Z niemałą satysfakcją mogę niniejszym odnotować fakt mego ponownego udziału w kolejnym zlocie forum survivalowo-turystyczno-militarnego reconnet.pl :) Organizatorem był Bubel - i spisał się rewelacyjnie, no poza wymyślną i skomplikowaną konstrukcją latryny, na której sposób obsługi można było nie wpaść :P Ale, żeby nie było - nie taki znowu Bubel bubel! Zlot rewelacyjny, udany i intensywnie przeżyty! :D
Tegoroczne wiosenne wydanie zlotu miało, tradycyjnie już chyba, charakter kulturalnego, spirytualistycznego spotkania przy ognisku w rodzinnej atmosferze ;] Niektórzy owej kultury łyknęli więcej, inni mniej, niektórzy byli wysyłani do lasu przez żony, by nabrali ogłady, inni, by żony mogły ich poznać, atmosferę zlotową starali się maksymalnie podtrzymać nawet w drodze powrotnej. Bo, co trzeba w tym miejscu podkreślić, na zlot zdecydowanie nie jedzie się dla przyjemności. Taka impreza grozi wręcz utratą zdrowia ;] Niemniej, ponieważ społeczność survivalowa wie, jak przetrwać (jak udowadniał jeden ze zlotowiczów, dwa dni bez jedzenia można, ale pić już zdecydowanie trzeba), poza pojedynczymi przypadkami utrat świadomości, wszyscy wszystko mają na miejscu i niczego im nie brakuje.
Mogłabym jeszcze tak długo, ale to tylko pół prawdy o tym zacnym spotkaniu :) Tak naprawdę, poza wymiarem integracyjnym i rekreacyjnym, pojawił się również wymiar dydaktyczny. W sobotę miały miejsce warsztaty powiązane z tematyką survivalową. Ten z ostrzenia noży, prowadzony przez szacownego Dottore, poprzedzony był prelekcją dotyczącą rodzajów ostrzy w ogóle.
Dla laików takich jak ja była to cenna lekcja, dla nieco bardziej obeznanych z tematyką pewnie też, bo samo przebywanie w towarzystwie Doktora to przyjemność i wyróżnienie... ;P (ale nóż finalnie naostrzył mi Bubel i Qasz :]) Później chętni udali się pod przewodnictwem Mr. Wilsona na spacer po okolicy, podczas którego dane było poznać nam wiele pozornie pospolitych roślin, o których zastosowania (przede wszystkim zaś możliwość konsumpcji) nikt by ich jednak nie podejrzewał. Starałam się z nich wynieść maksymalnie dużo, kosztowałam czego mogłam. Dzięki temu, że tym razem na zlot wzięłam aparat, wskazywanym roślinom robiłam zdjęcia i nawet jeśli nie wszystkie nazwy i informacje zapamiętałam (bo w tak krótkim czasie to jest chyba niewykonalne :)), to fotografie ułatwią mi teraz identyfikację.
Mam nadzieję, że będzie mi dane kiedyś posiąść taką wiedzę w zakresie dzikich roślin jadalnych, że będę mogła wyjść do lasu na dzień i nie wrócić głodna - bo nie śmiem nawet pomyśleć o dłuższym wypadzie, na miarę Mr. Wilsona - Człowieka Legendy ;] Nie dane mi było skorzystać z całych warsztatów z roślin, bo w pewnym momencie, kiedy ponoć zmierzaliśmy już grupą do obozowiska, poszłam nieco szybciej wraz z Karudą - dziewczyną o niesamowitej wiedzy w zakresie m.in. kultury słowiańskiej, którą przy ognisku wykorzystywała, umilając nam czas pieśniami i przyśpiewkami ludowymi - i grupa gdzieś nam zaginęła. Jednak, czego się dowiedziałam to moje i nie oddam ;) Ale tego dnia chciałam więcej. Wyczekiwałam zaplanowanych w następnej kolejności warsztatów z oprawiania zwierzyny - wiedza, którą miałam na nich posiąść, chyba najpewniej będzie przeze mnie wykorzystana w przyszłości, z racji moich zakusów na posiadanie zwierząt hodowlanych. Nie przejechałam się na swoich oczekiwaniach. Przede wszystkim, została grupce uczestników zapodana pewna dawka wiedzy teoretycznej, później zaś praktycznej. Miałam okazję skonfrontować swoje chęci z możliwościami, wiem już, w jakim zakresie i co muszę opanować, by kiedyś móc teorię przełożyć na praktykę we własnym, codziennym życiu. No i, co może najistotniejsze w tym wszystkim, nie zawiedli mnie ludzie. Cieszy mnie to, że mam okazję obcować z tak normalnymi i rozsądnymi osobami, umiejącymi się zachować odpowiednio do sytuacji :)
Warsztaty z pierwszej pomocy, prowadzone przez AP, były tylko potwierdzeniem tego, że do lasu nie pojechała banda czterdziestu ludziów w celu jednym. Wiele osób z zainteresowaniem słuchało rzeczowego i niezwykle ciekawego wykładu dotyczącego udzielania pierwszej pomocy, tym bardziej, że leżała przed nami Mała Ania lat ponad piętnaście (a później i noworodek z pniaczka), na której wszystko było profesjonalnie prezentowane. Dobrze jest sobie odświeżyć tak ważne, a niedokładnie przyswojone niegdyś na PO w liceum wiadomości, tym bardziej, że można się pokusić o stwierdzenie, iż są one wręcz kluczowe w całej sztuce przetrwania. Dowiedzieliśmy się, w jakiej kolejności, w jaki sposób i jak podjąć konkretne działania w przypadku ratowania życia. Pojawiało się wiele pytań od publiczności i przytaczanych przykładów z życia codziennego, których AP dzielnie i z uwagą wysłuchiwał. Widać po nim, że to człowiek z pasją i zaangażowaniem oddający się temu, co robi na co dzień... Dobrze, że tacy ludzie są pośród nas ;)
Niestety, i te warsztaty pod koniec opuściłam - trochę zmarzłam i zgłodniałam, mój umysł wysycony wcześniej substancjami wszelkimi (wiedzą, wiedzą! :P) też zaczynał się już buntować i nie przyswajał na tyle sprawnie, bym mogła z warsztatów skorzystać bardziej. Obawiając się zatem, że chcąc w niego wtłoczyć nazbyt dużo wszystko pokićkam i pomieszam (a wiadomo, że mieszanie szkodzi), odpuściłam sobie już edukowanie się tego dnia - tym samym opuszczając warsztaty Mr. Wilsona z technik rozpalania ognia, czego oczywiście trochę mi żal, bo przechodząc obok ciasnego kółeczka zainteresowanych, skupionych wokół Prowadzącego i jego bogato wyposażonego stanowiska, widziałam, że omija mnie naprawdę potężna porcja niesamowicie ciekawej wiedzy. Ale, inaczej się nie dało. Bezczelnie liczę na to, że nadarzy się jeszcze okazja ku temu, by się tego wszystkiego dowiedzieć i popróbować, albo chociaż cokolwiek podpatrzeć :)
Mówiąc o warsztatach, nie można nie wspomnieć o innych umiejętnościach prezentowanych i wykorzystywanych przez Uczestników podczas zlotu. Mam tu na myśli polową kuźnię i wykuwane w niej cudeńka użytkowe (noże, krzesiwa), wędzarkę, z której wydobywały się takie zapachy, że ślinka sama ciekła (bo tym razem nie dane mi było niczego skosztować, przegapiłam lub nie byłam w stanie pomieścić ani kapki więcej zlotowych specjałów - nawet szynka wręczona mi w dniu wyjazdu przez Gawrona po chwili gdzieś się rozpłynęła :D), rzeźbienie w drewnie (i w tym miejscu muszę, MUSZĘ gorąco podziękować szczególnie Rajmundowi, Thrackanowi, Pingwinowi i innym zaangażowanym, pomocnym i życzliwym - przepraszam, ale sama też próbowałam się wówczas angażować i skupić, także mogłam w tym momencie kogoś pominąć :]), budowę pieca, oraz pokazy kulinarne Mistrzów Podniebienia, finalnie kończące się degustacjami - w tym chilli, rosół, gotowane kozie mięso, królik w ziołach na winie, placuszki z pokrzywy i makaron z sosem z zieloną wkładką, kawa. Pozostając w temacie, muszę nadmienić, że gigantyczny stół był tak suto zastawiony wszelkimi domowymi specjałami, że nie wiadomo było nawet, z której strony do niego podejść :)
Było jeszcze ponoć strzelanie z armatki ziemniaczanej, ale dowiedziałam się o tym, gdy zasłyszałam strzały gdzieś w oddali - także się nie wypowiadam bo nie widziałam. A, i lekcje śpiewania były - szczególnie w pamięć zapadły mi próby rozśpiewania towarzystwa przez Grigora ;) Przy akompaniamencie gitary dzierżonej przez Mikiego i później Dźwiedzia, próbowano wielokrotnie zaśpiewać cokolwiek z forumowego śpiewnika od początku do końca, ale udało się to tylko w przypadku "Leśnych opowieści". Poza nimi królowały chryzantemy, róże czerwone i tego typu piosnki :)
No. Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam... A jeśli, to na pewno z czasem, w najmniej oczekiwanym momencie mi się przypomni - i idąc do sklepu będę się pokładać ze śmiechu na wspomnienie poszczególnych sytuacji i tekstów, mile wspominać ogniskowe pogawędki, sesje zdjęciowe, sesje kulturalne i tak dalej. Bo były to takie trzy dni w moim życiu, do których będę wracać i nie będę żałować. A nawet będę dumna :]
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swojskie wyroby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą swojskie wyroby. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 17 kwietnia 2014
Zlot Reconnet wiosna 2014
Etykiety:
biwak,
dzikie jedzenie,
forum,
gastronomia,
leśna kuchnia,
nocleg w terenie,
obozowisko,
ognisko,
pokazy,
społeczność,
survival,
swojskie wyroby,
warsztaty,
wędliny domowe,
zainteresowania,
zlot,
znajomi
wtorek, 24 grudnia 2013
wigilie
Dziwny to dla mnie czas. Dziwny, bo jakoś tak zbyt wieloma problemami i rozterkami nieważkimi zamykam Stary Rok, ale też dziwny w ogóle, patrząc z perspektywy lat wielu - właściwie parunastu z niewielu więcej, jakie jestem na świecie. Święta Bożego Narodzenia z wczesnego dzieciństwa wspominam zasadniczo dobrze, choć słabo. Była radość i beztroska, odwiedziny rodziny i nasza jazda do domu rodzinnego mamy, tam cukierki i dom niczym labirynt w oczach dziecka, powrót z kartonem soku truskawkowego w słoikach, który to lądował na krótko do brązowej szafki w naszej ciasnej kuchni, bo był przez nas uwielbiany... Sama wigilia to wyglądanie za pierwszą gwiazdką, znajdowanie prezentów pod choinką - no, raz były prosto od Mikołaja, ale ten został zdemaskowany, kiedy to siostra pociągnęła za brodę osadzoną na gumce.W sumie to tak te wszystkie święta mniej więcej wspominam, choć przecież nie były one wcale takie kolorowe - chyba którejś wigilii właśnie mama z nami uciekła. Spakowała najpotrzebniejsze ubranka do reklamówek i pospiesznie, cichcem, opuściła z nami na zawsze mieszkanie i tatę.
