Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2013

Pod górę

Może to kwestia ponurej aury za oknem, może destabilizacji stanu zdrowia, może wizji nadciągających nieuchronnie zmian w życiu, konieczności zakończenia pewnego etapu i wkroczenia w następny... A może wszystko po trosze. Tak czy inaczej, czuję się ostatnio wyjątkowo marnie. Wciąż jem i śpię, w przerwach funkcjonując w społeczeństwie na najniższych obrotach. Nie mam na nic siły, na nic ochoty... Myśl o zbliżającym się okresie wielkich zmian rozbudza nadzieje, po czym brutalnie usadza na ziemi z przeświadczeniem, że zwyczajnie nie podołam. Nie umiem się ogarnąć w szarej codzienności, jak zatem mam z podniesioną głową wkroczyć w nowe życie i przedsięwziąć tyle nowych działań, wymagających czasu, mobilizacji, samozaparcia i wiedzy?... Zaszywam się zatem w domu, marna i słaba, otulając się szczelniej kocykiem snuję się po powierzchni mieszkania - próbuję nie myśleć... Potrzebuję wpaść w wir codzienności, takiej, podczas której na myślenie zwyczajnie nie ma czasu. Okazuje się jednak, że wszystko mogę sobie odpuścić, nie ma praktycznie w moim planie tygodnia takich punktów, których nie da się przesunąć, pominąć czy obejść naokoło... Zajęcia notorycznie opuszczam - jestem dobra w tym co robię i wystarcza mi pojawienie się w szkole raz na jakiś czas, by wszystko w błyskawicznym tempie nadrobić. Jak już się na nie wybrać muszę, to nic nie stoi na przeszkodzie, bym się zwolniła, kiedy żywcem nie będę miała ochoty dłużej zostać. Praktyki ostatnio sobie odpuściłam - co też mogłam zrobić bez większych skrupułów, bo z szefową umówiłam się na bardzo wygodny tryb pracy - przychodzę, kiedy mogę. No więc ostatnio po prostu notorycznie nie mogę i co poradzić. Ona jest wyrozumiała, nie nagli, nie jestem jej z resztą niezbędna w tym okresie...  Skomplikowane sprawy rodzinne tylko jeszcze bardziej się komplikują - dzięki mojej osobistej ingerencji z resztą. Dziś jest dzień, w którym przynajmniej w tym temacie coś ruszy do przodu. Będę już krok dalej w tej mojej wędrówce ku przyszłości. Czuję się trochę tak, jakbym bardzo zmęczona wychodziła pod górę. Nie jakąś gigantyczną - na te wychodzi się lepiej, niejako mechanicznie. Moja góra jest na tyle trudna, bym z niechęcią myślała o każdym następnym kroku, na tyle też wredna, bym po drodze zdążała zauważać ostre krawędzie śliskich kamieni, wystające korzenie, grząski grunt - przy czym w międzyczasie mam jeszcze wystarczającą jasność umysłu, by dostrzegać wszystkie boczne ścieżki wiodące w dół, wszystkie piękne widoki przebijające się zza drzew... I choć codzienne unikanie życia nie powoduje zastoju w wędrówce, to ciążących mi wyrzutów sumienia i "spraw przesuniętych na kiedyś" jest coraz więcej.


...Co ujrzę ze szczytu?

czwartek, 5 września 2013

Kolejny zryw wolności?

...Chyba wreszcie skutecznie uwidziała mi się kolejna samotna wyprawa :) Od dłuższego czasu mam ssanie na samotne wyjście w teren, wczasy na północy Polski nie zaspokoiły mojej potrzeby prawdziwego obcowania z przyrodą... I pomęczenia się trochę ;) Miałam jechać zaraz w pierwszy weekend po nich, ale ostatecznie wybrałam się z chłopakiem do Sułoszowy - czyli tam, gdzie zawsze, przy czym nie wybraliśmy się na żaden spacer po okolicy, nie mówiąc już o odwiedzeniu Ojcowskiego Parku Narodowego. Ot, przesiedziałam dwa dni w domu, w najlepszym wypadku wychodząc do sklepu. Nie powiem, takie błogie lenistwo jest bardzo miłe, ale mnie już za bardzo dusi wisielcza pętla codzienności i woła zew natury... Mam zatem ogromną nadzieję, że to, co mi się od dłuższego czasu niezdefiniowane tłukło we łbie, a co dziś postanowiłam dookreślić i skonkretyzować, wypali - i póki noce nie są na minusie, uda mi się skorzystać z jakiegoś lasu użyczającego mi miejsca noclegowego ;)

Inna sprawa, że na swoim koncie mam dopiero dwa wyjścia z nocowaniem na dziko, i, choć nie były to komfortowe warunki (raz wilgoć, raz komary), to temperatury nocą chyba panowały wyższe (nie mam porównania z pierwszym razem, dlatego "chyba"). W teorii niby wiem, czego się spodziewać, w praktyce jednak czuję lekki niepokój/podniecenie. Tak czy inaczej chcę wykorzystać te ostatnie dni lata, póki na głowę nie zwaliły mi się jeszcze przygotowania do egzaminu dyplomowego... Z resztą, całą zimę zapewne przesiedzę w domu, to co - mam czekać do wiosny?...


