Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolina Bolechowicka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolina Bolechowicka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Marcówka w Pierwszy Dzień Wiosny

Warto czasem obejrzeć w telewizji w godzinach okołopołuniowych wiadomości przeznaczone dla rolników i hodowców. Dowiedziałam się z nich sporo ciekawych rzeczy, np o problemie w USA ze skupem tuczników z powodu jakiegoś nowego wirusa, który dziesiątkuje najmłodsze pokolenie trzody chlewnej (przeżywalność bliska zeru procent), oraz, że o ile w piątek i sobotę pogoda w moim regionie będzie wyśmienita, o tyle w niedzielę się pokićka i w następne dni będzie już tylko gorzej - tym samym ewentualne wycieczki dobrze by jednak przewidzieć na początek weekendu. Owa prognoza pogody była zatem moim argumentem w negocjowaniu z Bubem szczegółów wypadu poza miasto. Wątłym wprawdzie, bo oboje z przepowiadaczy pogody najczęściej się nabijamy, ale lepszym niż, dajmy na to, powoływanie się na prognozę Polsatu. W końcu ci wszyscy rolnicy muszą mieć jakieś dobre źródło informacji, inaczej wszyscy pomarlibyśmy z głodu.

Stało się zatem tak, że w piątkowy wieczór poszliśmy do kina na film "Witaj w klubie" (o ile za aktorem grającym bohatera głównego nie przepadam, a jego hollywoodzkiego uśmiechu szczerze nie lubię, o tyle w filmie tym pokazał prawdziwą klasę i kunszt gry aktorskiej, czego bym się po nim nie spodziewała - no i charakteryzatorzy przyżółcili mu te jego śnieżnobiałe ząbki ;)), natomiast w sobotni poranek ostatecznie wyzyskałam akceptację planu "wyprawy" w Dolinki Podkrakowskie. Uff :)

Wypad okazał się mieć naprawdę więcej wspólnego z przyzwoitą wyprawą niźli zwykłą wycieczką. Uwidziałam sobie bowiem wzięcie psa, który nie umie podróżować środkami komunikacji zbiorowej, nienawidzi kagańca a poza tym wszystkim nigdy nie był poza domem dłużej jak 4-5 godzin (kiedy go zamknęłam na podwórku i o nim zapomniałam...). Nijak ma się to jednak do jego kundlowatego usposobienia i predyspozycji w postaci zwinności, niespożytych sił witalnych i energii, nadpobudliwości - żebym wiedziała wcześniej, że to jest pies stworzony do życia na wsi, nie w mieście - może bym rozważyła oddanie go do schroniska po ustaniu zagrożenia zalaniem tegoż, spowodowanego alarmem powodziowym, w wyniku czego psiak do mnie trafił na przechowanie... Biorąc pod uwagę powyższe, w tym roku postanowiłam nieco Gacka uszczęśliwić i dać mu namiastkę poczucia wolności. Chciałabym, żeby docelowo mógł on ze mną jeździć na wszelkiego rodzaju wypady, żeby łaził ze mną po lasach, gonił wiewiórki, hasał po krzakach i spał przy mnie pod gwiazdami. Ale od czegoś trzeba zacząć. Wypad za miasto z Lubym wydawał się okazją doskonałą. Eh... A skoro już Gacław miał jechać, przemyciłam też w planach obecność jego starszej koleżanki, rasowo miastowej jamniczki, gotowa na noszenie jej przez cały dzień na rękach, kiedy to zabrakłoby jej chodnika czy ścieżki, miałaby się zaprzeć czterema koślawymi nóżkami i zbuntować, że przez trawy i chaszcze to ona dziękuje... No więc "wyprawiliśmy się" - ja, chłopak i dwa psiaki.

