Kubę i dopiero po jakimś czasie się zreflektowałam ;]), że pożyczy mi on swoje skarpety, które ma w obozie. Jak było powiedziane, tak się stało... Tym samym podczas imprezy zyskałam nie tylko namiot, ale i zakolanówki;]
Co się dalej działo przy ognisku, po naszym powrocie, aż do wykruszenia się wszystkich imprezowiczów, to aż nie sposób opisać... Można sobie jedynie próbować wyobrazić, jak się bawi dobrze wprawione i wesołe towarzystwo ;) W ruch poszła mąka, Sikor (nowa ksywa Nakyy'ego:P) wpierniczał po kawałeczku słoninkę znad ognia, za naciąganie czapki na oczy w końcu odwdzięczyłam się strzeleniem latarką w czoło, alkohol, znów sypanie mąką, zdjęcia indywidualne, zdjęcia grupowe, alkohol, wędzonki, Sikor dalej skubie słoninkę... Pierwsi ludzie idą spać, potem powoli wykruszają się kolejni... Zaniemagam, kładę się przy ogniu, tylko na chwilkę, nie ruszajcie mnie... Johnny przekonuje mnie jednak, żebym poszła spać do namiotu. Zbieram się, trafiam o swojej willi, wbijam się w śpiwór i zasypiam.
Rano, jak to po imprezie. Wszyscy lekko śnięci i zmarnieni, powoli się rozbudzający, trzeźwiejący, skacowani lub zmęczeni - ale chyba wszyscy bez wyjątku zadowoleni :) Ktoś ogarnął ognisko, które jednak nie chciało nas uraczyć zbyt dużym płomieniem. Starczyło jednak na zagotowanie wody i rozbudzenia się kawami i herbatami. Później pozostało nam już tylko powoli zwijać obóz, wyzbierać swoje rzeczy, posprzątać, spakować się, wziąć śmieci i ruszyć w drogę powrotną do codzienności. Parę osób wraz z Pasikonikiem poszło wcześniej, miałam propozycję podwózki do Olkusza, jednak przez wzgląd na potrzebę spaceru i towarzyszącą mi przez całe życie chorobę lokomocyjną, podziękowałam. Poszłam z pozostałymi chwilę później, zostawiając za nami czystą polanę ze zmasakrowanymi borówkami. Rozstałam się z towarzystwem przy samochodzie, pozostało mi już tylko pokonać 6 km asfaltu do Olkusza, wypić herbatę w nieczynnym jeszcze kebabie, wsiąść w busa i powrócić bez żadnych już przygód do domu, po drodze myśląc tylko o tym, czy nie lepiej było usiąść nieco dalej od pozostałych pasażerów dla ich dobra ;)

wtorek, 19 listopada 2013

Wypad z Dulowej do Sułoszowy, czyli z terenu w dom - część II :)

Etap II - w domu i lokalnie

Rzecz się działa tydzień temu. Gwoli przypomnienia, Sułoszowa stanowiła metę mojego weekendowego wypadu na jurę z kolegami z forum, kiedy to, startując z Dulowej, doszliśmy do popularnej drogi łączącej Kraków z Olkuszem, zahaczając po drodze o ruiny zamku Tenczyn i przemierzywszy wzdłuż Dolinę Eliaszówki. W Przeginii rozstaliśmy się kawałek po dziesiątej - faceci uderzyli na Olkusz, a mi pozostało dostać się do Sułoszowej na przełaj przez, kilkukilometrowej szerokości, pas pól uprawnych.

