Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leśna kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leśna kuchnia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2015

Dzień Niepodległości, Jungla Sosnowiecka

Po kolejnym nużącym, trudnym tygodniu, nawet miejsce przy toalecie mi nie przeszkadzało. Pociąg zatrzymywał się na każdej stacji, przez co jazda była nieco przydługa - w każdym razie wystarczająco długa, by zmorzył mnie sen. Ale w autobusie powrotnym po pracy też zdarza mi się odpłynąć.
Coś mnie otrzeźwiło; może dzwonek telefonu jednego z pasażerów - dźwięk sonaru i informacja "Twoja kobieta Cię namierza", może przechodzący bezdomny, który wcześniej jakoś wybronił się przed chcącym go wysadzić na którejś tam stacji konduktorem, może spuszczana w toalecie woda. Dojeżdżałam do stacji w Mysłowicach, a że właśnie na niej miałam wysiąść, poszłam jeszcze skorzystać z "cywilizowanych warunków", nim się znalazłam w lesie.

Doczu przypomniał mi, że przy stacji jest Biedronka. Zadeklarowałam dostarczenie jajec na planowaną poranną jajecznicę, a że będąc na przerwie od pracy w sklepie zapomniałam ich kupić, potem nie miałam czasu, musiałam je nabyć na miejscu. Gdy już robiłam zakupy, zadzwonił mi telefon; okazało się, że Panowie postanowili wyjść mi naprzeciw i są pod stacją. Wrócili się więc i po przywitaniu się z Doczem, SmileOnem i soohy'm zakupowaliśmy dalej wspólnie. Doposażeni w co trzeba ruszyliśmy na miejscówkę.

Po drodze SmileOn koniecznie chciał ponieść mój plecak, nie ufając moim zapewnieniom, że jest lekki. Był lekki ;) Brak plecaka na plecach nie poprawił najwyraźniej mojej statyki, skoro jako jedyna z towarzystwa (a towarzystwo bawiło przecież w lesie już dobrą chwilę) postanowiłam wyrżnąć znienacka na skarpie. Siatka z zakupami się potargała, fasolka potoczyła gdzieś na dół, biodro obite, ale przynajmniej jajka całe ;)

Po zejściu z mostu weszliśmy w Junglę. Sosnowiecka Jungla to miejsce słynne z tego, że dżungla, i niesłynne z tego, że sosnowiecka. Mimo to miejsce zacne. Zostawiliśmy Docza w tyle i poszliśmy tak, że na miejscówce przywitał nas Willow, Wolfshadow i Doczu we własnej osobie ;) Rozsiadłam się na kłodzie. W poświacie płonącego ogniska, tudzież stylowych lampionów porozwieszanych na drzewach tu i ówdzie, szybko zarejestrowałam kulinarne rarytasy czekające na mój wygłodzony żołądek. Nie wiedziałam, co pierwsze degustować, pochłonęłam więc w losowej kolejności kiełbasę, nogę pieczonego nad ogniem królika, oraz mamałygę z bryndzą i rumuńskie kiełbaski Willow'a. Samo dobro! Zadegustowałam też domowego piwa autorstwa Wolfshadow'a i nie odmówiłam łyczka Doczowej herbatki. Ta jednak, po okresie abstynencji, okazała się dla mnie nazbyt zacna ;)


Siedzieliśmy wieczorem długo. Pogoda dopisywała, tj prócz wiatru miotającego dymem w siedzących, na nic nie można było narzekać, ciepło, nie lało... Dopiero zdaje się w nocy popadało coś konkretniej.

Nie pamiętam, czy to właśnie jakaś chwilowa mżawka zmobilizowała mnie do rozbijania leża, w każdym razie nie wzięłam się za to, jak zwykle, od razu po przyjściu na miejscówkę. Tym razem rozbić się miałam - wedle rekomendacji SmileOna, od którego dostałam w podarunku m.in. hamak (dziękuję! :)) - właśnie tym hamakiem w około dwie minuty. Zeszło nam nieco dłużej ;] Co prawda, już na zlocie próba rozbicia dla mnie pożyczanego hamaka okazała się pomysłem niefortunnym, nikt jednak nie przewidział, że to nie był przypadek i ja po prostu MAM spać na glebie albo wcale. Pomagający mi się rozbić SmileOn nie poddawał się jednak i wiązał coraz to mocniejsze sznurki, kiedy poprzednie jedne za drugimi się rozrywały. Za dużo zjadłam :P Finalnie jednak, po kolejnych staraniach i próbach hamak zawisł i nie zerwał się od razu, co rokowało już na przynajmniej częściowo przespaną noc. Wróciliśmy do ogniska.


