Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezależność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezależność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

Grubą krechą

Okazało się, że życie nie odda mi tego, co niegdyś mi zabrało. Mamiłam się do tej pory, żyłam kawalątkiem nadziei, że mimo wszystko jakaś sprawiedliwość musi przecież być. Nie piękna, czysta, cnotliwa sprawiedliwość. Wystarczyłaby prawda w stylu "ząb za ząb". Albo bardziej egoistycznie, "po trupach do celu". Nadzieja okazuje się jednak nędznym ochłapem, który pozostawia niesmak rozczarowania. Gorycz porażki... Tyle razy tego zaznałam. Dążyłam po trupach, ale własnych marzeń. Pode mną chrzęściły szkielety wzniosłych wizji, wraki własnych uczuć. A byłam przekonana, że idę drogą prowadzącą do celu, co prawda w perfidny i bolesny sposób, ale jednak do CELU.

...Złudzenia. Jak można mieć cele, kiedy się nie widzi sensu?...


Gdyby piekło istniało, musiałabym być w moim poprzednim wcieleniu kimś do granic ohydy przesiąkniętym smrodem zła.


Teraz mogę tylko płakać lub uśmiechać się głupio, wspominając te wszystkie utracone chwile i przeżyte emocje. Lub pokładać nadzieję w tym, że na starość zdemencieję i nie będę pamiętać nic, podczas gdy ktoś będzie mi podcierał tyłek. A ja ten tyłek będę niemal radośnie i zupełnie bez skrępowania temu komuś pokazywać, nie podejrzewając w najmniejszym stopniu, że czynię coś powszechnie uznanego za wstydliwego i niestosownego. Tak, marzy mi się, by mieć ten świat i jego zasady głęboko gdzieś. Teraz nie umiem. Teraz jeszcze się przejmuję... Ale coraz mniej, coraz słabiej. Już, już, niedługo, już lada moment nie zostanie we mnie nic pozytywnego. Cynizm, pesymizm i rezygnacja. Bo racjonalizm mnie zawiódł. Zawiódł i uwiódł w kalkulacje, które okazały się tak oczywiste, że niemożliwe w naszym świecie. Nasz świat nie jest oczywisty, nie rządzi się żadnymi prawidłami i regułami. Kwanty przeczą duchom, bogowie wybuchom, prawo prawu, ludzie ludziom, istnienie nieistnieniu i odwrotnie. Chaos... Może jesteśmy właśnie świadkami początków świata?

Pierdolę to wszystko, tak bardzo chcę się tym nie przejmować, odpuścić, żyć spokojnie i tylko pozytywnymi emocjami. Albo emocjami żadnymi. Tych złych już nigdy więcej nie chcę czuć. Wiem, co za tym idzie. Powinnam pogodzić się ze wszystkimi możliwościami, powinnam pogodzić się z każdym potencjalnie czyhającym na mnie w przyszłości bólem, każdą przykrością. 

Uważa się, że ludzie dobrzy opłacają swoje dobro nadludzkim wysiłkiem. A bezgraniczne dobro, tak jak bezgraniczne zło, jest po prostu najwygodniejszą alternatywą.


Zostawić to... Być bezgranicznie dobra? Bezgranicznie zła? Chciałabym. Ale we mnie zbyt wiele jest niepewności. Cóż, słaba jestem w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji.

Ale pewien wątek w fabule mojego życia w dniu dzisiejszym zakończyłam. Grubą kreską oddzielić muszę teraz to, co przede mną, od tego, co za mną. Za tą granicą pozostawiam zbędny balast, pozostaje mi odczuć lekkość życia bez niego... Lub czuć do końca życia bóle fantomowe.



P.S. I jeszcze jedna myśl do kącika ponurych myśli: można być zbyt biednym na uczciwość, ale zbyt uczciwym na nie bycie biednym.

