Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzyby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzyby. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 listopada 2013

Wolność jest w górach.

Ustaleniom nie było końca. Dni poprzedzające weekend nasycone były wieloma wariacjami na temat trasy, ilości osób, terminu, czasu trwania i profilu wypadu. Początkowo miał się on odbyć tydzień wcześniej, a ja w nim miałam nie uczestniczyć. Wspomniałam jedynie w wątku na forum, że chętnie bym się wybrała, ale w późniejszym terminie. Później ów termin się ugruntował, pojawili się chętni, ja jeszcze na kilka dni przed planowanym wyjazdem nie wiedziałam, czy będzie mnie na niego stać. Wreszcie potwierdziłam swoją gotowość do wybycia w teren. Zaczęło się ustalanie trasy, obecności pozostałych. Gdy już zatwierdziła się trójca chętnych, z nagła jednemu wypadła robota na weekend, drugi na wzór pierwszego zrezygnował. Ja postanowiłam iść tak czy inaczej, co zakomunikowałam owemu koledze - i tak, na moje szczęście, Soohy się przełamał i postanowił ze mną pojechać :)

Umówiliśmy się zatem w piątek ok. 11:40 na dworcu głównym - o tej porze powinnam dotrzeć bezstresowo prosto ze szkoły po porannym egzaminie próbnym, pociąg Soohego miał przyjechać trzy minuty wcześniej. Wyszłam zatem rano spakowana i gotowa do ruszenia w Gorce prosto po szkole, bez konieczności zahaczenia o dom... Dziwnie trochę się czułam z plecakiem upstrokaconym turystycznymi dodatkami i ciuchach moro, w zestawieniu z pozostałymi, normalnie i elegancko ubranymi ludźmi z klasy - ale nikt się mnie nie czepiał, mój wygląd wzbudzał tylko z ich strony ciekawość i serię standardowych pytań. Egzaminu, mającego trwać ogółem do trzech godzin (czyli teoretycznie do 11), doczekaliśmy się po 45-minutowej obsuwie czasowej, bo rano w budynku nie było prądu. Nie mogłam pozwolić sobie na pełne wykorzystanie przysługującego mi czasu, bo niemożność skontaktowania się z Soohym i uprzedzenia go o spóźnieniu powodowała, że z pisaniem starałam się możliwie sprężyć. Gdy zadzwonił mi telefon (nie wiem, czemu się nie wyłączył), skończyłam pisać ostatnie zdanie, wzięłam "torebkę" i poszłam na przystanek, by czym prędzej dotrzeć na dworzec.

Z pół godziny później przywitałam Soohego i poszliśmy w stronę dworca autobusowego. Jeszcze rano całkowicie zmodyfikowałam plan podróży, czego następstwem była konieczność poczekania do 13:10 na PKS jadący przez Gruszowiec, z którego najbardziej realne zdawało mi się dostanie przez nas na Mogielicę - najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego, sąsiadujący z Gorcami. Od T. (to jemu robota pokrzyżowała plany), który zdaje się doskonale znać te góry, dostaliśmy informacje o bacówkach na trasie, w których mogliśmy się potencjalnie przenocować. Jedna z nich miała się znajdować właśnie za Mogielicą, także plan był taki - gdzieś z okolic Gruszowca wydostać się na nią, spędzić noc we wskazanej bacówce, następnego dnia zajść na Gorc i mniej więcej w jego rejonie wpakować się do kolejnej bacóweczki, by wreszcie trzeciego dnia mniej lub bardziej spiesznie dostać się do cywilizacji i stamtąd dotrzeć PKSami lub busami do domów. Na nasze szczęście już w autobusie dowiedzieliśmy się od kierowcy, że lepiej nam będzie wysiąść w Dobrej, co potwierdziła później sama z siebie jedna z pasażerek. Bilet ulgowy kosztował równe 10zł, także póki co spokojnie mieściłam się w swoich ramach finansowych. Podróż upłynęła przyjemnie na rozmowie o wszystkim - Soohy, o czym to żeśmy nie rozmawiali? ;) - i w Dobrej wysiedliśmy we wskazanym miejscu, gdzie wysiadła również owa pasażerka, co to nam potwierdzała trafny wybór Dobrej jako punktu docelowego. Ku naszemu zdziwieniu zaproponowała nam podwózkę do Jurkowa, skąd mieliśmy znacznie bliżej na naszą pierwszą górę. Z takiej okazji nie mogliśmy nie skorzystać :) Wpakowaliśmy się do samochodu i chwilę później stanęliśmy na maleńkim ryneczku (centrum wsi?), szykując się na podbój Mogielicy. Wstąpiliśmy jeszcze tylko do sklepu w celu uzupełnienia prowiantu i popatrzenia na batoniki (dieta ;]), po czym skierowaliśmy się we wskazanym przez życzliwą kobietkę kierunku... Droga nie była skomplikowana, zaraz za mostkiem mieliśmy odbić na prawo i iść niebieskim szlakiem. Okazało się jednak, że zapatrzeni na rosnące przy drodze wszelkie cuda natury (o których nazwach i właściwościach raz po raz informował mnie Soohy, dzieląc się swoją wiedzą i pasją), minęliśmy odnogę i "straciliśmy" dobre 30 minut (jak nie więcej) czasu potrzebnego na dotarcie na szczyt o przyzwoitej porze. Dzięki tym trzydziestu minutom zostałam zapoznana z mnóstwem grzybów i roślin, porobiłam sporo zdjęć i co nieco nawet udało mi się zapamiętać ;) Były uszaki bzowe, śliwa tarnina, dzika róża i inne różności. Zebrałam pierwsze składniki na leśną mieszankę: pędy malin, listki jeżyn, owocki śliwy (zły pomysł, rozciapały się w kieszeni). Gdy zorientowaliśmy się w błędnie obranym kierunku, wróciliśmy do mostku i poszliśmy właściwą drogą, otrzymałam również w tym czasie eleganckie kijki ścięte przez Soohego i nazbierałam jeszcze trochę owocków dzikiej róży. Tymczasem niebo zaczęło nabierać różowo-fioletowej barwy, by po chwili, przechodząc przez odcienie fioletu i szarości, pożegnało się z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Byliśmy na początku żmudnej drogi na szczyt.