W którymś momencie dołączyła do nas koleżanka Docza. W powiększonym gronie siedzieliśmy jeszcze długo, wreszcie zaczęliśmy się powoli wykruszać. Tak więc i ja poszłam w pewnym momencie spać i tym razem już nie wróciłam (zawijałam się ze dwa razy). Zasnęłam wkrótce i pierwszy raz od dawien dawna nie miałam w nocy rozkmin w trakcie chwilowych przebudzeń "na który boczek się teraz obrócić, żeby się cokolwiek rozgrzać". Zła passa minęła i nie tylko spałam wygodnie, ale i stosunkowo długo. No i nie obudziło mnie twarde lądowanie :)



Następnego dnia zaczęło się spokojnie. Po trosze dobudzaliśmy się i docieraliśmy pod płonące już palenisko. Nie byłam pierwsza, ale chyba też nie ostatnia. Plan dnia był dobry: najpierw jajecznica, potem kluski tlone i wreszcie zupa cebulowa ;) Oczywiście, wszystko iście po leśnemu; w jajecznicy doszukać się więc można było jajek, ale nie brakowało również czerwonej cebuli, majeranku, czosnku, pasty z pomidorów suszonych i oliwek oraz przypraw inszych. Zupa cebulowa to już zupełna fuzja smaków: cebula, marchew, kapusta biała, fasola czerwona z puszki, czosnek, woda po kiszonym czosnku niedźwiedzim Docza, którym częstował wcześniej, przyprawy, ostra pasta paprykowa, korpusik króliczy, kiełbaska. Wszystko w ilościach przypadkowych. Tlone były dla równowagi mało skomplikowane, jak ich tradycyjna receptura nakazuje: mąka uprzednio uprażona na ogniu z odrobiną soli zalewana była po trosze wrzątkiem i tak powstająca gęsta breja mieszana łyżką nabierać miała formy grudowatych kluch. Danie w końcowej fazie wzbogacone jeszcze zostało w skwarki z wędzonej nad dymem słoninki. Smakowo bardzo ciekawe, konsystencja troszkę może zbyt "aksamitna", być może ze względu na rodzaj użytej mąki. Nie znałam tego wcześniej, z chęcią posmakuję jeszcze nie raz. Rzecz przynajmniej do powtórzenia, w przeciwieństwie do takiej np. cebulowej ;)


Nietrudno zauważyć, że jedzenia mieliśmy więcej, niż mocy przerobowej. Pomimo więc tego, że cały czas coś ktoś jadł (bo przecież, prócz dań ciepłych, nie brakowało też takiego kiszonego czosnku niedźwiedziego, czy też smalczyku Docza - mniam!), to po południu, gdy już się zbieraliśmy, reszta zupy rozdysponowana została między SmileOn'a i soohy'ego, którzy wzięli ją na niezmarnowanie. Było coś po 16-tej, gdy opuściliśmy Junglę; załapałam się na transport powrotny z Willow'em, który przyjechał z Krk samochodem.



Niezwykły to był dzień; świetni ludzie, smaczne jedzenie, spokój, cisza niemącona niczym innym, jak naszymi rozkminami, butelką pogardy oraz dochodzącymi nas dźwiękami orkiestry, wygrywającej gdzieś w pobliżu na jakiejś defiladzie patriotyczne melodie. Nie byłam może w szczytowej formie, mam jednak nadzieję, że nikomu nastroju nie kiepściłam. Bo, jak tak patrzę na siebie na zdjęciach kolegów, to minę mam nietęgą :P Ale, wbrew pozorom może, takiego dnia właśnie było mi trzeba :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Zlot Reconnet wiosna 2014

Z niemałą satysfakcją mogę niniejszym odnotować fakt mego ponownego udziału w kolejnym zlocie forum survivalowo-turystyczno-militarnego reconnet.pl :) Organizatorem był Bubel - i spisał się rewelacyjnie, no poza wymyślną i skomplikowaną konstrukcją latryny, na której sposób obsługi można było nie wpaść :P Ale, żeby nie było - nie taki znowu Bubel bubel! Zlot rewelacyjny, udany i intensywnie przeżyty! :D

Tegoroczne wiosenne wydanie zlotu miało, tradycyjnie już chyba, charakter kulturalnego, spirytualistycznego spotkania przy ognisku w rodzinnej atmosferze ;] Niektórzy owej kultury łyknęli więcej, inni mniej, niektórzy byli wysyłani do lasu przez żony, by nabrali ogłady, inni, by żony mogły ich poznać, atmosferę zlotową starali się maksymalnie podtrzymać nawet w drodze powrotnej. Bo, co trzeba w tym miejscu podkreślić, na zlot zdecydowanie nie jedzie się dla przyjemności. Taka impreza grozi wręcz utratą zdrowia ;] Niemniej, ponieważ społeczność survivalowa wie, jak przetrwać (jak udowadniał jeden ze zlotowiczów, dwa dni bez jedzenia można, ale pić już zdecydowanie trzeba), poza pojedynczymi przypadkami utrat świadomości, wszyscy wszystko mają na miejscu i niczego im nie brakuje.