P.S.II. ...A prawo jest tylko usankcjonowaną, sformalizowaną regułą przypieczętowującą możliwość wydymania jednej ze stron.
A którą - to zależy tylko od tego, czy "moja prawa jest mojsza niż twoja" czy odwrotnie.

wtorek, 10 grudnia 2013

Przekora

Dostałam prezent. Dla mnie. Brelok składający się z gwizdka ratowniczego, kompasu, termometru i lupki. Wszystko w jednym, maksimum funkcji w minimum objętości. Brelok był podarkiem mikołajowym od siostry, która - w nawiązaniu do mojej burzliwej rozmowy z mamą i wylania swoich żali poprzedniego wieczora, dotyczącej braku akceptacji mnie jako takiej i nieustannej próby wtłoczenia mnie przez najbliższe otoczenie w pewne ramy, w to, "jaką" powinnam być - do breloka dołączyła tajemniczą karteczkę z napisem "mam nadzieję, że zrozumiesz". Nie zrozumiałam. Aluzja, żebym się nie pałętała, gdy jest mróz? Że mogę się zgubić?... Wyjaśniła mi później z trudem. Zrozumiała, o co mi chodziło i ona nie chce, żebym się zmieniała. Chce, żebym wiedziała, że niezależnie od tego, kim jestem i jaka jestem, mogę liczyć na wsparcie. Poczułam wzruszenie i ulgę.

Dostałam drugi prezent. Od Kogoś. Zestawik składający się z podkładu, tuszu do rzęs i tym podobnych kobiecych przyborów. Prezent dostałam od najbliższego mi człowieka. Uśmiechnęłam się... Nie wiem, czemu liczyłam na drugi brelok.
Prezent pod względem doboru kosmetyków bardzo trafiony, jednak mój uśmiech wynikał z paru sprzecznych emocji, które w tamtym momencie poczułam. Rozczulenie, że o mnie myśli, że chce, bym była piękna... I przejmujący smutek - bo choć patrzy na mnie z miłością to wiem, że lepiej by mu było patrzeć na mnie inną, taką właśnie z podkręconą rzęsą, ponętnym błyskiem ust... Chciałby, żebym była inna. Kocha, ale ma nadzieję, że mi przejdzie, że się zmienię. Nigdy mnie nie zrozumie.

Z uśmiechem użyłam jednak tego wieczora sprezentowanych mazidełek. Poszliśmy do kina. Film był świetny, ale jeszcze lepsze było rozpromienione spojrzenie Mojego. Makijaż mnie zmienia nie tylko tuszując moje niedoskonałości czy dodając urody. Ubieram się w makijaż tak samo jak w moro - mijając przechodniów na ulicy ubrana w tym czy innym wydaniu zyskuję na pewności siebie, wdzięku, charyzmie i empatii w stosunku do innych. Tylko w lesie, w naturze, ani jedno, ani drugie mnie nie zmienia, nie przejmuję się opiniami innych i jestem po prostu sobą.

Pomyślałam sobie potem, że tak naprawdę czeka mnie taki okres w życiu, kiedy gwizdek i lupka na niewiele się zdadzą. Przypominać będą tylko boleśnie o tym, że ktoś mnie zaakceptował, ale też o tym, że chwilowo nie mogę cieszyć się wolnością. Nie tylko zima mnie powstrzyma. Znalazłam się w bardzo trudnym momencie życia, na co składa się nieszczęśliwie na raz kilka okoliczności. Walczę o swoją przyszłość, jestem głównym strategiem prowadzonych równolegle kilku walk, a zarazem swoim jedynym żołnierzem. Ode mnie zależy, jak zinterpretuję i jak dostosuję się do rzeczywistości, bym tym samym nagięła ją na własne potrzeby. Stawka jest wysoka: wolność.

