Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Z Sułoszowej do Pieskowej południowymi polami

Do Sułoszowej dotarłam dnia poprzedniego, rowerem. Przybyłam na zaproszenie chłopaka, który wraz z rodzicami stacjonował w domku po prababci, tocząc przez dni kilka boje z uporem rzeczy martwych i zajadłością sąsiadów. Tak naprawdę wcale nie musieli, jak nie muszą robić w owym miejscu w zasadzie niczego, ale taka już ich natura, że chcą i lubią remontować, naprawiać, polepszać, słowem - robić. No i zrobili. Kopali, nosili, wozili i równali ziemię na podwórku, siali trawę, robili ogrodzenie antykurowe, inne - wyższe i bardziej szczelne - antysąsiadkowe, trochę się też od rzeczonej sąsiadki tradycyjnie musieli wyzwisk nawysłuchiwać, trochę dachu naprawić, trochę rynien założyć... Na brak roboty tam narzekać się nie da. Z resztą - rodzina chłopaka zawsze sobie coś znajdzie, nawet na wczasach nad morzem znajdzie się jakaś obluzowana klamka czy zamek do naprawienia ;)

W każdym razie, o ile dnia poprzedniego dotarłam niemalże na rosół (bo jeszcze chwilę musiałam poczekać, aż z gruzu i żwiru wysypanego pod potencjalny przydomowy chodnik, znikną rusztowania blokujące przejście - no bo jak to tak, obok, po świeżo zasianej trawie...). Po rozgrzewającej zupie i całym wieczorze dogrzewania się przy rozgrzanej do czerwoności rurze od pokojowej kozy, wciąż byłam domarznięta i taka też, pomimo gorącego prysznica, poszłam spać. Ot, przewiało mnie. Dnia następnego, choć przy bezruchu wciąż było mi zimno, energia we mnie powróciła i wynegocjowałam spacer. Co prawda ja chciałam taki całodzienny, daleko daleko, przez którąś z podkrakowskich dolinek aż pod samo miasto, gdzie by nas zgarnęło MPK - ale na drodze kompromisu wyszedł z tego spacer do Pieskowej Skały. Dobre i to :)

Jazda na rowerze w przeciwną stronę dnia poprzedniego spowodowała, że za nic nie chciałam kolejny raz musieć iść do Pieskowej przez, bądź co bądź urokliwe, ale jednak centrum a nie obrzeża wsi. Udało mi się zatem pokierować nas nieco okrężną drogą, przez południowe pola rozciągnięte za domostwami po prawej stronie drogi. Trasa bardzo urokliwa i nam znana, zatem R. na nią bez większego problemu przystał.


Wytyczony jest tamtędy niebieski szlak rowerowy. Cóż, zarówno na spacery piesze jak i przejażdżki rowerowe trasa jest znakomita - wygodny asfalt wiedzie w stronę wschodnią pomiędzy wzniesieniami pokrytymi siecią podłużnych pól uprawnych. Widoki naprawdę przyjemne dla oka - szkoda, że zamknięte w kadrze zdjęcia tracą na tym, co w nich najlepsze - poczuciu przestronności świata.

Minęliśmy pierwsze na trasie zadrzewienie, ciągnące się przez pola prostopadle do dróg - naszej i głównej, biegnącej przez Sułoszowę. Z pewnością trzeba będzie poświęcić kiedyś chwilę, żeby sobie po tym małym lasku niespiesznie pospacerować, obserwując wiewiórki i inne stworzenia. Jednak kawałek dalej to, co ukazało się naszym oczom, przekraczało wszelkie możliwe normy i granice przyzwoitości i kultury. W niezaznaczonym na mapie, widać nie tak dawno nasadzonym, wąskim pasmie lasku po prawej, ktoś z okolicznej ludności - a może wszyscy? - zrobili sobie wysypisko śmieci. Wnioskując po ich ilościach - bardzo skrupulatnie wykorzystywane, a wnosząc po stopniu ich zniszczenia przez warunki pogodowe - od niedawna. Można szacować, że od momentu wprowadzenia nowej ustawy śmieciowej, bo w przeważającej mierze były to, tak łatwe do posegregowania, plastiki... Coś strasznego.


Przykry widok szybko został za nami, a ja tylko czasem obracałam się za siebie - bo przede mną było wystarczająco przyjemnie. Jak już śmieciowy lasek był daleko w tyle, złe wrażenie z czasem zaczęło się zacierać, a spojrzenie w tył przysparzało tylko kolejnych zachwytów nad bezkresem pól.


Minęliśmy jeszcze niewielkie zadrzewienie śródpolne na szczycie pagórka, które w tamtym roku stanowiło miejsce schadzek okolicznego kwiatu młodzieży polskiej, i chwilę później dotarliśmy wreszcie pod lasek, który z zeszłego roku zapamiętałam jako Kołodziejówkę, a obecna mapa chrzci go "Kłodziejówka". Nie wiem, jak jest poprawnie, kiedyś sprawdzę i nauczę się wreszcie operować poprawnymi zwyczajowymi nazwami okolic. Tak czy inaczej, w poprzednim roku bukowy lasek mnie urzekł, w tym nie zawiódł. Poszliśmy tak, jak wiódł niebieski szlak rowerowy, czyli na lewo, wąwozem Babie Doły.


Przeszliśmy kawałek dnem wąwozu, później, za którąś skałą z kolei, zdecydowaliśmy się wyjść na zalesione zbocze. Zapuściwszy się kawałek w las, mieliśmy okazję zobaczyć dzikiego zająca, a R. upatrzył jeszcze trzy sarny. Nie zazdroszczę mu ich tylko dlatego, że dzień wcześniej sama widziałam trzy sztuki, gdzieś na wysokości północnych krańców Giebułtowa, jak wyleciały z ulicy Niezapominajkowej czy jakiejś, przecięły drogę przede mną i pobiegły na pola, gdzie jeszcze długo odprowadzałam je wzrokiem. W każdym razie, saren w okolicy nie brakuje :)

Las zrobił się w tym miejscu trochę mniej przystępny, generalnie nie chcąc wyminąć Pieskowej, postanowiliśmy wrócić na dno wąwozu, którędy biegł szlak. Chwilę później znaleźliśmy się na dróżce, a po jeszcze chili - niemal pod główną ulicą, tyle że oddzieleni od niej nurtem Prądnika. R. przeszedł po kamieniach, ja, jakieś 50 m dalej, po lekko rozwalonym, acz niemałym mostku.