Potrzebuję tego wyjścia. Potrzebuję oddechu i dystansu.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień I

Czas wziąć się powoli za zdanie relacji z wczasów na Suwalszczyźnie, póki pamięć w miarę świeża i wspomnienia nierozmyte - a i tak przyznać się muszę, że bez podpierania się dokumentacją z aparatu, nie wiedziałabym, co się działo i w jakiej kolejności ;) Nadmienię też, że z nabytym zupełnie niedawno aparatem fotograficznym (Canon 400d, używany, zakupiony za pośrednictwem allegro) rozstawałam się tylko wtedy, gdy krzywe spojrzenie niezadowolonego na ogół z tego faktu chłopaka graniczyło z faktyczną obrazą. Nie uwieczniłam więc wszystkiego, co bym chciała, ale takiej kontroli ze strony Lubego zdecydowanie trzeba mi było, bo wpadałam w szał cykania :P Tak czy inaczej, zdjęć powstały krocie, w relacji umieszczać będę tylko te najlepiej oddające chwilę. A więc, do dzieła ;)

Podróż i przyjazd - dzień I

Na dzień przed wyjazdem ostatecznie ustąpiły wszelkie problemy i komplikacje, które się nawinęły po drodze. Wieczorem przygotowałam część rzeczy, resztę miałam dopakować z rana. Szymeon, chłopak siostry Mego, podjechał po mnie po godzinie 7:30. W ok. 20 minut byliśmy pod domem rodzeństwa. Tam, jak zwykle, przygotowania były w toku; mama dosmażała kotlety z kurczaka i przygotowywała herbatę do termosu, ja coś tam dziabłam, faceci plus siostra dopakowywali i wynosili bagaże. Wielka konsternacja naszła wszystkich w momencie przytaszczenia pod samochód bagażu Starszej, ale po paru przełożeniach udało się go zapakować. Wyjechaliśmy kawałek przed dziesiątą. Dzień zapowiadał się słonecznie, nastroje dopisywały właściwie przez całą drogę. Jechaliśmy niespiesznie, spowalniani przed dwa rowery Starszyzny przytroczone na dachu samochodu. Zaliczyliśmy kilka postojów na kanapki z kurczakiem, moje kabanosy i herbatka termosowa doskonale spisywały się w trakcie jazdy; herbata ze starego termosu rodzeństwa okazała się niepitna. Poza żarełkiem obfitszym oczywiście przez całą drogę było co chrupać, zatem, bez konieczności dokarmiania się w mijanych po drodze zajazdach, dotarliśmy bez większych problemów (poza dwoma niestrasznymi zatorami drogowymi) po ok. 9 godzinach jazdy.

Przed Suwałkami przeważał równinny, rolny krajobraz. Docieraliśmy więc na miejsce, nie spodziewając się tak naprawdę zupełnie odmiennego kawałka świata; jeszcze same Suwałki postraszyły postkomunistycznym budownictwem. Po minięciu największego w regionie miasta wjechaliśmy pozacywilizacyjną pustkę, gdzie na krótkim postoju nasze płuca, po raz pierwszy tego dnia, wypełniło rześkie, czyste powietrze pachnące lasem i słońcem, chowającym się czasem za niegroźnymi chmurami. Od Suwałk pozostało nam już niewiele jazdy - ale świat za oknem tak szybko zaczął przybierać odmienne formy, że jazda wydała się pełniejsza w widoki, niż dotychczas. A może po prostu czuliśmy już ekscytację z faktu rychłego dotarcia na miejsce.

Mimo "nieskomplikowanej" infrastruktury drogowej w regionie, samo odnalezienie właściwego gospodarstwa wiązało się z chwilą pobłądzenia. Przedzierając się polną, kamienistą i wyboistą drogą przez krzaczory, dotarliśmy do pierwszego gospodarstwa agroturystycznego, gdzie dowiedzieliśmy się, że jedziemy do następnego, kawałek dalej. To dobrze, to wydawało się zbyt "nadmuchane" - z trzech sztucznych palm na obejściu jeszcze długo się naśmiewaliśmy. Nasze gospodarstwo okazało się leżeć między pagórkami, pomiędzy rozjazdami polnych dróg. Dojeżdżając na miejsce naszym oczom ukazał się bardzo miły widok - nieogrodzone siedlisko, bliskie naturze drewniane budownictwo, starodrzew okalający gospodarstwo, podmokła łączka i zagajniczek na prawo, pod domkiem, a na lewo brzeg jeziora wysypany piaskiem i otoczony naturalną łączką i trzcinami oraz wyjątkowo urokliwy, przerzedzony sosnowy lasek rosnący na wzgórzu przy jeziorze. Wjeżdżaliśmy na żwirowy podjazd ostrożnie, próbując nie przejechać pchającego się pod koła dużego psa o biszkoptowym umaszczeniu. Jego dwaj mniejsi i nierasowi towarzysze byli głośniejsi, acz bardziej rozważnie zachowywali bezpieczną odległość. Zatrzymaliśmy się.




Każdy z nas przy wysiadaniu został przez każdą z pociesznych psin dość swobodnie powitany; małe szczekały, ale od razu dały się pogłaskać, większy pies skakał i kąsał delikatnie. Okazał się "wyrośniętym" szczeniakiem, którego właścicielka wyczekiwała na dniach wizyty psiej treserki, co by go troszeczkę przytemperowała i ułożyła. Luna nikomu krzywdy nie zamierzała zrobić, mniejsze koleżanki Daga i Kika również.