Jeśli miało to nim wstrząsnąć, to wstrząsnęło, ale pozytywnego skutku nie przyniosło. Stoczył się całkiem, ale to zupełnie odrębna historia... W ogóle kawał mojego życia to jakieś skrajnie niepowiązane okresy i zdarzenia, wiele zdarzeń, w przeważającej mierze złych. W końcu to te pierwsze wigilie, spędzane w rodzinnym domu, w ciasnym mieszkaniu w naszym małym gronie, wspominam dobrze. Później było już tylko gorzej. Przez kolejne 8, może 9 lat każde święta, jak z resztą i pozostały czas tamtego okresu życia, przeżyłam w rodzinnym domu mojej mamy, u dziadków, gdzie się zaczepiłyśmy. Pierwszych, drugich, zasadniczo nie pamiętam. Z tych późniejszych miewam już przebłyski, choć nie wiem, co było kiedy, trudno to wszystko odtworzyć chronologicznie - w sumie zawsze było podobnie. Wielkie, rodzinne świętowanie na dwadzieścia kilka osób, dość smaczne jedzenie, miła atmosfera - i tylko z każdym rokiem coraz trudniej przychodziło mi znosić życzenia. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, przy stole, podczas dzielenia się opłatkiem, każdy z każdym musiał złożyć sobie życzenia. Nienawidziłam tego. Z początku dlatego, że mnóstwo wujków i ciotek pochodziło, bredziło coś o szóstkach i obcałowywało. Nie czułam z nimi więzi, bliskości takiej, bym swobodnie się przy nich wszystkich czuła. Ale to okazało się problemem żadnym w stosunku do nowego, narastającego z każdym rokiem - mojego zwątpienia, potem odejścia od wiary i wreszcie poczucia się stuprocentowym ateistą. Z tym faktem nie mógł się pogodzić nikt z mojej licznej, katolickiej rodziny, szczególnie babcia. Jej nigdy nie wybaczę tego, jak mnie psychicznie zmasakrowała... Do dziś nie mogę się z tego wszystkiego wygrzebać, momentami pewne rzeczy wypływają w najdziwniejszych sytuacjach... No ale nic. W każdym razie którejś wigilii posłyszałam serię życzeń w stylu "żebyś zmądrzała", "żebyś pogodziła się z babcią", "żebyś przejrzała na oczy". Od tej pory poczułam, że to już nie jest zupełnie mój świat. Stałam się obca tej społeczności. Byłam czarną owcą rodziny. Musiałam jeszcze znieść kilka takich wigilii, coraz częściej z "ucieczkami" do toalety podczas składania życzeń, wreszcie w ogóle wycofywania się z imprezy. Tylko że zawsze było wysyłanie do mnie delegacji, to proszącej, to grożącej. Pretensje i utwierdzanie w poczuciu wyobcowania. To były moje święta.
Nie pamiętam, czy pojawiłam się na ostatniej rodzinnej wigilii przed przeprowadzką. Przeprowadziłyśmy się bowiem wreszcie na swoje - do mojego rodzinnego domu, tylko innego mieszkania; tata nasze poprzednie doprowadził do ruiny i teraz stało zamknięte, zawalone nazbieranymi po śmietnikach gratami, meblami i śmieciami. Decyzja o remoncie innego mieszkania zapadła jeszcze kiedy był na miejscu, ale jego losy tak się potoczyły, że trafił pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego, a potem - do domu pomocy społecznej. Nie wyszedł już stamtąd nigdy, przebywa tam wbrew swojej woli. Od tego czasu minęło już jednak dobre parę lat i wszystko się zmieniło... Nasze święta od tamtego czasu wyglądają dziwnie. Wszystkie jesteśmy skażone, każda z nas nosi uraz i już nigdy nie będzie tych świąt kojarzyć z okresem beztroski, miłości i rodzinnego ciepła. Jednak jakiś sentyment pozostał; człowiek bez tradycji, bez odprawiania swoich małych, głupich rytuałów zatraca w ogóle rytm trwania... Każda z nas zatem, co roku, mniej lub bardziej stara się, by ten okres jakkolwiek się wyróżniał. Odkąd mieszkamy na swoim, nasze wigilie wyglądają podobnie pod względem przygotowań - tylko co roku inna z nas ma jakiś taki świąteczny zryw i potrzebę zrobienia tego "po bożemu", żeby choć trochę odtworzyć nastrój, jaki powinien w naszym przekonaniu podczas tych świąt panować. To ja się naprodukuję i napiekę/nagotuję/nawymyślam prezentów, to znowuż któraś inna - a ja w tym czasie akurat mam doła, syczę dookoła i obwieszczam, że w danym roku nie świętuję. Jakoś tak nie możemy się zgrać. Także to jest jakaś jedna stała, która powoli staje się naszą rodzinną tradycją... Druga to głupawka, która włącza się nam, czyli mnie i siostrom K., które, mimo wielu różnic, wdałyśmy się jednak w rodzinę taty i nadajemy na tych samych falach. Mama, iście B., pozostaje rozdarta pomiędzy to, co jej wpajano i jak ją wychowano, a swoje córki, wszystkie tak inne od niej samej... Stoi jedną nogą tu, drugą w przeszłości. Jakoś się jednak w tym wszystkim godzimy, a przynajmniej nie zabijamy. Z tradycji świątecznych kultywujemy również barszcz z uszkami, sałatkę jarzynową, plus wszystkie inne "nadprogramowe" specjały, zmienne co roku. Pojawia się też moment odnajdywania podarków pod choinką; zawsze coś się pojawia, symbolicznie i skromnie, bo pieniędzy zawsze brakuje. W tym roku o dziwo nie dostałam skarpetek (nie licząc tych od Rodzyna w Bukownie :P). A pozostając już w temacie prezentów - jak prezenty, to i choinka. Siedzę teraz przed wstrętnym, plastikowym straszakiem naubieranym przez młodszą siostrę... Lampeczki i tak nadają klimat, choćby nie wiem jak brzydkie to drzewko było. Ja regularnie od chyba trzech lat dostawałam żywe drzewko od chłopaka, który bardzo chce, bym poczuła ducha świąt. Co roku większe i piękniejsze, do tego często jakieś choinkowe ozdoby. W tym roku się zbuntowałam i poprosiłam, by mnie choinką nie obdarowywał... Nie chciałam świąt. Właśnie w tym roku mam do nich awers i nic na to nie poradzę. Zbyt marnie kończę ten rok, by się cieszyć i świętować. Nie mam na to nawet nie tyle ochoty, co siły... Chociaż i tak zostałam w niecny sposób wciągnięta w świąteczne zajęcia, nie było jak się wybronić. Ale o tym później.
Wspominałam o pewnych świątecznych "stałych", a nie powiedziałam, co się zmienia, co co roku ewoluuje. Mam tu na myśli spędzanie świąt z tatą. Tak, dopóki mieszkałyśmy w L., święta odbywały się zupełnie bez niego. Raz chyba przyjechał pijaniutki o dwunastej w nocy taksówką i kwilił, dopóki go mama tą samą taksówką nie odesłała do jego mieszkania... To, co się z nim podziało przez te kilka lat, to nie sposób opisać. Mam z resztą te wszystkie obrazy w pamięci, nigdy tego wszystkiego nie zapomnę... I tych dobrych, i tych złych. Tych drugich z czasem było coraz więcej. Wiem, że jak byłam dzieckiem to było ich tyle samo, tylko że byłam mała i to wszystko widziałam po dziecięcemu - że tak ma być i tak jest dobrze. Z resztą, tata nas bardzo kochał i gdy nie pił, był rewelacyjnym ojcem. Gdy przychodził pijany, był tylko złym mężem. Przykry to był dla mnie widok, patrzeć, jak się stacza coraz bardziej przez te wszystkie lata... Miał okres, że się starał. Przyjeżdżał do nas regularnie, przywoził prezenty. Czasem to myśmy do niego jeździły, nocowały. Sprzątały. Podglądały, jak sączy piwo przy biurku i złorzeczy na mamę i jej rodzinę pod nosem. Od dawna mówił do siebie, od dawna miał urojenia. Nakręcał się coraz bardziej, we wszystkich widział wrogów. Pisał listy otwarte do mieszkańców L., w których mieszał mamę z błotem. Pisał do proboszcza, do szkoły. Walczył o nas w sądzie, odwoływał się. Tak. Był okres, że o nas walczył, tracąc nas coraz bardziej - robiąc nam tak wielki obciach spowodował, że zaczęłyśmy się go wstydzić. On podupadał coraz bardziej a my coraz mniej za nim tęskniłyśmy. Nie trzeba nam było w życiu ojca. Tylko kiedy babcia wściekła wołała "pojedziecie sobie do tatusia", odzywał się cichutki głosik w głowie - "a proszę bardzo, u niego na pewno byłoby lepiej niż tu". Ale nigdy sobie nie pojechałyśmy. No, nie licząc faktu, że mama przez wzgląd na mnie i moje fatalne relacje z babcią podjęła jeszcze raz wielką walkę w życiu - remont mieszkania, własna firma (do tej pory pracowała całymi dniami i czasem nocami, by nas utrzymać), znoszenie serii upokorzeń ze strony pijanego byłego męża. Przeprowadziłyśmy się w końcu. I tak zaczęły się te nasze nowe święta i nowe życie.
Dziwne życie. Pokręcone, pogmatwane i pełne absurdu i paradoksów. Kobieta, która zaznała tyle cierpienia ze strony ojca swoich dzieci, jeszcze przed przeprowadzką organizowała nam wspólne spotkania wigilijne z tatą, na neutralnym gruncie, choć oczywiście bez paru bluzg się nie obeszło. A potem... A potem kolejne wigilie, coraz częściej z tatą, który leczony w DPSie i równocześnie z postępującą demencją starczą łagodnieje na stare lata. Z największego wroga dostrzegł w mamie w pewnym momencie sprzymierzeńca, a wręcz wybawiciela. Walki sądowe o wspólny majątek zmieniły się w chęć przepisania całego majątku na nas lub na nią. Tata stał się ugodowy, prorodzinny. Niepijący, stary i schorowany. Od paru lat znów spędzamy wspólnie wigilię... Z dwugodzinnych przepustek zmieniła się ona w jego pobyty u nas z noclegami. W ogóle to wszystko pokręcone. Oto walczymy teraz w sądzie o wypuszczenie go z DPSu, żeby się nim zająć na stare lata... Ma przygotowane małe mieszkanko. Jest już mało sprawny, trzeba się nim zajmować. Zadbać o posiłki, o toaletę, o jego codzienne funkcjonowanie, o zażywanie leków, o wyjechanie z nim na wózku na spacer. Można polemizować, czy to wszystko jest racjonalne, czy to wszystko tak powinno wyglądać - ale ja w tym widzę sens i mam swoje motywy takiego a nie innego postępowania. Nie robię tego z poczucia obowiązku czy jeszcze gorzej, poczucia winy. Na szczęście rozumiem siebie i wiem, po co to wszystko... Tylko czasem nie mam siły.