Soohy szedł pod górę lekko i bez jakichkolwiek oznak nadmiernego zmęczenia. Jego częste leśne wędrówki i generalnie aktywny tryb życia wyrobiły mu kondycję w wystarczającym stopniu, by bić mnie na głowę, pomimo jego braku styczności z górami od kilku lat. Na szczęście nie parł on naprzód bez oglądania się na mnie, w ogóle przez cały czas twierdził, że on się do wszystkiego dostosuje - trasy, czasu, tempa... Było mi to bardzo na rękę, bo nie dość, że moja kondycja pozostawia naprawdę wiele do życzenia (problemy zdrowotne i unikanie wf-u od gimnazjum robią swoje), to na dodatek niefortunnie w ten weekend miałam nie być w szczytowej formie. Szliśmy zatem polną, a później leśną drogą, umilając sobie podróż rozmowami na wiele tematów i różnymi spostrzeżeniami dotyczącymi samego wypadu, co chwila zatrzymując się na danie mi czasu do wyrównania oddechu ;) Zapadł zmierzch i robiło się coraz mniej widno - pozornie, bo tak naprawdę wzrok szybko przyzwyczajał się do panującego na szlaku półmroku i obeszliśmy się bez ciągłego używania mojej czołówki. Dodatkowo noc była wyjątkowo jasna, chyba za sprawą cienkiej warstwy chmur, rozświetlanych przez momentami widoczny, dopełniający się księżyc.

Długość podejścia zaskoczyła nas oboje, a telefony do T., który stał się naszym nawigatorem w potrzebie (a takowa zaszła parę razy), sprowadzały nas na ziemię w naszych wyobrażeniach o rychłym dotarciu na miejsce. Okazało się bowiem, że samo dojście na szczyt wcale nas zbawić nie miało - mówiąc o bacówce za Mogielicą T. miał na myśli bacówkę znajdującą się na polanie Skalne w okolicach Jasienia, do której od samego szczytu mieliśmy iść jeszcze jakieś dwie godzinki. Sama droga pod szczyt pod względem fizycznym była dla mnie męcząca, jednak dzięki towarzystwu Soohego jakoś to mimo wszystko przyjemnie zleciało i w końcu dotarliśmy na Mogielicę. Tam nie odmówiliśmy sobie wyjścia na wysoką wieżę widokową, z której, poza odległymi pojedynczymi światłami okolicznych miejscowości, w mroku nocy nie było widać nic. Nie zabawiliśmy na niej długo, na szczycie wieży lodowaty wiatr przenikał odzież i wydzierał resztki ciepła przegrzanego wędrówką ciała. Dziwne odgłosy, które słyszeliśmy dochodząc do wieży, w momencie wyjścia na nią ucichły. Być może to jakiś wiatrak, czujnik albo inne mechaniczne urządzenie - dowiedzieliśmy się z resztą później, że na poddaszu wieży pasjonaci komunikacji drogą radiową mają swoje sprzęty i łączą się z najdziwniejszymi zakątkami świata; może to właśnie któreś z tych urządzeń wydawało z siebie te dźwięki, które w pierwszym momencie wzięliśmy za nietoperze ;)


Ze szczytu, po rychłym wyjściu z lasu, przeszliśmy dalej Halą Stumorgową i za nią nastąpił chyba najbardziej kryzysowy moment wędrówki - zeszliśmy lasem jakieś 100-150m niżej, nie natykając się na żadne oznaczenie szlaku i tu nastąpił moment zawahania (czy iść dalej, czy wrócić do ostatnio widzianego oznaczenia). Rozważaliśmy też, wisząc nad mapą i busolą, czy mogliśmy pójść złą drogą - a jeśli tak to którą, bo mapa nam za bardzo takiej opcji nie unaoczniała. Po licznych konsultacjach z czuwających nad naszą "nocną" wędrówką T., postanowiliśmy zawrócić do polany i tam odnaleźliśmy właściwą drogę. Dalej wędrówka nie przyniosła już zasadniczo żadnych niespodzianek poza tym, że parę razy, mając pewność, że dochodzimy do celu, znajdywaliśmy się jeszcze kawałek drogi od niego i w pewnym momencie zwątpiliśmy, czy w ciemności nie rozminiemy się czasem z naszą docelową Polaną Skalne; nie było oczywiście takiej opcji, szlak przebiega przez nią i jest ona tak duża, że nie sposób jej pominąć ;) Po 21 dotarliśmy zatem na miejsce i niemal od razu pod ścianą lasu dostrzegliśmy słaby zarys naszej bacówki. Gdy podeszliśmy do niej, okazała się kompletnie czymś innym, niż się spodziewaliśmy - przede wszystkim była wielka, wnętrze zaś wydało nam się na tamtą chwilę szczytem luksusu. Oboje będąc tak naprawdę pierwszy raz w takiej bacówce, byliśmy pod niemałym wrażeniem tego, co zastaliśmy. Palenisko, ławki, podesty i pięterka do spania...



Rozgościliśmy się od razu i przystąpiliśmy do długo wyczekiwanego momentu rozpalania ogniska. I tu mieliśmy zonka ;] Ja kolejny raz z rzędu na wypad nie wzięłam ze sobą niczego, za pomocą czego można próbować rozpalić ogień. Po ostatnim zakupie zapalniczki, której wątły płomyk pozostawiał wiele do życzenia, przez wzgląd na ciągły brak posiąścia umiejętności korzystania z krzesiwa, oraz zwykłe lenistwo i wychodzenie z założenia, że "ktoś na pewno będzie coś miał", chodzę w teren pod tym względem absolutnie nieprzygotowana - czysty survival :P Soohy ma nieco inne spojrzenie na sprawę; wziął ze sobą zestaw składający się z kilku odłamków krzemienia, kawałek pilnika i hubkę z hubiaka pospolitego, spreparowaną poprzez opalenie krawędzi. Znalazła się jeszcze cała jedna zapałka. Ona to w końcu nas wyratowała i dała płomień, od którego zajęła się kora z brzozy, a później powstało "ognisko", poprzedzone to jednak było wielokrotnymi nieudanymi próbami odpalenia hubki - ostre krawędzie krzemieni zdążyły się stępić, same krzemienie pokruszyć na na tyle małe kawałeczki, by były bardzo niewygodne*, wreszcie hubka długo nie łapała iskry, lub łapała i szybko gasła, a jak nie gasła, to za nic nie chciała przekazać żaru dalej, na korę. No dobra, ale w końcu uzyskaliśmy płomyk. I co dalej? Ano nic. Rozpałka nazbierana po drodze przez Soohego elegancko podeschła i przez chwilę zapowiadało się prawdziwe ognisko... Gorzej, że szybko się skończyła, a przygotowane przed bacówką drewno było świeżo ścięte i dodatkowo całkiem wilgotne, właściwie ociekające wodą. Nawet nie było co dostawać się do wewnątrz, bo były to raczej niegrube gałęzie... Żar/płomyk jednak cały czas podtrzymywaliśmy przy życiu, normalnie chuchaliśmy i dmuchaliśmy jak na dziecko :D Niestety dosłownie, bo zerowy ciąg powodował, że bez dmuchania (a w efekcie mimowolnego płaczu i kaszlu od gryzącego dymu, stopniem zasmarkania nawet się nie chwaląc) po prostu się nie obeszło. Tak oto, wachlując mapą i dmuchając ile tchu i samozaparcia starczyło, zagotowaliśmy sobie wodę na herbatki i przyrządziliśmy "ciepłe" posiłki: Soohy kiełbaskę doprawianą przyprawami wszelakimi, ja pulpety z kuskusem. Ponieważ drugiej zapałki na rano nie mieliśmy, przezornie przygotowałam sobie większą ilość, by rano nie obejść się smakiem. Tymczasem nastała północ i mniej więcej o tej porze wbiliśmy się w swoje śpiwory, by w ciepełku i wygodzie (na tyle, na ile je sobie sami zagwarantowaliśmy, piękna sprawa... :)) przespać całe 6 godzin, do momentu rozdzwonienia się budzików, i dłużej, do nastania jasności.