Chwilę szłam asfaltem, by minąwszy pocztę i aptekę, odbić w drugą przeczniczkę w lewo. Jej układ nie do końca zgadzał się z tym, który widniał na zdjęciu mapy Kubusha zrobionym telefonem komórkowym, jednak po niekrótkim momencie zawahania skierowałam się w wąską wiejską uliczkę. Gdy już wyszłam poza linię domostw (tą okolicę cechuje charakterystyczny układ miejscowości, generalnie większość wsi to tzw. ulicówki), ściągnęłam zbyt ciepłą czapkę, którą dodatkowo nagrzewały promienie przebijającego się powoli zza chmur słońca. Rozczesałam palcami wilgotne włosy "ułożone" kilkudniowym brakiem kontaktu ze szczotką i poszłam prosto przed siebie. Mój asfalt już wkrótce potem zmienił się w klasyczną drogę gruntową ciągnącą pomiędzy podłużnymi pasami pól i łąk. Mimo kalendarzowego listopada czułam się bardziej jak na wczesnowiosennym spacerze - nagie gałęzie drzew na tle coraz bardziej rozjaśnionego nieba, promienie słońca tonące we wzruszonych skibach ziemi i rozświetlające wschodzące, soczyście zielone zboża ozime. Zdarzały się nawet jakieś kwitnące na żółto kwiatki, których nie mogłam zidentyfikować, bo choć przypominały mi nieco rzepak, to zupełnie kłóciło mi się to z późnojesienną porą. Droga wiodła mnie prościuteńko przed siebie, piękne widoki rozciągały się w każdym możliwym kierunku, czuło się wokół siebie przestrzeń i rytm życia - gdzieniegdzie uśpiony, gdzieniegdzie jakby właśnie powolutku nabierający miarowego tempa.


Według nawigacji Kubusha droga miała mi zająć ok. 1,5 godziny. Okazało się to całkiem wykonalne, bo kawałek po godzinie zobaczyłam wreszcie znajomą wieżę sułoszowskiego kościoła. To pozwoliło mi się zorientować, że na czas, czyli przed dwunastą, do której to obiecałam chłopakowi dotrzeć na miejsce, spokojnie się wyrobię. Zdążyłam się też jednak po drodze od niego dowiedzieć, że wyruszył on z domu, ale nie wie, o której zastanie na przystanku busa z Krakowa do Olkusza, przejeżdżającego przez Sułoszową. Tym samym odpuściłam sobie dość szybkie, marszowe tempo i już niespiesznie dotarłam do tyłów pierwszych zabudowań, po drodze z nostalgią patrząc na wyłaniające się zza pagórków znajome elementy krajobrazu: cmentarz, pola, na których dwa lata temu zbierałam truskawki, zalesiona Dolina Sąspowska w Ojcowskim Parku Narodowym... Minęłam kilka gospodarstw i doszłam do głównej drogi wiodącej przez wieś.


Tu klapłam sobie na chwilę na krawężniku świeżo powstającej asfaltówki i wykonałam telefon do mamy i Mego. Okazało się, że wybrał się on o tak nieszczęśliwej porze, że przyszło mu czekać teraz dwie godziny na przyjazd busa... A mi na niego, bez kluczy do domu, na spokojnej wsi. Nie mając możliwości dostania się do domu od strony ulicy (zamknięta brama), postanowiłam niespiesznie zajść okrężną drogą gospodarstwo od tyłu, gdzie, jak to jest typowe na tej wsi, ogrodzenia nie ma, bo ziemie uprawne przynależące do gospodarstwa ciągną się wąskim pasmem całymi kilometrami za nim. Przeszłam przez główną, zeszłam na drogę prowadzącą dołem zabudowanej części wsi, a następnie wyjeżdżoną miedzą dotarłam za stodołę domu rodziny Lubego. Na obejściu pokręciłąm się chwilę bez celu, w stajni - rupieciarni odłożyłam swoje klamoty, wyciągnęłam taboret i zerwałam wiszące jeszcze między domem a dawną stajnią ostatnie kiście winogron, odpoczęłam chwilkę w słońcu na ogrodzie i poszłam do sąsiadów po zapasowe klucze.


Przez telefon dostałam szczegółowe instrukcje co do uruchamiania domowych sprzętów i instalacji; przede wszystkim zależało mi na nagraniu w bojlerze wody, żeby móc wreszcie wejść pod prysznic i zmyć z siebie kurz i pot trzydniowej wędrówki. Na czas grzania się wody nie mogłam z niej korzystać, bo grzałka przerdzewiała i jest przebicie powodujące dość mocne kopanie prądem wszystkiego, co ma styczność z wodą. Odświeżyłam się więc wstępnie wilgotnymi chusteczkami i zaparzyłam sobie herbatę z wody mineralnej zagotowanej w czajniku elektrycznym; jej smak oczywiście przeszedł z rzadka używanym plastikiem. Herbata nie pomogła mi się rozgrzać - o ile przez te niecałe dni wędrówki zasadniczo było mi ciepło, o tyle teraz, zmęczenie zaczęło ze mnie wyłazić a brak ruchu spowodował w momencie wychłodzenie i przejmujące poczucie zimna. Cupłam sobie więc w czerwonym fotelu w kuchni, coraz bardziej wyczekując prysznica. Chłopak powiedział, żebym ustawiła temperaturę wody do połowy pokrętła, że spokojnie powinno wystarczyć... Pomylił się a ja dzięki temu zamiast porządnego wymoczenia się wreszcie w gorącej wodzie, dygotałam z zimna, polewając sobie głowę letnią wodą i próbując umyć włosy natłuszczającym balsamem pod prysznic. Później ubrałam się wreszcie w świeże ciuchy, wysuszyłam włosy bzdyrcącą, lekko popsutą suszareczką i zawinęłam się w zakurzony koc, pod który co jakiś czas napuszczałam kolejne porcje rozgrzanego strumienia powietrza od suszareczki. Zapadłam w lekką drzemkę.