W tym roku będzie bigos. Tacie się marzy, swego czasu robił świetne bigosy. Coś podziałamy.
Wspomniałam jeszcze o "wkopaniu" mnie w świąteczną atmosferę. Nie mam na to wszystko czasu, nie teraz, nie przed egzaminami, przed szukaniem pracy, przed dwoma procesami sądowymi, walką o odzyskanie mieszkania, zakładaniem firmy, dwoma wielkimi remontami, pomiędzy problemami rodzinnymi i osobistymi... Obiecałam sobie, że swój Nowy Rok będę świętować po egzaminie, w drugiej połowie stycznia. Tak jak chcę, bez narzuconych ograniczeń, pomysłów, zasad. A świąt nie chciałam wcale. Myślenie o prezentach w takim momencie - to dla mnie jakaś totalna abstrakcja. No ale cóż, musiałam się pojawić w domu rodzinnym chłopaka, bo obiecałam, że się zjawię. I zostałam tradycyjnie już obdarowana: domowego wyrobu pasztetowa, kiełbasa, szynka, boczek, ser biały na sernik, jajka, grzyby suszone, kapusta kiszona na bigos... Wróciłam z dwoma siatami świątecznego jadła. I opłatkiem, i życzeniami świątecznymi. Sama zawiozłam, tak jak zwykle, trochę rożków orzechowych i pierniczki wycinane nożem, każdy inny i niepowtarzalny - tym razem tym bardziej, że stworzone z pomocą mory :D W każdym razie, choć od choinki się wymigałam, to od samego świętowania jako takiego już nie bardzo. Czuję się wobec tego faktu bezsilna, ale nie zła - to raczej coś pomiędzy znużeniem a wzruszeniem. Bo tak naprawdę to właśnie o takich świętach, jak to mają w domu chłopaka, marzę od zawsze: rodzinnie, świątecznie, beztrosko, przede wszystkim zaś życzliwie. U nich mogę nie lubić śledzi, być niewierzącą (no - w pewnym zakresie, po prostu nikt mi się w to nie wpiernicza), mogę mieć ojca alkoholika, mogę lubić jeść, mieć chorą wątrobę... Mogę czuć się jak u siebie. Tylko że ja tam zawsze będę w gościach. Tak mnie już to życie ukształtowało.
Jeśli miało to nim wstrząsnąć, to wstrząsnęło, ale pozytywnego skutku nie przyniosło. Stoczył się całkiem, ale to zupełnie odrębna historia... W ogóle kawał mojego życia to jakieś skrajnie niepowiązane okresy i zdarzenia, wiele zdarzeń, w przeważającej mierze złych. W końcu to te pierwsze wigilie, spędzane w rodzinnym domu, w ciasnym mieszkaniu w naszym małym gronie, wspominam dobrze. Później było już tylko gorzej. Przez kolejne 8, może 9 lat każde święta, jak z resztą i pozostały czas tamtego okresu życia, przeżyłam w rodzinnym domu mojej mamy, u dziadków, gdzie się zaczepiłyśmy. Pierwszych, drugich, zasadniczo nie pamiętam. Z tych późniejszych miewam już przebłyski, choć nie wiem, co było kiedy, trudno to wszystko odtworzyć chronologicznie - w sumie zawsze było podobnie. Wielkie, rodzinne świętowanie na dwadzieścia kilka osób, dość smaczne jedzenie, miła atmosfera - i tylko z każdym rokiem coraz trudniej przychodziło mi znosić życzenia. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, przy stole, podczas dzielenia się opłatkiem, każdy z każdym musiał złożyć sobie życzenia. Nienawidziłam tego. Z początku dlatego, że mnóstwo wujków i ciotek pochodziło, bredziło coś o szóstkach i obcałowywało. Nie czułam z nimi więzi, bliskości takiej, bym swobodnie się przy nich wszystkich czuła. Ale to okazało się problemem żadnym w stosunku do nowego, narastającego z każdym rokiem - mojego zwątpienia, potem odejścia od wiary i wreszcie poczucia się stuprocentowym ateistą. Z tym faktem nie mógł się pogodzić nikt z mojej licznej, katolickiej rodziny, szczególnie babcia. Jej nigdy nie wybaczę tego, jak mnie psychicznie zmasakrowała... Do dziś nie mogę się z tego wszystkiego wygrzebać, momentami pewne rzeczy wypływają w najdziwniejszych sytuacjach... No ale nic. W każdym razie którejś wigilii posłyszałam serię życzeń w stylu "żebyś zmądrzała", "żebyś pogodziła się z babcią", "żebyś przejrzała na oczy". Od tej pory poczułam, że to już nie jest zupełnie mój świat. Stałam się obca tej społeczności. Byłam czarną owcą rodziny. Musiałam jeszcze znieść kilka takich wigilii, coraz częściej z "ucieczkami" do toalety podczas składania życzeń, wreszcie w ogóle wycofywania się z imprezy. Tylko że zawsze było wysyłanie do mnie delegacji, to proszącej, to grożącej. Pretensje i utwierdzanie w poczuciu wyobcowania. To były moje święta.
Nie pamiętam, czy pojawiłam się na ostatniej rodzinnej wigilii przed przeprowadzką. Przeprowadziłyśmy się bowiem wreszcie na swoje - do mojego rodzinnego domu, tylko innego mieszkania; tata nasze poprzednie doprowadził do ruiny i teraz stało zamknięte, zawalone nazbieranymi po śmietnikach gratami, meblami i śmieciami. Decyzja o remoncie innego mieszkania zapadła jeszcze kiedy był na miejscu, ale jego losy tak się potoczyły, że trafił pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego, a potem - do domu pomocy społecznej. Nie wyszedł już stamtąd nigdy, przebywa tam wbrew swojej woli. Od tego czasu minęło już jednak dobre parę lat i wszystko się zmieniło... Nasze święta od tamtego czasu wyglądają dziwnie. Wszystkie jesteśmy skażone, każda z nas nosi uraz i już nigdy nie będzie tych świąt kojarzyć z okresem beztroski, miłości i rodzinnego ciepła. Jednak jakiś sentyment pozostał; człowiek bez tradycji, bez odprawiania swoich małych, głupich rytuałów zatraca w ogóle rytm trwania... Każda z nas zatem, co roku, mniej lub bardziej stara się, by ten okres jakkolwiek się wyróżniał. Odkąd mieszkamy na swoim, nasze wigilie wyglądają podobnie pod względem przygotowań - tylko co roku inna z nas ma jakiś taki świąteczny zryw i potrzebę zrobienia tego "po bożemu", żeby choć trochę odtworzyć nastrój, jaki powinien w naszym przekonaniu podczas tych świąt panować. To ja się naprodukuję i napiekę/nagotuję/nawymyślam prezentów, to znowuż któraś inna - a ja w tym czasie akurat mam doła, syczę dookoła i obwieszczam, że w danym roku nie świętuję. Jakoś tak nie możemy się zgrać. Także to jest jakaś jedna stała, która powoli staje się naszą rodzinną tradycją... Druga to głupawka, która włącza się nam, czyli mnie i siostrom K., które, mimo wielu różnic, wdałyśmy się jednak w rodzinę taty i nadajemy na tych samych falach. Mama, iście B., pozostaje rozdarta pomiędzy to, co jej wpajano i jak ją wychowano, a swoje córki, wszystkie tak inne od niej samej... Stoi jedną nogą tu, drugą w przeszłości. Jakoś się jednak w tym wszystkim godzimy, a przynajmniej nie zabijamy. Z tradycji świątecznych kultywujemy również barszcz z uszkami, sałatkę jarzynową, plus wszystkie inne "nadprogramowe" specjały, zmienne co roku. Pojawia się też moment odnajdywania podarków pod choinką; zawsze coś się pojawia, symbolicznie i skromnie, bo pieniędzy zawsze brakuje. W tym roku o dziwo nie dostałam skarpetek (nie licząc tych od Rodzyna w Bukownie :P). A pozostając już w temacie prezentów - jak prezenty, to i choinka. Siedzę teraz przed wstrętnym, plastikowym straszakiem naubieranym przez młodszą siostrę... Lampeczki i tak nadają klimat, choćby nie wiem jak brzydkie to drzewko było. Ja regularnie od chyba trzech lat dostawałam żywe drzewko od chłopaka, który bardzo chce, bym poczuła ducha świąt. Co roku większe i piękniejsze, do tego często jakieś choinkowe ozdoby. W tym roku się zbuntowałam i poprosiłam, by mnie choinką nie obdarowywał... Nie chciałam świąt. Właśnie w tym roku mam do nich awers i nic na to nie poradzę. Zbyt marnie kończę ten rok, by się cieszyć i świętować. Nie mam na to nawet nie tyle ochoty, co siły... Chociaż i tak zostałam w niecny sposób wciągnięta w świąteczne zajęcia, nie było jak się wybronić. Ale o tym później.
Wspominałam o pewnych świątecznych "stałych", a nie powiedziałam, co się zmienia, co co roku ewoluuje. Mam tu na myśli spędzanie świąt z tatą. Tak, dopóki mieszkałyśmy w L., święta odbywały się zupełnie bez niego. Raz chyba przyjechał pijaniutki o dwunastej w nocy taksówką i kwilił, dopóki go mama tą samą taksówką nie odesłała do jego mieszkania... To, co się z nim podziało przez te kilka lat, to nie sposób opisać. Mam z resztą te wszystkie obrazy w pamięci, nigdy tego wszystkiego nie zapomnę... I tych dobrych, i tych złych. Tych drugich z czasem było coraz więcej. Wiem, że jak byłam dzieckiem to było ich tyle samo, tylko że byłam mała i to wszystko widziałam po dziecięcemu - że tak ma być i tak jest dobrze. Z resztą, tata nas bardzo kochał i gdy nie pił, był rewelacyjnym ojcem. Gdy przychodził pijany, był tylko złym mężem. Przykry to był dla mnie widok, patrzeć, jak się stacza coraz bardziej przez te wszystkie lata... Miał okres, że się starał. Przyjeżdżał do nas regularnie, przywoził prezenty. Czasem to myśmy do niego jeździły, nocowały. Sprzątały. Podglądały, jak sączy piwo przy biurku i złorzeczy na mamę i jej rodzinę pod nosem. Od dawna mówił do siebie, od dawna miał urojenia. Nakręcał się coraz bardziej, we wszystkich widział wrogów. Pisał listy otwarte do mieszkańców L., w których mieszał mamę z błotem. Pisał do proboszcza, do szkoły. Walczył o nas w sądzie, odwoływał się. Tak. Był okres, że o nas walczył, tracąc nas coraz bardziej - robiąc nam tak wielki obciach spowodował, że zaczęłyśmy się go wstydzić. On podupadał coraz bardziej a my coraz mniej za nim tęskniłyśmy. Nie trzeba nam było w życiu ojca. Tylko kiedy babcia wściekła wołała "pojedziecie sobie do tatusia", odzywał się cichutki głosik w głowie - "a proszę bardzo, u niego na pewno byłoby lepiej niż tu". Ale nigdy sobie nie pojechałyśmy. No, nie licząc faktu, że mama przez wzgląd na mnie i moje fatalne relacje z babcią podjęła jeszcze raz wielką walkę w życiu - remont mieszkania, własna firma (do tej pory pracowała całymi dniami i czasem nocami, by nas utrzymać), znoszenie serii upokorzeń ze strony pijanego byłego męża. Przeprowadziłyśmy się w końcu. I tak zaczęły się te nasze nowe święta i nowe życie.