Moje wieczorne przygotowanie jedzenia okazało się posunięciem taktycznym, acz nie rewelacyjnym - zimna, niepodgrzana breja niechętnie zsuwała mi się w przełyku. Ognia nie udało się rozpalić. Koło godziny ósmej* opuściliśmy naszą noclegownię, wcześniej uwieczniając na zdjęciach wnętrza (bo odkryliśmy o poranku drugą izbę ;)), zewnętrze i najbliższe otoczenie bacówki. Na polanie panowała jeszcze mgła, wszystko jednak wyglądało już zupełnie inaczej. Znaleźliśmy nawet źródełko zaopatrzone w system rynienek. Perspektywy na ten dzień nastrajały dość optymistycznie - mimo późniejszej niż planowana właściwej pobudki, mieliśmy do dyspozycji raczej dość czasu, by dojść na Gorc i znaleźć miejsce na następny nocleg wskazane przez T. - choć nie byliśmy pewni po ostatnim, czy nie będzie nas czekało kolejne zdziwienie, że bacówka znajduje się z deka dalej, niż się spodziewaliśmy ;)


Droga na Gorc upłynęła mi tym razem o tyle ciekawiej, że prócz zacnego towarzystwa Soohy'ego i pogawędek na tematy wielorakie (jakie słowo :D), dane mi było pobierać nauki z wprost niewyczerpanej, jak na mój poziom (bo kolega jest skromny i podkreślał, jak wiele jeszcze nie wie), wiedzy, okraszonej ponadto prawdziwą pasją i cierpliwością. Tego dnia dowiedziałam się o grzybach więcej niż przez całe życie ;] Soohy co rusz zatrzymywał się przy jakimś pniu, by sfotografować kolejny okaz, na temat każdego niemal dostrzeżonego grzyba był w stanie coś powiedzieć. Ja też zaczęłam tworzyć małą galeryjkę fotografii, bo nazwy i właściwości prezentowanych okazów na raz nie byłam zwyczajnie w stanie spamiętać - ale mam obiecaną pomoc w późniejszej identyfikacji :) W ten sposób szliśmy tak naprawdę od grzyba do grzyba, przez co nawet raz porządniej zgubiliśmy szlak, ale tradycyjnie wróciliśmy do ostatniego spamiętanego oznaczenia i skorygowaliśmy kurs.


Co się podczas tej wędrówki więcej działo... No właściwie to dużo się działo, ale w opowiedzianym zakresie :) Zmierzaliśmy generalnie ku Przełęczy Przysłop, gdzie oboje potrzebowaliśmy (mniej lub bardziej) zastać sklep. W którymś momencie oznakowanie szlaku było tak mylące, że zarówno my, jak i para w średnim wieku, idąca właśnie (jak się potem okazało) z owej przełęczy na Mogielicę, skręciliśmy w zupełnie złą stronę. Później mężczyzna nas zawrócił, twierdząc, że wracamy na Mogielicę, toteż zawróciliśmy i poszliśmy już w dobrym kierunku, tam, skąd oni przyszli - co się natomiast z nimi dalej podziało to już tylko oni sami wiedzą ;) Las ustąpił polanom, zaczęły się pojawiać pierwsze zabudowania, wreszcie jakieś 20 minut później dotarliśmy do drogi asfaltowej, która zawiodła nas już do samej przełęczy, zabudowanej niegęsto siedzibami ludzkimi. Minęliśmy sklep, którego zupełnie nie zauważyliśmy, bo jak sklep po prostu nie wyglądał - i w tym momencie zaczęłam biadolić, że no co jak co, ale ja do sklepu muszę... Pomijam już inne potrzeby, ale po tej nocy doposażenie się w zapalniczkę i paczkę zapałek wydało nam się zabiegiem koniecznym. Już byliśmy gotowi podejść do któregoś z domów i poprosić o jedno lub drugie, gdy z boku budki dostrzegliśmy szyld "sklep" i Soohy poszedł czym prędzej sprawdzić, czy jest w ogóle otwarty. Był :) Zakupiliśmy co potrzeba i udaliśmy się w dalszą drogę.

Nie wspomniałam wcześniej, że głównym mykologicznym celem wyprawy Sooh'ego był nigdy wcześniej nie napotkany przez niego pniarek obrzeżony. Rozglądał się za nim intensywnie, wreszcie i mi się udzieliło i zaczęłam wypatrywać grzyba nadrzewnego o intensywnie czerwonej krawędzi (taki to wygląd po podanym opisie przyjął on w moich wyobrażeniach ;)). Okazało się, że przełomowym dla niego momentem miało być moje zatrzymanie się nad rzeką Kamienicą w celu nabrania do butelki trochę wody (a tam, pianka). Napełniłam butelkę i wtem usłyszałam wszelkie oznaki nieukrywanej radości kolegi :) Znalazł on w tym czasie na pniu swojego pniarka, właściwie całą gromadkę pniarków. Wyoglądał, napstrykał zdjęć, wymacał, nazbierał... I poszliśmy bogatsi o znajomość kolejnego grzyba, nadającego się z resztą na hubkę, niebieskim szlakiem, prosto (choć pokrętnie) na Gorc.