Właścicielki nie zastaliśmy, przywitał się z nami jej mąż. Po krótkiej, życzliwej rozmowie, pokazał nam nasze pokoje i wspomniał o paru kwestiach organizacyjnych. Dostaliśmy, jak się okazało, lepsze pokoje z aneksami kuchennymi, bo nasze zajęli starsi Niemcy, z powodu jakiejś awarii we własnym. Prócz Niemców w gościach aktualnie przebywali Warszawiacy. Ani z jednymi, ani z drugimi w czasie pobytu nie asymilowaliśmy się nadmiernie, ale oczywiście też nikt nikomu nie przeszkadzał. Atmosfera od samego początku była tak miła i luźna, że wszyscy chyba czuli się dobrze i swobodnie. My na pewno. Rozgościliśmy się w pokojach i wyszliśmy na zewnątrz. Po krótkiej mżawce nasze gospodarstwo przepasała piękna tęcza. Później, na zdjęciach, dopatrzyłam się drugiej. Podczas fotografowania tęczy właśnie miałam pierwszą "próbę sił" z Lubym odnośnie ilości robionych zdjęć - było to zapowiedzią późniejszych niegroźnych utarczek, nabijania się i przekomarzania, jakimi próbował mnie "wyleczyć" z nałogu ;)



Dzień się kończył. Wyszliśmy jeszcze tylko na spacer po najbliższej okolicy - nad brzeg jeziora, później łąką w górę, pod sosnowy lasek. Widoki ubogacił nam niesamowicie efektowny zachód słońca - chyba najpiękniejszy za czas całego pobytu. Oświetlane ostatnimi promieniami słońca chmury tworzyły nad jeziorem krwiście czerwone smugi, które różowym światłem odbijała migocąca, ciemna tafla jeziora. Natura jest najlepszym projektantem i artystą...




Zmęczona podróżą, jak pozostali, dość szybko zawędrowałam do łóżka. W głowie pierwsze wrażenia dnia dzisiejszego roiły się naprzemiennie ze snuciem planów na dzień następny... A o nim jutro :)

sobota, 11 maja 2013

Tam i z powrotem, czyli Wielka Improwizacja

Wróciłam dziś z jednodniowej wyprawy w Beskid Średni, konkretnie z okolic Myślenic i Pcimia. W tytule posta, wbrew pozorom, zawiera się jej kwintesencja ;) Bo dokładnie tak to było: tam, i z powrotem, a pewna okoliczność wywróciła moje poukładane i roztropne plany do góry nogami, zostawiając mnie na pastwę własnych ograniczeń i możliwości. Ale, po kolei...

Przedwczoraj wieczorem poinformowałam stanowczo mamę, że wybieram się w weekend na wyprawę do Myślenic. Wieczorem zrobiłam listę niezbędnych rzeczy, narzędzi i sprzętów, spakowałam częściowo plecak, resztę rzeczy do wzięcia położyłam na kupce, by o niczym nie zapomnieć. Do późna wisiałam nad świeżo zakupioną mapą Beskidu Średniego, na której uwzględnione zostały interesujące mnie okolice. W zamiarze miałam spędzić czas aktywnie, przemierzając jakiś interesujący szlak przez praktycznie cały dzień, by na wieczór rozbić gdzieś obóz i spędzić pierwszą w życiu noc w lesie. Nie mogąc się jednak zdecydować (może z racji pory) na żaden z wytyczonych szlaków, pozostawiłam sobie dokładny wybór na dzień następny.

Wstałam rano dość wcześnie, musiałam jeszcze dosuszyć parę wypranych rzeczy. Sprawdziłam listę, czy wszystko wzięłam. Wyszłam z domu po godzinie 9:00, z przepakowanym 30-to litrowym plecakiem z przywieszonym u dołu śpiworem i nieudolnie umocowaną karimatą. Dotarłam w okolice dworca, tam wsiadłam w pustego busa. Za pięć złotych dotarłam koło 10:00 do punktu startowego, do Myślenic.

Po zakupie wody mineralnej i banana w mijanym warzywniaku, przysiadłam na dłuższą chwilę na ławeczce przy nieczynnej budce fastfoodowej nad Rabą. Po kolejnym przestudiowaniu mapy zdecydowałam się zaatakować wzgórza od strony Zarabia; okolicę tę poznałam podczas wyjazdu na Sylwestra z R. i jego znajomymi, zatem wiedziałam przynajmniej w którą stronę się udać, by dotrzeć na ulicę, z której miałam wejść na obrany czerwony szlak; zaraz u jego początku miałam się natknąć na ruiny jakiejś baszty, ale szlak w momencie znikł mi z oczu i dopiero po jakichś 15 minutach znów na niego weszłam. Dalej starałam się już iść tylko zgodnie z wytyczonymi drogami, praktycznie nie zbaczając na boki - widoki i tak były zdecydowanie satysfakcjonujące :)




Trasa prowadziła praktycznie cały czas pod górę, podejścia wielokrotnie były bardzo strome i niewygodne; droga, wyjeżdżona przez leśne traktory i wyżłobiona przez spływające podczas ulewnych deszczów strumienie, przypominała bardziej głęboki na średnio pół metra rów, z nierównym, wyżłobionym dnem usianym kamieniami i odłamkami skalnymi. W wielu miejscach było nie tylko krzywo i niestabilnie, ale też zwyczajnie mokro i błotniście.


Droga na pierwszy szczyt była mozolna i uciążliwa, ale opłaciło się. Widoki wyłaniające się zza drzew porastających wierzchołek Uklejny napawały mnie dumą i samozadowoleniem, w pełni rekompensowały poniesiony trud. Tam też pozwoliłam sobie na dłuższy, ok. 30minutowy odpoczynek i zjedzenie nabytego wcześniej banana, a nawet, wbrew zasadom, wyrycie swojego znaku rozpoznawczego w korze buka, noszącego na sobie wiele cięć. Po 12:15 ruszyłam w dalszą wędrówkę.