Dziwne życie. Pokręcone, pogmatwane i pełne absurdu i paradoksów. Kobieta, która zaznała tyle cierpienia ze strony ojca swoich dzieci, jeszcze przed przeprowadzką organizowała nam wspólne spotkania wigilijne z tatą, na neutralnym gruncie, choć oczywiście bez paru bluzg się nie obeszło. A potem... A potem kolejne wigilie, coraz częściej z tatą, który leczony w DPSie i równocześnie z postępującą demencją starczą łagodnieje na stare lata. Z największego wroga dostrzegł w mamie w pewnym momencie sprzymierzeńca, a wręcz wybawiciela. Walki sądowe o wspólny majątek zmieniły się w chęć przepisania całego majątku na nas lub na nią. Tata stał się ugodowy, prorodzinny. Niepijący, stary i schorowany. Od paru lat znów spędzamy wspólnie wigilię... Z dwugodzinnych przepustek zmieniła się ona w jego pobyty u nas z noclegami. W ogóle to wszystko pokręcone. Oto walczymy teraz w sądzie o wypuszczenie go z DPSu, żeby się nim zająć na stare lata... Ma przygotowane małe mieszkanko. Jest już mało sprawny, trzeba się nim zajmować. Zadbać o posiłki, o toaletę, o jego codzienne funkcjonowanie, o zażywanie leków, o wyjechanie z nim na wózku na spacer. Można polemizować, czy to wszystko jest racjonalne, czy to wszystko tak powinno wyglądać - ale ja w tym widzę sens i mam swoje motywy takiego a nie innego postępowania. Nie robię tego z poczucia obowiązku czy jeszcze gorzej, poczucia winy. Na szczęście rozumiem siebie i wiem, po co to wszystko... Tylko czasem nie mam siły.
W tym roku będzie bigos. Tacie się marzy, swego czasu robił świetne bigosy. Coś podziałamy.
Wspomniałam jeszcze o "wkopaniu" mnie w świąteczną atmosferę. Nie mam na to wszystko czasu, nie teraz, nie przed egzaminami, przed szukaniem pracy, przed dwoma procesami sądowymi, walką o odzyskanie mieszkania, zakładaniem firmy, dwoma wielkimi remontami, pomiędzy problemami rodzinnymi i osobistymi... Obiecałam sobie, że swój Nowy Rok będę świętować po egzaminie, w drugiej połowie stycznia. Tak jak chcę, bez narzuconych ograniczeń, pomysłów, zasad. A świąt nie chciałam wcale. Myślenie o prezentach w takim momencie - to dla mnie jakaś totalna abstrakcja. No ale cóż, musiałam się pojawić w domu rodzinnym chłopaka, bo obiecałam, że się zjawię. I zostałam tradycyjnie już obdarowana: domowego wyrobu pasztetowa, kiełbasa, szynka, boczek, ser biały na sernik, jajka, grzyby suszone, kapusta kiszona na bigos... Wróciłam z dwoma siatami świątecznego jadła. I opłatkiem, i życzeniami świątecznymi. Sama zawiozłam, tak jak zwykle, trochę rożków orzechowych i pierniczki wycinane nożem, każdy inny i niepowtarzalny - tym razem tym bardziej, że stworzone z pomocą mory :D W każdym razie, choć od choinki się wymigałam, to od samego świętowania jako takiego już nie bardzo. Czuję się wobec tego faktu bezsilna, ale nie zła - to raczej coś pomiędzy znużeniem a wzruszeniem. Bo tak naprawdę to właśnie o takich świętach, jak to mają w domu chłopaka, marzę od zawsze: rodzinnie, świątecznie, beztrosko, przede wszystkim zaś życzliwie. U nich mogę nie lubić śledzi, być niewierzącą (no - w pewnym zakresie, po prostu nikt mi się w to nie wpiernicza), mogę mieć ojca alkoholika, mogę lubić jeść, mieć chorą wątrobę... Mogę czuć się jak u siebie. Tylko że ja tam zawsze będę w gościach. Tak mnie już to życie ukształtowało.
czwartek, 12 grudnia 2013
Smakowanie marzeń
Byłam wczoraj w domu rodzinnym mojego faceta. Wspominałam już tu zapewne kiedyś, jak bardzo lubię tę rodzinę, jako całokształt i każdego z osobna - babcię, rodziców, rodzeństwo wraz z ich partnerami (dziewczyną brata i facetem siostry ;)), sześć lat starszego od nas "wujka"... Ci ludzie mają różne temperamenty, tak wady jak i zalety, każdy jest charakterystyczny i niepowtarzalny, choć mają pewne cechy wspólne - przede wszystkim jednak stanowią prawdziwą rodzinę. Zazdroszczę im tego po cichu i chciałabym kiedyś wspólnie z R. coś takiego stworzyć... Tylko on widzi to trochę inaczej, on nie ma potrzeby tworzenia takiej struktury od podstaw, bo w tej, w której egzystuje, jest mu po prostu dobrze. Widziałby mnie po prostu przy swoim boku pośród nich. A ja, "wprowadzona" w taką szczęśliwą rodzinę, nigdy nie będę mogła poczuć, że jestem u siebie...
Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.
Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.
Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.
Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.
Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.
Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".
Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.
Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.
Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.
Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.
Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.
Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.
Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.
Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".
Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.
Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.
czwartek, 5 grudnia 2013
Bukowno 29.11-01.12.2013r.
...Próbuję siąść już któryś raz i zebrać myśli, by napisać cokolwiek o ostatnim weekendzie, spędzonym w bardzo miłych, leśnych klimatach - ale jakoś zdecydowanie nie chce mi to wyjść. Trochę mi się życie z początkiem tygodnia pokomplikowało i w najbliższym czasie łatwiej w tym zakresie nie będzie, a szczegóły wypadu szybko wietrzeją z głowy ;) Stąd, mimo wszystko, wiszę kolejny raz nad klawiaturą i, wpatrzona w białe okno tworzenia posta, zamierzam niniejszym zrelacjonować mniej lub bardziej chaotycznie spotkanie w Bukownie, na którym dane mi było się znaleźć :P
Część pierwsza - wywód nie na temat, można sobie zdecydowanie podarować :D
Moja obecność wcale nie była tak oczywista. Już od dawna czaiłam się na ten wypad i uprzedziłam tym razem odpowiednio wcześnie chłopaka i mamę, żeby ich protesty i sprzeciwy cichły z każdym dniem i bym tym samym mogła ostatecznie, bez większych wyrzutów sumienia, pojechać do bukowieńskich lasów. Miała się tam odbyć leśna impreza, z nie byle jakiej okazji z resztą... Właściwie tych okazji to było kilka - świętowane miały być podwójne urodziny, podwójne pępkowe - tak, dwóch leśnych dołączyło ostatnio do grona szczęśliwych ojców :) - i obrona inżynierki; to właśnie Kubush, który to niedawno się bronił, zaprosił mnie na imprezę. Z entuzjazmem zaproszenie przyjęłam i myślałam, że nic mi nie stanie na drodze... Później jednak okazało się, że w tym terminie ma się u nas w szkole dla dziesięciu wybrańców odbyć kurs związany tematycznie z naszym fachem, finansowany prze unię - tematyka ciekawa, a mnie osobiście jeszcze długo na takie kursy stać nie będzie, bo to pieniądze niemałe w normalnych warunkach kosztuje... Żal było nie skorzystać, choć z drugiej strony zdążyłam się już załapać na podobny kurs i o tyle byłam w jakiś sposób usatysfakcjonowana. Normalnie nie miałabym większego dylematu, co wybrać, tu jednak na wypad do Bukowna tak mocno się nastawiłam, że gotowa byłam z owego kursu zrezygnować... Na szczęście się nie zakwalifikowałam i problem odpadł samoistnie :P Nie tak od razu, bo właśnie postanowiłam mimo wszystko rekrutować, żeby nie mieć potem wyrzutów sumienia na zasadzie "a może bym się dostała, może ominęła mnie jakaś szansa" - i do pierwszej dziesiątki się nie załapałam, bo 7 osób zostało potraktowanych priorytetowo z tej racji, że na żadnym kursie jeszcze nie byli, pozostałe dwa miejsca zajęły osoby z najwyższymi średnimi, no i trzecie koleżanka z taką samą średnią co ja; tu o wybraniu jej przeważyła liczba godzin nieobecności w zeszłym semestrze - u niej 13, u mnie 233 :D Tak oto sprawa niby się wyjaśniła, stanęłam na czele listy rezerwowej... Tylko owa koleżanka pospieszyła do mnie z informacją, że ona właściwie do wtorku nie będzie wiedzieć, czy uda jej się wybrać. Stąd ja do środy nie wiedziałam, czy problem rozwiązał się sam, czy czekać mnie będzie jeszcze podjęcie tej trudnej decyzji. Ostatecznie jednak koleżanka poszła na kurs, a ja z czyściuteńkim (jaaasne ;)) sumieniem wybrałam się na imprezę... Właściwie to moje Sumienie pojechało wówczas na zjazd do Warszawy i z takiej odległości próbowało wołać, żebym się opamiętała, bo mam robotę w domu (opalanie drzwi balkonowych) i naukę na styczniowy egzamin ;)
Część druga - właściwa :P (ale i tak krocie tekstu nie na temat ;])
Z ambitnych planów pracy i nauki nic nie wyszło. Na imprezie bawiłam dwa dni, a nie jeden, jak pierwotnie zakładałam (głośno, bo po cichu i tak wiedziałam, że ze sobą samą nie wygram i zostanę dłużej ;)). W każdym razie w piątek wyjechałam z Krk po czternastej - tym razem miałam czas, by po egzaminie próbnym wrócić do domu i przebrać się w leśne ciuchy, nie musiałam znów ekscentrycznym strojem intrygować nauczycieli i znajomych. Busem do Olkusza zajechałam trochę po ponad godzince jazdy, tam czekało mnie już tylko zahaczenie o sklep i skierowanie się na trasę do przebycia, podesłaną mi przez Kubusha, tj. 6 kilometrów asfaltem przez las. Mapę posiadałam w wersji nieco podłej, konkretnie miałam zrobione telefonem komórkowym zdjęcie trasy zaznaczonej na jakiejś stronce internetowej, i mimo tego, że skomplikowana to trasa nie była, to nie obeszło się bez niepotrzebnych obaw i stresów ;)