To już był schyłek naszego wędrowania tego dnia, no - przynajmniej w tym rejonie ;) Doczłapaliśmy niespiesznie pod zamek w Pieskowej i w oczekiwaniu na transport (wracających ze Sułoszowej rodziców chłopaka) zjedliśmy po dwóch grillowanych górskich serkach z żurawiną, po 3zł za sztukę i skosztowaliśmy smalczyku z pomidorami, by potem, już zza szyby samochodu, mieć okazję "zwiedzić" Pieskową i Ojców aż do Złotej Góry, kawałek Woli Kalinowskiej i później świat roztaczający się przy drodze z Olkusza do Krakowa.


czwartek, 12 grudnia 2013

Smakowanie marzeń

Byłam wczoraj w domu rodzinnym mojego faceta. Wspominałam już tu zapewne kiedyś, jak bardzo lubię tę rodzinę, jako całokształt i każdego z osobna - babcię, rodziców, rodzeństwo wraz z ich partnerami (dziewczyną brata i facetem siostry ;)), sześć lat starszego od nas "wujka"... Ci ludzie mają różne temperamenty, tak wady jak i zalety, każdy jest charakterystyczny i niepowtarzalny, choć mają pewne cechy wspólne - przede wszystkim jednak stanowią prawdziwą rodzinę. Zazdroszczę im tego po cichu i chciałabym kiedyś wspólnie z R. coś takiego stworzyć... Tylko on widzi to trochę inaczej, on nie ma potrzeby tworzenia takiej struktury od podstaw, bo w tej, w której egzystuje, jest mu po prostu dobrze. Widziałby mnie po prostu przy swoim boku pośród nich. A ja, "wprowadzona" w taką szczęśliwą rodzinę, nigdy nie będę mogła poczuć, że jestem u siebie...


Ale nie o tym chciałam. No więc wybrałam się tam wczoraj, bo zadeklarowałam pomoc przy robieniu wędlin. Dwa dni wcześniej zakupiono wieprzka i tak naprawdę najbardziej wymagające prace tym razem mnie ominęły. Szkoda, bo zawsze bardzo chętnie uczestniczę w takich gospodarskich czynnościach. Najwięcej dodatkowych rąk do pomocy potrzebne jest zaraz po świniobiciu. Najpierw przy zbieraniu krwi, zaraz potem podczas golenia szczeciny. W zeszłym roku lub dwa lata temu miałam okazję to robić. Skórę polewa się wrzątkiem i goli nożem. Szybko dochodzi się do wprawy i nie zacina skóry, która przypomina nieco ludzką. Po polaniu wrzątkiem ryja, ten wykrzywia się od temperatury na kształt uśmiechu. Oczy zwierzęcia zachodzą powoli mgłą.

Ogolone zwierze dzielone jest przez ojca chłopaka na fragmenty, a te następnie są porcjowane. Tak naprawdę ze świni pozostaje niewiele odpadków, niemal wszystko można wykorzystać. Najgorsze jest czyszczenie jelit, co zajmuje nie tylko mnóstwo czasu, ale jest też koszmarnie śmierdzącą i brudną sprawą. W dzisiejszych czasach gra nie warta jest świeczki - zamiast naturalnych, jelita na osłonki do podrobów i kiełbasy można dostać w sklepie, np w postaci specjalnych rękawów z różnego rodzaju tworzyw i różnej średnicy. O czyszczenie flaków można pokusić się jeszcze w przypadku krowy, bo flaczki przyrządzone po domowemu są wyjątkowo smaczne, a smrodu przy czyszczeniu jest mimo wszystko trochę mniej. Zawartość jelit wyciska się porcjami, później jelita przewraca się na lewą stronę i płucze. Raz, rugi, dwudziesty... Ręce i włosy śmierdzą później jeszcze przez kilka dni, ale co zrobione, to swoje...
Tym razem nie było odzyskiwania jelit. Poszły do odpadów, jako jedne z niewielu rzeczy. Większe i ładniejsze gnaty są zamrażane, tak samo z resztą jak i kawałki mięsa: łopatka, schab, boczek, słonina, karczek... Część mięsa, w ładnych, zwartych kawałkach, ląduje w wannie. Stąd, po tygodniu konserwowania w roztworze na bazie soli i przypraw, trafią do wędzarki w postaci szynek, boczków czy żeberek.

Tymczasem na bazie drobniejszych kawałków mięsa przygotowywany jest farsz do kiełbasy. Nabity jest następnie w zakupione jelita i tak przygotowane pęta kiełbasy trafiają na kij do zawieszenia w wędzarce. Tym razem robienie wędlin przypadło na chłodną porę roku; podczas wakacji, gdy rozbierana była wołowinka, w mięsarnię i wędzarkę próbowały się wciskać hordy much.

Kiedy kiełbaska się wędzi, nastaje moment na przygotowywanie wszelkiej maści podrobów. Z wątroby, skórek i innych "resztek" powstaje pasztetowa, pakowana później w osłonki i do słoików. Z kaszy, krwi oraz tak samo skórek i "resztek" robi się kaszankę (kiszkę). Kawał wątroby jest pozostawiony do późniejszego usmażenia na któryś obiad. Można się jeszcze pokusić o pasztet, ale nie tym razem. Głowizna natomiast musi powstać obowiązkowo. Właśnie przy tym zajęciu jest mi dane tym razem uczestniczyć.

Gotowane przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem liści laurowych i ziela angielskiego wszelkie możliwe "resztki" - przede wszystkim ryj, uszy, podgardle, jakieś inne pozostałe skrawki mięsa, skórki, tłuszczyki, jęzor - odstawiane są w garze do ostygnięcia. Mięsko musi się wręcz rozpadać w palcach. Gdy breja wystarczająco przestygnie, cedzona jest z grubsza i teraz następuje moment, kiedy mogę w czymś wreszcie pomóc. Trzeba ten cały gar głowizny (tym razem z wkładką w postaci świńskich racic) przemacać, kawałeczek po kawałku, by w gotowym salcesonie nie zapodziała się czasem nieproszona kostka lub chrząstka. Dodatkowo większe fragmenty "mięsa" należy podzielić, rozszczepić na mniejsze pęki włókien mięśniowych, poprzedzierać zbyt duże płaty skórek, powywalać, co brzydkie i niejadalne. Nurzam obie ręce w garze pełnym ciepłej, pięknie woniejącej brei i biorę się do roboty. Całkiem przyjemne zajęcie. Jeszcze nie kosztuję, trzeba to będzie później wszystko przyprawić, tymczasem obieram ugotowany ozór z wierzchniej, ściętej na biało "skórki". Pod spodem odsłania się apetyczne, ciemne, chude mięsko.