Wytrąciło mnie z niej przybycie chłopaka. Długo jeszcze nie mogłam się wziąć do życia, wciąż niedogrzana nie rwałam się do ogarniania domu, przywiezionych przez niego produktów spożywczych, ustawiania anteny telewizyjnej, rozpalania w piecu. W końcu wpadłam jednak w rytm domowego nicnierobienia, później poszłam nawet do sklepu oddalonego o jakiś niecały kilometr, w celu uzupełnienia nazwożonego przez Lubego prowiantu, by wieczorem, po zjedzeniu kaszanki ze skwareczkami i wypiciu iluś tam herbat, dogrzewać się przy pokojowej kozie i oglądać telewizję. Dzień zakończył się bardzo miło, generalnie takie zakończenie mojej wyprawy było jak najbardziej odpowiednie. Pozostało się tylko porządnie wyspać na miękkiej kanapie ;)


Następnego dnia, po zjedzeniu śniadania, niespiesznie wybyliśmy z domu na spacer. Postanowiliśmy zajść do Pieskowej Skały od tyłu, przez pola, trasą, którą jeszcze nigdy nie szliśmy, by później tradycyjnie wrócić asfaltem ciągnącym przez wieś. Zaszliśmy na tył gospodarstwa za stodołę i tam zatrzymaliśmy się dłuższą chwilę na pogawędkę z sąsiadami. Później ofiarowałam Lubemu czapkę, bo wiało okrutnie a podwędziłam mu jego bluzę z kapturem, po czym skierowaliśmy się na asfalcik biegnący dołem wsi.


Generalnie spacer upłynął przyjemnie, po drodze mieliśmy tylko chwilową scysję z powodu, którego już nie pamiętam, standardowo też wkurzałam R. ilością robionych zdjęć. Pogoda, z początku wietrzna i marna, zaczynała się robić coraz przyjemniejsza, by wreszcie oświetlić okolicę pojedynczymi promieniami słońca.



Szliśmy przez jakiś czas szlakiem rowerowym, wreszcie asfaltem doszliśmy pod las. Tu zapoznałam Lubego z wyglądem i smakiem bukwi, do której, z początku mocno sceptycznie nastawiony, szybko się przekonał. Nazbieraliśmy kilka garści, z myślą o późniejszym uprażeniu, po czym weszliśmy w las. Łaziliśmy sobie po nim powolutku, każde zainteresowane czym innym - ja zdjęciami, widokami i wieloma ciekawostkami przyrodniczymi, które widziałam pierwszy raz w życiu, R. chyba rozglądał się w tym czasie za potencjalnymi grzybowymi niedobitkami. Kierowaliśmy się powoli w stronę niewidocznego jeszcze z naszej perspektywy zamku w Pieskowej Skale. Po drodze czmychnęła przed nami całkiem blisko stojąca sarna, musiała nas obserwować. Doszliśmy do drogi asfaltowej wiodącej w stronę parkingu pod zamkiem, zbiegliśmy z jednego pagórka i wybiegliśmy na drugi z przeciwnej strony drogi - R. bardzo chciał mnie rozruszać, w efekcie biegł za nas dwóch, ciągnąc mnie za rękę :) Niedługo potem dotarliśmy pod mury zamku.