Z początku trochę się rozpędziłam w centrum Olkusza i zaszłam na jakiś most, ale szybko się zreflektowałam i obrałam właściwy kierunek. Później miałam iść już tylko przed siebie, okazało się jednak, że po drodze wyrosło mi rondo - i gdzie tu iść? - a później jakieś rozwidlenie... Niby nie było opcji się pomylić i po prostu musiałam wybrać dobrą drogę, ale jakiś taki niepokój i niepewność zostały zasiane. Tymczasem zaczęło się ściemniać, a chodniki szybko się pokończyły, zaczął się las, tym sposobem w narastającej ciemności dane mi było iść marnym poboczem wzdłuż nieoświetlonej drogi, gdzie jak na złość ruch się wzmagał z powodu blokady protestujących w centrum Olkusza i w jej następstwie wytworzenia się na mojej drodze najbardziej dogodnego objazdu dla samochodów. Szłam przed siebie dobrą chwilę, kiedy to zatrzymał się biały bus i młody facet zza kierownicy zagaił, czy mnie nie podwieźć. Pierwszy odruch - nie, dzięki (a nóż mi się tymczasem w kieszeni sam szykował :P), ale gdy facet ponowił propozycję a ja uznałam, że zdaje się nie mieć złych intencji, zaryzykowałam. W samochodzie dowiedziałam się, że marna teraz pora na taki spacer, kiepsko mnie na tym poboczu widać a widział mnie wcześniej jak szłam w centrum Olkusza, a że generalnie ostatnio jego kolega potrącił dziewczynę i uciekł, a ona się wykrwawiła... Zmuszona byłam jednak przerwać, by zaalarmować, że ja to właściwie potrzebuję wysiąść na takim ostrym zakręcie. Bo w stronę Bukowna moja droga miała mieć takie dwa, a samochodem to łatwo coś takiego przeoczyć... Facet się zdziwił, nie wiedział też, gdzie był w okolicy niegdyś poligon. Natomiast twierdził zdecydowanie, że do Bukowna na tej drodze pozostał już jeden zakręt i właśnie na nim mnie wysadził. Niedaleko mnie w sumie podwiózł. Wysiadłam, porównałam dziesięć razy ów zakręt z trasą z mapy... Coś mi się wyraźnie nie zgadzało. Po kilku rozmowach telefonicznych z Kubushem, który to wyszedł mi na spotkanie, by mnie odebrać, uznałam w końcu, że idę dalej przed siebie w poszukiwaniu następnego zakrętu. Tym razem przyświecałam już samochodom jadącym z naprzeciwka latarką, żebym nie skończyła jak ta dziewczyna z opowieści. Droga dłużyła się niemiłosiernie i jak na złość była prościuteńka, już z bardzo daleka widziałam małe żółte kropeczki nadjeżdżających samochodów. Kubush próbował mnie jakoś zlokalizować, wybadać, gdzie to się dokładnie znajduję - ustaliliśmy, że idę przed siebie, najwyżej dotrę do samego Bukowna i przynajmniej to mi już coś powie, tymczasem ja dwa razy poważniej zwątpiłam, czy nie nazbyt pochopnie zrezygnowałam z poprzedniego zakrętu. Szłam i szłam, minęłam tablicę gminy Bukowno, ale niewiele mi to powiedziało, wreszcie po swojej lewej wyhaczyłam jakiś domek w lesie i postanowiłam tam się dowiedzieć, gdzie się właściwie znajduję. Dowiedziałam się od nieco wystraszonej z początku moim wyglądem kobietki, że jakieś 500 metrów dalej jest dom starców. No i byłam w domu :) Właściwie w lesie, a jeszcze poprawniej, niemal na miejscu. Otóż właśnie przy tym domu seniora znajdował się zakręt, z którego Kubush z kilkoma towarzyszami mieli mnie odebrać.
Przywitałam się z czekającą na mnie delegacją. Naprzeciw mi wyszli prócz Kuby z Moną jeszcze Nakyy, Johnny z Rufusem, i - to straszne, ale nie pamiętam już, czy był tam też Sławek czy Rodzyn, a może obydwaj... W każdym razie poznałam wkrótce resztę towarzystwa. Prócz wymienionych, na miejscówce, do której po dość długiej wędrówce przez piaski sosnowych lasów dotarliśmy, dane mi było poznać jeszcze G. i M., a po drodze jeszcze Sprężola, który jednak postanowił rozbić się gdzie indziej.. I my po chwili namysłu zdecydowaliśmy się na taką opcję, toteż po zwinięciu przez chłopaków naszykowanych sobie wcześniej miejscówek, zapakowaniu i wzięciu najpotrzebniejszych rzeczy i kawałka słoniny z wędzarki, udaliśmy się w dalszą drogę; Sprężol do nas dołączył.
Miejscówkę wybraliśmy taką na jedną noc, byle zbyt mocno nie wiało i było w miarę płasko... W sumie okazała się wystarczająca, by obozować na niej do samego końca. Póki co jednak nastał czas na organizowanie sobie już po ciemku dogodnych miejsc do rozbijania się. Sprężol, porzuciwszy swój namiot, zdecydował się przewieszenie na sznurku pomiędzy drzewami poncha, Sławek i Kubush mieli namioty a Rodzyn z Johnny'm złożyli się na wspólny, podwójny komfort ;) Nakyy tradycyjnie spał pod plandeką ogrodową, mi pozostało się zastanowić, czy wbijam do panów czy rozwieszam swoje poncho. Stanęło na tej drugiej opcji. Gdy już wszystko każdy miał elegancko naszykowane, a ogień zaczął mile grzać, zlokalizowałam w swoim spaniu potencjalnie pod moimi czterema literami pniaczek... Tego mi tam brakowało. Nie bardzo widziało mi się szukanie innej miejscówki, konfiguracja drzew nie pozwalała zaś na przełożenie poncha na inny sposób. Postanowiłam pniaczek usunąć saperką któregoś z Panów. Tu z pomocą pospieszył mi Johnny, któremu należą się oklaski - chłopak tak się zawziął i nie odpuszczał, że ów pieniek wykopał, choć okazał się nie mały i przewredny - niby się cały ruszał, ale kilka korzeni twardo trzymało go w ziemi... Jednak, jak Johnny coś zaczyna, to nie ma opcji, by nie skończył - wylazł w końcu spod mojego poncha, triumfalnie dzierżąc w ręce pieniek. Zmachał się okrutnie i sporo czasu się z nim szarpał, ja już parę razy bym rozbiła to poncho gdzie indziej - ale należą się podziękowania i dozgonny podziw ;P ...Dzięki temu miałam teraz bardzo miękkie podłoże :)
Przy ogniu siedzieliśmy dobrą chwilę, za ten czas zdążyliśmy się wszyscy ze sobą zapoznać i zasymilować. Towarzystwo okazało się wyborne :) Wyśmienity był także żur produkcji Kuby, tj bardzo gęsta i brązowa zupa (gulasz?) na domowym zakwasie, z wkładką w postaci kaszy :) Postać żurku niespotykana, ale złego słowa o nim nie powiem, bo smak miał po prostu rewelacyjny... Tym bardziej, że ja po prostu przepadam za żurkiem i kaszą. Poza tym dane było skosztować innego jadła, przede wszystkim zaś napojów ;) Wyjątkowo smaczny okazał się domowy chlebek i smarowidła na bazie sało Kubusha. Gdy już wszystkich ogarnęło zmęczenie, porozchodziliśmy się do swoich posłań... Jednym się spało lepiej, innym gorzej - większości było ciepło, mnie zaś tak okrutnie tyłek wymarzł, że byłam bliska sądzenia, że umrę z zimna - oczywiście to tylko złudne wrażenie, spotęgowane alkoholem, generalnie chyba zimniej jak w ambonie w Beskidzie Wyspowym mi nie było :D Tak czy inaczej na pewno odczuwany chłód i konieczność ciągłego obracania się przyczyniły się do naprodukowania całej gamy tak okrutnie debilnych snów, że aż mi się słabo robi, jak o nich pomyślę... Już lepiej chyba zmęczyć się porządnie jakąś wędrówką za dnia i śnić o niczym, niż tak mocno w nocy angażować umysł w psychodeliczne i abstrakcyjne wizje ;]
Rano wstaliśmy mniej więcej o podobnej porze. Mnie obudziło szturchnięcie w głowę - byłam przekonana, że to pastwi się nade mną Johnny, ale okazało się, że tym razem na ten pomysł wpadł jego podopieczny i w momencie uchylenia przeze mnie w kapturze śpiwora małego okienka, tradycyjnie już wetknął mi nos w oko. Nafuczałam na niego i chwilę później postanowiłam wstać, co by nie wylądować śpiworem w kałużach na ceracie użyczonej przez Johnny'ego, które kątem oka przyuważyłam. Przez niemal całą noc padało. Jednak, że tego dnia wpadł mi do głowy niecny plan próby rozpalenia ognia zapałkami lub krzesiwem, bez użycia "niesurvivalowych" pomocy, poszłam się przejść, by nazbierać trochę rozpałki. Gdy wróciłam, pierwszy płomyk już ochoczo buchał z podłożonej kory brzozy. Patyczki przyniesione przeze mnie przydały się, tak jak i potężny płat kory - ale ogień zdecydowanie nie był mój ;) No nic, jeszcze kiedyś przyjdzie na to pora. Może to lepiej, bo tym samym w niedługim czasie dane nam było zjeść ciepłe śniadanie (w moim wydaniu znów pulpety z kuskus) i wypić coś ciepłego lub zimnego, jak kto wolał ;) Później część ekipy wybrała się do poprzedniego obozu w celu odzyskania paru istotnych fantów, w tym kociołka, trochę mięsiwa i sprzętów własnych. Wrócili po jakimś czasie. Sprężol postanowił nie odzyskiwać swojego namiotu, w którym wypaliło się poprzedniego wieczoru kilka dziurek i złamał się jeden element stelażu. Porzucił, nie chciał, wyrzucił, o czym długo się upewniał Kuba, zanim... Go dla mnie wziął B) W ten oto przedziwny sposób stałam się nową właścicielką porzuconego namiotu... A jest to rzecz nie byle jaka, mało tego, po prostu wypaśna :) Trzyosobówka będzie co prawda dla mnie zbyt ciężka na noszenie podczas wypadów wędrownych, ale już widzę tysiące potencjalnych wypadów stacjonarnych, czy to w większym i bardziej leśnym gronie, czy też bardziej kameralnym, z moim facetem. Tak, namiot będzie genialnym pretekstem do wyciągnięcia go wreszcie w teren. Przyda się po prostu niesamowicie. Dzięki wielkie, chłopaki! :D
Kuba pomógł mi rozłożyć moją nową sypialnię. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania... Ale pomińmy zachwyty, bo nie wylezę z tego namiotu :P No więc wkrótce wykreował się mniej więcej plan na ten dzień: część towarzystwa miała się udać do Biedronki w celu uzupełnienia zapasów, potem druga tura szykowała się na eksplorację położonej stosunkowo niedaleko jaskini. Ja się znalazłam w tej drugiej ekipie; podczas oczekiwania na przybycie mężczyzn z zakupami, my kręciliśmy się po obozowisku, siedzieliśmy przy ogniu i gadaliśmy, panowie zaczęli nawet w międzyczasie organizować rusztowanie pod kociołek a Sławek dodatkowo walczył z butami, które znalazł w piwnicy i które zbyt pochopnie postanowił rozchodzić. Ja trochę nie robiłam nic, trochę poszwendałam się po okolicy, poszłam też zrobić parę zdjęć - jak już Sławek pomógł mi rozwiązać problem zaparowania obiektywu i w ogóle coś tam trochę o fotografii poopowiadał.