Mogłabym jeszcze tak długo, ale to tylko pół prawdy o tym zacnym spotkaniu :) Tak naprawdę, poza wymiarem  integracyjnym i rekreacyjnym, pojawił się również wymiar dydaktyczny. W sobotę miały miejsce warsztaty powiązane z tematyką survivalową. Ten z ostrzenia noży, prowadzony przez szacownego Dottore, poprzedzony był prelekcją dotyczącą rodzajów ostrzy w ogóle.



Dla laików takich jak ja była to cenna lekcja, dla nieco bardziej obeznanych z tematyką pewnie też, bo samo przebywanie w towarzystwie Doktora to przyjemność i wyróżnienie... ;P (ale nóż finalnie naostrzył mi Bubel i Qasz :]) Później chętni udali się pod przewodnictwem Mr. Wilsona na spacer po okolicy, podczas którego dane było poznać nam wiele pozornie pospolitych roślin, o których zastosowania (przede wszystkim zaś możliwość konsumpcji) nikt by ich jednak nie podejrzewał. Starałam się z nich wynieść maksymalnie dużo, kosztowałam czego mogłam. Dzięki temu, że tym razem na zlot wzięłam aparat, wskazywanym roślinom robiłam zdjęcia i nawet jeśli nie wszystkie nazwy i informacje zapamiętałam (bo w tak krótkim czasie to jest chyba niewykonalne :)), to fotografie ułatwią mi teraz identyfikację.


 Mam nadzieję, że będzie mi dane kiedyś posiąść taką wiedzę w zakresie dzikich roślin jadalnych, że będę mogła wyjść do lasu na dzień i nie wrócić głodna - bo nie śmiem nawet pomyśleć o dłuższym wypadzie, na miarę Mr. Wilsona - Człowieka Legendy ;] Nie dane mi było skorzystać z całych warsztatów z roślin, bo w pewnym momencie, kiedy ponoć zmierzaliśmy już grupą do obozowiska, poszłam nieco szybciej wraz z Karudą - dziewczyną o niesamowitej wiedzy w zakresie m.in. kultury słowiańskiej, którą przy ognisku wykorzystywała, umilając nam czas pieśniami i przyśpiewkami ludowymi - i grupa gdzieś nam zaginęła. Jednak, czego się dowiedziałam to moje i nie oddam ;) Ale tego dnia chciałam więcej. Wyczekiwałam zaplanowanych w następnej kolejności warsztatów z oprawiania zwierzyny - wiedza, którą miałam na nich posiąść, chyba najpewniej będzie przeze mnie wykorzystana w przyszłości, z racji moich zakusów na posiadanie zwierząt hodowlanych. Nie przejechałam się na swoich oczekiwaniach. Przede wszystkim, została grupce uczestników zapodana pewna dawka wiedzy teoretycznej, później zaś praktycznej. Miałam okazję skonfrontować swoje chęci z możliwościami, wiem już, w jakim zakresie i co muszę opanować, by kiedyś móc teorię przełożyć na praktykę we własnym, codziennym życiu. No i, co może najistotniejsze w tym wszystkim, nie zawiedli mnie ludzie. Cieszy mnie to, że mam okazję obcować z tak normalnymi i rozsądnymi osobami, umiejącymi się zachować odpowiednio do sytuacji :)


Warsztaty z pierwszej pomocy, prowadzone przez AP, były tylko potwierdzeniem tego, że do lasu nie pojechała banda czterdziestu ludziów w celu jednym. Wiele osób z zainteresowaniem słuchało rzeczowego i niezwykle ciekawego wykładu dotyczącego udzielania pierwszej pomocy, tym bardziej, że leżała przed nami Mała Ania lat ponad piętnaście (a później i noworodek z pniaczka), na której wszystko było profesjonalnie prezentowane. Dobrze jest sobie odświeżyć tak ważne, a niedokładnie przyswojone niegdyś na PO w liceum wiadomości, tym bardziej, że można się pokusić o stwierdzenie, iż są one wręcz kluczowe w całej sztuce przetrwania. Dowiedzieliśmy się, w jakiej kolejności, w jaki sposób i jak podjąć konkretne działania w przypadku ratowania życia. Pojawiało się wiele pytań od publiczności i przytaczanych przykładów z życia codziennego, których AP dzielnie i z uwagą wysłuchiwał. Widać po nim, że to człowiek z pasją i zaangażowaniem oddający się temu, co robi na co dzień... Dobrze, że tacy ludzie są pośród nas ;)


Niestety, i te warsztaty pod koniec opuściłam - trochę zmarzłam i zgłodniałam, mój umysł wysycony wcześniej substancjami wszelkimi (wiedzą, wiedzą! :P) też zaczynał się już buntować i nie przyswajał na tyle sprawnie, bym mogła z warsztatów skorzystać bardziej. Obawiając się zatem, że chcąc w niego wtłoczyć nazbyt dużo wszystko pokićkam i pomieszam (a wiadomo, że mieszanie szkodzi), odpuściłam sobie już edukowanie się tego dnia - tym samym opuszczając warsztaty Mr. Wilsona z technik rozpalania ognia, czego oczywiście trochę mi żal, bo przechodząc obok ciasnego kółeczka zainteresowanych, skupionych wokół Prowadzącego i jego bogato wyposażonego stanowiska, widziałam, że omija mnie naprawdę potężna porcja niesamowicie ciekawej wiedzy. Ale, inaczej się nie dało. Bezczelnie liczę na to, że nadarzy się jeszcze okazja ku temu, by się tego wszystkiego dowiedzieć i popróbować, albo chociaż cokolwiek podpatrzeć :)