Teraz miało być już łatwiej, kolejny na trasie szczyt był niższy od Uklejny, dzięki czemu prawie cały czas szłam łagodnie w dół. Za owym szczytem droga doprowadziła mnie do zejścia się kilku szlaków, które następnie miały się rozchodzić na różne kierunki. Miałam chwilę wahania, czy nie udać się czasem do jedynego w okolicy schroniska na Kudłaczach, ale wiązałoby się to z nadłożeniem drogi. Plan miałam taki, by dotrzeć do Pcimia, a potem iść dalej, żółtym szlakiem na kolejne zalesione szczyty, by nocleg wypadł mi z dala od domostw ludzkich; gdybym zahaczyła o Kudłacze, mogłabym potem nie zdążyć oddalić się od Pcimia. Ostatecznie zdecydowałam zatem trzymać się żółtego szlaku.






Las szybko ustąpił miejsca łąkom, przez które wiodła mnie wciąż kamienista dróżka. Pośród polnych roślin dostrzegłam miętę i szczaw, których trochę nazbierałam z myślą o wieczornej herbatce i zupie szczawiowej z ogniska. Do tej drugiej miałam marchew, cebulę, sól i jajka, pozostało tylko dokupić w mieścinie jakąś śmietanę do zabielenia. Plan był równie ambitny, co i prosty... Po chwili relaksu zebrałam się z łąki i poszłam dalej w dół, dochodząc wreszcie do płaskiego terenu przylegającego do ruchliwej drogi. Miałam przeciąć łąkę po przekątnej i dotrzeć do przejścia przez drogę i rzekę, tak też zrobiłam i znalazłam się w spokojnym centrum Pcimia. Skierowałam się w stronę sklepu, z myślą o jakimś prowiancie do zjedzenia od razu, gdyż głód znów zaczął mi dokuczać. Kupiłam jogurt naturalny (zamiast śmietany, bo nie było), dwie bułki, serek topiony z szynką i jogurt pitny. Byłam zbyt zmęczona, by szukać jakiejś urokliwej miejscówki, zeszłam od razu nad przecinającą Pcim rzeczkę za jakimiś domostwami. Zrzuciłam z siebie plecak, buty i skarpetki, rozłożyłam karimatę i z ulgą zanurzyłam znużone stopy w zimnej, wartkiej wodzie, zrobione naprędce kanapki popijając jogurtem.

Dalsza droga niestety znowu wiodła pod górę. Początkowo szłam asfaltem (po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu po zapalniczkę). Żółty szlak generalnie od początku był gorzej znakowany od czerwonego (znaki tamtego można było dostrzec właściwie co drzewo, co zakrawało o absurd), na tym odcinku poczułam się kompletnie zdezorientowana. Nie widząc w zasięgu wzroku kolejnego oznaczenia, poszłam przed siebie asfaltem; później musiałam się wracać, żeby odbić w miejscu mojego złego wyboru do góry, na drogę przypominającą raczej dojazdówkę do domu niż normalną uliczkę. Zaraz za zakrętem znów oznaczenie mi uciekło, z prośbą o wskazówkę zwróciłam się do dwóch dyskutujących żywo sąsiadek. Poradziły mi drogę "przystępniejszą" - czyli kolejny rów wysypany nierówno kamieniami. Druga ponoć wiodła przez trawę. W każdym razie zbiegały się chyba gdzieś niedaleko, nawet nie zauważyłam gdzie. Pod górę parłam w stronę zalesionego stoku, uważniej szukając lekko wyblakłych i generalnie mało widocznych żółtych oznaczeń. Polna droga, momentami wysypana kamieniami, czasem zwyczajna gruntowa, wiodła mnie skrajami łąk i pól, wprowadzając czasem na krótsze lub dłuższe odcinki do lasu; później proporcje się odwróciły, więcej mordowałam się w leśnych kamienisto-błotnistych "rowach". Co jakiś czas docierałam do miejsc, z których roztaczały się piękne widoki.



 Nie wprawiały mnie już jednak w taki zachwyt, jak z początku; czułam się okrutnie umęczona. Zmordowały mnie strome podejścia, nierówne i trudne podłoże, upał i skąpa ilość wody. Miałam ze sobą resztę pitnej gazowanej, drugą półlitrówkę napełniłam jeszcze w Pcimiu rzeczną wodą, choć miałam wątpliwości co do jej stuprocentowej czystości - traktowałam ją zatem jako wodę "awaryjną", przeznaczoną raczej docelowo do przegotowania na herbatę. Oszczędzając wodę z każdym łykiem, za cel dalszej wędrówki obrałam znalezienie któregoś z potoków obiecanych na mapie. W tym celu, jeżeli tylko w miarę potrafiłam zlokalizować swoje położenie na mapie, odbijałam nieco na boki. Bezskutecznie. W pewnym momencie zaczęłam myśleć tylko o wodzie. Czułam się wycieńczona, ale jeśli bym miała rozbić się gdzieś na danym odcinku szlaku i wypić to, co mam, rano zostałabym z niczym, a czekałby mnie do przebycia szmat drogi. Szłam więc dalej, dysząc okrutnie, ze wzrastającym bólem głowy i kompletnym brakiem sił, po drodze robiąc coraz częstsze postoje. Raz wyłożyłam się nawet na karimacie na napotkanej polanie i leżałam, póki nie poczułam odrobiny ukojenia. Nie wiem, jaki miałam nastrój - raczej się na tym nie skupiałam, szłam niejako mechanicznie. Wyłączyłam ze świadomości zmęczenie psychiczne, fizyczne zaś odbierałam falami. W momentach "automatyzmu" wędrówki wciąż byłam w stanie zaciekawić się czymś, zastanowić nad pięknem krajobrazu. Myślałam o coraz nadciągającej konieczności rozbicia obozowiska. Jak to będzie? Czy sobie poradzę?...
Tak, chyba czułam się szczęśliwa.