Na szlaku grzecznościowo wykonałam telefon do właścicieli bacówki, w której tym razem potencjalnie mieliśmy się zatrzymać. Po uzyskaniu zgody na nasz nocleg i informacji, że sami na pewno nie będziemy, pozostało nam tylko do niej dotrzeć :) Od któregoś momentu Soohy zaczął zdobywać dla mnie fragmenty grzybów nadających się na hubkę - tym samym na chwilę obecną jestem szczęśliwą posiadaczką pniarka obrzeżonego, lakownicy spłaszczonej, czyrenia ogniowego, gmatwicy chropowatej i hubiaka pospolitego ;] Im wyżej wychodziliśmy, tym kolega bardziej był zachwycony mnogością różnorakich gatunków i pospolitym wręcz występowaniem swojego Grzyba Wyprawy. Nie było drzewa, na którym by czegoś nie znalazł, czasem więc korzystałam z tych jego mnogich zatrzymań i nadrabiałam drogi, a czasem zatrzymywałam się z nim dla zrobienia zdjęcia lub złapania tchu. Prócz grzybów nie brakowało oczywiście zwyczajnie pięknych (oksymoron?) leśnych krajobrazów, i choć pogoda mogłaby być widokowo wspanialsza, to na wędrówkę pod górę była wręcz wymarzona.


Do celu naszej wędrówki pozostawało nam coraz mniej drogi. Właściwie to w pewnym momencie wyprzedził nas jeden osobnik, później jeszcze ktoś... Na kolejnej polanie stanęliśmy i wyciągnęliśmy mapę, by zobaczyć, co dalej, gdzie ten Gorc. Ktoś powiedział nam, że już na nim jesteśmy. Teraz zaczęło się rozglądanie za bacówką. Była wczesna godzina, gdy zaszliśmy do niej, po drodze przywołani wskazującym drogę gestem jakiegoś człowieka - i tu zaczyna się zupełnie odrębna historia naszego wyjazdu :)

Bacóweczka okazała się dużo mniejsza od poprzedniej, ale była tym samym tak niesamowicie klimatyczna i przytulna, że z miejsca postanowiliśmy w niej zostać. Zastaliśmy w niej już jednego wędrowca, M., bardzo pozytywnego człowieka. Przed bacówką kręcili się również chyba ojciec z synem (tak wyglądali), którzy, jak się później okazało, czaili się z aparatem na zachód słońca i nocne zdjęcia bacówki. Oni nie zostali na noc, w przeciwieństwie do M., z którym zdążyliśmy się zapoznać i zasyimlować, oraz później przybyłej ekipy Mieszka, liczącej sobie trzech bardzo pozytywnie zakręconych ludzi i jednego psa. Popołudnie i wieczór spędziliśmy na błogim lenistwie i czynnościach ograniczających się do konsumpcji różnych smakowitości, rozpalania w piecu i utrzymywania ognia (nie trzeba było tu naszych zapałek ;)), rozmów i robienia zdjęć. Wszystko zachwycało - atmosfera miejsca, ludzie, widoki... Wypiłam niejedną leśną herbatkę, kosztowałam kawy z nasion kosaćca żółtego i podpłomyków z cynamonem (pierwsze - własność, drugie - wyrób kolegi), prażyłam bukiew przyniesioną z domu przez Soohy'ego, jadłam zapiekanki a nawet pizzę... Ogółem wieczór ten na pewno zapisze się w mej pamięci jako jeden z milszych i bardziej błogich momentów ostatnich czasów. Czułam się niesamowicie rozprężona, ale też pełen żołądek (poddałam się i podarowałam sobie dietę) i zmęczenie nagromadzone przez poprzednie dni, zestawione z nagłym nicnierobieniem, wzmagało z minuty na minutę moją senność. Poszliśmy we troje (z M.) spać do mniejszej izby, ekipa Mieszka po jakimś czasie wybyła z bacówki na nocny spacer, by powrócić gdzieś przed czwartą.



W nagrzanym pomieszczeniu przy piecu spało się wybornie - niby twardo jak zwykle, ale i tak inaczej :) Nad ranem nieznacznie przebudził mnie powrót sąsiadów, ale spałam dalej. Również budzik M. nastawiony na wstanie przed wschodem słońca i łapanie tego magicznego momentu z którejś polany nie wywarł na mnie zbytniego wrażenia. Wstałam o jakiejś tam porze, nie ostatnia z resztą, bo choć Mieszko już buszował po izbie, jego towarzysze twardo odsypiali nocne marsze. Dzień rozpoczęłam wyjątkowo udaną herbatką z gałązek świerkowych i owoców róży - była sama w sobie tak dobra, że nie trzeba jej było zwykłej torebkowej czy nawet ziarnka cukru. Później zostaliśmy zaproszeni przez Mieszka do wspólnego śniadania w postaci kaszy jaglanej wymieszanej z czymś w rodzaju leczo. Tu następuje ten moment, który szalenie lubię, tj. nie wiem, co się w jakiej kolejności dalej działo ;) W każdym razie był spacer z baniakami po okolicy i udanie się do pobliskiej bacówki po wodę, było podziwianie Tatr i "gubienie" psa, znającego te góry lepiej od któregokolwiek z nas (noo, może nie od M.), były zdjęcia, opowieści o Królu Gór i Bazylice Królowej Gór, batonowanie drewna, eksploracje bliższe i dalsze, kolejne smaczki kuchenne, kolejne zdjęcia, grzyby, dachy, wspaniałe widoki, mycie naczyń szyszką i wrzątkiem, opalanie stóp, zabawy z psem, gapienie się przed siebie, słuchanie, rozmawianie i milczenie... Dla takich chwil właśnie warto przełamywać swoje ograniczenia, warto szukać mimo wielu niepowodzeń, warto trwać na codzień, by żyć choć przez chwilę.


Późnym popołudniem zebraliśmy się do drogi powrotnej. Kolega M. opuścił nas wcześniej, my z Soohy'm załapaliśmy się na podwózkę do Krakowa - ekipa Mieszka właśnie stąd przybyła samochodem i dysponowała dwoma miejscami wolnymi :) Musieliśmy jedynie wyjść nieco wcześniej, by dojść do asfaltu, skąd to mieli nas zgarnąć - sami zaparkowali samochodem przy jakimś domku nieco wyżej asfaltu, ale i tak ich samochód ledwo tam wyjechał, dociążony nami z plecakami mógłby nie podołać gruntowej drodze. Na odchodne dostaliśmy porcję fantastycznych widoków zachodzącego słońca po prawej i wschodzącego na pomarańczowo księżyca po lewej. Przez chwilę nie wiadomo było, gdzie oczy podziać...