Kagańce (materiałowy i plastikowy) wzięte do przyuczania dla Gacka okazały się nieprzydatne. Nie, nie był aniołkiem - podróż w pierwszą stronę kolejno dwoma zatłoczonymi autobusami, w których prócz ścisku panował też zaduch i gorąc, było drogą przez mękę. Wciąż się baliśmy, że psiak spanikuje i się komuś odwinie niezabezpieczonym pyskiem... Ale kagańce jednym ruchem łapy zsuwał z pyska, jak bym ich ciasno nie zapięła. R. pilnował zatem, by mój mały chłopiec łeb miał daleko od kończyn pasażerów, ja natomiast zajęta byłam trzymaniem Nitki - bo co jak co, ale w autobusie ona inaczej podróżować nie będzie, jak właśnie na rękach. Jechaliśmy tak we czworo w dziwnych pozycjach, a ja niecierpliwie liczyłam przystanki... Jeden, drugi, szósty... A tu najpierw 10, później 15. Łącznie godzina jazdy.

Wszyscy z ulgą wysiedliśmy z autobusu. Zgrzani, mokrzy i zmęczeni. Ale też jakoś tak mocno zadowoleni, w końcu się udało i obeszło bez żadnych nieprzyjemności, a tu pogoda fantastyczna, psy już przeczuwające, że ten dzień spędzą w ciekawy sposób - Nitka, choć miastowa, szczenięctwo i młode lata spędziła na wsi i widać było, że gdzieś tam odżyły w niej wspomnienia, rozbudzane przez zapach czystszego powietrza, pól i gospodarstw. Poszliśmy więc naprzód, ciągnięci przez psiaki na smyczach, które gnały przed siebie z wywalonymi jęzorami. Gdy już doszliśmy na drogę z zakazem wjazdu dla samochodów, psy mogły zostać spuszczone. Weszliśmy w Wąwóz Bolechowicki.

Dobór miejsca był nieprzypadkowy. Chodziło o możliwie najszybszy dojazd i w miarę ułatwiony wczesny powrót (a więc niezbyt długa trasa), bo tego dnia chciałam jeszcze zdążyć odebrać, przed zamknięciem punktu odbioru pewnego sklepu internetowego, a więc przed siedemnastą, zamówionego grilla elektrycznego. Równocześnie chciałam też pokazać po prostu Mojemu miejsce, w którym sama byłam po raz pierwszy w zeszłym roku i które mnie już na wejściu urzekło - bo choć Wąwóz Bolechowicki (Dolina Bolechowicka) jest naprawdę króciuteńki, to już na wejściu, czyli u wylotu, imponujące skały tworzą słynną Bramę Bolechowicką, zapraszającą w naprawdę magiczny, zielony zakątek, z wartkim potokiem niosącym swe wody dnem wąwozu, pośród łączek i porozrzucanych na nich mniejszych i większych głazów, otoczonych stromymi skalistymi zboczami.
tak Brama zaprezentowała mi się za pierwszym razem, w zeszłym roku :)
Nie byliśmy w dolince sami, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Poszliśmy niespiesznie przed siebie, rozglądając się i zbaczając na boki z wydeptanej "głównej" ścieżki. Psiaki radośnie biegały - Nitka z typowym dla siebie zachowaniem Pani na Nowych Włościach, Gacław ot tak, po prostu, szybko, zwinnie i beztrosko. To ostatnie określenie z resztą dobrze oddaje to, jak psiurek się zachowywał przez większość czasu; o ile w kamienicy ma lęk wysokości i nie przepada za wychodzeniem na balkon, tu zaskoczył mnie swoją śmiałością w zwinnym wyskakiwaniu po najbardziej stromych skałkach. Wyglądał momentami jak mocno włochata, zmutowana kozica. Widać w tym wszystkim było jednak jego sprawność fizyczną (jakby tak zliczyć, ile km pokonał łącznie, to wyszłoby tego naprawdę sporo), przez co spokojnie wspinaliśmy się za nim, pozwalając mu na swobodę i tylko czasem ostrzegawczo podnosząc głos, gdy zdawało się, że spadnie. Jamniczka biegała za młodszym kolegą, zadziwiając mnie swoim samozaparciem; naprawdę w jej przypadku byłam przekonana, że będę ją nosić pod pachą, a tu okazuje się ona być niezgorszym potencjalnym towarzyszem wypraw, jak Gacek. Oczywiście poza faktem, że niekontrolowanie zjeżdżając ze stromego zbocza harata sobie podwozie wszystkimi nierównościami i ostrościami podłoża. I tym, że jest postrzelona, nierozważna i miewa fobie i lęki, co w terenie może być trudne do opanowania. Ale kto wie, może i ona mi kiedyś potowarzyszy... Tego dnia oba były szczęśliwe. My też :)