W tym duchu pokonałam jeden z najwyższych w tym rejonie szczytów. Nie znaczyłam jednak drzewa swoim nickiem, nie czułam też rozpierającej dumy, jak podczas zdobycia Uklejny. Ba, mimo wielokrotnego zerkania na mapę nie zapamiętałam jego nazwy. Wiem, że coś na K., od jego nazwy zresztą nazwano całe pasmo górskie. 857m n.p.m... Po nim wreszcie miałam umiarkowanie obniżającą się trasę, po drodze jeszcze jedno niewielkie podejście na niższy szczyt. Trasa była różna, często musiałam omijać utworzone na drodze małe a głębokie rozlewiska. Wiedziałam, że głębokie, bo w międzyczasie zorganizowałam sobie dwa kijki do wsparcia coraz mniej pewnie stawianych kroków i słabnącej równowagi. Ba, pierwotnie dość liche kijki z suchych gałęzi zdążyłam po drodze wymienić na dwie świeżo ścięte, prościutkie, brzozowe... W ogóle po drodze z Pcimia działo się trochę, co w miarę wzrastającego zmęczenia coraz mniej przyswajałam. Nie bardzo byłam w stanie odtworzyć, gdzie się zatrzymywałam, która polanka była po której... Zrobiło się późno. Mój żółty szlak połączył się z czarnym i zielonym. Minęłam ogrodzoną działkę z trzema facetami. Miałam potrzebę już gdzieś tu się zatrzymać, ale rozsądek kazał mi się od nich oddalić. Kawałek dalej natrafiłam na polankę z paleniskiem, ławeczkami i stoliczkiem; po przeciwnej stronie drogi, poniżej mnie, znajdowały się jakieś zabudowania. Trzeba było iść dalej, tu słychać było psy. Za blisko ludzi. No więc poszłam... Szlaki się rozdzieliły, powlekłam się jeszcze kawałek moim żółtym i koło 19:30 zaczęłam szukać odpowiedniej miejscówki na nocleg. Zeszło mi z tym szukaniem, akurat las był tu dość widny i mało zakrzaczony, z drogi wiele było widać. Poszlajałam się dłuższą chwilę po chaszczach, naprzymierzałam, kładąc plecak w obranym miejscu i obchodząc upatrzone miejsce z różnych stron w celu oceny jego widoczności... Marnie z tym było. Towarzyszyło mi nieznośnie wspomnienie wszystkich mijanych po drodze idealnych na nocleg miejsc. Wreszcie znalazłam w miarę przystępne krzaki, z płaskim terenem i większymi drzewami, na których mogłam zawiązać moją pałatkę. Usiadłam, sięgam do plecaka... W dupę. Nie ma.

Szybko, acz intensywnie i rozpaczliwie przekopałam plecak, bezskutecznie. Pałatka zniknęła. Spanikowałam, ogarnęło mnie coś na kształt dzikiej furii ukierunkowanej w moją stronę, ogromny żal za pieniędzmi wyrzuconymi w błoto (lub chaszcze), lęk przed tym, co będzie i ogólna dezorientacja. Co robić, jak się zachować? Chciało mi się kląć, wrzeszczeć, płakać, śmiać. Wyżalić się komuś, znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Jak na ironię zgubiłam właśnie tę rzecz, od której w ogóle uzależniałam jakiekolwiek samotne wyjście w teren, nie mówiąc o noclegu... Usilnie próbowałam się dodzwonić do bliskich, choć z drugiej strony nie chciałam ich denerwować, bałam się też, że nie usłyszę nic pocieszającego. Nie wiem, co chciałam usłyszeć. Zapadał zmierzch, zawróciłam.

Wracałam tam, skąd przyszłam, choć nie wiedziałam, czy to mądry pomysł. Ale co miałam robić? W międzyczasie udało mi się porozmawiać z mamą (w duchu "nic się nie martw, taka mi się dość głupawa rzecz przytrafiła, co mam robić - żeby jej nie denerwować) i z chłopakiem (tu na zasadzie "dupa dupa dupa, mam ochotę płakać z wściekłości). Po drodze zagaiłam kobiety przy mijanym wcześniej palenisku z ławeczkami, czy nie widziały zawiniątka. Były życzliwe, ich psy zdecydowanie mniej. Słonina kompletnie nie słuchała właścicieli i atakowała mnie zawzięcie szczerząc kły w niemałej paszczy. Nie dawała mi spokoju jeszcze przez jakieś 20 metrów, a mała i urocza psinka to to nie była. W końcu się odczepiła.

Uznałam wreszcie ostatecznie, że nazajutrz przebędę jeszcze raz dokładnie tę samą trasę, a nuż odnajdę pałatkę - choć w to szczerze wątpiłam. Możliwości jej zgubienia było kilka: albo mi wypadła z plecaka, gdyż w pewnym momencie wędrówki zauważyłam, że rozsunął mi się zamek (tylko kompletnie nie mogłam skojarzyć, w którym - czy dawno, czy teraz, czy przed czy za Pcimiem...), albo zostawiłam nad rzeką, albo w którymś ze sklepów. Tylko w tych momentach w ogóle miałam potrzebę ingerowania w plecak, bo mapę głównie miałam w łapie lub przedniej, wąskiej kieszeni, po picie zaś sięgałam bez konieczności przerywania marszu. Decyzja zatem zapadła... Tylko że trzeba było się gdzieś zatrzymać i jakoś spędzić noc.