Mówiąc o warsztatach, nie można nie wspomnieć o innych umiejętnościach prezentowanych i wykorzystywanych przez Uczestników podczas zlotu. Mam tu na myśli polową kuźnię i wykuwane w niej cudeńka użytkowe (noże, krzesiwa), wędzarkę, z której wydobywały się takie zapachy, że ślinka sama ciekła (bo tym razem nie dane mi było niczego skosztować, przegapiłam lub nie byłam w stanie pomieścić ani kapki więcej zlotowych specjałów - nawet szynka wręczona mi w dniu wyjazdu przez Gawrona po chwili gdzieś się rozpłynęła :D), rzeźbienie w drewnie (i w tym miejscu muszę, MUSZĘ gorąco podziękować szczególnie Rajmundowi, Thrackanowi, Pingwinowi i innym zaangażowanym, pomocnym i życzliwym - przepraszam, ale sama też próbowałam się wówczas angażować i skupić, także mogłam w tym momencie kogoś pominąć :]), budowę pieca, oraz pokazy kulinarne Mistrzów Podniebienia, finalnie kończące się degustacjami - w tym chilli, rosół, gotowane kozie mięso, królik w ziołach na winie, placuszki z pokrzywy i makaron z sosem z zieloną wkładką, kawa. Pozostając w temacie, muszę nadmienić, że gigantyczny stół był tak suto zastawiony wszelkimi domowymi specjałami, że nie wiadomo było nawet, z której strony do niego podejść :)


Było jeszcze ponoć strzelanie z armatki ziemniaczanej, ale dowiedziałam się o tym, gdy zasłyszałam strzały gdzieś w oddali - także się nie wypowiadam bo nie widziałam. A, i lekcje śpiewania były - szczególnie w pamięć zapadły mi próby rozśpiewania towarzystwa przez Grigora ;) Przy akompaniamencie gitary dzierżonej przez Mikiego i później Dźwiedzia, próbowano wielokrotnie zaśpiewać cokolwiek z forumowego śpiewnika od początku do końca, ale udało się to tylko w przypadku "Leśnych opowieści". Poza nimi królowały chryzantemy, róże czerwone i tego typu piosnki :)

No. Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam... A jeśli, to na pewno z czasem, w najmniej oczekiwanym momencie mi się przypomni - i idąc do sklepu będę się pokładać ze śmiechu na wspomnienie poszczególnych sytuacji i tekstów, mile wspominać ogniskowe pogawędki, sesje zdjęciowe, sesje kulturalne i tak dalej. Bo były to takie trzy dni w moim życiu, do których będę wracać i nie będę żałować. A nawet będę dumna :]


wtorek, 8 kwietnia 2014

Sok z brzozy

Udało mi się pozyskać w tym roku ok. 6-7 l soku z brzozy (kilkudniowy zbiór z trzech, potem dwóch pni). Nie jest to może wynik oszołamiający dla wprawionych w temacie, dla mnie jednak pozyskiwanie soku stanowi absolutną nowość i nie wzięłam się za to tak jak należy. Przede wszystkim, chyba trochę się spóźniłam - co prawda na brzozach listki jeszcze się nie pojawiły, ale soki wyraźnie w kolejnych dniach zbioru przestawały krążyć tak intensywnie, jak na początku. Upatrzyłam sobie już dość grube brzozy rosnące na działce rodziny chłopaka - nie chciałam zaszkodzić nadmiernie drzewom, a i tak z góry należało zakładać, że, jako początkująca, coś zrobię nie tak. Starsze drzewa są na pewno mniej podatne na obciążenia wynikające z uszkodzenia.

Słyszałam o różnych metodach pozyskiwania soku; zadałam nawet w tej sprawie pytanie na forum survivalowym. Jednak, co człowiek to metoda... Muszę po prostu spróbować wielu i wybrać taką, która daje najbardziej satysfakcjonujący rezultat. W każdym razie, w tym roku nawierciliśmy z moim pnie na wysokości 50-70cm, prawie że pod kątem prostym, z minimalną tendencją do spadku w dół. Możliwe, że ów spadek był jednak zbyt mały, przynajmniej na jednym z filmików instruktażowych facet nawiercał pień pod kątem 45 stopni. Za kolejny błąd mogę zdecydowanie wziąć to, że użyliśmy plastikowych rurek od długopisów - czysta improwizacja :) Gdyby rurki były wystrugane z drewna, napuchłoby ono od wilgoci, uszczelniając wywiercony otwór. W moim przypadku niestety, część soku (nie jakaś znacząca część, ale przeszkadzało mi to) ściekała po pniu. Otwory nawiercałam od strony zacienionej; wiem, że po tej stronie krąży mniej soków, tu jednak moje skromne zbiory nie były wystawione na wzrok ciekawskich sąsiadów i pracowników pobliskiej budowy. Pod rurki podstawiłam plastikowe butelki; gdy nazbierało się coś więcej, zlewałam (lub ktoś zlewał) sok do innej butelki, tą pozostawiając w spokoju, umocowaną drutem do pnia drzewa.