Wiosna w dolince nie zagościła jeszcze w pełni - rośliny podszytu dopiero wschodzą, choć zbocza gdzieniegdzie okryte były połaciami przylaszczek, a niektóre drzewa i krzewy ozdobione były delikatną, zieloną mgiełką. Na skałach wygrzewały się za to pod promieniami wiosennego słońca młodziutkie świderki rozchodników i rozetki rojników. W takich okolicznościach odpoczywaliśmy i chłonęliśmy widoki najpierw na skałach z jednej strony Bramy, w drodze powrotnej po stronie przeciwległej. Obeszliśmy bowiem dolinkę tak jakby dookoła - tj najpierw szliśmy dołem, później górą po stronie prawej, później znów dołem, a potem górą po stronie drugiej, już nie zboczem tylko w ogóle poza dolinką i jej drzewostanem, skrajem łąk i pól, prawie że do domostw którejś miejscowości i na końcowym odcinku trasy znów przy krawędzi doliny, na skały Bramy, w dół i znów przez wylot Wąwozu. Spacerowanie zajęło nam trochę czasu, ale też nie sprawdziliśmy sobie zawczasu połączenia powrotnego, więc u wylotu doliny spędziliśmy dobrą chwilę na postoju na psi posiłek, siedzenie i luźne rozmowy. Potem kolejną chwilę na przystanku autobusowym, gdzie w oczekiwaniu na autobus jedliśmy zakupione w pobliskim sklepie bułki z szynką i obserwowaliśmy grupkę gimnazjalistek, które wcześniej co jakiś czas w Wąwozie nam się objawiały (wizualnie lub akustycznie).

widok na żywo fantastyczny, zdjęcie fatalne - telefon komórkowy :/


Zajęliśmy w autobusie miejsca siedzące, psiaki na kolanach... Jazda była komfortowa - do czasu. W pewnym momencie okazało się, że ma mnie kosztować kupę nerwów i 120zł. Kontrola biletów, a ja jechałam na miesięcznym, nie strefowym... Ten przydługawy i obfitujący w przykre doznania kawałek dnia najchętniej wycięłabym, także nie będę się jeszcze teraz nad sobą pastwić. Wystarczy mi świadomość, że ta nieplanowana "opłata" za pobyt w Dolinkach Podkrakowskich destabilizuje mój skromny budżet i stawia pod znakiem zapytania wiosenny zlot Recona. Normalnie nie wiem, co zrobię... Ale mam trochę czasu na myślenie o tym. Tymczasem jechałam dalej, rozwalona, wściekła i rozżalona, z R. i psami bez kagańców (kontrolerzy zwrócili uwagę i na to, "łaskawie" nie wlepiając mi dodatkowej opłaty za przewóz zwierząt w nieprzepisowy sposób). Czasu było mało, a trzeba było jeszcze odebrać ten nieszczęśliwie zamówiony grill, którego to, przy nagłej niedomodze budżetowej, nie brałabym wcale. Kolejna żmudna podróż z psiakami na drugi koniec miasta, a potem, już z grillem, na trzeci koniec, do domu... Gdyby na tym miał się zakończyć ten dzień, byłoby to zdecydowanie kiepskie zakończenie. Postanowiliśmy z R. jednak wieczorem przetestować mój prodietetyczny zakup - i w ten sposób otworzyliśmy oficjalnie tegoroczny sezon grillowy :) Wieczorem, przy świetle stuwatowej żarówki, zwisającej z kabla przewieszonego przez gałąź podwórkowego świerka, doglądałam wraz z R. pięknie pachnącej karkówki, cielęcinki i piersi z kurczaka, w międzyczasie pichcąc grzanki z mozarellą, pomidorem i bazylią. Powietrze przepełniały zapachy, rozmowy z pozostałymi biesiadnikami (mama i Młoda ze Swoim) i jakaś nuta z radia w tle. Zamarynowana dzień wcześniej cielęcina była naprawdę smakowita, kurczak zrobił się spodziewanie szybko, karkówka - świeżo kupiona - nie zdążyła przejść przyprawami i smakowała trochę jak opiekany zwierz (zaskakujące ;)). Letni wietrzyk miło muskał skórę, nie powodując uczucia gęsiej skórki. Ahh, ta wiosna... :)