Wizja z lekka straszna. Dotarłam do miejsca, w którym skojarzyłam fakt mijania ambony myśliwskiej. Zeszłam z drogi i przedarłam się do niej przez porośnięte maleńką jodłą, zarośnięte chaszczami pole. Ambona stała tuż przy nieprzyjemnie mrocznej ścianie gęstego lasu iglastego. Wyszłam na konstrukcję, ale nie nadawała się do spędzenia na górze noclegu; nie miała zadaszenia, była luźno zbita z trzech desek i miała chwiejącą się barierkę. Na takim czymś można kucać ze strzelbą, na pewno nie spać. Zrobiło się jednak już ciemno, nie miałam czasu na szukanie innego miejsca. Rozbiłam się pod nią, o drabinę opierając jeszcze dwie leżące nieopodal żerdzie, na które narzuciłam kurtkę BW możliwie wykorzystując jej wątpliwą powierzchnię. Miało to na celu chyba tylko "oswojenie" przestrzeni, bo przed zapowiadanym deszczem w żaden sposób nie mogło mnie ochronić. Póki co jednak na niebie widać było pojedyncze gwiazdy, wiatr był prawie nieodczuwalny. Rozłożyłam karimatę, wciskając ją pomiędzy młode drzewka a drabinę. Rozgarnęłam ściółkę na potencjalne palenisko, ale wizja palenia w takich warunkach pierwszego w życiu ogniska mnie przerosła. Wypiłam haustem jogurt, pomagając sobie w jego wydobyciu z plastiku zakurzonym, słonym od potu palcem. Wreszcie wlazłam w śpiwór, ponad głową położyłam pionowo plecak i poszłam "spać".

Sceneria i sytuacja, w jakiej się znalazłam, były mocno stresujące. Zmęczenie jednak zrobiło swoje: tak bardzo potrzebowałam odpoczynku, że tylko czasami łapałam fazę "czuwania" i nasłuchiwałam z niepokojem odgłosów dobiegających znad głowy i z czarnej ściany lasu. Zanim zasnęłam, w odrętwieniu zmuszona byłam słuchać odgłosów wydawanych przez żerujące między drzewami sarny i dziki; pierwsze szukały pożywienia bardziej subtelnie, drugie pruły ziemi flaki, któryś tam raz mocniej chrząknął. Zastygłam w bezruchu, opatulona śpiworem, plecami do lasu (wolałam tam nawet nie patrzeć :)), kurczowo trzymając w dłoni latarkę w gotowości. Po jakimś czasie te odgłosy ucichły. Pocieszałam się (nie wiem, czy słusznie), że wiatr wieje z mojego kierunku w ich, wyczują obcy zapach i się wystraszą, a nie, zaskoczone moją obecnością, staranują mnie. Nie na długo mi ulżyło, gdy poszły; początkowa "cisza" okazała się pełna szurania i przemykania czegoś w otaczających mnie zaroślach. W oddali słychać było szczekanie psów; widziałam na szlaku psie tropy, wyobrażałam sobie zatem moje spotkanie ze Słoniną i jej kompanem sam na sam w mrocznym lesie. Zasnęłam.
W nocy budziłam się kilka razy, nie wiem ile i na jak długo. Opatulałam się wówczas szczelniej śpiworem, przekręcałam na niewygodnym podłożu, by dać znać potencjalnie przebywającym wokół mnie stworzeniom, że tu jestem. Przyciskałam ucho do karimaty, drugie "wygłuszałam" śpiworem; chciałam spać, nie pozwalałam sobie na pełne rozbudzenie i nasłuchiwanie. W pewnym momencie rozbudzona czymś, co przemknęło mi nad głową pod wywiniętą karimatą (zakładam, że to była "tylko" jaszczurka, mam taką nadzieję), zezłoszczona walnęłam parę razy w owo miejsce pięścią i spałam dalej. Jakoś w połowie nocy obudził mnie wzmagający się wiatr. Nasłuchiwałam chwilę, martwiąc się okrutnie, że przyniesie za sobą deszcz. A może słyszany szum to właśnie dźwięk moknącego w strugach deszczu lasu?... Mało przytomna szybko wyobraziłam sobie podjęte działania w razie deszczu (wyboru wielkiego bym nie miała: przykryć siebie i rzeczy na ile się da karimatą i na siedząco spędzić resztę czasu), po czym znów zasnęłam.

Obudziłam się nad ranem, tuż przed świtem. Zaczęły być widoczne kontury najbliższych drzew i borówkowych zarośli. Czułam (tak jak i w nocy), że mam wilgotny od mgły śpiwór. Mleczna barwa powietrza nie pozwalała ujrzeć zbyt wiele. Coś znowu żerowało w mrocznym lesie, ale jakby trochę dalej. Pojedyncze krople skroplonej pary wodnej kapały z drzewa, uderzając głucho o butelkę. Do życia budziły się pojedyncze ptaki. Chwilę ociągałam się ze wstaniem - w śpiworze było ciepło, na twarzy czułam wilgoć i chłód poranka. Wreszcie sięgnęłam do plecaka po dodatkowy t-shirt, który naciągnęłam na bokserkę, w której spałam. Kurtka BW była wilgotna i zimna, nie wchodziła w grę. Wciąż tkwiąc do połowy w śpiworze, wygrzebałam z plecaka prowiant - jajka, torebki herbaty, sól z pieprzem, marchewki i cebulę (których posiadanie w takich "dzikich" okolicznościach mocno mnie w nocy stresowało), menażkę z nazbieranym szczawiem. Oceniłam wilgotność podłoża na sprzyjającą i rozpaliłam, wciąż nie wyłażąc ze śpiwora, swój pierwszy nieśmiały ogień. Mgła mieszała się z dymem, ale i tak nie chciałam rzucać się w oczy (nie wiem komu). Poza tym miejsce na rozpalanie dużego ogniska było marne. Ratując zatem dmuchaniem wątły płomień, przyduszony wkrótce przez menażkę, zagotowałam wodę z kałuży (którą w desperacji napełniłam opróżnioną z ostatnich łyków mineralki butelkę). Zaparzyłam herbatę, dorzucając do niej parę listków mięty dla aromatu (nie miałam choćby cukru). Wodę z rzeki wykorzystałam do przyrządzenia szybkiej prowizorycznej zupy szczawiowej: do garnka wrzuciłam kawałek cebuli, posiekane liście szczawiu, trochę pokrojonej w talarki marchwi, sól. Później wbiłam do mikstury jajko, które zdążyło się dość ładnie ściąć, zanim się całkiem rozpłynęło. Ugotowaną szczawiówkę z niedogotowaną marchwią wychlipałam z menażki, wygarniając sobie nożem elementy niepłynne. Potem resztką szczawiówki zagasiłam ostatnie żarzące się węgielki.