Tyle w temacie sposobu pozyskiwania. Całe przedsięwzięcie miało bardziej charakter eksperymentu - żeby sprawdzić, co i jak, no i czy gra warta jest świeczki - czy sok z brzozy będzie smaczny i chętnie zużywany. Wiem z różnych źródeł, że smak soku, a co za tym idzie, zawartość w nim poszczególnych składników i minerałów, zmienia się w zależności od kilku czynników - przede wszystkim od miejsca pozyskiwania. Mój wybór drzewek okazał się nieszczególnie fortunny - sok zebrany za pierwszym razem nie różnił się właściwie niczym od wody (poza tym, że był lepszy ;)), kolejne były tylko nieco słodsze, z delikatną, brzozową nutą. Sok był przejrzysty i klarowny, przy końcowym zbiorze lekko zmętniał, ale pozostawał właściwie bez koloru - daleko mu było do słomkowego zabarwienia soku prezentowanego na niektórych filmikach czy zdjęciach. Smak soku z ostatniego zbioru jeden z kosztujących określił jako "piętnasta woda po soku jabłkowym". Mi generalnie smakował.


Zmartwiła mnie na początku trwałość świeżego soku; ten pierwszy, który powisiał sobie niecałą dobę na drzewie, a później powędrował na dwie do lodówki, na czwarty dzień miał już lekko kwaśny smak i zapach. Nie umiem robić octów i tym podobnych mikstur, zatem pół butelki musiałam wylać. Kolejne porcje soku wytrzymały już dłużej - zapewne przez większą zawartość cukrów. W tym momencie mam jeszcze prawie pełną, półtoralitrową butelkę w lodówce, która trzyma prawdopodobnie piąty dzień, a smak i zapach jest w porządku. Resztę soku (jakieś 2,5-3 litry) postanowiłam przeznaczyć na zrobienie syropu.

Sok przelałam do płaskiego, szerokiego garnka i odparowywałam dotąd, aż wyraźnie zmalała objętość płynu, barwa zmieniła się na słomkową, a smak stał się mocno słodki - zbyt słodki. Ponieważ nad miksturą nastałam się dobre kilka godzin (nie róbcie tego na płycie elektrycznej), a dobiegła godzina druga w nocy, odpuściłam dalsze zagęszczanie soku i poszłam spać. Następnego dnia ani zapach, ani smak mnie nie rzucił na nogi - ale konsystencja wciąż była zbyt płynna. Zagęszczony sok schowałam do lodówki i tak doczekał dnia dzisiejszego, kiedy to postanowiłam się ostatecznie rozprawić z owym czymś w ilości niepełnego, dużego kubka. Płyn zlałam do garnka, później na płaską patelnię, i odparowałam do konsystencji syropu. Ku mojemu zdziwieniu, produkt końcowy ma nęcący, słodki zapach, a smak jest naprawdę wyśmienity... No i mam teraz dylemat, jak to to spożytkować - bo uzyskany syrop zajął połowę kieliszka :D


W międzyczasie znalazłam jeszcze jedno, bardzo proste zastosowanie świeżego soku z brzozy; zagotowanym zalałam herbatkę i teraz popijam ją sobie - smak zmienił się nieznacznie, a z kubka bije mi przyjemny, brzozowy zapach :)

czwartek, 6 lutego 2014

Zimową porą

Musiał nastać kiedyś ten moment, gdy oto, wiedziona natrętnym poczuciem wewnętrznej potrzeby poznania i zaspokojenia ciekawości, graniczącej z przymusem, zdecydowałam się na zimowe wyjście.

Nie, to wcale nie tak. Nie ma mowy o żadnej racjonalnej decyzji - po prostu chciałam i nic (nikt) nie był mi w stanie tego wyperswadować.