Gdy biedronkowa tura wróciła po dość długim czasie, przyszła kolej na nasz spacer. Poszedł Kuba z Moną, Nakyy, Sławek i ja. Diabla Góra, w której to znaleźć mieliśmy naszą jaskinię, byłą oddalona o mniej więcej kilometr w linii prostej. W efekcie chwilę czasu szliśmy, ale dzięki niezawodnej nawigacji Kubusha, z odnalezieniem wejścia problemu nie było.
Wejście owo stanowiła niewielka dziura u podnóży skały, znajdującej się po drugiej stronie szczytu Diablej Góry. Postanowiliśmy zwiedzać czarną czeluść parami, by nie pozostawiać na zewnątrz bez opieki naszych rzeczy i Mony. Pierwszy w dziurę w skale wgramolił się Kubush, by wybadać, czy w ogóle warto się w nią pchać. Chwilę później z głębi skały dobiegło nas wołanie, że wszystko w porządku i druga osoba może za nim leźć, będzie gdzie nawrócić. Tu muszę nadmienić, że początkowy odcinek należało pokonywać na brzuchu, przy czym jeszcze trochę luzu pozostawało, później gardło się zwężało i by przesuwać się do przodu, trzeba było odbijać się palcami u nóg i łokciami, by wreszcie przedostać się do niewielkiej komory i dalej, minąwszy uskok po prawej, dotrzeć do następnej.
Za Kubą o jaskini wpełzł Nakyy. Gdy wyszli, zdali pokrótce relację z tego, co zastali w jej wnętrzach; ze wspomnianej drugiej komory można było próbować iść alej, jednak sprawnemu przedostaniu się do dalszej części korytarzy przeszkadzała dziura, za którą to dopiero znajdowała się półka skalna, na którą trzeba by się dostać. Bez jakichś dodatkowych zabezpieczeń lepiej było nie ryzykować. Przyszła kolej na mnie i Sławka. Pożyczyłam czołówkę, koszulę i rękawice, aparat też zdecydowałam się wziąć, choć trochę obawiałam się, że mocno na tym ucierpi. Nic się mu na szczęście nie stało, a dzięki niemu powstały pamiątkowe zdjęcia ;)
Gdy już i my byliśmy usatysfakcjonowani obijaniem się o skały i tarzaniem w jaskiniowym pyle, wyleźliśmy na zewnątrz. Słońce w tym czasie miało się powoli ku zachodowi, zatem po ogarnięciu się i zwróceniu przeze mnie pożyczonych rzeczy, udaliśmy się na szczyt Diablej, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, po czym zawróciliśmy do naszego obozu.
Po powrocie czekał nas bardzo przyjemny widok: postawiona wcześniej nad ogniem fasolka miarowo bulgała sobie w kociołku, na ruszcie wisiały mięsiwa wszelkiego rodzaju, dookoła ogniska ogarnięte były lepsze siedziska, powstała nawet ławka z zadaszeniem, konstrukcji Johnny'ego bodajże (jak nie to będzie sprostowanie :P). Już wcześniej zaczynało mi burczeć w brzuchu, teraz na myśl o szykującej się uczcie ślinka sama ciekła ;) Fasolka po bretońsku, dopieszczana przez Sprężola, czekała jeszcze na podprawienie przecierem pomidorowym i zagęszczenie zasmażką z mąki i masła. Alkohole wszelkich smaków i procentowości poszły w obieg. Nie muszę chyba pisać, że nastroje dopisywały :)
Fasolka wreszcie została dokończona. Mistrz kuchni nałożył mi porcję do menażki, aż po brzegi... Myślałam z początku, że nie podołam takiej ilości na raz, ale łakomstwo i genialny smak fasolki wyprowadziły mnie z błędu :P Była tak sycąca, że już mi niczego więcej nie trzeba było. A to był dopiero początek imprezy... Procenty coraz silniej krążyły we krwi, coraz szybciej też obiegały grono skupione przy ogniu, do którego w pewnym momencie dołączył także przybyły Pasikonik (też z psiną). W dymie ogniska wędziły się powolutku szynki, żeberka, boczki i słonina, które można było sobie poskubywać. Napoczęte zostały również marynowane grzyby (o szatańskiej papryczce Kubusha nawet nie wspominając ;]), które szybko stały się zakąską do wódki. Rozmowom na tematy najróżniejsze towarzyszył tradycyjnie typowo męski humor, niewybredne żarty i rubaszny śmiech. Tylko na moment się to zmieniło, gdy rozmowy zeszły na temat pociech leśnych ojców... Pierwszy raz dane mi było słuchać tegoż leśnego, męskiego grona, opowiadających jednym głosem z taką czułością i dumą o swoich potomkach :) W obieg poszły nawet zdjęcia dzieciaczków. Mogę stwierdzić, że mężczyźni dali mi się tym samym poznać z zupełnie innej strony i mocno mnie zaskoczyli, pozytywnie oczywiście ;)
Pominęłam zdaje się w tym wszystkim jeszcze jedną atrakcję, jaką zaliczyliśmy tego dnia (ale o brak chronologii nie ciężko na takim etapie biesiadowania ;)). Wybraliśmy się mianowicie w kilka osób do źródła Sztoły, oddalonego kilkaset metrów od obozowiska. Po drodze okazało się jednak, że trasa nam się mocno wydłużyła i urozmaiciła z tego względu, że idąc zgodnie z nawigacją, dotarliśmy przypadkiem za daleko, do wyschniętych źródeł jakiegoś dopływu. Nadłożyliśmy tym samym kawał drogi, ale dzięki temu nocnemu spacerowi na przełaj przez las (w moim wydaniu bez latarki), tradycji stało się zadość i zanurzyłam stopę w grząskim błocie dna wyschniętego koryta. Bez nadprogramowej kąpieli wyprawa byłaby niepełna ;) Wkrótce dotarliśmy do właściwego źródła. Urokliwe to miejsce, zaiste... Pomnik przyrody, opisany dokładnie na znajdującej się nieopodal tablicy informacyjnej, stanowiła woda wypływająca z grubej, zardzewiałej rury. Piękna sprawa ;] Po wyrażeniu naszych zachwytów usiedliśmy sobie na chwilę na kłodzie (ławeczce?) przy utworzonym w tym miejscu małym rozlewisku. Oczywiście pochwaliłam się butem pełnym błota. Tu padła propozycja ze strony Rodzyna (którego wzięłam po ciemku za Kubę i dopiero po jakimś czasie się zreflektowałam ;]), że pożyczy mi on swoje skarpety, które ma w obozie. Jak było powiedziane, tak się stało... Tym samym podczas imprezy zyskałam nie tylko namiot, ale i zakolanówki;]
Co się dalej działo przy ognisku, po naszym powrocie, aż do wykruszenia się wszystkich imprezowiczów, to aż nie sposób opisać... Można sobie jedynie próbować wyobrazić, jak się bawi dobrze wprawione i wesołe towarzystwo ;) W ruch poszła mąka, Sikor (nowa ksywa Nakyy'ego:P) wpierniczał po kawałeczku słoninkę znad ognia, za naciąganie czapki na oczy w końcu odwdzięczyłam się strzeleniem latarką w czoło, alkohol, znów sypanie mąką, zdjęcia indywidualne, zdjęcia grupowe, alkohol, wędzonki, Sikor dalej skubie słoninkę... Pierwsi ludzie idą spać, potem powoli wykruszają się kolejni... Zaniemagam, kładę się przy ogniu, tylko na chwilkę, nie ruszajcie mnie... Johnny przekonuje mnie jednak, żebym poszła spać do namiotu. Zbieram się, trafiam o swojej willi, wbijam się w śpiwór i zasypiam.