Pieskowa Skała

Zamek w Pieskowej Skale, jako oddział muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu, w listopadzie jest udostępnione bezpłatnie dla zwiedzających. Pokręciliśmy się zatem chwilę po dziedzińcu, trochę po krużgankach, nie chciało nam się jednak zbytnio czekać na pełną godzinę wejścia na trasę do zwiedzania na pierwszym piętrze, gdzie też dostaje się specjalne pantofle ochronne umożliwiające później zwiedzanie piętra wyżej. Byliśmy już kiedyś w tych wnętrzach, na przestrzeni ostatnich lat. Skierowaliśmy się zatem ku bramie i opuściliśmy zamek. Króciuteńkim odcinkiem szlaku podeszliśmy pod Maczugę Herkulesa, następnie zeszliśmy nim dalej, w stronę parkingu. Tam zjedliśmy po grilowanym oscypku z żurawiną i zaszliśmy do restauracji podzamkowej, chwalącej się dumnie naleśnikami i pierogami. W malutkim, dość przytulnym wnętrzu zasiedliśmy jak i inni zgłodniali turyści, po czym zamówiliśmy sobie pierogi - ja ruskie, luby z mięsem, kapustą i grzybami, oraz po herbatce. Tą otrzymaliśmy wkrótce, na pierogi chwilę czekaliśmy - i jak to w takich popularnych turystycznie miejscach bywa, cena zdecydowanie nie przystawała do wielkości porcji... Na szczęście były one chociaż dość smaczne. "Pojedzeni" skierowaliśmy się w drogę powrotną. Szło się długo jak zwykle, ale przyjemnie - wywalczyłam sobie nawet prawo do dokumentowania na zdjęciach wszystkich mijanych po drodze drewnianych domków ;) Zamierzam poczynić kiedyś coś w stylu galerii dawnej Sułoszowy, by móc sobie wyobrazić i poczuć, jak to taka miejscowość niegdyś mogła wyglądać... Ale to kiedyś. Tymczasem R. szedł równym tempem, a mi pozostało po każdym zatrzymaniu na zrobienie zdjęcia dobiegać do niego. Może dzięki temu drogi nadspodziewanie szybko mi ubywało (a jest do przejścia od Pieskowej jakieś 4 km).


Gdy zaszliśmy już do naszego II działu wsi, zboczyliśmy jeszcze na chwilę na cmentarz na wzniesieniu. Luby pozbierał z grobów krewnych zużyte wkłady do zniczy i podumał chwilę, ja przypomniałam sobie w tym czasie daty narodzin i zgonów członków jego familii od strony jego mamy, bo genealogią dość się interesuję. Gdy dotarliśmy do domu, zapadał już zmierzch. Wzięłam się za gotowanie obiadu, który zjedliśmy w efekcie na kolację. Co jak co, ale nie przepadam za robieniem rosołu, każda inna zupa mi wychodzi, a ta niekoniecznie :) Cała tajemnica tkwi jednak w czasie i sposobie gotowania, doborze mięsa i dodatkach nadających rosołowi smaczku - czego Mój ogarnąć nie może, twierdząc, że to jest przecież zupa najłatwiejsza, bo tylko się wrzuca mięso, warzywa i gotuje (ale on oczywiście nigdy tego nie robił ;]). Jednakowoż tym razem rosół wyszedł jadalny i nawet normalnego koloru, toteż zostało go naprawdę niewiele, na poranne rozgrzanie. Każde z nas miało niestety we wtorek powrócić już do normalnego rytmu życia i obowiązków, toteż wieczór spędzony na błogim niczym wkrótce minął i następnego ranka jeszcze przed świtem czekało nas wstanie, ogarnięcie domu i siebie i pędzenie na przystanek. Jazda busem okazała się mocno rozbudzającym przeżyciem - był taki ścisk i przepełnienie, że wyżsi i stojący (czyt. leżący na innych w kompletnym zaklinowaniu jak ogórki w słoiku) pasażerowie łapali resztki tlenu, podczas gdy ci "szczęśliwie" siedzący, śnięci od dwutlenku węgla w niższych partiach busa, gibali bezwiednie opadającymi głowami. Przed Zielonkami ze względu na kontrole kierowca ubłagał ze dwóch pasażerów, by wysiedli wcześniej, złorzecząc na pozostałych, których przecież z dobrej woli zgarnął, a teraz mógł za to przypłacić tysiącem złotych mandatu. Do kontroli został wzięty samochód przed nami i tak oto bez dodatkowych kłopotów dotarliśmy do Krakowa i do normalnego życia.