Poczucie odpowiedzialności za nastroje i przeżycia najbliższych skorygowały jednak nieco moją "szaleńczą" wizję wyjścia gdziekolwiek, kiedykolwiek i bez względu na panujące warunki atmosferyczne i niedobory w wyposażeniu; krzta rozsądku kazała mi także zdobywać doświadczenie przy obecności osób cokolwiek bardziej doświadczonych i przy odpowiednim zapleczu w postaci wiedzy / ekwipunku tychże osób. W razie niepowodzenia moich zamiarów, a konkretnie w razie nagłej rezygnacji z prowizorycznego schronienia nie zapewniającego mi ani komfortu cieplnego, ani psychicznego, wolałam nie musieć zdawać się na swój antytalent do rozniecania ognia i wrodzoną zdolność do upraszczania, graniczącą ze skrajnym lenistwem i słomianym zapałem. Obiecałam zatem bliskim nie wypuszczać się w srogie zimowe mrozy, sobie nie iść nigdzie samej. Nie teraz, nie na pierwsze - a pewnie i wiele kolejnych zimowych wypadów. Może kiedyś... I moje pierwsze zimowanie miało być jednodniowe, właściwie jednonocne.

Prawie wszystko się udało. Tylko dieta, standardowo, wzięła w łeb ;)


Pogoda okazała się sprzyjać aż nadto. Temperaturą na plusie i niemal kompletnym brakiem śniegu wytrąciłam Mojemu ostatnie argumenty "przeciw" z ręki. Pozostało mu udawać, jak zwykle, że moje wyjście go nie rusza i jak zwykle nie udawać, że nic nie chce na jego temat wiedzieć. Oczywiście i tak wyłożyłam mu podstawowe informacje - z kim, gdzie i na jak długo. Co do tego ostatniego, to spełniłam warunek Mojego w kwestii wrócenia następnego dnia. Gdzie, okazało się na samym końcu, kiedy to już ostatecznie ustaliła się liczba współtowarzyszy; K. i O. odpadli, nie odpuścił jedynie Pasikonik, który skądinąd planował wstępnie ten wypad jeszcze w grudniu, no i jego czworonożna towarzyszka Kaja. Skoro więc tak się sprawy miały, mi pozostało się dostosować do obranego przez Pasikonika miejsca.

Decyzja została podjęta już w Zabrzu. Dotarliśmy tam wkrótce potem, jak Pasikonik zgarnął mnie nieco zdezorientowaną z okolic dworca w Katowicach, jak było umówione. Wybór padł na jedną z dwóch miejscówek w podzabrzańskich lasach - tę "dalszą i ładniejszą". Pogoda była wyśmienita, iście wiosenna... Chociaż tak Pasikonik, chcący spędzić prawdziwie zimową noc (początek lutego!) w swoim przenośnym pałacyku z dwóch pałatek, ogrzewając swe włości własnoręcznie wykonanym piecykiem, jak i ja, w głowie snująca już wizje rozbijania prowizorycznego schronienia z ekranem cieplnym przed całonocnym ogniskiem, byliśmy wewnętrznie trochę zawiedzeni. Ale, jakby nie patrzeć, taka aura nieczęsto zimą się zdarza, a zima, zdaje się, w tym roku gotowa całkowicie zachachmęcić porę wiośnie wyznaczoną, toteż jeszcze nie raz prawdopodobnie będzie okazja na szczękanie zębami, i, jak mi to życzy szanowny kolega B., odmrażanie tyłka ;) Cieszyliśmy się zatem promieniami bladego słońca i delikatnym wiatrem, kiedy to szliśmy na odleglejszą miejscówkę, przedzierając się przez lasy, chaszcze, ścieżki i asfalty.


Miejsce okazało się wyjątkowo miłe i zaciszne, pomimo nieustannego buczenia szybu wentylacyjnego ukrytego gdzieś w niedalekiej odległości pośród drzew. Drogę do niego wiodącą minęliśmy kawałek wcześniej, przed dotarciem na miejscówkę. Palenisko trzeba było nieco przesunąć, bo mogło być widoczne. Zanim to jednak nastąpiło, rozlokowaliśmy się. Pasikonik rozbił się w ulubionym miejscu, rozłożył pałatki i zmontował swój składany piecyk. Ja, zmieniając obrane za pierwszym razem miejsce ze względu na sznurek, którego zwyczajnie mi brakło do upatrzonych drzew, rozciągnęłam poncho pomiędzy innymi. Drugi wybór okazał się niezły, potrzeba mi tylko było dodatkowego odciągu od kaptura poncha, wypadającego pośrodku mojego skośnego zadaszenia. Pasikonik nie omieszkał zauważyć, że rozbijanie się idzie mi coraz sprawniej; sama doskonale wiem, jak wyglądały moje pierwsze próby, mam też świadomość, że ta nie była nawet dwudziestą i przez lata jeszcze będę doskonalić swoje umiejętności w tym zakresie. Teraz po prostu trafiłam na dobre drzewa :)