Wolność ma dla mnie wiele odcieni. Uwielbiam odczuwać tę "leśną", kiedy to wszystkie zmartwienia tego świata dotyczą nie mnie, kiedy to czuję, że mogę pójść gdzie chcę, spać jak chcę, jeść jak chcę, trwać jak chcę... Drugi rodzaj wolności wiąże się z poczuciem niezależności i samodzielności przy równoczesnym poczuciu spełnienia - czyli niemal nieograniczonych możliwości realizowania wszystkich swoich potrzeb. Las mi tego do końca nie jest w stanie dać, po prócz potrzeb duchowym mam też "prymitywne" zachcianki i upodobania; uwielbiam remonty, marzę o własnej firmie w wybranej przeze mnie profesji, a właściwie dwóch... Ktoś może zarzucić mi, że to jest pogoń za pieniądzem, że jestem omamiona a prawdziwe szczęście leży gdzie indziej. I że nie można mieć wszystkiego. Ale ja właśnie, na przekór innym i zdrowemu rozsądkowi, ostatnio na powrót zaczęłam marzyć. Tak po dziecięcemu. A dzieci marzą o wszystkim właśnie, nie kalkulują, które z marzeń jest bardziej realne, które więcej warte. Chcę zatem zmierzyć się ze swoimi ograniczeniami i ograniczeniami tego świata, próbując zrealizować właśnie wszystkie marzenia po kolei. Chcę mieć małe gospodarstwo z kozami i królikami, własnymi wędlinami i przetworami, chcę mieć rodzinę, dzieci, bliskich, którzy będą mnie trzymać w domu - ale chcę też być niezależna i wolna, móc pozwolić sobie wyjechać na weekend w teren, by chłonąć esencję natury i czuć się prawdziwie wolna. Chcę przy tym wszystkim mieć stałe źródło utrzymania, lub nawet kilka, którego będę musiała doglądać i interesować się nim. Chcę przy okazji mieć czas i pieniądze na realizowanie całkiem dziwnych pomysłów wynikających z moich zainteresowań - pozwolić sobie na remont tu i ówdzie, pozwiedzać opuszczone budynki, poszwendać się po kawałku świata... W każdym razie marzę i wierzę, że przynajmniej w jakimś zakresie mi się uda - a to już bardzo wiele jak na niewierzącego sceptyka ;)

Teraz termometr i kompas idą w odstawkę. Mogą tylko przypominać o moich celach, świadczyć o dualizmie mojej natury... Póki co jednak to tusz do rzęs i błyszczyk się przydają. Dziś pomyślałam, że są jak zła wróżba - póki ich nie było, póty życie było dla mnie bardziej łaskawe w ostatnich miesiącach. Że wywołano wilka z lasu i będę zmuszona teraz udawać. Później dopiero uświadomiłam sobie, że tak naprawdę, ubrana w maskę makijażu, wcale nie jestem kimś innym - to, że dzięki niej łatwiej mi wejść w rolę w teatrze codzienności nie oznacza, że jestem dwulicowa i nie jestem sobą. Bo właśnie jestem taka - czy w makijażu, czy kurzu z ogniska, jestem po prostu tym kimś, kto potrafi się odnaleźć w tych dwóch skrajnych stanach. Jak kameleon, nie posiadam jednej, pierwotnej barwy. A jeśli już miałabym takową wskazać, to powiedziałabym - przeźroczysta...

Stanęłam przed lustrem, nałożyłam fluid, puder, pomalowałam oczy. Ubrałam buty na obcasie, wskoczyłam w płaszczyk, wzięłam torebkę i wyszłam z domu. Najpierw do komornika. Później urząd miasta, jeden wydział. Inna ulica, inny budynek, urząd miasta, inny wydział. Dom Pomocy społecznej, po podpis od ojca na jednym wniosku. Urząd miasta, znów ten drugi wydział, dziennik podawczy. Bo wcześniej to plątanie się po odpowiednich referatach i odpowiednie rozmowy z odpowiednimi ludźmi. Rozmowa u mecenasa, właściwie prowadzona na ulicy, bo spieszy się do sądu i po drodze może ze mną zamienić kilka słów. Wybranie się do kolejnego komornika. Oczy dalej umalowane, rola dalej grana. Świetnie się w niej z resztą czuję, w sumie nie muszę grać, jestem po prostu sobą - choć nieco inną niż wydanie codzienne. Tu prośba poparta życzliwym uśmiechem, tu wniosek przedkładany rozmówcy z nieskrywaną pewnością siebie, tu oficjalny, chłodny ton. Trzeba wyczuć ludzi, wiedzieć, czy należy ich zdominować czy pozwolić im na poczucie władzy, by załatwić sprawę... Jeszcze administracja. Niee, podaruję sobie. Psychicznie dałabym radę, z rozpędu - ale obcasy, tak dawno nie używane, męczą teraz okrutnie stopy. Wracam do domu. Jeszcze jeden telefon, jedna tylko rozmowa została... A potem zmyję makijaż. I pooglądam las. Na zdjęciach.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień IV