niedziela, 29 września 2013

Romans z Dolinkami

Dolinki Krakowskie we wtorek odwiedziłam tak naprawdę pierwszy raz w życiu. Niby wiedziałam, dokąd się wybieram - udało mi się wcześniej znaleźć wiele praktycznych i ciekawych informacji na ich temat w internecie. Nie jest to miejsce niedostępne, skryte przed wzrokiem ciekawskich i chronione przed zadeptaniem. Przeciwnie - gminy, na których terenie leżą Dolinki, zadbały o swoją promocję i z pomocą funduszy unijnych postarały się zrobić wszystko, by przyciągnąć rzesze turystów. U wylotów dolinek (przynajmniej tych, w których byłam) wszystko jest elegancko urządzone i odpicowane. Miejsca na odpoczynek zaopatrzone są w ławeczki i kosze, przy nich postawione są liczne tablice informacyjne i mapy, teren jest zadbany i wolny od śmieci... Skałki w dolinach są, w miejscach w szczególnie popularnych, opisane pod kątem wspinaczki, oznaczone, drogi wspinaczkowe mają wymienione punkty zaczepu. To ostatnie w ramach projektu "Skalny raj", którego konsekwencją również są wyraźne oznaczenia i kierunkowskazy. Na terenie dolinek stacjonuje również oddział GOPRu - tak więc bezpieczna turystyka pełną krasą.
Skoro to wszystko jest tak "ucywilizowane", to czemu Dolinki zrobiły na mnie aż tak pozytywne wrażenie, kiedy to potrzebowałam przecież znaleźć się w otoczeniu natury i niczego więcej? Ano ujęły mnie nie tylko swoimi niewątpliwymi walorami krajobrazowymi. Duży wpływ na mój rozwijający się powolutku romans z Dolinkami, ma ich położenie - bezpośrednie sąsiedztwo Krakowa. Ich bliskość i dostępność jest dla mnie dużym udogodnieniem, nie dysponuję aż taką ilością czasu, by co weekend jeździć poza Myślenice... A na jedno, czy nawet "półdniowy"wypad w podkrakowskie dolinki, prędzej znajdę czas i środki. Tak niewiele trzeba, by bezpośrednio z miasta wybrać się pomiędzy skały i jaskinie, zieleń, potok wartko przedzierający się dnem doliny pokrytej lasami i zaroślami... Ludzie mijani na trasie tylko czasem przeszkadzają. Jak są to wielkomiejskie gbury, po których z daleka widać, że nawet nie ma co mówić im "cześć" czy "dzień dobry". Są jednak i tacy, do których można się promiennie uśmiechnąć, a oni odwdzięczą się tym samym, można też zamienić dosłownie zdanie podczas mijania się na wąskiej ścieżce... Dolinki nie mają jeszcze klimatu typowo górskiego, ludzie nie wyzbywają się w pełni dystansu do innych, ci idący z naprzeciwka nie są "swoimi". Mi to jednak zupełnie nie przeszkadza - mam wystarczająco zajmujących widoków, by iść w poczuciu, że Dolinki są tylko moje ;) ...To jest chyba typowo krakowska postawa :D Jesteśmy bardzo przywiązani do swojej małej ojczyzny i po prostu ją kochamy, ze wszystkimi jej mankamentami... Jak zatem mogłabym nie polubić Dolinek Krakowskich? :)