Odpadki wędrują do jednego garczka, mięso do drugiego. Gdy wszystko jest już przebrane, na powrót zalane zostaje odsączonym wcześniej wywarem. Teraz trzeba to doprawić. Mama R. sypie sól, pieprz, kminek, wciska też kilka ząbków czosnku. W międzyczasie, z rewelacyjnym wprost wyczuciem, zjawiają się "przypadkiem" kolejno tata chłopaka i on sam. Nadchodzi moment na degustację. To, co przed chwilą było pływającym w wywarze ryjem, nogą i ozorem, teraz jest smakowitą głowizną, tylko jeszcze w płynnej postaci i na ciepło. Brakuje właściwie wszystkiego, mama dosypuje zatem każdej przyprawy w sporej ilości. I jeszcze trochę pieprzu. I jeszcze ciutkę czosnku. Teraz smak jest wyborny, mocno słony, ale ta sól wejdzie jeszcze w mięso, później by jej brakowało gdyby się teraz idealnie do smaku jej zużyło. Babcia rozrabia w międzyczasie torebkę żelatyny. Co prawda raciczki i mnóstwo innych "żelujących" dodatków samo w sobie powinno wystarczyć, ale lepiej nie ryzykować nieścięciem się salcesonu w osłonkach. Żelatyna rozprowadzona zostaje po garze. My w tym czasie szykujemy osłonki i sznurki. Trzeba taki rękaw pociąć na odpowiedniej długości odcinki i dobrze związać z jednej strony. Później mama chłopaka wlewa do takowych głowiznę, on skręca osłonkę od góry, ja związuję. Tu trzeba współpracy i większej ilości rąk, bo zawartość osłonek nie tylko jest trudna przez swoją płynną postać, ale też tłuści palce, którymi ciężko potem związać wyślizgujący się sznurek. A związać trzeba dobrze, żeby to wszystko później przy parzeniu nie wyleciało do gara. Jedna z pasztetowych właśnie przez źle zawiązany sznurek znalazła się w wodzie. Wiążę więc ostrożnie, R. za słabo skręca osłonki i powstaje kilka "flaków". Potem bardziej się przykładamy. Tata chłopaka docina kilka sznurków, za krótkich. Skręca też na "drugą zmianę".

Gotowe salcesony będą się jeszcze przez pół godziny parzyć w garnku z wodą. Opuszczam babciną kuchnię gospodarczą, idę do domu na górę, zjeść kolację. Kiełbasy już dość się nakosztowałam, wyszła wyborna. Teraz gotujemy sobie z Moim jajka na miękko, wychodzą na twardo oczywiście. Takich wiejskich jajek jestem w stanie zjeść dowolne ilości. Tym razem trzy, ale tak naprawdę w poprzednim tygodniu zdążyłam zjeść (samych na miękko) przez cztery dni 12 (przy czym te dostaliśmy od cioci). Potem dojadamy (z łakomstwa, brat narobił nam smaka) zapiekankami.

Znów załapałam się na transport pod sam dom, chłopak siostry Mojego jest z tych okolic co ja i jeździ samochodem. Oddałam im wreszcie pieniądze, które im byłam dłużna od sierpnia... Nikt mnie nie poganiał, nie przyjęli całej kwoty. Droga powrotna upływa nam szybko na rozmowie o rajdach, jakie Szymeon urządza sobie dwa razy w roku po Polsce ze znajomymi - pomijając oczywiście "Pożegnanie Lata", imprezę polegającą na przejechaniu kawałka Polski autobusem miejskim wypożyczonym na kilka dni od MPK. Dojeżdżamy pod kamienicę. Wysiadam, żegnam się... Biorę jeszcze tylko mleko wiejskie, które dostałam na odchodne od mamy chłopaka. Po wędliny i kości dla psów mam się stawić w przyszłym tygodniu.

wtorek, 19 listopada 2013

Wypad z Dulowej do Sułoszowy, czyli z terenu w dom - część II :)

Etap II - w domu i lokalnie

Rzecz się działa tydzień temu. Gwoli przypomnienia, Sułoszowa stanowiła metę mojego weekendowego wypadu na jurę z kolegami z forum, kiedy to, startując z Dulowej, doszliśmy do popularnej drogi łączącej Kraków z Olkuszem, zahaczając po drodze o ruiny zamku Tenczyn i przemierzywszy wzdłuż Dolinę Eliaszówki. W Przeginii rozstaliśmy się kawałek po dziesiątej - faceci uderzyli na Olkusz, a mi pozostało dostać się do Sułoszowej na przełaj przez, kilkukilometrowej szerokości, pas pól uprawnych.

Chwilę szłam asfaltem, by minąwszy pocztę i aptekę, odbić w drugą przeczniczkę w lewo. Jej układ nie do końca zgadzał się z tym, który widniał na zdjęciu mapy Kubusha zrobionym telefonem komórkowym, jednak po niekrótkim momencie zawahania skierowałam się w wąską wiejską uliczkę. Gdy już wyszłam poza linię domostw (tą okolicę cechuje charakterystyczny układ miejscowości, generalnie większość wsi to tzw. ulicówki), ściągnęłam zbyt ciepłą czapkę, którą dodatkowo nagrzewały promienie przebijającego się powoli zza chmur słońca. Rozczesałam palcami wilgotne włosy "ułożone" kilkudniowym brakiem kontaktu ze szczotką i poszłam prosto przed siebie. Mój asfalt już wkrótce potem zmienił się w klasyczną drogę gruntową ciągnącą pomiędzy podłużnymi pasami pól i łąk. Mimo kalendarzowego listopada czułam się bardziej jak na wczesnowiosennym spacerze - nagie gałęzie drzew na tle coraz bardziej rozjaśnionego nieba, promienie słońca tonące we wzruszonych skibach ziemi i rozświetlające wschodzące, soczyście zielone zboża ozime. Zdarzały się nawet jakieś kwitnące na żółto kwiatki, których nie mogłam zidentyfikować, bo choć przypominały mi nieco rzepak, to zupełnie kłóciło mi się to z późnojesienną porą. Droga wiodła mnie prościuteńko przed siebie, piękne widoki rozciągały się w każdym możliwym kierunku, czuło się wokół siebie przestrzeń i rytm życia - gdzieniegdzie uśpiony, gdzieniegdzie jakby właśnie powolutku nabierający miarowego tempa.