>>Przedwstępem do dzisiejszego wpisu, na jednym wydechu, powiem tylko, że prócz za moment opisywanego dnia IV zostaną jeszcze kolejne cztery, z których jednakowoż zdawanie relacji przełożę na bliżej nieokreślony czas - planuję bowiem chwilę poszwendać się za domem, w tym jednodniowo po jakimś ładnym kawałku natury, o czym oczywiście tu później napomknę :P<<


Dzień czwarty pobytu na Suwalszczyźnie może i nie obfitował w moc wydarzeń, ale czytając poprzednie wpisy nie trudno się zorientować, że generalnie cały pobyt miał mniej więcej taki charakter ;) Nie bez powodu mój wyjazd nazywam wczasami; nie miał on nic wspólnego z nawet najmniej survivalową wyprawą, która mi się marzyła... Tak to już jednak jest, że jak się jedzie z towarzystwem, to trzeba się liczyć z pewnymi odstępstwami od swoich wyobrażeń na temat przebiegu wyjazdu, przewidzieć mimowolne "iście" na kompromis. Nie spodziewałam się jednak, że jadąc z Moim będę tak naprawdę sama przeciwko trójce - rodzeństwu i partnerze Starszej... Nie było wojny, nie było praktycznie nawet malutkiego konfliktu; po prostu zagryzałam zęby i w duchu plułam sobie w brodę, że tych ośmiu dni nie spędzam gdzieś sama w dziczy. Niestety, mimo lekkiego opisu wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce, w duchu przez cały pobyt w Ścibowie pozostawałam zgnębiona... Powody były tak naprawdę trzy: pierwszy to fakt, że jadąc w tak fantastyczny kawał natury, jakim jest Suwalszczyzna, chciałabym móc w pełni się w niej zanurzyć. Przemierzyć region wzdłuż i wszerz, od wczesnego ranka do późnego wieczora będąc na nogach, w terenie. Nie było mi to dane, tak jak i możliwość zrealizowania drugiej potrzeby - niezależności. Od samego początku "grzecznościowo" odebrana mi została niezależność finansowa, a za nią poszła w zapomnienie jakakolwiek decyzyjność. Otóż tak się jakoś dziwnie porobiło, że za wszystko "zakładał" Szymeon. Na samym początku, już pierwszego dnia, po pierwszych wspólnych zakupach chciałam się od razu rozliczyć zwracając jedną czwartą (prosty rachunek), ale główny finansjer niemal się z tego powodu na mnie obraził, więc odpuściłam. Okazało się niestety, że tak miało już być przez cały pobyt. Wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że gorzej stałam z kasą od reszty i koszmarnie źle się czułam widząc, jak szybko rozchodzą się pieniądze... Gdybym sama za siebie płaciła i sama robiła sobie zakupy, byłabym w stanie wyżyć (i być zadowoloną!) za naprawdę niewielkie pieniądze. Tymczasem po trzech dniach pobytu ja już doskonale widziałam, że moje (czynione za mnie) wydatki przekraczają mój dzienny limit dwukrotnie... Ta nieznośna myśl tak skutecznie psuła mi nastrój, że w efekcie kawał czasu przechodziłam zadumana, milcząca, drażliwa. Cholera.
Trzecią bolączką okazał się niefortunny związek z najmłodszym bratem Starszej, która, chociaż starsza o zaledwie trzy lata, to jednak najwyraźniej wciąż widzi w Moim "swojego małego braciszka" i dalejjj go niańczyć. Aga jest istotą sympatyczną, ale ma tak silną osobowość, że stłamsiła mnie na miejscu. Nie specjalnie i nie wprost, ale poprzez przejęcie roli decydenta, zakupowego i matki po trosze. Bo skoro braciszek jest wciąż malutki, to i jego dziewczyna postrzegana jest w podobny sposób... Momentami myślałam, że wyjdę z siebie, ale musiałam robić dobrą minę do złej gry, przecież pojechałam z Moim grzecznościowo - i tylko on biedny na tym tracił. Bo wszelkie stresy właśnie na najbliższych się odbijają... Żałuję, że nie pojechaliśmy gdziekolwiek we dwoje.