No więc po wtorkowym spacerze wiedziałam już, że w weekend wybiorę się do kolejnych dolin. Wczoraj po dziesiątej wyszłam zatem z domu, by udać się w Dolinę Bolechowicką i Dolinę Kluczwody. Są to dwie doliny najbliższe miastu, bałam się zatem ilości turystów... Tym bardziej, że w i tak przepakowany autobus, mijający na trasie owe doliny, na przystanku wraz ze mną wpakował się spory tłumek ludzi, z czego niektórzy byli ewidentnymi turystami.

Nie sprawdziłam sobie dobrze, na którym przystanku mam wysiąść. Po jakimś czasie przeszłam więc przez autobus do kierowcy - by przy, okazji zakupu biletu strefowego, zapytać o przystanek najbliższy Dolinie Bolechowickiej. Okazało się, że facet nie wiedział o jej istnieniu, upewniał się, czy nie chodzi mi o Będkowską... A potem zaczęła się standardowa rozmowa na zasadzie "A to pani tak sama podróżuje? A nie wolała by pani z kimś? No no... Blablabla... A to może podjedzie pani ze mną do końca, do Zelkowa, tam są ładne górki - a w drodze powrotnej pani wysiądzie pod tą doliną..." - panu najwyraźniej dobrze się rozmawiało, uśmiechał się promiennie więc i ja się uśmiechałam, ale zmuszona byłam odmówić propozycji konwersacji aż do Zelkowa i wysiadłam pod kościołem. Tam, pokierowana przez jakąś kobietę, poszłam w stronę wylotu doliny.

Dolina Bolechowicka


Wylot doliny zwieńczony jest przepiękną Bramą Bolechowicką - z której z resztą owa dolina słynie. Druga taka brama znajduje się na terenie OPN-u - nie wiem nawet, czy nie jest mniej majestatyczna jak ta... Pokręciłam się przy niej chwilę, robiąc zdjęcia i obserwując zmagania pewnej kobiety z pionową ścianą skalną. Słońce przyjemnie rozpromieniało szarzyznę skał i ponurość gasnącej jesiennie zieleni, utrudniało jednak zrobienie zdjęcia tak, by nie wypalało mi środka lub nadmiernie przyciemniało boków. Nie znam się niestety na fotografii, pewnie wystarczyło wiedzieć, jak zmienić ustawienia... A tak, robiłam to na czuja i w końcu, nieszczególnie z efektów zadowolona, odpuściłam i poszłam dalej.


Ścieżka wiodła praktycznie cały czas wzdłuż potoku płynącego dnem doliny. Miała ona charakter jaru w dużej mierze porośniętej lasem, także skałki ginęły w dalszym jej odcinku w leśnych zaroślach. Większość uwagi przykuwał jednak potok, wijący się pomiędzy zaroślami, głazami i pniami drzew, jak również tworzący na skalnych progach liczne, małe wodospadziki. Szło się przy nim wyjątkowo przyjemnie, szum płynącej wody jest naprawdę miły dla ucha i szczególnie relaksuje... Czasem tworzył on niewielkie, płytkie rozlewiska, czasem trzeba go było przekroczyć po śliskich kamieniach czy przerzuconej kładce. Tak czy inaczej - to on był na pierwszym planie, a otaczająca go natura stanowiła tło.