Pasikonik rozpalił w piecyku. Nie mogłam wyjść z podziwu dla umiejętności i rozwagi konstruktora - każdy szczegół był dokładnie przemyślany i czemuś służył, począwszy od nóżek, poprzez główne palenisko, blachę wydłużającą drogę nagrzanemu powietrzu do komina, sam komin i ażurową osłonę w miejscu kontaktu z wykończonym skórą okienkiem w pałatkach na wyjście komina przeznaczonym, regulacją otwarcia komina, sprężynkami służącymi za uchwyty... Dzieło niemal doskonałe, choć jego twórca już coś tam mamrotał o potrzebie poprawienia tego czy owego i pomysłach zwiększenia funkcjonalności piecyka. Nie tylko jego z resztą - poznałam również przemyślane i mocno konkretne już plany w ulepszaniu całego pałacyku. W końcu za jakiś czas w nieskromnych Pasikonikowych włościach sypiać nie będzie tylko on z Kają, ale też jego Wybranka Serca i dorastający do tego po mału Potomek... :)




Zupa cebulowa, którą przyrządził Pasikonik w moim i psiny towarzystwie ze skrzętnie przygotowanych i zapakowanych w domu składników (on z resztą jest zawsze na wszystko przygotowany ;]) była wyborna. Nie wiem z resztą, co jest w tych leśnych zupach, że zawsze smakują genialnie, choć w domu można przyrządzić taką samą, a nawet bogatszą... Atmosfera i okoliczności przyrody robią swoje. Taką zupę wykonuje się i je z jakimś takim namaszczeniem; pamięta się później krojenie morą cebuli na żółtej pokrywce od pojemnika na żywność, pamięta unoszący się w pałatkowym namiociku zapach, pamięta wrzucanie serków topionych, dorzucanie papryki, pora, skwierczenie boczku, wielkość kostek ziemniaczanych, dotyk drewnianej, surowej łyżki niosącej porcje zupy. Pamięta się smak takiej zupy, zawsze. I choć w wykonaniu zupy leśne są z zasady proste i do powtórzenia, to w domu nawet nie spróbuję takowej wykonać, bo to nie będzie to samo. Pozostaje mi więc wyczekiwać na kolejny wypad z Pasikonikiem i na kolejną cebulową ;)




Po najedzeniu się (do syta!) cebulową miksturą, wzięłam się pokrótce za organizowanie sobie leża. Rozbicie zadaszenia było bowiem tylko wstępem do przygotowania się na "mroźną" noc. Ta zapowiadała się oczywiście ciepła, w którymś momencie nasze termometry pokazywały ponad 6 stopni na plusie. Odpuściłam sobie zatem ową wizję ekranu cieplnego i ogniska, jednak zdobytą na okoliczność tego wyjścia w Castoramie folię (miły uśmiech -> miły pan -> i ściągnięcie folii ochronnej z przęsła ogrodzenia będącego w sprzedaży) użyłam, tworząc w ten sposób "bąbelka" - schronienie ze wszystkich stron osłonięte. Było to, jak się okazało, dobre posunięcie - wiatr kierował dym ulatujący z komina Pasikonikowego leśnego domku w przeważającej mierze w kierunku mojego miejsca, ponadto w nocy padało... No ale na razie organizowałam sobie leże. Idea była taka, by możliwie dobrze odizolować karimatę od podłoża. Wzięłam się za zrywanie badyli trzcin z trzcinowiska osłaniającego naszą miejscówkę od strony drogi do szybu, Pasikonik w tym czasie zniknął gdzieś na chwilę. Później pojawił się, taszcząc dla mnie świerkowe gałęzie znalezionego wiatrołomu. Miałam mieć tej nocy bardziej miękkie posłanie, niż własne łóżko... Nie obeszło się jednak bez okupienia tego własną krwią ;) Można mianowicie podczas zrywania trzcin rozciąć sobie palca na zgięciu, aż do interesujących struktur wewnętrznych ciała. Pasikonik nabijał się ze mnie, gdy stałam oparta o drzewo z ręką opartą wysoko o pień, ale tylko troszkę ;) Tak naprawdę poratował mnie z resztą dwoma, a może trzema plastrami i resztką jakiejś maści odkażającej. Zdążyłam jeszcze zalać krwią ubraną poniewczasie rękawiczkę i naznaczyć miejscówkę. Ale też moje leże zyskało wyścielone trzciną podłoże, do karimaty od spodu też została przymocowana spora porcja. Pomiędzy to szły oberwane drobne gałązki iglaste. Całość była miękka, dobrze izolowała od podłoża i przetrwała moje całonocne wiercenie się.




Czas zleciał nam na rozmowach i drobnych pracach; w tych drugich uczestniczyłam w sumie niewiele ze względu na płeć, brak sprzętu i składników (upierając się przy diecie wzięłam z domu tylko pulpety z kuskus, także mój wkład w robienie zupy na przykład ograniczył się do obrania i skrojenia kawałka cebuli - a co do sprzętu, to piła za 10 zł okazała się grzęznąć w ciętym kawałku drewna), rozcięty palec. Pogawędziliśmy za to mile o różnych rzeczach by później, pod wieczór, rozpalić ognisko.