Powróćmy jednak do dnia czwartego. Zaczął się on kiepsko, tym bardziej, że poza bolączkami psychicznymi, zwyczajnie nie najlepiej się czułam. Cały ranek minął jakoś tak na niczym konkretnym - ot, jakieś spacery po okolicy, jakieś rozmowy, jakieś czytanie, trochę zdjęć, trochę marudzenia, trochę polowania na motyle... W układance wspomnień brakuje coraz więcej puzzli, coraz ciężej jest odtworzyć bieg wydarzeń. Pojedyncze fotografie przywołują jedynie fragmenty rozmów i myśli, ułamki chwil zaledwie...

Zdjęcie z muchą nie jest mojego autorstwa; jest to jedno z tych "artystycznych ujęć", które dla obśmiania mnie wykonał chłopak. Jakoś mimowolnie mnie urzeka ;)

Czarna Hańcza

W którymś momencie zapadła decyzja (czyt. zadecydowali), że wybierzemy się na spływ kajakowy Czarną Hańczą. Starszyzna obczaiła wypożyczalnie kajaków organizujące takie spływy, obdzwoniła, wybrała lokalizację - i po przygotowaniu prowiantu udaliśmy się samochodem do Magdalenowa.

Na miejsce trafiliśmy bez większych problemów. Zgłosiliśmy się po kajaki do córki właściciela, którego akurat nie zastaliśmy. Dziewczyna nie bardzo mocno się nagimnastykowała, by nam jakoś wytłumaczyć trasę - wyszło to chyba jednak gorzej, niż jakby nie mówiła nic. Tak nas bowiem zamotała, że zamiast zaraz na początku jeziora Wigry, wypływając z naszej zatoczki trzymać się blisko brzegu, by trafić na kanał pod drogą, my zdążyliśmy przepłynąć kawał dalej, za klasztor. Dopiero jakiś człowiek sterujący stateczkiem turystycznym pokierował nas we właściwą stronę.


Atmosfera na naszym kajaku nie była najlepsza; dopiero później, po osiągnięciu punktu krytycznego, miało być lepiej. Tymczasem płynęliśmy w ciszy i dodatkowym napięciu wywołanym przez źle podane nam instrukcje i wręczoną niedokładną mapkę, której moje poprawne interpretacje były jakoś od samego początku mocno lekceważone. Nic tam, trochę nadłożyliśmy drogi, trochę czasu do wieczornego obiadu zamówionego u właścicielki zleciało... Trafiliśmy na kanał, za nim, przepływając przez mniejsze jezioro, opłaciliśmy w punkcie opłat wstęp do Wigierskiego Parku Narodowego, by dalej płynąć już prosto z biegiem rzeki...

Otaczająca nas przyroda była fascynująca, zaabsorbowała nas bez reszty. Atmosfera powoli ulegała oczyszczeniu. Płynęliśmy bardzo niespiesznie, właściwie z nurtem rzeki, co jakiś czas korygując kurs, by nie wpakować się całkiem w gęste trzciny. Moczyliśmy łapki i nóżki, wystawialiśmy buźki do słoneczka, robiliśmy zdjęcia, oglądaliśmy ptaszki i kwiatuszki i takie tam ;) A tak poważnie to zachwycaliśmy się w ciszy otaczającą nas zewsząd szemrzącą na wietrze ścianą zieleni, podziwialiśmy podwodne łąki, doskonale widoczne w niezmąconej, przejrzystej wodzie... Czułam się jak posadzona na jakimś wielkim akwarium, pełnym egzotycznych wodnych roślin.

Nie byliśmy na rzece sami; generalnie Czarna Hańcza jest bardzo popularna pod względem spływów kajakowych, zatem co jakiś czas dobijaliśmy do ekipy żółtych kajaków przed nami. Na szczęście przez większość czasu mogliśmy się delektować samotnością i ciszą pełną głosów natury. Czasem tylko mijaliśmy jakiegoś wędkarza lub kąpiącego się wczasowicza. W pewnym momencie żółtokajakowców udało nam się wyprzedzić, gdy ci urządzili sobie postój na polu turystycznym. Też mieliśmy już w zamiarze coś przekąsić, ale zdecydowaliśmy się popłynąć kawałek dalej w celu znalezienia bardziej zacisznej miejscówki. Po jakimś czasie natrafiliśmy na kolejne przygotowane dla turystów miejsce, choć bardziej zielone i intymne od mijanego. Dobiliśmy kajakami do pomostu i w tym miejscu, przy wysiadce, Mój nieoczekiwanie postanowił wpaść do wody. Ta na szczęście w tym miejscu miała 1,5m głębokości, dno nie zdążyło go pochłonąć ani nurt porwać :) Dzięki temu już we dwoje byliśmy cali mokrzy (bo wcześniej chlusnął na mnie wiosłem wody).