Rano, jak to po imprezie. Wszyscy lekko śnięci i zmarnieni, powoli się rozbudzający, trzeźwiejący, skacowani lub zmęczeni - ale chyba wszyscy bez wyjątku zadowoleni :) Ktoś ogarnął ognisko, które jednak nie chciało nas uraczyć zbyt dużym płomieniem. Starczyło jednak na zagotowanie wody i rozbudzenia się kawami i herbatami. Później pozostało nam już tylko powoli zwijać obóz, wyzbierać swoje rzeczy, posprzątać, spakować się, wziąć śmieci i ruszyć w drogę powrotną do codzienności. Parę osób wraz z Pasikonikiem poszło wcześniej, miałam propozycję podwózki do Olkusza, jednak przez wzgląd na potrzebę spaceru i towarzyszącą mi przez całe życie chorobę lokomocyjną, podziękowałam. Poszłam z pozostałymi chwilę później, zostawiając za nami czystą polanę ze zmasakrowanymi borówkami. Rozstałam się z towarzystwem przy samochodzie, pozostało mi już tylko pokonać 6 km asfaltu do Olkusza, wypić herbatę w nieczynnym jeszcze kebabie, wsiąść w busa i powrócić bez żadnych już przygód do domu, po drodze myśląc tylko o tym, czy nie lepiej było usiąść nieco dalej od pozostałych pasażerów dla ich dobra ;)
Część pierwsza - wywód nie na temat, można sobie zdecydowanie podarować :D
Moja obecność wcale nie była tak oczywista. Już od dawna czaiłam się na ten wypad i uprzedziłam tym razem odpowiednio wcześnie chłopaka i mamę, żeby ich protesty i sprzeciwy cichły z każdym dniem i bym tym samym mogła ostatecznie, bez większych wyrzutów sumienia, pojechać do bukowieńskich lasów. Miała się tam odbyć leśna impreza, z nie byle jakiej okazji z resztą... Właściwie tych okazji to było kilka - świętowane miały być podwójne urodziny, podwójne pępkowe - tak, dwóch leśnych dołączyło ostatnio do grona szczęśliwych ojców :) - i obrona inżynierki; to właśnie Kubush, który to niedawno się bronił, zaprosił mnie na imprezę. Z entuzjazmem zaproszenie przyjęłam i myślałam, że nic mi nie stanie na drodze... Później jednak okazało się, że w tym terminie ma się u nas w szkole dla dziesięciu wybrańców odbyć kurs związany tematycznie z naszym fachem, finansowany prze unię - tematyka ciekawa, a mnie osobiście jeszcze długo na takie kursy stać nie będzie, bo to pieniądze niemałe w normalnych warunkach kosztuje... Żal było nie skorzystać, choć z drugiej strony zdążyłam się już załapać na podobny kurs i o tyle byłam w jakiś sposób usatysfakcjonowana. Normalnie nie miałabym większego dylematu, co wybrać, tu jednak na wypad do Bukowna tak mocno się nastawiłam, że gotowa byłam z owego kursu zrezygnować... Na szczęście się nie zakwalifikowałam i problem odpadł samoistnie :P Nie tak od razu, bo właśnie postanowiłam mimo wszystko rekrutować, żeby nie mieć potem wyrzutów sumienia na zasadzie "a może bym się dostała, może ominęła mnie jakaś szansa" - i do pierwszej dziesiątki się nie załapałam, bo 7 osób zostało potraktowanych priorytetowo z tej racji, że na żadnym kursie jeszcze nie byli, pozostałe dwa miejsca zajęły osoby z najwyższymi średnimi, no i trzecie koleżanka z taką samą średnią co ja; tu o wybraniu jej przeważyła liczba godzin nieobecności w zeszłym semestrze - u niej 13, u mnie 233 :D Tak oto sprawa niby się wyjaśniła, stanęłam na czele listy rezerwowej... Tylko owa koleżanka pospieszyła do mnie z informacją, że ona właściwie do wtorku nie będzie wiedzieć, czy uda jej się wybrać. Stąd ja do środy nie wiedziałam, czy problem rozwiązał się sam, czy czekać mnie będzie jeszcze podjęcie tej trudnej decyzji. Ostatecznie jednak koleżanka poszła na kurs, a ja z czyściuteńkim (jaaasne ;)) sumieniem wybrałam się na imprezę... Właściwie to moje Sumienie pojechało wówczas na zjazd do Warszawy i z takiej odległości próbowało wołać, żebym się opamiętała, bo mam robotę w domu (opalanie drzwi balkonowych) i naukę na styczniowy egzamin ;)
Część druga - właściwa :P (ale i tak krocie tekstu nie na temat ;])
Z ambitnych planów pracy i nauki nic nie wyszło. Na imprezie bawiłam dwa dni, a nie jeden, jak pierwotnie zakładałam (głośno, bo po cichu i tak wiedziałam, że ze sobą samą nie wygram i zostanę dłużej ;)). W każdym razie w piątek wyjechałam z Krk po czternastej - tym razem miałam czas, by po egzaminie próbnym wrócić do domu i przebrać się w leśne ciuchy, nie musiałam znów ekscentrycznym strojem intrygować nauczycieli i znajomych. Busem do Olkusza zajechałam trochę po ponad godzince jazdy, tam czekało mnie już tylko zahaczenie o sklep i skierowanie się na trasę do przebycia, podesłaną mi przez Kubusha, tj. 6 kilometrów asfaltem przez las. Mapę posiadałam w wersji nieco podłej, konkretnie miałam zrobione telefonem komórkowym zdjęcie trasy zaznaczonej na jakiejś stronce internetowej, i mimo tego, że skomplikowana to trasa nie była, to nie obeszło się bez niepotrzebnych obaw i stresów ;)
Z początku trochę się rozpędziłam w centrum Olkusza i zaszłam na jakiś most, ale szybko się zreflektowałam i obrałam właściwy kierunek. Później miałam iść już tylko przed siebie, okazało się jednak, że po drodze wyrosło mi rondo - i gdzie tu iść? - a później jakieś rozwidlenie... Niby nie było opcji się pomylić i po prostu musiałam wybrać dobrą drogę, ale jakiś taki niepokój i niepewność zostały zasiane. Tymczasem zaczęło się ściemniać, a chodniki szybko się pokończyły, zaczął się las, tym sposobem w narastającej ciemności dane mi było iść marnym poboczem wzdłuż nieoświetlonej drogi, gdzie jak na złość ruch się wzmagał z powodu blokady protestujących w centrum Olkusza i w jej następstwie wytworzenia się na mojej drodze najbardziej dogodnego objazdu dla samochodów. Szłam przed siebie dobrą chwilę, kiedy to zatrzymał się biały bus i młody facet zza kierownicy zagaił, czy mnie nie podwieźć. Pierwszy odruch - nie, dzięki (a nóż mi się tymczasem w kieszeni sam szykował :P), ale gdy facet ponowił propozycję a ja uznałam, że zdaje się nie mieć złych intencji, zaryzykowałam. W samochodzie dowiedziałam się, że marna teraz pora na taki spacer, kiepsko mnie na tym poboczu widać a widział mnie wcześniej jak szłam w centrum Olkusza, a że generalnie ostatnio jego kolega potrącił dziewczynę i uciekł, a ona się wykrwawiła... Zmuszona byłam jednak przerwać, by zaalarmować, że ja to właściwie potrzebuję wysiąść na takim ostrym zakręcie. Bo w stronę Bukowna moja droga miała mieć takie dwa, a samochodem to łatwo coś takiego przeoczyć... Facet się zdziwił, nie wiedział też, gdzie był w okolicy niegdyś poligon. Natomiast twierdził zdecydowanie, że do Bukowna na tej drodze pozostał już jeden zakręt i właśnie na nim mnie wysadził. Niedaleko mnie w sumie podwiózł. Wysiadłam, porównałam dziesięć razy ów zakręt z trasą z mapy... Coś mi się wyraźnie nie zgadzało. Po kilku rozmowach telefonicznych z Kubushem, który to wyszedł mi na spotkanie, by mnie odebrać, uznałam w końcu, że idę dalej przed siebie w poszukiwaniu następnego zakrętu. Tym razem przyświecałam już samochodom jadącym z naprzeciwka latarką, żebym nie skończyła jak ta dziewczyna z opowieści. Droga dłużyła się niemiłosiernie i jak na złość była prościuteńka, już z bardzo daleka widziałam małe żółte kropeczki nadjeżdżających samochodów. Kubush próbował mnie jakoś zlokalizować, wybadać, gdzie to się dokładnie znajduję - ustaliliśmy, że idę przed siebie, najwyżej dotrę do samego Bukowna i przynajmniej to mi już coś powie, tymczasem ja dwa razy poważniej zwątpiłam, czy nie nazbyt pochopnie zrezygnowałam z poprzedniego zakrętu. Szłam i szłam, minęłam tablicę gminy Bukowno, ale niewiele mi to powiedziało, wreszcie po swojej lewej wyhaczyłam jakiś domek w lesie i postanowiłam tam się dowiedzieć, gdzie się właściwie znajduję. Dowiedziałam się od nieco wystraszonej z początku moim wyglądem kobietki, że jakieś 500 metrów dalej jest dom starców. No i byłam w domu :) Właściwie w lesie, a jeszcze poprawniej, niemal na miejscu. Otóż właśnie przy tym domu seniora znajdował się zakręt, z którego Kubush z kilkoma towarzyszami mieli mnie odebrać.
Przywitałam się z czekającą na mnie delegacją. Naprzeciw mi wyszli prócz Kuby z Moną jeszcze Nakyy, Johnny z Rufusem, i - to straszne, ale nie pamiętam już, czy był tam też Sławek czy Rodzyn, a może obydwaj... W każdym razie poznałam wkrótce resztę towarzystwa. Prócz wymienionych, na miejscówce, do której po dość długiej wędrówce przez piaski sosnowych lasów dotarliśmy, dane mi było poznać jeszcze G. i M., a po drodze jeszcze Sprężola, który jednak postanowił rozbić się gdzie indziej.. I my po chwili namysłu zdecydowaliśmy się na taką opcję, toteż po zwinięciu przez chłopaków naszykowanych sobie wcześniej miejscówek, zapakowaniu i wzięciu najpotrzebniejszych rzeczy i kawałka słoniny z wędzarki, udaliśmy się w dalszą drogę; Sprężol do nas dołączył.
Miejscówkę wybraliśmy taką na jedną noc, byle zbyt mocno nie wiało i było w miarę płasko... W sumie okazała się wystarczająca, by obozować na niej do samego końca. Póki co jednak nastał czas na organizowanie sobie już po ciemku dogodnych miejsc do rozbijania się. Sprężol, porzuciwszy swój namiot, zdecydował się przewieszenie na sznurku pomiędzy drzewami poncha, Sławek i Kubush mieli namioty a Rodzyn z Johnny'm złożyli się na wspólny, podwójny komfort ;) Nakyy tradycyjnie spał pod plandeką ogrodową, mi pozostało się zastanowić, czy wbijam do panów czy rozwieszam swoje poncho. Stanęło na tej drugiej opcji. Gdy już wszystko każdy miał elegancko naszykowane, a ogień zaczął mile grzać, zlokalizowałam w swoim spaniu potencjalnie pod moimi czterema literami pniaczek... Tego mi tam brakowało. Nie bardzo widziało mi się szukanie innej miejscówki, konfiguracja drzew nie pozwalała zaś na przełożenie poncha na inny sposób. Postanowiłam pniaczek usunąć saperką któregoś z Panów. Tu z pomocą pospieszył mi Johnny, któremu należą się oklaski - chłopak tak się zawziął i nie odpuszczał, że ów pieniek wykopał, choć okazał się nie mały i przewredny - niby się cały ruszał, ale kilka korzeni twardo trzymało go w ziemi... Jednak, jak Johnny coś zaczyna, to nie ma opcji, by nie skończył - wylazł w końcu spod mojego poncha, triumfalnie dzierżąc w ręce pieniek. Zmachał się okrutnie i sporo czasu się z nim szarpał, ja już parę razy bym rozbiła to poncho gdzie indziej - ale należą się podziękowania i dozgonny podziw ;P ...Dzięki temu miałam teraz bardzo miękkie podłoże :)