Tu, Pasikonik, wiedząc o moim braku doświadczenia w tym zakresie, postanowił dać mi szansę. Krzesiwem. Przygotował korę brzozy i naszykował dwa stanowiska - dla siebie i dla mnie. Poszło mu szybko i sprawnie. Mi szło trochę gorzej ;) Poskrobałam kory, wzięłam krzesiwo, zaczęłam krzesać... I dupa. A jak już kora zaczynała palić się małym płomykiem, to chyba z nadmiaru emocji nie umiałam skoordynować swoich ruchów i umiejętnie nadłożyć paska kory, żeby się zajął. Płomyk gasł. Coś jednak było też nie tak z moim krzesiwem, Pasikonikowym i jemu i mnie szło sprawniej - choć oczywiście to z jego ręki powstało w końcu ognisko, przy którym posiedzieliśmy później przy rozmowach i dumaniach - o pracy, życiu, mieszkaniach, pieniądzach, tańcu, namiętnościach, ludziach z siekierami na drodze i w nodze... ;) Zjedliśmy też po kiełbasce (znowu nie mój prowiant), postanowiłam choć symbolicznie odwdzięczyć się pieczonym jabłkiem. Były też ziemniaki z żaru. A później poszliśmy do siebie.

Nie chciało mi się już strasznie wstać, gdy Pasikonik powiedział o rozgrzanym do czerwoności piecyku.

Nie chciało mi się czekać na telefon od chłopaka. Ale doczekałam się, by powiedzieć dobranoc i wyłączyć telefon w celu oszczędzania baterii. Zasnęłam.

Wieczorem puhukiwał puszczyk. I coś łaziło w trzcinie. W nocy słychać było szczekanie koziołka. I ciężkie krople deszczu rozbijające się o poncho i przeźroczystą folię. Nad ranem zaczęły śpiewać ptaki. Nieustannie pracującego szybu wentylacyjnego praktycznie się nie zauważało. Ucho nie łowiło każdego dźwięku, jak to z początku bywało... Spanie w lesie robi się coraz bardziej naturalne, coraz bliższe sercu. Wyczekuje się z utęsknieniem tego niepokoju, fascynacji, nostalgii i równoczesnego spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Chce się do tego wracać.


Na śniadanie Pasikonik zjadł pasztet z krakersami, później zjedliśmy jeszcze pulpety z kuskus. Wcześniej zostałam uraczona herbatą, drugą miałam do śniadania. Pasikonik pozostawał przy kawie ze swojej kuksy. Kaja nie dostała nic - jej pan uznał, że podopieczna przytyła i postanowił ją karmić raz dziennie, po godzinie siedemnastej. Dostała jednak do wylizania menażkę. Później przyszło nam się zbierać... Z lekkim żalem opuszczałam to miejsce, ale czekał nas jeszcze powrót do Zabrza, a potem mnie do Katowic i wreszcie do Krakowa. Czas był ku temu najwyższy. Pasikonik odprowadził mnie na przystanek i zapewnił, że zadzwoni się upewnić, czy autobus przyjechał mi na czas. Wymieniliśmy na pożegnanie uścisk i moi towarzysze odeszli w swoją stronę.

Z nadmiaru czasu zajrzałam do portfela. Uświadomiłam sobie, że moje wcześniejsze kalkulacje nijak się miały do rzeczywistości i na dobrą sprawę do Katowic nie bardzo mam za co pojechać... Okazało się też, że autobusy w tym regionie dla wsiadających otwierają tylko przednie drzwi, a kierowca sprawdza bilet lub dokument upoważniający do jazdy na wejściu. Myślę sobie, przepadłam... Na szczęście ktoś wysiadał środkowymi. Za przykładem pewnego menela i menelki, którzy skorzystali z okazji, postanowiłam i ja wsiąść za nimi i jechać na gapę. Siadłam sobie mniej więcej pośrodku, po mojej lewej na szybie widniał regulamin. Przez całą drogę studiowałam cennik biletów i cennik kar za brak ważnego biletu. Stać mnie było na bilet jednorazowy obowiązujący na czas przejazdu dwóch miast, a ja nie wiedziałam, ile miast czy gmin zostało mi do przebycia, zanim dotrę do Katowic. Czekałam zatem na jakąś wskazówkę, na łut szczęścia, na dojazd do celowego miasta, biletu żadnego nie kupując i mając nadzieję, że kontroli żadnej nie będzie. Trwało to 40 minut i jakieś 4 gminy. Wreszcie wysiadłam z ulgą i zaczęłam szukać miejsca, skąd miałabym się przedostać do Krakowa.

Okazało się, że dworzec autobusowy wcale najlepszym miejscem do tego nie jest. Trochę pobłądziłam, pokierowana przez kogoś trafiłam w jedno, potem drugie miejsce. Właściwe. Obiektywnie patrząc zorientowanie się co do tego w obcym mieście nie zajęło mi aż tak dużo czasu. Wróciłam do domu cała i zdrowa, umyłam wreszcie palec brudny od zakrzepłej krwi i zajęłam się normalnie porypanym życiem i wszystkimi przykrościami i musami tego świata. Nie mogę narzekać - nie każdy może umknąć czasem codzienności w las :)