Ściągnęliśmy mokre ubrania, zjedliśmy kanapki z serem i napoiliśmy się. W międzyczasie minęły nas żółte kajaki. Podczas odpoczynku po raz pierwszy naszła nas refleksja, że za wolno płyniemy, jeśli chcemy zdążyć na kolację (ja właściwie to nie chciałam, nie była mi do szczęścia potrzebna, wolałam płynąć - ale cóż mogłam powiedzieć). Padła też myśl, by spływ zakończyć w Maćkowej Rudzie, a nie, jak było ustalone i zapłacone, w Wysokim Moście. Decyzję w tej kwestii odsunięto jednak na później. Zebraliśmy się do dalszej drogi.


Płynęło się różnie. Były odcinki, gdzie nurt sam niespiesznie niósł kajak, ale bywały też momenty, gdy wiatr cofałby nas, gdyby nie silne, równe wiosłowanie. Rzeka meandrowała pośród brzegów porośniętych brzozowymi gaikami, które czasem były nam tak odległe, że nawet na stojąco na kajaku (tak, to cała ja ;)) nie widziałam nic prócz sitowia.

Mając na uwadze wcześniejsze obiadowe rozterki, płynęliśmy zdecydowanie szybciej niż na początku, choć szło to znacznie trudniej. Rzeka coraz częściej przybierała postać małych rozlewisk, czasem płynęło się centralnie pod wiatr, czasem pojawiał się dylemat, w którą odnogę wpłynąć (niepotrzebnie, bo te zawsze zbiegały się z powrotem po parunastu metrach). Próbowaliśmy się zorientować w swoim położeniu, patrząc na niedokładną mapkę i szukając jakichś punktów odniesienia. Nie płynęliśmy jednak wcześniej na tyle uważnie, by wiedzieć, czy mijaliśmy już wszystkie zaznaczone pola namiotowe, nie dostrzegliśmy też po drodze lewego dopływu, Żubrówki. Gdzieś w tych okolicach bowiem umiejscowiłam nas na mapie (jak się później okazało, całkiem słusznie) - i nie wróżyło to dobrze obiadowi tudzież wyprawie do Wysokiego Mostu, bo przed nami był jeszcze szmat drogi.

Do żółtych kajaków dobiliśmy tym razem w miejscu, gdzie pani oferowała jagodzianki z mlekiem - przy czym to drugie żółci zdążyli nam w całości wypić. Zakupione drożdżówki były bardzo smaczne, jak to domowe wypieki - w każdym razie smakowały nawet łabędziowi, który, początkowo bojowo nastawiony, kęsem został przekupiony i pozwolił przepłynąć obok swojej dorastającej dziatwy i damy.


W pewnym momencie dopłynęliśmy do sporego rozlewiska. Nie bardzo wiadomo było, gdzie mamy dalej płynąć. Podpłynęliśmy kawałek przed siebie, gdzie wyminęliśmy płynącą z naprzeciwka panią, która poinformowała nas, że tam dalej nic nie ma; zapytała też, czy mijaliśmy takich państwa płynących przed nią. Ponieważ nie mijaliśmy nikogo płynącego pod prąd (choć tu właściwie nurt się rozmył i nim się sugerować nie należało), wyglądało na to, że znalazł on inną drogę. Jednak obejrzawszy się dookoła stwierdziliśmy, że innej drogi jak ta, skąd wraca pani, po prostu nie ma. Czy możliwe było, żebyśmy przegapili wcześniej główne koryto rzeki i zabłądzili tak daleko?  W tym czasie żółci dobili do nas i zlekceważyli powtórzoną przez nas informację o braku dalszej drogi. Byli tak pewni siebie, że popłynęliśmy za nimi.