Dolina Bolechowicka jest dość krótka, zatem krajobrazy w niej dość szybko ulegają zmianie. Początkowe niskie, potem leśne zarośla ustąpiły w końcu buczynie porastającej wąwóz. Jeszcze chwile tylko ścieżce towarzyszył potok, w końcu podzielił się na mniej wyraźne wici i znikał gdzieś u swych źródeł. Dalsze koryto potoku było suche, widocznie jest on okresowo zasilany przez wodę płynącą od początku wąwozu podczas opadów deszczu. Chwilę tylko szło się zboczem wąwozu, gdzieś w dole zostawiając usiane rudymi liśćmi dno. Las zaczął rzednąć i po ostrym zakręcie ścieżki, przez którą wiódł mnie żółty szlak, dotarłam do przyjemnego zagajniczka, gdzie się rozsiadłam w celu odpoczęcia i zjedzenia kilku sucharków.

 


Ścieżka szybko mnie wywiodła z lasu na nieco szerszą drogę, która stanowiła dojazdówkę do położonego w bezpośrednim sąsiedztwie lasu drewnianego domku. Zadrzewienia i zarośla ustąpiły miejsca najpierw pojedynczym zabudowaniom, później nowym osiedlom, przez które prowadził mnie już asfalt. Prowadził, prowadził... I wywiódł w pola :) Okolica musiała silnie się zmienić ostatnimi czasy, bo szlak w wielu miejscach po prostu nie istniał. Zdając się trochę na mapę, a trochę na intuicję, szłam naprzód wielokrotnie tak zamyślona, że wracałam potem, by upewnić się, czy aby na tym a tamtym drzewie nie minęłam jakiegoś oznaczenia. Po drodze raczyłam się widokiem rozświetlonych słońcem łąk, pięknie kontrastujących z wielką, burzową chmura, która niebezpiecznie zawisła nad widnokręgiem. Spodziewałam się ulewy.


Rozpromienione słońcem łąki szybko straciły złociste barwy suchych kłosów traw. Burzowa chmura ominęła okolicę, jednak przywlekła w swoim towarzystwie ogólne zachmurzenie, które w późniejszym czasie szczelnie pokryło całe niebo. Tymczasem ja zdążyłam całkiem zgłupieć na rozdrożu, które nie widniało na mapie (jak większość polnych dróg rozchodzących się na boki z mojego traktu) i chwilę pokręcić się to tu, to tam, szukając żółtego oznaczenia, kiedy z momentu zawahania wybawiła mnie kobieta przejeżdżająca z rodziną samochodem - idąc tędy dotrę do Wierzchowia. Spoko - właśnie tam miałam wstąpić do Doliny Kluczwody :)

Moim oczom szybko ukazały się kolejne skałki, które świadczyły o rychłym zbliżeniu się do tej części doliny, gdzie miałam znaleźć, prócz innych, Jaskinię Wierzchowską Górną. Jest to jaskinia kilometrowej długości, z najdłuższą trasą turystyczną w Polsce... Chciałam pod nią podejść i zorientować się w kosztach i tak dalej, z ewentualnym zamiarem jej zwiedzenia. Dotarłam (już asfaltem, który prowadził mnie od Bębła) do skrzyżowania z drogą wiodącą przez Dolinę. Docelowo miałam skręcić w prawo i udać się wzdłuż doliny aż do jej wylotu, ale Jaskinia Wierzchowska znajdowała się na lewo ode mnie. Spytałam jeszcze dla pewności kobiety spacerującej z dzieckiem w wózku, czy o tej porze roku jaskinia jest jeszcze udostępniona do zwiedzania - i uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, poszłam chodniczkiem w stronę jaskiń.

Pierwsza na trasie była Jaskinia Mamutowa - nie wiem, czy była to ta odnaleziona przeze mnie, dosłownie przy samej drodze - była to niewielka dziura przy ziemi, w którą można by się na upartego wczołgać, gdyby nie tony śmieci zalegające u wejścia. Widać - bardzo popularna jaskinia. Odpuściłam i poszłam do następnej - położonej w połowie zbocza wydeptanego od wielu ludzkich podejść i zjazdów ;) Wspięłam się tam i stanęłam przed skałą, w której, tradycyjnie, była dziura - nieco większa od poprzedniej, taki w sumie wąski korytarzyk. Po obejrzeniu malowideł skalnych weszłam w jaskinię.