Zapadł zmierzch, jednak w dół, jak i poprzedniej nocy, schodziliśmy zasadniczo nie używając latarki - księżyc w pełni wystarczająco oświetlał drogę. Na rozdrożu jednak, poniżej zaparkowanego samochodu, zatrzymaliśmy się i kompletnie zgłupieliśmy - niby mieliśmy iść drogą w dół, ale czerwonym szlakiem, a tego w tym miejscu kompletnie nie mogliśmy odnaleźć. Było kombinowanie z mapą i busolą, niby wiedzieliśmy, gdzie iść do tego asfaltu, jednak bateria w moim telefonie zaczęła definitywnie zdychać, i z obawy przed brakiem możliwości porozumienia się w razie jakichkolwiek problemów z ekipą Mieszka, postanowiliśmy na nich zaczekać. W końcu posłyszeliśmy gwizdy na zawołanie psa, który poszedł z nami, wkrótce potem przy samochodzie zakręcili się towarzysze powrotnej podróży. Upewniwszy się, którędy mamy zejść, pospieszyliśmy z Soohym naprzód i dosłownie kawałek przed asfaltem zostaliśmy dogonieni przez zjeżdżającą z góry ekipę. Wpakowaliśmy się jakimś cudem do małego samochodu (pies z właścicielem jechali na miejscu pasażera obok kierowcy, my w trójkę byliśmy z tyłu z dwoma plecakami i głośnikami, z których szła pozytywna nuta radiowa. W takim klimacie zajechaliśmy do Krakowa, gdzie na Rondzie Matecznego wysiedliśmy i chwilę później Soohy wsiadł w autobus jadący w stronę dworca głównego, a ja zostałam na przystanku sama, z plecakiem i wspomnieniami. Weekend zakończył się, pozostało mi tylko przedostać się przez miasto bez niepotrzebnego ścisku w autobusach, co zapewniły mi mój wygląd i zapach :D (oraz, niewątpliwie, zakupiona na ten wyjazd na targu za pięć złotych czapka menelówka ;))



...W łóżku i pościeli, po prysznicu, śpi się całkiem nieźle, ale dałabym wiele za możliwość zasypiania co noc w śpiworze i brudnych ciuchach, na klepisku, dechach lub po prostu w lesie, pośród przyrody i nieskończonej wolności... Mam nadzieję jeszcze nie raz tego doświadczyć :)


* Ponieważ w relację wkradły się pewne "nieścisłości", spieszę z wyjaśnieniami - patrz komentarze ;)

piątek, 25 października 2013

Zlot Reconnet jesień 2013

Od kilku dni wciąż żyję wspomnieniami zlotu forum www.reconnet.pl, na który to, po krótkich wahaniach, zdecydowałam się pojechać. Decyzja nie była łatwa z dwóch zasadniczych powodów: jestem w gruncie rzeczy pragmatykiem i muszę kalkulować, analizować, oceniać ryzyko, ważyć potencjalne zyski i straty - a tu było to wyjątkowo trudne do oszacowania, bo zwyczajnie nie wiedziałam, w co się pakuję ;) Na forum zarejestrowałam się w kwietniu, jednak byłam użytkownikiem nieaktywnym, inaczej - głównie biernie korzystającym z treści zawartych na forum. Co bowiem mogłam dodać od siebie na jednym z największych forów o tematyce survivalowo-bushcraftowo-różnej, kiedy to nic sobą pod tym kątem na razie nie prezentuję?... Jestem całkiem świeża i zielona w tym środowisku - jeszcze wiele lat minie, zanim będę mogła tak naprawdę z pełną świadomością stwierdzić, że wiem, jak wiele nie wiem... Na razie stoję dopiero u progu tej odmiennej rzeczywistości.

Jak to się zatem stało, że w ogóle na zlot postanowiłam się wybrać?... Ano, swoim zwyczajem śledziłam uważnie wątki zlotu dotyczące, w duchu zazdroszcząc i żałując, że nie znam tego środowiska. Z naprawdę niewieloma osobami dane mi było zamienić parę słów na forach - tym i młodszym bracie (http://bushcrafter.vipserv.org), na żywo pierwszy raz rozmawiałam z jego przedstawicielami zaledwie tydzień przed zlotem (czyli po decyzji o wybraniu się nań ;))... Poza tym czytuję regularnie parę szczególnie interesujących blogów o danej tematyce. Tak samo swoim zwyczajem w pewnym momencie nie wytrzymałam i postanowiłam troszkę na głos pozrzędzić - że bym się na zlot wybrała, ale dojazd mam kiepski... Heh, marne to było z perspektywy czasu - teraz już wiem, że na taki zlot mogłabym jechać i na drugi koniec Polski :) Ktoś mnie wówczas stuknął wirtualnie w głowę, skutecznie z resztą - odłożyłam wszelkie lęki i obawy na bok, obeszłam dookoła nie najlepszą sytuację finansową, poinformowałam mamę i przemilczałam temat przed chłopakiem, by go na zaś nie denerwować... I poczułam ekscytację silniejszą od wszystkich trosk i niepokojów, co było dla mnie najlepszym dowodem na to, że będę żałować, jeśli nie spróbuję... Więc pojechałam, zobaczyłam, wróciłam i na zawsze zapamiętam, że warto było :)

W kwestii dojazdu udało mi się porozumieć z innym Krakusem wybierającym się na zlot samochodem, Irolem. Miał z nami jechać ktoś jeszcze. Już to było dla mnie swoistym wyzwaniem - zaufać i wsiąść do samochodu obcego faceta, który jedzie w obce miejsce... Gdzie się podziała moja ostrożność i nabyty X lat temu brak zaufania do ludzi? Nie wiem, wiem tylko, że to było potwornym balastem i teraz wreszcie mogę złapać oddech i czuć się naprawdę swobodnie... Umówiliśmy się pod Galerią Kazimierz. Tam czekałam dłuższą chwilę (byłam przed czasem), wreszcie przez telefon zostałam poproszona o obrócenie się w prawo. Klasyczny odruch - lewo, refleksja, prawo - i namierzyłam wzrokiem sporą zagraniczną terenówkę. Wysiadł z niej Irol, mężczyzna odziany w moro (pierwsze skojarzenie - rangers jakiś :P), przedstawiliśmy się sobie, moje bagaże zostały zapakowane i usadowiłam się w imponującym samochodzie po lewej stronie kierowcy (dziwne uczucie:)). Czekaliśmy jeszcze na NumLocka, którego Irol namierzył na przejściu dla pieszych, znów krótkie przywitanie i jedziemy po kolejnych na dworzec autobusowy... Tak poznałam pozostałych towarzyszy jazdy, Soohy'ego wraz z kolegą. Tego dnia miałam jeszcze poznać tylu nowych ludzi...