Według nawigacji Kubusha droga miała mi zająć ok. 1,5 godziny. Okazało się to całkiem wykonalne, bo kawałek po godzinie zobaczyłam wreszcie znajomą wieżę sułoszowskiego kościoła. To pozwoliło mi się zorientować, że na czas, czyli przed dwunastą, do której to obiecałam chłopakowi dotrzeć na miejsce, spokojnie się wyrobię. Zdążyłam się też jednak po drodze od niego dowiedzieć, że wyruszył on z domu, ale nie wie, o której zastanie na przystanku busa z Krakowa do Olkusza, przejeżdżającego przez Sułoszową. Tym samym odpuściłam sobie dość szybkie, marszowe tempo i już niespiesznie dotarłam do tyłów pierwszych zabudowań, po drodze z nostalgią patrząc na wyłaniające się zza pagórków znajome elementy krajobrazu: cmentarz, pola, na których dwa lata temu zbierałam truskawki, zalesiona Dolina Sąspowska w Ojcowskim Parku Narodowym... Minęłam kilka gospodarstw i doszłam do głównej drogi wiodącej przez wieś.


Tu klapłam sobie na chwilę na krawężniku świeżo powstającej asfaltówki i wykonałam telefon do mamy i Mego. Okazało się, że wybrał się on o tak nieszczęśliwej porze, że przyszło mu czekać teraz dwie godziny na przyjazd busa... A mi na niego, bez kluczy do domu, na spokojnej wsi. Nie mając możliwości dostania się do domu od strony ulicy (zamknięta brama), postanowiłam niespiesznie zajść okrężną drogą gospodarstwo od tyłu, gdzie, jak to jest typowe na tej wsi, ogrodzenia nie ma, bo ziemie uprawne przynależące do gospodarstwa ciągną się wąskim pasmem całymi kilometrami za nim. Przeszłam przez główną, zeszłam na drogę prowadzącą dołem zabudowanej części wsi, a następnie wyjeżdżoną miedzą dotarłam za stodołę domu rodziny Lubego. Na obejściu pokręciłąm się chwilę bez celu, w stajni - rupieciarni odłożyłam swoje klamoty, wyciągnęłam taboret i zerwałam wiszące jeszcze między domem a dawną stajnią ostatnie kiście winogron, odpoczęłam chwilkę w słońcu na ogrodzie i poszłam do sąsiadów po zapasowe klucze.


Przez telefon dostałam szczegółowe instrukcje co do uruchamiania domowych sprzętów i instalacji; przede wszystkim zależało mi na nagraniu w bojlerze wody, żeby móc wreszcie wejść pod prysznic i zmyć z siebie kurz i pot trzydniowej wędrówki. Na czas grzania się wody nie mogłam z niej korzystać, bo grzałka przerdzewiała i jest przebicie powodujące dość mocne kopanie prądem wszystkiego, co ma styczność z wodą. Odświeżyłam się więc wstępnie wilgotnymi chusteczkami i zaparzyłam sobie herbatę z wody mineralnej zagotowanej w czajniku elektrycznym; jej smak oczywiście przeszedł z rzadka używanym plastikiem. Herbata nie pomogła mi się rozgrzać - o ile przez te niecałe dni wędrówki zasadniczo było mi ciepło, o tyle teraz, zmęczenie zaczęło ze mnie wyłazić a brak ruchu spowodował w momencie wychłodzenie i przejmujące poczucie zimna. Cupłam sobie więc w czerwonym fotelu w kuchni, coraz bardziej wyczekując prysznica. Chłopak powiedział, żebym ustawiła temperaturę wody do połowy pokrętła, że spokojnie powinno wystarczyć... Pomylił się a ja dzięki temu zamiast porządnego wymoczenia się wreszcie w gorącej wodzie, dygotałam z zimna, polewając sobie głowę letnią wodą i próbując umyć włosy natłuszczającym balsamem pod prysznic. Później ubrałam się wreszcie w świeże ciuchy, wysuszyłam włosy bzdyrcącą, lekko popsutą suszareczką i zawinęłam się w zakurzony koc, pod który co jakiś czas napuszczałam kolejne porcje rozgrzanego strumienia powietrza od suszareczki. Zapadłam w lekką drzemkę.

Wytrąciło mnie z niej przybycie chłopaka. Długo jeszcze nie mogłam się wziąć do życia, wciąż niedogrzana nie rwałam się do ogarniania domu, przywiezionych przez niego produktów spożywczych, ustawiania anteny telewizyjnej, rozpalania w piecu. W końcu wpadłam jednak w rytm domowego nicnierobienia, później poszłam nawet do sklepu oddalonego o jakiś niecały kilometr, w celu uzupełnienia nazwożonego przez Lubego prowiantu, by wieczorem, po zjedzeniu kaszanki ze skwareczkami i wypiciu iluś tam herbat, dogrzewać się przy pokojowej kozie i oglądać telewizję. Dzień zakończył się bardzo miło, generalnie takie zakończenie mojej wyprawy było jak najbardziej odpowiednie. Pozostało się tylko porządnie wyspać na miękkiej kanapie ;)


Następnego dnia, po zjedzeniu śniadania, niespiesznie wybyliśmy z domu na spacer. Postanowiliśmy zajść do Pieskowej Skały od tyłu, przez pola, trasą, którą jeszcze nigdy nie szliśmy, by później tradycyjnie wrócić asfaltem ciągnącym przez wieś. Zaszliśmy na tył gospodarstwa za stodołę i tam zatrzymaliśmy się dłuższą chwilę na pogawędkę z sąsiadami. Później ofiarowałam Lubemu czapkę, bo wiało okrutnie a podwędziłam mu jego bluzę z kapturem, po czym skierowaliśmy się na asfalcik biegnący dołem wsi.


Generalnie spacer upłynął przyjemnie, po drodze mieliśmy tylko chwilową scysję z powodu, którego już nie pamiętam, standardowo też wkurzałam R. ilością robionych zdjęć. Pogoda, z początku wietrzna i marna, zaczynała się robić coraz przyjemniejsza, by wreszcie oświetlić okolicę pojedynczymi promieniami słońca.



Szliśmy przez jakiś czas szlakiem rowerowym, wreszcie asfaltem doszliśmy pod las. Tu zapoznałam Lubego z wyglądem i smakiem bukwi, do której, z początku mocno sceptycznie nastawiony, szybko się przekonał. Nazbieraliśmy kilka garści, z myślą o późniejszym uprażeniu, po czym weszliśmy w las. Łaziliśmy sobie po nim powolutku, każde zainteresowane czym innym - ja zdjęciami, widokami i wieloma ciekawostkami przyrodniczymi, które widziałam pierwszy raz w życiu, R. chyba rozglądał się w tym czasie za potencjalnymi grzybowymi niedobitkami. Kierowaliśmy się powoli w stronę niewidocznego jeszcze z naszej perspektywy zamku w Pieskowej Skale. Po drodze czmychnęła przed nami całkiem blisko stojąca sarna, musiała nas obserwować. Doszliśmy do drogi asfaltowej wiodącej w stronę parkingu pod zamkiem, zbiegliśmy z jednego pagórka i wybiegliśmy na drugi z przeciwnej strony drogi - R. bardzo chciał mnie rozruszać, w efekcie biegł za nas dwóch, ciągnąc mnie za rękę :) Niedługo potem dotarliśmy pod mury zamku.