Przy ogniu siedzieliśmy dobrą chwilę, za ten czas zdążyliśmy się wszyscy ze sobą zapoznać i zasymilować. Towarzystwo okazało się wyborne :) Wyśmienity był także żur produkcji Kuby, tj bardzo gęsta i brązowa zupa (gulasz?) na domowym zakwasie, z wkładką w postaci kaszy :) Postać żurku niespotykana, ale złego słowa o nim nie powiem, bo smak miał po prostu rewelacyjny... Tym bardziej, że ja po prostu przepadam za żurkiem i kaszą. Poza tym dane było skosztować innego jadła, przede wszystkim zaś napojów ;) Wyjątkowo smaczny okazał się domowy chlebek i smarowidła na bazie sało Kubusha. Gdy już wszystkich ogarnęło zmęczenie, porozchodziliśmy się do swoich posłań... Jednym się spało lepiej, innym gorzej - większości było ciepło, mnie zaś tak okrutnie tyłek wymarzł, że byłam bliska sądzenia, że umrę z zimna - oczywiście to tylko złudne wrażenie, spotęgowane alkoholem, generalnie chyba zimniej jak w ambonie w Beskidzie Wyspowym mi nie było :D Tak czy inaczej na pewno odczuwany chłód i konieczność ciągłego obracania się przyczyniły się do naprodukowania całej gamy tak okrutnie debilnych snów, że aż mi się słabo robi, jak o nich pomyślę... Już lepiej chyba zmęczyć się porządnie jakąś wędrówką za dnia i śnić o niczym, niż tak mocno w nocy angażować umysł w psychodeliczne i abstrakcyjne wizje ;]
Rano wstaliśmy mniej więcej o podobnej porze. Mnie obudziło szturchnięcie w głowę - byłam przekonana, że to pastwi się nade mną Johnny, ale okazało się, że tym razem na ten pomysł wpadł jego podopieczny i w momencie uchylenia przeze mnie w kapturze śpiwora małego okienka, tradycyjnie już wetknął mi nos w oko. Nafuczałam na niego i chwilę później postanowiłam wstać, co by nie wylądować śpiworem w kałużach na ceracie użyczonej przez Johnny'ego, które kątem oka przyuważyłam. Przez niemal całą noc padało. Jednak, że tego dnia wpadł mi do głowy niecny plan próby rozpalenia ognia zapałkami lub krzesiwem, bez użycia "niesurvivalowych" pomocy, poszłam się przejść, by nazbierać trochę rozpałki. Gdy wróciłam, pierwszy płomyk już ochoczo buchał z podłożonej kory brzozy. Patyczki przyniesione przeze mnie przydały się, tak jak i potężny płat kory - ale ogień zdecydowanie nie był mój ;) No nic, jeszcze kiedyś przyjdzie na to pora. Może to lepiej, bo tym samym w niedługim czasie dane nam było zjeść ciepłe śniadanie (w moim wydaniu znów pulpety z kuskus) i wypić coś ciepłego lub zimnego, jak kto wolał ;) Później część ekipy wybrała się do poprzedniego obozu w celu odzyskania paru istotnych fantów, w tym kociołka, trochę mięsiwa i sprzętów własnych. Wrócili po jakimś czasie. Sprężol postanowił nie odzyskiwać swojego namiotu, w którym wypaliło się poprzedniego wieczoru kilka dziurek i złamał się jeden element stelażu. Porzucił, nie chciał, wyrzucił, o czym długo się upewniał Kuba, zanim... Go dla mnie wziął B) W ten oto przedziwny sposób stałam się nową właścicielką porzuconego namiotu... A jest to rzecz nie byle jaka, mało tego, po prostu wypaśna :) Trzyosobówka będzie co prawda dla mnie zbyt ciężka na noszenie podczas wypadów wędrownych, ale już widzę tysiące potencjalnych wypadów stacjonarnych, czy to w większym i bardziej leśnym gronie, czy też bardziej kameralnym, z moim facetem. Tak, namiot będzie genialnym pretekstem do wyciągnięcia go wreszcie w teren. Przyda się po prostu niesamowicie. Dzięki wielkie, chłopaki! :D
Kuba pomógł mi rozłożyć moją nową sypialnię. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania... Ale pomińmy zachwyty, bo nie wylezę z tego namiotu :P No więc wkrótce wykreował się mniej więcej plan na ten dzień: część towarzystwa miała się udać do Biedronki w celu uzupełnienia zapasów, potem druga tura szykowała się na eksplorację położonej stosunkowo niedaleko jaskini. Ja się znalazłam w tej drugiej ekipie; podczas oczekiwania na przybycie mężczyzn z zakupami, my kręciliśmy się po obozowisku, siedzieliśmy przy ogniu i gadaliśmy, panowie zaczęli nawet w międzyczasie organizować rusztowanie pod kociołek a Sławek dodatkowo walczył z butami, które znalazł w piwnicy i które zbyt pochopnie postanowił rozchodzić. Ja trochę nie robiłam nic, trochę poszwendałam się po okolicy, poszłam też zrobić parę zdjęć - jak już Sławek pomógł mi rozwiązać problem zaparowania obiektywu i w ogóle coś tam trochę o fotografii poopowiadał.
| autor: Kubush |
Wejście owo stanowiła niewielka dziura u podnóży skały, znajdującej się po drugiej stronie szczytu Diablej Góry. Postanowiliśmy zwiedzać czarną czeluść parami, by nie pozostawiać na zewnątrz bez opieki naszych rzeczy i Mony. Pierwszy w dziurę w skale wgramolił się Kubush, by wybadać, czy w ogóle warto się w nią pchać. Chwilę później z głębi skały dobiegło nas wołanie, że wszystko w porządku i druga osoba może za nim leźć, będzie gdzie nawrócić. Tu muszę nadmienić, że początkowy odcinek należało pokonywać na brzuchu, przy czym jeszcze trochę luzu pozostawało, później gardło się zwężało i by przesuwać się do przodu, trzeba było odbijać się palcami u nóg i łokciami, by wreszcie przedostać się do niewielkiej komory i dalej, minąwszy uskok po prawej, dotrzeć do następnej.
Za Kubą o jaskini wpełzł Nakyy. Gdy wyszli, zdali pokrótce relację z tego, co zastali w jej wnętrzach; ze wspomnianej drugiej komory można było próbować iść alej, jednak sprawnemu przedostaniu się do dalszej części korytarzy przeszkadzała dziura, za którą to dopiero znajdowała się półka skalna, na którą trzeba by się dostać. Bez jakichś dodatkowych zabezpieczeń lepiej było nie ryzykować. Przyszła kolej na mnie i Sławka. Pożyczyłam czołówkę, koszulę i rękawice, aparat też zdecydowałam się wziąć, choć trochę obawiałam się, że mocno na tym ucierpi. Nic się mu na szczęście nie stało, a dzięki niemu powstały pamiątkowe zdjęcia ;)
| oba powyższe zdjęcia powstały dzięki Kubushowi :) |
| autor: Kubush |
Fasolka wreszcie została dokończona. Mistrz kuchni nałożył mi porcję do menażki, aż po brzegi... Myślałam z początku, że nie podołam takiej ilości na raz, ale łakomstwo i genialny smak fasolki wyprowadziły mnie z błędu :P Była tak sycąca, że już mi niczego więcej nie trzeba było. A to był dopiero początek imprezy... Procenty coraz silniej krążyły we krwi, coraz szybciej też obiegały grono skupione przy ogniu, do którego w pewnym momencie dołączył także przybyły Pasikonik (też z psiną). W dymie ogniska wędziły się powolutku szynki, żeberka, boczki i słonina, które można było sobie poskubywać. Napoczęte zostały również marynowane grzyby (o szatańskiej papryczce Kubusha nawet nie wspominając ;]), które szybko stały się zakąską do wódki. Rozmowom na tematy najróżniejsze towarzyszył tradycyjnie typowo męski humor, niewybredne żarty i rubaszny śmiech. Tylko na moment się to zmieniło, gdy rozmowy zeszły na temat pociech leśnych ojców... Pierwszy raz dane mi było słuchać tegoż leśnego, męskiego grona, opowiadających jednym głosem z taką czułością i dumą o swoich potomkach :) W obieg poszły nawet zdjęcia dzieciaczków. Mogę stwierdzić, że mężczyźni dali mi się tym samym poznać z zupełnie innej strony i mocno mnie zaskoczyli, pozytywnie oczywiście ;)
Pominęłam zdaje się w tym wszystkim jeszcze jedną atrakcję, jaką zaliczyliśmy tego dnia (ale o brak chronologii nie ciężko na takim etapie biesiadowania ;)). Wybraliśmy się mianowicie w kilka osób do źródła Sztoły, oddalonego kilkaset metrów od obozowiska. Po drodze okazało się jednak, że trasa nam się mocno wydłużyła i urozmaiciła z tego względu, że idąc zgodnie z nawigacją, dotarliśmy przypadkiem za daleko, do wyschniętych źródeł jakiegoś dopływu. Nadłożyliśmy tym samym kawał drogi, ale dzięki temu nocnemu spacerowi na przełaj przez las (w moim wydaniu bez latarki), tradycji stało się zadość i zanurzyłam stopę w grząskim błocie dna wyschniętego koryta. Bez nadprogramowej kąpieli wyprawa byłaby niepełna ;) Wkrótce dotarliśmy do właściwego źródła. Urokliwe to miejsce, zaiste... Pomnik przyrody, opisany dokładnie na znajdującej się nieopodal tablicy informacyjnej, stanowiła woda wypływająca z grubej, zardzewiałej rury. Piękna sprawa ;] Po wyrażeniu naszych zachwytów usiedliśmy sobie na chwilę na kłodzie (ławeczce?) przy utworzonym w tym miejscu małym rozlewisku. Oczywiście pochwaliłam się butem pełnym błota. Tu padła propozycja ze strony Rodzyna (którego wzięłam po ciemku za Kubę i dopiero po jakimś czasie się zreflektowałam ;]), że pożyczy mi on swoje skarpety, które ma w obozie. Jak było powiedziane, tak się stało... Tym samym podczas imprezy zyskałam nie tylko namiot, ale i zakolanówki;]
Co się dalej działo przy ognisku, po naszym powrocie, aż do wykruszenia się wszystkich imprezowiczów, to aż nie sposób opisać... Można sobie jedynie próbować wyobrazić, jak się bawi dobrze wprawione i wesołe towarzystwo ;) W ruch poszła mąka, Sikor (nowa ksywa Nakyy'ego:P) wpierniczał po kawałeczku słoninkę znad ognia, za naciąganie czapki na oczy w końcu odwdzięczyłam się strzeleniem latarką w czoło, alkohol, znów sypanie mąką, zdjęcia indywidualne, zdjęcia grupowe, alkohol, wędzonki, Sikor dalej skubie słoninkę... Pierwsi ludzie idą spać, potem powoli wykruszają się kolejni... Zaniemagam, kładę się przy ogniu, tylko na chwilkę, nie ruszajcie mnie... Johnny przekonuje mnie jednak, żebym poszła spać do namiotu. Zbieram się, trafiam o swojej willi, wbijam się w śpiwór i zasypiam.
Rano, jak to po imprezie. Wszyscy lekko śnięci i zmarnieni, powoli się rozbudzający, trzeźwiejący, skacowani lub zmęczeni - ale chyba wszyscy bez wyjątku zadowoleni :) Ktoś ogarnął ognisko, które jednak nie chciało nas uraczyć zbyt dużym płomieniem. Starczyło jednak na zagotowanie wody i rozbudzenia się kawami i herbatami. Później pozostało nam już tylko powoli zwijać obóz, wyzbierać swoje rzeczy, posprzątać, spakować się, wziąć śmieci i ruszyć w drogę powrotną do codzienności. Parę osób wraz z Pasikonikiem poszło wcześniej, miałam propozycję podwózki do Olkusza, jednak przez wzgląd na potrzebę spaceru i towarzyszącą mi przez całe życie chorobę lokomocyjną, podziękowałam. Poszłam z pozostałymi chwilę później, zostawiając za nami czystą polanę ze zmasakrowanymi borówkami. Rozstałam się z towarzystwem przy samochodzie, pozostało mi już tylko pokonać 6 km asfaltu do Olkusza, wypić herbatę w nieczynnym jeszcze kebabie, wsiąść w busa i powrócić bez żadnych już przygód do domu, po drodze myśląc tylko o tym, czy nie lepiej było usiąść nieco dalej od pozostałych pasażerów dla ich dobra ;)
Etykiety:
biwak,
Bukowno,
jaskinie,
Jura,
Jura Krakowsko-Częstochowska,
lasy,
namiot,
nocleg w terenie,
obozowisko,
ognisko,
psy,
relacja,
rzeki,
spacer,
swojskie wyroby,
źródła
Subskrybuj:
Posty (Atom)