Na podbój Śląska pojechaliśmy przez Olkusz, w sumie dość niespiesznie. Za ten czas miło rozmawialiśmy sobie o sprawach wszelakich, zastanawialiśmy się też, gdzie nas wywiezie nawigacja "zjechałeś z trasy - nowa będzie lepsza"... A że śląskie drogi okazały się rozkopane i pozamykane, nie obeszło się bez zignorowania barier na jakimś zamkniętym odcinku i jechania przez park ;) Najwięcej szukaliśmy odpowiedniego dojazdu do Pogorii IV - zbiornika wodnego, na którym znajdowała się wyspa stanowiąca nasz cel podróży. Wreszcie dotarliśmy pod sam brzeg, wysiedliśmy, wzięliśmy bagaże... Nastał już wieczór, z czarnej i cichej wyspy ku memu zaskoczeniu nie było słychać nawet szmeru, w pewnym momencie pośród zarośli przebiły się światła latarek zmierzających ku nam zlotowiczów. Przeprawili nas oni przez kanał pontonem, przywitali jak swoich i zaprowadzili na miejscówkę. Pasikonik, poznany tydzień wcześniej w Beskidzie Śląskim, pomógł mi się zaklimatyzować - w tym znaleźć miejsce na rozłożenie swoich gratów i zrobienia zadaszenia z poncha, zrobić to zadaszenie, wreszcie trafić do ogniska i poczuć się tam nie tak całkiem już obco :) Tu oczywiście wystąpiła seria przywitań i uścisków dłoni, po czym... No właśnie, tu wszystko zaczyna się zlewać :D

Nie umiem powiedzieć na podstawie własnych wspomnień, co kiedy się działo. Mogłabym się wspomóc relacjami, które pojawiły się na innych blogach, cudzymi zdjęciami - bo własnego aparatu zapomniałam wziąć - ale skoro tak, to wolę pozostać przy tym gigantycznym chaosie panującym w mojej głowie, bo jako całokształt mi nie przeszkadza, a nawet pozostawia przyjemne poczucie, że się działo... ;) Bo działo się wiele. Były rozmowy z ludźmi, których do tej pory kojarzyłam z czytanych blogów, forum lub też nie kojarzyłam wcale, były sprośne kawały i przednie zabawy mocno wstawionych już zlotowiczów, były trunki wszelkiego rodzaju, smaku i procentowości, przekąski na ciepło i zimno, cały stół zastawiony najrozmaitszymi specjałami i przysmakami - w tym czosnek niedźwiedzi, mazidła, grzyby, sosy, syropy, smalce i smarowidła, wreszcie coś, co okazało się dla mnie chyba największym zaskoczeniem degustacyjnym - sało ;D Od stolika w pewnym momencie oderwało mnie pojawienie się jubileuszowego tortu - był wyborny, a jedzenie go "z ręki" dopełniało poczucia swojskości. W wyjątkowo zacnym towarzystwie nie można się było poczuć nieswojo i skrępowanie - muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak dobrze i normalnie... Nie musiałam przejmować się niczym z tych rzeczy, które normalnie w życiu codziennym mnie ograniczają. Zero wrogości, uprzedzeń i zimnego dystansu ze strony otoczenia, za to wszechstronna życzliwość, pogoda ducha i wyśmienite nastroje podsycane mało wysublimowanymi, rubasznymi dowcipami w przeważającej mierze męskiego grona... Jeden ze zlotowiczów był po zlocie ciekaw kobiecego spojrzenia na sprawę - ano, swoją opinią zaskoczyć nie mogę, niczym mnie Panowie nie zgorszyliście i nie rozwaliliście na tyle, bym miała umrzeć ;P Jedyny uszczerbek na zdrowiu, jaki zaznałam, to trwałe wrycie się w głowę pewnych tekstów ;] ("namówiłeś mnie, ty to umiesz zagaić", "ty chu*u", "gdzie jest krzyż", "ludzki* pan, kopnął a mógł zabić" i tak dalej, ponadto nie mogę zapomnieć m.in. o skórzanych stringach z ćwiekami od wewnętrznej ;)) A, no i nie mogę nie wspomnieć o tym, że odchorowuję teraz w domu spontaniczną kąpiel w ubraniach w wodach Pogorii;) Bo takowa miała miejsce następnego dnia, poprzedzona skonstruowaniem przez kilku panów wyśmienitej jednostki pływającej Doris. Tak, następnego dnia działo się tak wiele, że po prostu nie da się tego wszystkiego opisać... Po prostu, atmosfera była przednia, a kolejnych zabawnych sytuacji, pogawędek, nowej dawki czarnego humoru, ciekawych napojów i specjałów, wreszcie posiadówy przy całodobowym ognisku nie brakowało :)
Nie potrafię niestety napisać w tym temacie nic choć trochę bardziej poukładanego czy dobitniejszego. Tak naprawdę prawdziwie wymowne są zdjęcia powstałe podczas imprezy - również te nieopublikowane ;), czy też filmiki udostępniane przez zlotowiczów na forum. W gruncie rzeczy nie żałuję, że nie wzięłam aparatu - ilość zdjęć jest powalająca, jakość wyśmienita, obrazy trafnie wywołują konkretne wspomnienia - i to one są najważniejsze, wciąż żywe i niezmiennie cieszące buzię, a nie przynudnawe słowo pisane ;)

Zakończę zatem tylko w takim duchu, jak zaczęłam - tj dnia trzeciego, po jajecznicy, kawie, sesji zdjęciowej i ogarnięciu siebie i wyspy, większości towarzystwa zebrało się na powrót mniej więcej o podobnej porze. Gdy już wszyscy chętni wraz z bagażami i śmieciami zostali przeprawieni na właściwy brzeg, porozchodziliśmy się grupkami z uśmiechami na twarzy - i nie wierzę, by ktoś z towarzystwa nie zechciał się wybrać za pół roku na zlot wiosenny ;)



Dziękuję pięknie Organizatorom za przygotowanie naprawdę zacnej miejscówki i ogarnięcie wszystkiego w pięknym stylu (komu nie było dane docenić widoków roztaczających się z szaletu, niech żałuje ;)), Kuchmistrzom za przepyszne wędzonki, gulasz, rosół, placki, korzonki, jajecznicę, kawę czarną jak noc i słodką jak grzech, Smakołykozapewniaczom za słoiczki, pojemniczki i buteleczki z wszelkimi specjałami na stole i pod stołem, Drwalom za niegasnący ogień, Budowniczym i Majstrom za jednostkę pływającą i wędzarnię, Rozmówcom za głębokie rozmowy i pogawędki o wszystkim i niczym, Mistrzom i Nauczycielom za wymiar dydaktyczny imprezy, z którego też dane mi było skorzystać, Dobrze Radzącym za dobre rady, Bawiących za ich niezapomniane teksty i czyny, Fotografom za genialne zdjęcia (które bezczelnie zgromadziłam w swoim komputerze ;)), Chomikowi za niestrudzoną konwersację i słodkie uszka, Latającej Myszy - za to, że we mnie nie przywaliła, Wszystkim Pozostałym, za to, że przyczynili się do takiej a nie innej atmosfery zlotu... I jeszcze osobne podziękowania Agacie, dzięki której kąpałam się w październiku i nie musiałam potem siedzieć w przemoczonych ciuchach czy też latać z gołą dupą ;P, której też smalczykiem i grzybkami raczyłam się po zlocie w domu;)

Dzięki, ludzie Reconu! :)


*ludzki, cholera, LUDZKI nie dobry -jak mogłam pomylić! :D

niedziela, 6 października 2013

Jak matka z córką...