Pieskowa Skała

Zamek w Pieskowej Skale, jako oddział muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu, w listopadzie jest udostępnione bezpłatnie dla zwiedzających. Pokręciliśmy się zatem chwilę po dziedzińcu, trochę po krużgankach, nie chciało nam się jednak zbytnio czekać na pełną godzinę wejścia na trasę do zwiedzania na pierwszym piętrze, gdzie też dostaje się specjalne pantofle ochronne umożliwiające później zwiedzanie piętra wyżej. Byliśmy już kiedyś w tych wnętrzach, na przestrzeni ostatnich lat. Skierowaliśmy się zatem ku bramie i opuściliśmy zamek. Króciuteńkim odcinkiem szlaku podeszliśmy pod Maczugę Herkulesa, następnie zeszliśmy nim dalej, w stronę parkingu. Tam zjedliśmy po grilowanym oscypku z żurawiną i zaszliśmy do restauracji podzamkowej, chwalącej się dumnie naleśnikami i pierogami. W malutkim, dość przytulnym wnętrzu zasiedliśmy jak i inni zgłodniali turyści, po czym zamówiliśmy sobie pierogi - ja ruskie, luby z mięsem, kapustą i grzybami, oraz po herbatce. Tą otrzymaliśmy wkrótce, na pierogi chwilę czekaliśmy - i jak to w takich popularnych turystycznie miejscach bywa, cena zdecydowanie nie przystawała do wielkości porcji... Na szczęście były one chociaż dość smaczne. "Pojedzeni" skierowaliśmy się w drogę powrotną. Szło się długo jak zwykle, ale przyjemnie - wywalczyłam sobie nawet prawo do dokumentowania na zdjęciach wszystkich mijanych po drodze drewnianych domków ;) Zamierzam poczynić kiedyś coś w stylu galerii dawnej Sułoszowy, by móc sobie wyobrazić i poczuć, jak to taka miejscowość niegdyś mogła wyglądać... Ale to kiedyś. Tymczasem R. szedł równym tempem, a mi pozostało po każdym zatrzymaniu na zrobienie zdjęcia dobiegać do niego. Może dzięki temu drogi nadspodziewanie szybko mi ubywało (a jest do przejścia od Pieskowej jakieś 4 km).


Gdy zaszliśmy już do naszego II działu wsi, zboczyliśmy jeszcze na chwilę na cmentarz na wzniesieniu. Luby pozbierał z grobów krewnych zużyte wkłady do zniczy i podumał chwilę, ja przypomniałam sobie w tym czasie daty narodzin i zgonów członków jego familii od strony jego mamy, bo genealogią dość się interesuję. Gdy dotarliśmy do domu, zapadał już zmierzch. Wzięłam się za gotowanie obiadu, który zjedliśmy w efekcie na kolację. Co jak co, ale nie przepadam za robieniem rosołu, każda inna zupa mi wychodzi, a ta niekoniecznie :) Cała tajemnica tkwi jednak w czasie i sposobie gotowania, doborze mięsa i dodatkach nadających rosołowi smaczku - czego Mój ogarnąć nie może, twierdząc, że to jest przecież zupa najłatwiejsza, bo tylko się wrzuca mięso, warzywa i gotuje (ale on oczywiście nigdy tego nie robił ;]). Jednakowoż tym razem rosół wyszedł jadalny i nawet normalnego koloru, toteż zostało go naprawdę niewiele, na poranne rozgrzanie. Każde z nas miało niestety we wtorek powrócić już do normalnego rytmu życia i obowiązków, toteż wieczór spędzony na błogim niczym wkrótce minął i następnego ranka jeszcze przed świtem czekało nas wstanie, ogarnięcie domu i siebie i pędzenie na przystanek. Jazda busem okazała się mocno rozbudzającym przeżyciem - był taki ścisk i przepełnienie, że wyżsi i stojący (czyt. leżący na innych w kompletnym zaklinowaniu jak ogórki w słoiku) pasażerowie łapali resztki tlenu, podczas gdy ci "szczęśliwie" siedzący, śnięci od dwutlenku węgla w niższych partiach busa, gibali bezwiednie opadającymi głowami. Przed Zielonkami ze względu na kontrole kierowca ubłagał ze dwóch pasażerów, by wysiedli wcześniej, złorzecząc na pozostałych, których przecież z dobrej woli zgarnął, a teraz mógł za to przypłacić tysiącem złotych mandatu. Do kontroli został wzięty samochód przed nami i tak oto bez dodatkowych kłopotów dotarliśmy do Krakowa i do normalnego życia.

środa, 13 listopada 2013

Wypad na jurę z Dulowej do Sułoszowy, czyli z terenu w dom:)

Za mną kolejny naprawdę udany wypad weekendowy - choć, żeby nie skłamać, nieco sobie ów weekend wydłużyłam o piątkowe popołudnie i poniedziałkowe święto, aż do wtorkowego ranka ;) Wolne dni rozplanowałam zawczasu na dwa etapy: pierwszy stanowiło wyjście terenowe, bardziej aktywne, z uwzględnieniem sporej dawki ruchu i skromnych warunków noclegowych gdzieś w lasach; pozostały okres miał upłynąć pod znakiem umiarkowanego lenistwa i nicnierobienia w warunkach domowego zacisza, w starym domku, na wyjątkowo długiej i coraz bliższej memu sercu wsi.

Etap I - w terenie :)