Oczywiście dość szybko zdaliśmy sobie sprawę, że na pewno głównym biegiem rzeki się nie przemieszczamy. Szło nam trochę łatwiej jak żółtym przed nami, bowiem plątanina trzcin pod kajakami była już trochę przez nich stłamszona i "ulizana". Przebijaliśmy się przez gęste sitowie odbijając wiosłami od sprężynującej zielonej masy pod nami, lub też "podciągając" poprzez zahaczanie wioseł o rosnące z boku rośliny. Było przy tym niemało śmiechu i adekwatnych komentarzy. W pewnym momencie usłyszeliśmy dziką radość dziewczyny z żółtej ekipy: "PŁYWAMY W KÓŁKO!"... Spojrzeliśmy z R. po sobie; może trzeba było nie płynąć za nimi na ślepo?... Ale pewnie zrobili po prostu małe kółeczko i stąd mają tyle radości. Zaraz znajdą drogę.

Znaleźli. Żółci zniknęli nam na chwilę z oczu, po czym wypłynęliśmy na rzekę... Jakieś paręset metrów przed rozlewiskiem.

Tym razem w ogólnie panującej radości i równoczesnym niedowierzaniu dopłynęliśmy znów do naszego rozlewiska, gdzie już z całą stanowczością zawróciliśmy naszych rychłych następców z idei powtarzania naszego wyczynu. Ekipa z kajaka za nami, małżeństwo w średnim wieku, zerkało na nas nieufnie. Tymczasem żółci pobrodzili trochę kajakami przy szuwarach i uznali, że pewne miejsce jest właściwym biegiem rzeki. Nie wyglądało to wiele lepiej jak poprzednie strugi prowadzące nas w chaszcze, jednak sitowie wyraźnie pochlastane było przez wiele kajaków przed nami. Cóż, najwyżej wpłyniemy w kolejny labirynt... Okazało się jednak, że niepozorna droga okazała się właściwa. Wypłynęliśmy na normalną rzekę, która szybko poniosła nas w zabudowania. Dotarliśmy do Maćkowej Rudy. Tu już ostatecznie padła nieco decyzja o powrocie do gospodarstwa na zamówiony obiad. Nie odezwałam się. Przygoda się skończyła...

Tego wieczoru nie katowaliśmy na szczęście żołądków kolejną porcją ogniskowej kiełbachy. Obiad gospodyni był smaczny, prawdziwie domowy. Najedliśmy się jak dzikie bąki, po czym dostaliśmy jeszcze na deser talerz ciast. Mimo największych chęci nie byliśmy ich w stanie tknąć, na szczęście dostaliśmy pozwolenie na wzięcie talerza ze sobą, na potem. Chętnie skorzystaliśmy.

Późnym wieczorem obaliliśmy ciasto, popijając kawą. Później z przejedzenia, rozbudzenia, złości i radości nie mogłam długo zasnąć. W nocy we łbie kotłowały mi się same głupie rzeczy. Na szczęście następnego dnia miałam się obudzić na tyle zadowolona, by choć symbolicznie zrobić to, co mi się marzyło.


niedziela, 31 marca 2013

Witaj, przygodo :) - z korespondencji z M.

(...)
Wracając do wątku zmian - ja żywo zainteresowałam się survivalem, na razie czysto teoretycznie. Choć już w najbliższej przyszłości zamierzam poczynić pewne kroki, by móc zacząć się sztuki przetrwania uczyć :) Ot, dziś krok pierwszy. Kupiłam kurtkę na allegro ;) Jeszcze tylko muszę za nią zapłacić, ale przed tym potrzebuję wpłacić sobie pieniądze na konto, żeby wykonać od razu przelew i mniej za przesyłkę płacić. Generalnie zakup jak na mnie szalony :) Kurtka niemieckiej armii, stan pomagazynowy. Czyli jakość i wytrzymałość, jak na wojsko przystało, powinny być satysfakcjonujące... Kupiłam najmniejszy dostępny rozmiar, i tak będzie sporawa :) A kosztować mnie będzie z przesyłką ok.42zł... Ma neutralne kolory (moro) i praktyczny krój. A spożytkować ją zamierzam podczas planowanych już niedługo moich pierwszych dzikich wypraw leśnych :)
Na początek zamierzam po prostu w weekendy wcześnie wstać, wziąć co najpotrzebniejsze, wyjść z domu i wrócić późnym wieczorem. I cały, cały dzień spędzać w lesie. Na chodzeniu, obserwacji, słuchaniu... Czuję ogromną potrzebę wchłonięcia przez naturę :) Ale też nauki nowych, pierwotnych umiejętności - ot, co to za drzewo, czy tą roślinę mogę zjeść, na późniejszym etapie może jak rozpalić ogień i wreszcie jak sobie zrobić nocne obozowisko z karimaty i kawałka folii - to taki mój szczyt marzeń chyba na chwilę obecną :)