Obiecując ostatnio mamie wspólny spacer w weekend, miałam wątpliwości co do jego przebiegu. Z mamą dawno nigdzie nie chodziłam, w ogóle oddaliłyśmy się od siebie... Dodatkowo obawiałam się frustrującego mnie powolnego tempa i wyrażania przez nią ciągłych obaw związanych z moimi nowymi zainteresowaniami. W domu notorycznie muszę wysłuchiwać jej wątpliwości, porad i prób przekonania mnie do swego, denerwuje mnie to okrutnie. No ale, z drugiej strony... Mama jest osobą przepracowaną i należy jej się odpoczynek, relaks inny niż odmóżdżająca sesja telewizyjna i łóżko. Wiem przy tym, że sama nie ma już w sobie ani kapki energii witalnej, a już na pewno nie na tyle, by wyjść pewnego razu z domu ot, tak, dla siebie. Zaproponowałam jej wspólny spacer, kopiąc się w duchu w kostkę - "co ty robisz? zmarnujesz dzień, mogłabyś go spędzić całkiem poza domem, w terenie, w swoim tempie, jak lubisz...". Z drugiej strony tak właśnie trzeba było postąpić, czułam to. I dobrze się stało :) Pomijając już oczywiście uboczne profity w postaci wzmożonej aktywności mamy przez cały tydzień "dla rozchodzenia", czego efektem było wychodzenie mi z psem na spacery B), ten dzień okazał się dla nas wyjątkowo przyjemny. Gdzieś tam znalazłam w sobie nieco przykurzoną sympatię i zrozumienie dla mamy, dokopałam się też do dziwnie dużych pokładów cierpliwości, co do których byłam przekonana, że uległy już wyczerpaniu. Dostosowywanie się do jej możliwości nie ograniczyło mnie, jak się spodziewałam; przeciwnie, czułam się szczęśliwa i zadowolona... A dziś była zupa grzybowa :)

Na cel obrałyśmy sobie dnia poprzedniego Dolinę Mnikowską i rezerwat Zimny Dół, znajdujące się na zachód od Krakowa, na terenie Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego. Dolinę Mnikowską mama odwiedziła raz, jeszcze będąc za młodu w harcerstwie. Czyli, jakby nie liczyć, dobre parędziesiąt lat temu. Pamiętała tylko, że jest tam pięknie... Sceptycznie się na tą trasę zapatrywałam - ok, sama chciałam tam kiedyś zajrzeć, ale bardziej przy okazji jakiejś większej wędrówki, bo jest ona tylko fragmentem Doliny Sanki, bardzo króciutkim, ostatnim odcinkiem. Nie chcąc jednak forsować zastałych kolan mamy długim marszem lub trudną trasą, dolina nie była złym pomysłem. Wisząc nad świeżo poklejoną na przedarciach mapę, dorzuciłyśmy jeszcze Zimny Dół - o którym kiedyś przeczytałam na internecie jako o bardzo ciekawym miejscu - i sprawdziłyśmy dojazd komunikacją miejską, którego szczegóły mama na karteczce dokładnie sobie spisała.

Następnego dnia, tj. w sobotę, wstałyśmy dość wcześnie i z domu wyszłyśmy na autobus w pół do dziewiątej. Już w nim mama zorientowała się, że nie wzięła portfela... No, po kimś to muszę mieć :D Na szczęście ja miałam swój, więc nasza dalsza podróż (bilety itd) jeszcze nie była skazana na porażkę. Potem, przed drugą przesiadką, okazało się też, że mama nie wzięła swoich zapisków co do przystanków przesiadkowych, numerów linii i godzin odjazdów. Na szczęście, jej pełne napięcia i niepokoju pytania "a to nie już? a to nie na tym?" wprawiały nas nie w stan podenerwowania, a wyjątkowo dobry nastrój. Wówczas już poczułam, że nie zmęczymy się swoim towarzystwem i że może być naprawdę fajnie. Wysiadłyśmy dobrze, dojechałyśmy bez przeszkód... Nie pamiętam samego momentu wejścia w Dolinę Mnikowską, za to wryło mi się w pamięć parę obrazków i tekstów, jakie zafundowała mi mama: dotykanie skał, długie pochylanie się z czułością nad maleńką paprotką, znowu dotykanie skał i głośne zachwyty wszystkim wokół...  Nawet "o, jakie urocze gnojowisko!" :)


Przez długość doliny płynie rzeczka Sanka. Nieduża, acz szersza niż te w dotychczas odwiedzonych przeze mnie podkrakowskich dolinkach. Jej radosny plusk towarzyszył nam nieustannie podczas spaceru doliną, w sąsiedztwie zmieniających się widoków. Najpierw zacieniona dróżka i kilka łąk na dnie doliny, jakieś mostki i tak dalej, potem kawałek przez lasek, wreszcie pierwsze "poważniejsze" skały... Narzucane przez mamę tempo okazało się doskonale równoważyć z moimi licznymi postojami na robienie zdjęć. A miałam co fotografować, bo widoki były naprawdę urokliwe.