Stosunkowo wygodnym korytarzem szło się kawałek, po drodze mijając pojedyncze ślady bytności ludzkiej - nawet skorupkę z jajka. Później trzeba było zejść do parteru, zostawić plecak i przeczołgać się dobre parę metrów wąskim gardłem nie pozwalającym nawet za bardzo na ruchy suwne - tym bardziej, że podłoże usiane było pokruszonymi, ostrymi kamieniami. Uważałam, by nie uszkodzić na nich aparatu, w sumie trochę kosztem własnego komfortu czołgania. Po paru przebytych w ten sposób metrach (jak to się dłuży, kiedy się czołga...), dotarłam do pierwszej większej komory.


Rzeźba jej ścian była naprawdę imponująca, liczne dziury, prześwity i ciekawe bryły robiły wrażenie. W powietrzu w momencie oświetlania wnętrza błyskiem flesza aparatu dawały się zauważyć dziwne, sine opary wznoszące się w powietrze - a może kurz, nie wiem. Poza tymi ułamkami sekund w czeluściach skały panował mrok niemal absolutny - wzięta z domu latarka okazała się wyjątkowo zawodna i jej światełko się tylko co jakiś czas wątle rozjarzało, by dodać poczucia wszechobecnej tajemnicy i wynaturzyć jeszcze bardziej formy skalne zarysowywane głębokim cieniem.
Z komory człowiek moich wymiarów mógł sobie pozwolić na dalszą eksplorację wnętrza, udało mi się przeleźć wąski korytarz i, po coraz bardziej śliskich od wilgoci kamieniach, zjechać nieco w dół, do kolejnej, mniejszej komory. Było tu już zdecydowanie bardziej mokro. Zakończyłam tu swoją wędrówkę, choć zmieściłabym się jeszcze w następne wąskie korytarze i nory - tu jednak przydałby mi się już zdecydowanie inny ubiór i sprzęt. Latarka czołowa, obcisłe ubrania, inne buty... Towarzystwo dla bezpieczeństwa. Z żalem wspięłam się po śliskich kamieniach do wyższej komory i na powrót wpakowałam się w norę prowadzącą mnie ku wyjściu.


Robiąc zdjęcia z fleszem i automatycznym ustawianiem ostrości, dość mocno wyeksploatowałam baterię aparatu. Pozostała mi jedna kreska, nie wzięłam ze sobą zapasowej... Martwiłam się, że aparat mi zdechnie w najlepszym odcinku Doliny Kluczwody. Wiedziałam też już, że raczej odpuszczę sobie Jaskinię Wierzchowską - szkoda by było znaleźć się w takim miejscu i nie móc porobić zdjęć. Skierowałam się jednak w jej stronę, bo już byłam naprawdę niedaleko. Wreszcie dotarłam pod ogrodzony ze wszystkich stron teren przylegający bezpośrednio do wejścia jaskini. Była otwarta, mogłam nabyć w kasie (prócz pamiątek) bilet ulgowy za 12zł (14 normalny), i dopłacić jeszcze 2zł za zdjęcia. I poczekać pół godziny, gdyż wejścia odbywały się w godzinach pełnych. Ponieważ jednak drobne nie ciążyły mi w kieszeni, a dodatkowo pomyślałam, że przyjdziemy tu niedługo z R. w ramach atrakcji imieninowej, zawróciłam we właściwą stronę doliny.