niedziela, 24 marca 2013

Codzienności

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek trafię na osóbki do mnie podobne?... Które, mimo sentymentu, sympatii i dostrzegania wiele pozytywnych aspektów mieszkania w mieście, mają ochotę uciec czasem od schematycznej, miejskiej codzienności wprost w gąszcz natury - na dzień, tydzień lub do końca życia?

W obecnych czasach zauważalna jest pewna prawidłowość w pojmowaniu przez człowieka niezależności i wolności. Wszem i wobec głoszone są prawdy mówiące, że nie osiągniemy tych dwóch stanów (według mnie niezbędnych do poczucia spełnienia w życiu), nie usamodzielniając się poprzez naukę, potem pracę, zarobki, a potem pomnażanie wypracowanych funduszy i potencjałów... Czy aby na pewno tak jest? Czy dążąc do usamodzielnienia się w miejskiej dżungli nie skazujemy samych siebie na wbudowanie nas przez innych w sieć zależności międzyludzkich, knowań, spisków mniejszych i większych, na wyścig szczurów? Czy to może dać nam prawdziwe poczucie spełnienia - ale takiego spełnienia duchowego, by można było usiąść i uśmiechnąć się w duchu, że nie trzeba już nigdzie gonić, nigdzie pędzić, do niczego dążyć, bo jest się szczęśliwym? To jest właśnie moja definicja wolności i niezależności: możliwość zatrzymania się w każdym momencie, bez strachu, że się wypadnie z tej wielkiej, uporządkowanej machiny codzienności w miejskiej rzeczywistości, że się nie zostanie wymienionym, podmienionym, wyrzuconym czy stiuningowanym umysłowo.

Jestem stosunkowo młodym egzemplarzem człowieka, który jednak zdążył dojść do wniosku, że pęd ku karierze i pomnażaniu pieniędzy nie cieszy w życiu najbardziej, że pełnia szczęścia i harmonii ducha leży gdzie indziej, na uboczu - i bardzo łatwo idzie to przegapić. Oczywiście, na mój obecny punkt widzenia nałożyło się wiele czynników, ale przede wszystkim to, że jestem mimo młodego wieku bardzo zmęczona obecnym życiem. Już jakiś czas temu zaczęło mnie dławić przejmujące uczucie beznadziei i bezsensu moich wizji o przyszłości, moich marzeń o zdobyciu zawodu, pracy, potem stworzenia małego przedsiębiorstwa przy równoczesnym zarządzaniu nieruchomością rodziców - no i oczywiście po drodze realizowaniu swoich potrzeb, samodoskonaleniu się i jeszcze po drodze dbaniu o rodzinę. To wszystko jest zarazem bardzo realne, mam mocne podstawy twierdzić, że tak się właśnie moje losy potoczą... Jeśli nie obrócę swojego trwania o 180 stopni - po to tylko, by ruszyć pod prąd i dojść do źródeł życia. To to się stało moim celem nadrzędnym, niestety paradoksalnie nie widzę innej możliwości zdobycia tego stanu rzeczy bez uprzedniego osiągnięcia wszystkich wymienionych etapów... Widzę to tak: zdobywam wykształcenie, pracę, zakładam firmę, rodzinę po to tylko, by móc kupić kawałek ziemi na odludziu blisko lasu, wybudować mały domek, założyć ogród, hodowlę kur, królików i kóz i wieść sobie szczęśliwy, przede wszystkim spokojny żywot pośród prawdziwie żywych istot. Marzą mi się domowe wędlinki i sery, potrawy z rodowodem z ogrodu lub lasu i własne, małe, ludzkie stadko. Taka niecodzienna codzienność