Gdy wyszłyśmy na główną polanę dolinki, z uznaniem patrzyłam na widoki, które rekomendowała mi mama. Miejsce to okazało się być naprawdę miłe, choć mocno ucywilizowane i nacechowane religijnym kultem... Wszystko za sprawą Matki Bożej Skalskiej, z którą wiąże się dość ciekawa historia - otóż pewien człowiek, inspirowany ponoć wydarzeniem ukazania się Matki Bożej w tel skał powstańcom uczestniczącym w konfederacji barskiej, namalował obraz Maryi w celu utworzenia miejsca modlitwy dla ukrywających się w dolinie powstańców Powstania Styczniowego. Później w miejscu tym odprawiane były tajne msze, gdy mieszkańcy Krakowa pod zaborem, nie mogąc korzystać z kościołów, udawali się poza miasto "w celach rekreacyjnych". Tak... Do betonowego, pomalowanego na biało i przyozdobionego sztucznymi kwiatkami ołtarza, umiejscowionego pod wizerunkiem Matki Bożej Skalskiej, prowadzą schodki z samego dna doliny, towarzyszą im zaś stacje drogi krzyżowej. Sam obraz jest przebrzydki i nijaki - pierwotny uległ zniszczeniu i został przez kogoś tam nieudolnie odmalowany. Całość jednak (te obrazki, sztuczne kwiatki i tak dalej) tworzy jakiś taki religijny klimacik, który nie wywołuje we mnie (niewierzącej) irytacji czy niechęci. Kult maryjny to nieodłączny element naszej polskiej rzeczywistości, mogę się do tego co najwyżej uśmiechnąć... :)


Pozachwycawszy się skałkami naokoło, rezygnując z penetrowania jednej z upatrzonych jaskiń, poszłyśmy dalej... I nagle wyszłyśmy z urokliwego odcinka Doliny Sanki. Szybko doszłyśmy do asfaltu i towarzyszącym mu zabudowań. Przecięłyśmy go i weszłyśmy w znajdujący się naprzeciwko Wąwóz Półrzeczki, z zamiarem przejścia tam i z powrotem. Przechodząc jednak dosłownie paręnaście metrów drogą weń prowadzącą, natrafiłam na rosnącego przy drodze grzyba. No i się zaczęło ;)


Bukowo-sosnowy, widny las porastający zbocza wąwozu, musiał być wcześniej dokładnie spenetrowany przez licznych grzybiarzy. Wszystkie okazy, jakie znajdywałyśmy (no, udało się znaleźć mamie te parę sztuk:)), były bardzo niewielkich rozmiarów. W sumie to nawet dobrze się stało, bo żal by nam było zostawiać potencjalne giganty z powodu braku miejsca w siatce i planowanego przejścia jeszcze Zimnego Dołu. Poza tym takie maluszki są najczęściej jeszcze nierobaczywe, w przeciwieństwie do ich starszych kolegów. Łażąc zatem w poszukiwaniu małych grzybków pokręciłyśmy się trochę po lesie, przeszłyśmy przez dno wąwozu na drugie zbocze, tam dorwałam jeszcze kilka okazów i skierowałyśmy się w drogę powrotną. Mama, która, poddawszy się szybko, zaczęła tworzyć jakąś własną jesienną kompozycję ze znalezionych liści, żuczków i patyczków, całkiem straciła orientację. Zdałyśmy się na mnie, udało mi się nas poprowadzić we właściwym kierunku ;) Po drodze znalazłyśmy jeszcze rozsypany i zdekompletowany szkielecik młodego koziołka, czaszkę ktoś pozbawił poroża... Gdy czaszka do jednego ze zdjęć pozowała nadziana na patyk w maminej ręce, przypomniało mi się dzieciństwo :P Konkretnie "Król Lew", w którym to był taki obrazek "tańczących" szkieletów poruszanych przez kogoś tam, a także nasze późniejsze zabawy, fantastycznie zainscenizowane przez mamę - przygotowana Lwia Skała, cmentarzysko słoni z ponurych apaszek i wycinanych z papieru szkieletów... Jedno z fajniejszych wspomnień :) Ten obraz przypomniał mi, że z mamą miałam kiedyś naprawdę fantastyczny kontakt.


Po wyjściu z wąwozu skierowałyśmy się asfaltem w stronę Zimnego Dołu. Ja chciałam przez las, prowadzącym przezeń szlakiem, ale mama miała już trochę dość wgapiania się w ziemię (a pewnie znów wpadłabym w manię szukania grzybów), poza tym asfaltem pokierowała nas nadmiernie pomocna staruszka. Poszłyśmy sobie tak niespiesznie, mama dzierżąc wciąż w prawej ręce znaleziony kijek - głupio jej jakoś było iść bez trzymania torebki, jak zazwyczaj. Doszłyśmy do rozjazdu i małego parkingu pod imponującą skałą przy samym Zimnym Dole. Tam skorzystałyśmy z infrastruktury turystycznej w postaci ławek i stolika, upiększonej licznymi zalegającymi pod nimi śmieciami i butelkami. Takie typowe "miejsce spotkań" okolicznego menelstwa. Pora dnia była taka, że prócz nas chęć odwiedzenia rezerwatu wykazali dziadkowie z wnuczętami (babcia miała walnięty na głowie soczysty róż), jakieś dwie kobietki i ktoś jeszcze. Posiliłyśmy się kabanosami i wzgardziwszy moimi sucharkami przeszłyśmy przez rezerwat. Taak, przeszłyśmy i właściwie go przeoczyłyśmy :D Nie wiem, na co liczyłam, ale niepotrzebnie poszłyśmy szlakiem prowadzącym wgłębioną drogą. Zamiast podejść pod ciekawsze formy skalne ukryte pośród drzew po prostu weszłyśmy i wyszłyśmy z masy zieleni, kończąc tym samym nasze zwiedzanie tego dnia.


Przed nami była jeszcze tylko decyzja co do wyboru punktu docelowego; nie byłyśmy pewne, czy dotrzemy do samej Sanki na czas, przed odjazdem autobusu... Do następnego miałybyśmy dwie godziny czekania. A może zatrzymywał się on gdzieś po drodze, przy głównej, na którą dotarłyśmy?... Niemożliwe było sprawdzenie tego, bo jak się okazało, zgubiłam mapę. Zaczynam się poważnie zastanawiać nad braniem ze sobą za każdym razem w teren całkiem zbędnego przedmiotu, by go zgubić - bo to już chyba norma, że z każdego wyjścia wracam z uszczuplonym ekwipunkiem ;) Postanowiłyśmy iść jednak do tej Sanki (nie wiadomo, jak daleko będącej). O dziwo na przystanek udało nam się dotrzeć idealnie, na 4 minuty przed odjazdem autobusu :) Po drodze widziałyśmy martwego trznadla, martwy kawałek jakiegoś futerkowca na jezdni i pędzącą przezeń wielką gąsienicę - także nudów nie było ;) Do domu zajechałyśmy z lekka chwycone słońcem, okrutnie zmęczone (ja miałam za sobą nieprzespaną noc) i zadowolone, wiedząc już, że jeszcze kiedyś się razem gdzieś wybierzemy :)


Na koniec znów mam ciekawostkę - kim jest Kropek? :D