Dolina Kluczwody

Okazała się ona mało widokowa, jeśli chodzi o krajobrazy usiane skałkami - właściwie głównie szło się dnem zalesionego na zboczach wąwozu, ścieżką rozjeżdżoną przez rowery, wiodącą oczywiście wzdłuż potoku Kluczwoda. Dnem doliny wiodła niegdyś granica pomiędzy zaborem austriackim i rosyjskim, o czym informowała ustawiona u wejścia do doliny tablica informacyjna. Miałam nieszczęście jeszcze w okolicy Jaskini Wierzchowskiej napatoczyć się na matkę z nastoletnią córką, które to podążały w tym samym kierunku co ja, i podobnym tempie - przez co raz one mnie wymijały, raz ja je. Trochę mi to zaburzało oddanie się luźnym rozmyślaniom; grzechoczące sucharki już wcześniej uspokoiłam, wtykając do pudełka zawiniątko z chusteczki i woreczka foliowego. Podsumowując jednak, szło mi się całkiem przyjemnie - może też dlatego, że w sklepiku na rozdrożu zdążyłam wcześniej kupić kawałek sernika z brzoskwiniami :)


W którymś momencie zarośla się przerzedziły i moim oczom ukazały się skałki. Na szczycie jednej stało towarzystwo militarne - ekipa chłopaków w spodniach moro mocowała u szczytu liny przewiązane do drzewa stojącego naprzeciw skały. Wyglądało na to, że montują coś w stylu zjazdu linowego. Wszystko to zresztą bardziej po "survivalowemu" niż wedle nowoczesnych technik - ot, jakieś sznury, liny, u stóp skały zaś namiot i rozpalone ognisko z wojskowymi menażkami dookoła. Korciło mnie, żeby się zatrzymać na chwilę i zamienić z nimi słowo, ale wszyscy byli bardzo zaangażowani w wiązanie lin i zajęci sobą, postanowiłam nie przeszkadzać i iść dalej.


Minąwszy jedno jedyne gospodarstwo właścicieli pięknej kózki, zgubiwszy z roztargnienia szlak i skierowawszy się nie w tą stronę, co trzeba, w rytmie jakiegoś polskiego radiowego przeboju dochodzącego z małego, ukwieconego domku letniskowego, powróciłam do potoku. Idąc znów szlakiem kolejny raz tego dnia wpadłam w błogi relaks wywołany szemraniem wody. Dolina miała się niedługo skończyć, niewiele już mi pozostało spaceru tego dnia... Tak przynajmniej wtedy myślałam :)


W pewnym momencie znów nie poszłam zgodnie ze szlakiem, który wiódł jakoś górą, trafiłam więc na ogrodzenie; potok w tym miejscu przepływał przez prywatne włości i pozostało mi iść wzdłuż siatki, w towarzystwie rozszczekanego, acz tchórzliwego psa. Miał on swoich towarzyszy za siatką, jakaś dziewczyna otworzyła z domu automatycznie bramę, by wszedł - usłyszawszy zawołanie nie ociągał się długo. Wyszłam tym sposobem na drogę - najpierw dojazdową, później normalny asfalt, przy którym pojawiały się coraz liczniej zabudowania. Przystanku autobusowego jednak w okolicy nie było, postanowiłam więc iść dalej... A w najbliższej miejscowości znowu dalej, bowiem autobus miał mi jechać za około godzinę. Zrobiłam tylko użytek z drobniaków (teraz zaczęły mi ciążyć ;)) i zakupiłam batona i chrupki, pytając przy okazji ekspedientkę o rozkład jazdy jednego autobusu, którego nie zauważyłam na przystanku. Kobieta w swej życzliwości zadzwoniła aż do córki a potem do męża, zamykając na ten czas kasę i kierując ludzi do koleżanki obok :) Nie dowiedziałam się jednak od niej niczego, podziękowałam kilkukrotnie, na przystanku zorientowałam się, że rozkład jednak wisi... No więc poszłam znów przed siebie, a potem dalej i dalej, bo mijając kolejne przystanki wciąż miałam za dużo czasu do autobusu. Tak doszłam do Modlniczki, gdzie usiadłam na ławeczce i doczekałam wreszcie spóźnionego autobusu. Koooniec :)