Palenisko wciąż jednak samo w sobie miało jakąś temperaturę, podłoże bezpośrednio pod nim było już suchuteńkie. W obawie przed zostawieniem go niedopalonego (choć już nic nie płonęło ani się nie żarzyło, widać było natomiast jeszcze lekki dym z popiołów), udeptałam na nim trochę świeżej i lekko mokrej borówki, potem jeszcze znalazłam dżinsową kurtkę w stanie rozkładu, mokrą i zimną. Zrujnowałam przy tym mrówkom ich domostwo. Okazało się zresztą, że nie tylko mrówkom zakłóciłam ich bytowanie - światło dnia uświadomiło mi, że rozkładanie się pod amboną było głupim pomysłem, bo przecież nie bez powodu tu stała... Czarna ściana lasu kryła w sobie doskonałe żerowisko dla leśnej zwierzyny, w borówkowych zaroślach zaś dosłownie co krok rozsiane były sarnie i dzicze bobki.



Ot, kolejna ważna lekcja na przyszłość. No nic. Zebrałam manatki i ruszyłam w drogę powrotną, podczas której zdążyłam raz zabłądzić we mgle, dostrzec sarnę i zająca (dnia poprzedniego widziałam trzy sarny, zająca, trzy jastrzębie i zaskrońca; dwa pozostałe gady zdążyły czmychnąć, nim im się przyjrzałam), wykończyć nadwyrężone biodro. Oczywiście nie znalazłam pałatki. W Pcimiu ze względu na ból biodra i nagłe pojawienie się busa do Krakowa, niewiele myśląc dopadłam go i tak oto wróciłam do domu - uboższa o kupę kasy za pałatkę, za to bogatsza o niezapomniane (heh) przeżycia i cenne doświadczenia. Na przyszłość ;]

I na koniec, bo zdjęć było mało, dwa tropy, które szczególnie przypadły mi do gustu: pierwsze to chyba borsuk, a drugie? :)




wtorek, 30 kwietnia 2013

Dupa z przygotowaniami do Pierwszej Wyprawy, czyli niedźwiedź nieupolowany.

Tak, coś tam już się zająknęłam w poprzednim poście na temat jutrzejszych planów... A przecież jeszcze wczoraj miałam wznioślejsze, wspanialsze - miałam się udać na Pierwszą Wyprawę! I co? I lipa. Przygotowana po pas, po szyję, wciąż pozostaję bez przenośnego dachu nad głową. Zbyt późno zamówiłam pałatkę... Wcześniej nie miałam kasy, zrobiłam to dopiero w niedzielę. Przez internet. A wiadomo, w niedzielę sklepy internetowe niekoniecznie rwą się z wysyłaniem produktów. Logiczne było, że wyślą w poniedziałek... Ale już nie taką oczywistością było to, co zakładałam: że przesyłka przyjdzie mi we wtorek, najpóźniej w środę. Ok, mamy wtorek i nawet przesyłka niedzielna zdążyła do mnie dotrzeć, ale nie ta co naprawdę trzeba. Przywieziono mi menażkę. Dlaczego akurat ona mogła dojść w tym czasie, a nie pałatka? Nie muszę zaraz w terenie gotować wykwintnego obiadu, a tak bardzo przydałoby się mieć pod czym spać :/ Zatem niepocieszona ekspresową dostawą menażki zrzędzę cały dzień z powodu braku pałatki. No bo jak, JAK mogłam liczyć na to, że jeśli nie dziś, to przyjdzie jutro?... Przecież jutro jest dzień ustawowo wolny od pracy. Poczta nie funkcjonuje, nic nie jest czynne. I tak, jak myślałam sobie, że najwyżej ruszę jutro po południu, tak teraz śmiem wątpić, czy w czwartek w ogóle wyruszę. Bo kto wie, czy w czwartek mi to dostarczą... Poza tym mój misternie przygotowany majówkowy plan i tak runął, i tak jedna nocka w terenie to nie to samo co dwie. W jedną, pierwszą noc to nawet oka nie zmrużę.