Zgodnie z ostatecznymi ustaleniami, z chłopakami mieliśmy się spotkać na stacji PKP w Dulowej w piątek po 16:25 (godzina przyjazdu ich pociągu, 4 minuty po moim, także złożyło się elegancko). Zanim to jednak nastąpiło, ostatnie czynności bezpośrednio przed podróżą upłynęły mi pod znakiem kolejki. Najpierw nastałam się dobre 20 minut w kolejce w mięsnym, gdzie chciałam się zaopatrzyć w słoik zakosztowanych niegdyś przy okazji zrazików w sosie koperkowym (pulpetów?), które smakują dość po domowemu i wpisywały mi się w wizję rozpoczętej tegoż samego dnia diety lekkostrawnej ;) (względy zdrowotne). Czas niemiłosiernie upływał, zanim zostałam obsłużona i wyszłam wreszcie ze słoiczkiem konserwy i kaszanką. Musiałam jeszcze zdążyć do domu, dopakować do końca plecak, przebrać się i spieszyć na dworzec. Pod Galerię przy dworcu dotarłam trochę za wcześnie (tak mi się wydawało), zaszłam więc jeszcze do hipermarketu po dodatkową małą butelkę mineralnej. Jaki to był błąd... Nie, nie woda, ile zakup w sklepie, gdzie do wszystkich kas utworzono jedną, wielką kolejkę, wymuszając na klientach dreptanie wzdłuż bariery obstawionej wszelkimi "przydatnymi" drobiazgami, od słodkości, przez gumy, zabawki, po baterie. Stałam z tą jedną wodą i coraz mocniej zastanawiałam się, kiedy kupię bilet na pociąg, ale niepokoju jeszcze nie czułam. Nastąpiło to dopiero w momencie, gdy odnalazłam kasę biletową w przejściu podziemnym prowadzącym na dworzec, a kilku ludzi przede mną jak na złość nie umiało załatwić swojej sprawy od ręki, musieli przy tym zadać mnóstwo pytań i w ogóle użyć mnóstwa niepotrzebnych słów. Przede mną były jeszcze 4 osoby a ja do pociągu miałam 11 minut. Gdy dopadłam wreszcie kasy powiedziałam szybko, czego potrzebuję, po czym tknięta złym przeczuciem zapytałam, czy na bilecie będę miała podany numer peronu. Nie będę miała. Spoko... do pociągu zostało mi 5 minut. Dopadam żółtej tablicy informacyjnej z wypisanymi drobnym druczkiem niezrozumiałymi informacjami, błędnie szukam wzrokiem jakiegokolwiek punktu zaczepienia - musiałam wyglądać na już mocno spanikowaną, bo w tym momencie podeszła do mnie uśmiechnięta młoda dziewczyna z pytajnikiem na koszulce i pytaniem, czy może w czymś pomóc. Pomogła. Poszukała w swojej rozpisce, w którą była jako pracownik dworca wyposażona, wskazała właściwy peron i życzyła przyjemnej podróży. Tego dnia miałam się już więcej nie denerwować :)

W przedziale zajęłam miejsce stojące przy drzwiach, na dobrą sprawę dało się na nim też usiąść, tylko współpasażerowie krzywo się patrzyli. Do Krzeszowic mieliśmy jechać w sporym tłoku, na dodatek na moje nieszczęście zidentyfikowałam jako źródło intensywnego smrodu buzię pewnego rozgadanego obcokrajowca. Wtedy to postanowiłam się nie przejmować niczym i wyciągnąć się na ziemi, gdzie panowały lepsze warunki atmosferyczne. Za Krzeszowicami baczniej przeczesywałam wzrokiem tereny mijane za oknem, bo nie wiedziałam dokładnie, na której z kolei stacji mam wysiąść. Zapytana o to w pewnym momencie przechodząca konduktorka oświadczyła, że to już na najbliższej. Gdy pociąg się zatrzymał, wysiadłam i poczułam w pełni inność tego momentu mojej historii - ot, znowu miało się dziać coś ciekawego i wartego wspominania na stare lata :) 6 minut później z przeciwnej strony nadjechał pociąg, z którego wysiedli moi dalsi towarzysze wędrówki: Kubush z Moną, Johnny z Rufusem i Nakyy, czyli forumowi koledzy i ich psiaki :)


Puszcza Dulowska

Plan na ten dzień był prosty: wejść w las i znaleźć miejsce na nocleg. W praniu wyszło jednak jeszcze, że następnego dnia z rana będziemy chcieli się udać do ruin zamku Tenczyn w Rudnie, których ja wcześniej pod uwagę nie brałam, także w poszukiwaniu miejsca noclegowego nie zdaliśmy się tak całkiem na przypadek  - Kubush przy pomocy swojej nawigacji obrał właściwy kierunek i poprowadził nas wgłąb lasu tak, by część dystansu dzielącego nas od ruin pokonać jeszcze tego dnia. Szliśmy trochę na przełaj, potem jakimiś leśnymi drogami. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku zboczyliśmy z którejś z nich i zaczęliśmy się ostatecznie rozglądać za przyjaźnie wyglądającym kawałkiem terenu. W tym miejscu nadmienię, że Puszcza Dulowska to (przynajmniej na tym odcinku) dość podmokły kompleks leśny, pełen rowów i małych, a głębokich dziur w ziemi, stanowiących (zamaskowane wysoką, suchą trawą) pułapki wodno-błotne. Nie tylko ja wlazłam w taką dziurę, natomiast nikomu innemu nie dane było się kąpać w rowie ;] Tak się bowiem stało, że podczas przeskakiwania jednego z nich (kto skakał, ten skakał), ja przezornie postanowiłam pozbyć się zawczasu plecaka i podać go stojącemu już na przeciwnym brzegu Kubie. Elegancko wziął on potem całą winę na siebie, że niby źle chwycił i tak dalej, ale prawda jest taka, że mi też zwyczajnie zabrakło pary w rękach do sprawnego przekazania plecaka, efektem czego było jego nieplanowane zanurzenie i pociągnięcie za sobą mojej osoby ;) Dość żwawo jednak z wody wylazłam - w plecaku nic się nie zdążyło zamoczyć, a moja kąpiel po kolana i woda w butach nie były w stanie popsuć mi nastroju. No nic, może kiedyś nauczę się skakać przez te rowy, dwie takie kąpiele za mną, a ponoć do trzech razy sztuka ;) 

Postanowiliśmy zakończyć łażenie na ten dzień i rozbić się dosłownie kawałek dalej. Przebrałam spodnie na drugą parę, wziętą na przebranie do Sułoszowej, choć wcześniej o nich nie pamiętałam i byłam gotowa przystać na propozycję Kubusha, który solidarnie zaproponował mi swoje kalesony. Gdy już każdy ogarnął w miarę swoje miejsce noclegowe a ognisko miło grzało i rozświetlało mrok, dosuszając moje rzeczy, przygotowaliśmy sobie posiłki. Dodatkowo dane nam było raczyć się przepyszną kawą Kubushowej receptury, obserwować poczynania rozbrykanego Rufusa, wreszcie pogadać na wiele różnych tematów i mile spędzić ostatnie godziny przed snem. Pogoda pozwoliła nam spać tej nocy pod gołym niebem, czasem całkiem rozgwieżdżonym i mocno rozświetlonym wąskim ogryzkiem dopełniającego się księżyca, czasem zasnutym cienką warstwą chmur. Nakyy jako jedyny przezornie rozwiesił nad sobą plandekę, w razie nagłego deszczu wszyscy mu się pod nią zapowiedzieliśmy. Noc minęła spokojnie, ponoć tylko trochę chrapałam - nie prawda! :P - a Johnny długo nadawał na Rufusa, który postanowił przekopać piach spod drzewa obok na twarz właściciela.