Wygląda więc na to, że jutro muszę sobie zorganizować dzień inaczej. Tak jak pisałam w poprzednim poście, mam już pewną wizję zastępczą, tylko zakłada ona delikatnego prztyczka w nos Mojego. Wolałabym tego uniknąć, chciałabym jakoś pogodzić potrzebę zwiedzenia rowerem kolejnego kawałeczka okolicy z potrzebą spędzenia czasu wspólnie z lubym. Jak na złość znów musi się to gryźć, wzajemnie wykluczać. Czy już zawsze tak będzie? :(

Podsumujmy jednak, coby już dać spokój sobie ze zrzędzeniem: Pierwsza Wyprawa w majówkowym terminie definitywnie odwołana. Takowa odbędzie się kiedy indziej, możliwie szybko. Jak tylko już będę miała pałatkę, wyznaczę sobie termin. Żeby znów nie dzielić skóry na niedźwiedziu.

sobota, 30 marca 2013

Wiosenne czyszczenie wnętrz ;) - część I

Sadzić, siać, kopać, plewić, karmić, mnożyć, wychowywać długo jeszcze nie będzie mi dane... Wypatrywać każdego wschodzącego kiełka, z czułością i wyrozumiałością przekładać młode pisklaki, przytulić dziecko... To jeszcze nie ten czas, choć z utęsknieniem o nim myślę. Zanim jednak nadejdzie ta chwila, muszę poczynić wiele przygotowań. Nie mogę pozwolić na to, pora na życiowe zmiany podeszła mnie z zaskoczenia, okrężną drogą, niepostrzeżenie. Może się bowiem zdarzyć, że nie zdążę się z niej ucieszyć, nie wykorzystam jej tak, jak trzeba - ba, może zupełnie ją przeoczę pośród znienawidzonej codzienności.
Zanim nadejdzie chwila na zakpienie z fałszywej dosłowności mojego obecnego trwania i podjęcie z pełną odpowiedzialnością decyzji o zmianie środowiska i systemu wartości, muszę uporządkować swoje wnętrze. Zrobić miejsce na nowe. Ponaprawiać to, co ważne, a co szwankuje, jest wybrakowane lub też zupełnie zostało odstawione w kąt. Oczyścić się ze złych emocji, określić na nowo rangę dotychczas nabytych doświadczeń, wytyczyć nowe drogi postępowania i zagruzować te stare, niebezpieczne. Tak, jak będę z ostrożnością i odpowiedzialnością pochylać się nad każdym nowym życiem goszczącym w moim przyszłym życiu, tak teraz muszę pochylić się nad swoim wnętrzem.

Zanim zaczęłam tu pisać, zanim stworzyłam to miejsce, poczyniłam pewne plany co do rehabilitacji mojej połamanej, skostniałej i oziębłej duszy. Spisałam sobie wszystko, punkt po punkcie, krok po kroku. Określiłam przyczyny takiego a nie innego stanu ducha, w jakim się znalazłam. Przeanalizowałam teraźniejszość, odgrzebałam najmroczniejsze wspomnienia z przeszłości. Następnie określiłam realne możliwości poprawy obecnego stanu rzeczy. Oto powstała lista:

1.Uporanie się z przeszłością
2.Zażegnanie trwających konfliktów
3.Dostosowanie warunków otoczenia do siebie, a gdy to niemożliwe, dostosowanie siebie do warunków:)
4.Sporządzenie listy celów do osiągnięcia
5.Sporządzenie listy marzeń
6.Wykreowanie optymistycznej wizji przyszłości na zasadzie drzewka; obok kolejnych negatywnych, następujących po sobie w przyszłości potencjalnych wydarzeń (na co dzień jestem sceptykiem-pesymistą) rozbudować alternatywne, optymistyczne odgałęzienia
7.Regularne zażywanie leków i przestrzeganie diety
8.Znalezienie sobie zajęć, które cieszą i relaksują
9.Zmiana codziennych nawyków
10.Higiena umysłu

W kolejnych postach dotyczących tematu rozwijać będę poszczególne punkty. Dziś zajmę się higieną umysłu. Co to może być?

  • wyrobienie nowych nawyków dnia codziennego, mini - rytuałów określających rytm dnia
  • ćwiczenie umysłu: krzyżówki, łamigłówki, powtarzanie wiadomości, nauka bieżącego materiału i nabywanie nowych umiejętności, czytanie książek
  • kontrola emocji
  • unikanie stresu

Reasumując, przez pojęcie "higiena umysłu" rozumiem wszystko to, co skutkuje utrzymaniem go w dobrej kondycji - pod względem psychiki i intelektu. Wiem, że niektóre z pozostałych 9 punktów zazębiają się z tym pojęciem, mimo wszystko potraktuję je oddzielnie, by niczego nie przeoczyć. Mam nadzieję kiedyś zacząć nowe życie, ale by go doczekać, muszę zadbać o jakość obecnego.


Na koniec dzisiejsze postanowienia co do wdrożenia konkretnych działań:

  1. Rozplanuję dzień w oparciu o stały harmonogram, uwzględniając w tym pewne zmienne. zrobione :)
  2. Podzielę naukę materiału szkolnego na etapy. Określę dni/pory, kiedy przeznaczę swój czas tylko na naukę.
  3. Spiszę wszystkie umiejętności (mniej i bardziej realne), które chcę posiąść.
  4. Zapiszę się do biblioteki; stworzę listę książek, które chcę przeczytać. Zacznę czytać przynajmniej kilka razy w tygodniu, przed snem, w autobusie etc.
  5. Ograniczę korzystanie z telewizji i internetu ;)
  6. Skonstruuję schematy postępowania w przypadku odczuwania niekorzystnych emocji.
  7. Zastanowię się nad sytuacjami wyzwalającymi stres. Poszukam alternatywnych dróg osiągnięcia danych zamierzeń, wolnych od czynników stresujących.

Polecam każdemu poczynienie wiosennych porządków we własnym wnętrzu - w końcu to tu "mieszkamy" tak najbardziej :)