 

Następnego dnia wstaliśmy o siódmej, czyli z dwugodzinnym poślizgiem - oba nastawione wcześniej przez kolegów budziki nie zadzwoniły. Ze zbieraniem się, rozpaleniem ogniska i zjedzeniem skromnego śniadanka lub tylko wypiciem kawy mogło nam zejść z jakąś godzinę, nie wiem dokładnie. Nasz plan wyruszenia w czas do ruin zamku i zrobienia tego dnia wielu kilometrów zaliczył zatem małą obsuwę czasową, ale póki co planów nie zmienialiśmy - nocleg mogliśmy rozplanować tak naprawdę gdziekolwiek, byle nie za daleko od tej mojej nieszczęsnej Sułoszowej, gdzie obiecałam chłopakowi dotrzeć w niedzielę do dwunastej. Przez to też chłopakom nie było tym razem dane zobaczenie Doliny Racławki, leżącej obok naszej (wiodącej przez Dolinę Eliaszówki) trasy. Tymczasem jednak czekało nas parę kilometrów do zamku i przy nim pozostańmy ;)


Zamek Tenczyn


Do zamku szliśmy po części lasem, trochę zaś leśnymi asfaltami. Po drodze dane nam było zobaczyć sarnę i gronostaja, który czmychnął pod stertę gałęzi i spod niej obserwował zbliżającego się nieznacznie stwora z obiektywem. Nie udało mi się mu zrobić wystarczająco pięknego zdjęcia, ale przynajmniej widać na nim owo sympatyczne stworzenie. Końcowy odcinek pod ruiny wiódł lasem bukowym, trzeba był zaliczyć też dość strome podejście, by wreszcie stanąć na wzniesieniu pokrytym łąką i zobaczyć nasz pierwszy cel. Chwilę później, gdy podeszliśmy pod bramę ruin zamczyska z widniejącą nań informacją, że teren zagrożony i generalnie wstęp wzbroniony, postanowiliśmy mimo wszystko nie przepuścić okazji i zabytkowy obiekt nieszkodliwie zwiedzić. Udało się to po chwili wahań, powątpiewań i zmagań z wysokim murem. Najpierw przelazł Johnny, potem ja, później dołączył Nakyy; Kubush w tym czasie został z psami i tobołami u podnóży wzniesienia, twierdząc, że już tu kiedyś był. Zajął się na chwilę szukaniem w ziemi bulw jakiejś rośliny, my w tym czasie szaleliśmy z aparatem po dziedzińcu i wnętrzach potężnego niegdyś zamczyska.


Po ekspresowym, acz dokładnym zwiedzaniu, zlitowaliśmy się nad Kubą czekającym na nas na łączce i wzięliśmy się za powrotne przeskakiwanie przez mur. Nie było to takie proste, bo po naszej stronie stało się na ceglanej "półce", z której poziomu trzeba było forsować sam mur, pod nami nie było dobry kawałek nic. I tak była to jednak bardziej komfortowa strona, gdyż po drugiej mur liczył sobie dobre 2,5m i o ile w pierwszą stronę pokonaliśmy go używając prymitywnych metod wspinaczkowych (czyli rąk i nóg), o tyle teraz trzeba było zeń zeskoczyć prosto na stok pagórka lecący stromo w dół. Nie było to zadanie niewykonalne, ale trzeba było się przełamać do samego skoku tyłem, gdy już wisiało się po właściwej stronie, słabnącymi rękami trzymając jakichś ceglano-kamiennych punktów zaczepienia. Ja mam problem z przewrotami w tył (właściwie to ich nie umiem) i nie czuję się zbyt komfortowo, gdy nie mam za bardzo kontroli wzrokowej nad tym, gdzie i jak upadam. Tak naprawdę jednak wszystko trwało moment i za chwilę znalazłam się na podłożu obok Johnny'ego, który mnie asekurował.

Obserwujący przez chwilę nasze poczynania rowerzyści w odblaskowych kamizelkach odjechali, co ostatecznie mnie uspokoiło, że nie są z ochrony ;) Zebraliśmy nasze bety i ruszyliśmy żółtym szlakiem wiodącym przez Krzeszowice w Dolinę Eliaszówki. Wkrótce więc wyszliśmy z lasu, którego obrzeża przybrały parkowy charakter. Idąc wzdłuż drogi dzięki kolegom poznałam smak i smród owoców kaliny oraz coś głogopodobne. I zerwaliśmy bordowy kwiatostan jakiegoś ozdobnego drzewa, który miał nadawać parzonej herbacie cytrynowy aromat. Dalej nasza trasa wiodła przez miejscowość, gdzie zrobiliśmy chwilowy postój. Mężczyźni poszli na łowy do sklepu przy niewielkim rynku, ja zaś zostałam z psami i plecakami. Po jakimś czasie, gdy już panowie doposażyli się w piwa, kawę inkę, ziemniaczki (słodkie) i inne rarytasy, udaliśmy się w dalszą drogę. W międzyczasie Kubush wstąpił jeszcze do mięsnego, by i psy miały jakąś przegryzkę.


Zaszliśmy do Krzeszowic dość szybko, może głód nas gnał na przód - co prawda niektórzy sobie pojedli, ale Johnny postanowił ćwiczyć moją słabą silną wolę wywijając mi przed nosem ziemniaczkiem. Postój na kawę i przegryzienie czegoś mieliśmy sobie zrobić dopiero w dolince, także Krzeszowice przecięliśmy bez niepotrzebnego marudzenia. Dworek, który Kubush planował wcześniej zobaczyć z bliska, nie urzekł nas nadmiernie, gdy już go dostrzegliśmy - obeszło się zatem bez zwiedzania i podchodzenia do niego, po prostu poszliśmy prosto przez rynek, park i dalej, wzdłuż płynącej weń rzeczki. Rufus po kontakcie z wodą rozszalał się radośnie, biegając w kółko na naprężonej smyczy. Później jeszcze kilka razy Johnny pozwalał mu na wodne brykanie, co później miało się na nim zemścić ;]


Dolina Eliaszówki

Opuściliśmy park i szliśmy drogą asfaltową przez jakieś zapuszczone ziemie, później minęliśmy jeszcze kopalnię wapienia w Czatkowicach. Tu zaczynała się Dolina Eliaszówki. Do Diabelskiego Mostu pozostało nam naprawdę niewiele do przejścia, tam też zdecydowaliśmy urządzić mały postój. Szybko zeszliśmy z asfaltu na ścieżkę wiodącą pod kamiennym łukiem, stanowiącym fragment jakichś dawnych murów, które teraz mijaliśmy na bukowym zboczu doliny. Przez chwilę prawie uznałam, że to tylko tyle pozostało po słynnym moście... ;) Kawałek dalej przed nami wyrosły ruiny jakiegoś budyneczku, mogącego stanowić coś na kształt "strażnicy" czy "biura przepustek" (bardziej inteligentne nazwy niestety w tym momencie nie przychodzą mi na myśl :P) przy samym moście, którego pozostałości widniały kilkadziesiąt metrów dalej. Wewnątrz murów starego budyneczku rozłożyliśmy się z naszymi rzeczami by nieco okrzepnąć. Wypiliśmy ciepłe napoje z wrzątku zagotowanego na mini kucheneczce Kubusha, podzielił się on też bułkami zakupionymi wcześniej. Mój posiłek składał się z takowej bułki i jabłka od Nakyy'ego. Johnny walnął sobie tradycyjnie drugie zimne śniadanko ;] Wtedy to, podczas naszego odpoczynku, siedzenia, łażenia, oglądania, czytania i jedzenia, zaczęło lekko kropić. Później miało się to tylko nasilić i nie przestawać aż do dnia następnego... Ale o tym później. Tymczasem pojedzeni i popici podeszliśmy pod Diabelski Most - obiekt o tyle ciekawy, że konstrukcją przywodzący niektórym na myśl rzymskie akwedukty. Nie zostało z niego zbyt wiele, ale niegdyś pełnił on ważne połączenie komunikacyjne pomiędzy klasztorem znajdującym się na przeciwnym zboczu a resztą świata ;) My do samego klasztoru kamedułów jakoś się nie paliliśmy, nastąpiła seria zdjęć i wodne harce Rufusa, którego nowy pan, nie mogąc go okiełznać przy przechodzeniu przez wartki nurt potoku, po prostu przelazł przez wodę nie bacząc na zamoczenie. Rufus był zadowolony :)

 

Idąc dalej wzdłuż potoku parę razy czekało nas przeskakiwanie po kamieniach na jego przeciwległe brzegi. Zdążyliśmy również zajrzeć zaciekawieni drogowskazem do groty świętego Hicośtam, która to jednak okazała się sama w sobie mało ciekawa a nasze spostrzeżenia dotyczyły głównie fajnej opcji przekimania się w takiej. Ostatnią ciekawostkę w Dolince, na którą mieliśmy się natknąć, stanowiło Źródełko Miłości - adekwatnie z resztą do nazwy oprawione w kamienny zbiornik w kształcie serca. Mężczyźni uzupełnili wodą pitną butelki i manierki.


Z racji porannej obsuwy czasowej po wyjściu z doliny przyspieszyliśmy tempo marszu. Przez cały czas naszej wędrówki, jak i zresztą później noc całą, aż do następnego ranka, siąpiło i padało. Gdy więc z asfaltu, którym jakiś czas się przemieszczaliśmy, odbiliśmy na leśną drogę wiodącą przez stosunkowo wąskie pasmo lasu, byliśmy dość niewybredni w wyborze kolejnego miejsca noclegowego. Gdy znaleźliśmy w miarę równy i płaski kawałek terenu, nie bacząc na pobliskie drogi rozbiliśmy obozowisko. Johnny rozbił się jak zwykle, wykorzystując tarpa, biwi i ceratę, my z Nakyym złożyliśmy się na schronienie dwuosobowe w postaci rozwieszonej plandeki ogrodowej i mojego poncha jako izolacji od mokrej ziemi, Kubush zaś rozłożył swój ergonomiczny jednoosobowy namiocik. Gdy już schronienia były gotowe, zapłonęło ognisko i zaczęły się poszukiwania i donoszenie mokrego opału. Rozpędziliśmy się tak, że spokojnie starczyłoby go na kawał nocy - z tym, że utrzymywanie ognia było w takich warunkach raczej zbędne. Zmrok zapadł już chwilę temu, każdy w swoim tempie zajął się szykowaniem swojej kolacji. Kubush tym razem przyszalał z szaszłykiem, prócz tego były francuskie racje żywnościowe, moje kupne zraziki z kuskus, konserwy rybne, inne takie, oraz ziemniaki pieczone, którymi podzielił się ze mną Nakyy, na skosztowanie prażone orzeszki bukowe... Wreszcie nie mogło się obejść bez kolejnej porcji inki z czekoladą, która była jakby nieco mniej powalająca od pierwowzoru, ale też dobra i ożywcza. Po długim siedzeniu przy ogniu, mimo moknących grzbietów, powoli zebraliśmy się wszyscy do spania. Tym razem Rufus był na tyle wyspacerowany, że nie dokazywał w nocy i dał dospać do samego ranka bez zbędnych przebudzeń - tylko ja oczywiście musiałam za potrzebą w środku nocy wygrzebywać się z nagrzanego śpiwora, pozbywać ze stóp ciepłych, grubych skarpet i wyleźć na deszcz i mrok. Oj, długo ze sobą walczyłam zanim się wygramoliłam... :)


Ostatni wspólny poranek upłynął na próbie rozpalenia ogniska, co w końcu się udało przyspieszyć dzięki taktycznemu wkładowi do kucheneczki Kubusha ;) Udało się więc zjeść ciepły posiłek i napić czegoś rozgrzewającego, by bez zbędnego ociągania się wyruszyć w dalszą drogę. Tym razem budziki zadzwoniły, tylko ludzie zawiedli ;) Znów mieliśmy więc lekki poślizg czasowy w stosunku do pierwotnych planów, które zasadniczo ograniczały się do zdążenia przeze mnie przed dwunastą do Sułoszowej. Koledzy solidarnie spieszyli się razem ze mną, choć tak naprawdę oni pociąg w Olkuszu mieli po czternastej i chyba wcale nie musieli tak gnać przed siebie. Wyszliśmy z lasu i przemierzaliśmy rolnicze okolice, by dotrzeć w końcu do Przeginii, gdzie przyszło nam się rozstać. Panowie odbili na Olkusz, najkrótsza trasa nieszczęśliwie wiodła wzdłuż głównej drogi - z mapy z zaznaczona trasą GPS wnioskuję, że trochę sobie uprzyjemnili wędrówkę, idąc polami. Moja trasa właśnie przez pola wiodła, przez cały czas urokliwą drogą gruntową, pośród pięknych, rozległych, rolniczych pejzaży, rozświetlanych nieśmiało słońcem, które postanowiło wreszcie przebić się zza warstwy chmur. Zgodnie z planem jeszcze przed 12 ujrzałam znajomą wieżę kościoła i jakieś 20 minut później znalazłam się w Sułoszowej, by tam rozpocząć zupełnie inny rodzaj wypoczynku - ale o tym już nie tu :)