Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Co w lasku się zieleni

Ten wpis, tak samo jak dwa poprzednie, dotyczyć będzie ostatniego weekendu... Naprawdę nie pamiętam, kiedy tak przyjemnie i aktywnie spędziłam czas, moje dni rzadko bywają takie długie i obfitujące we wspomnienia. A prócz przejażdżki rowerowej w sobotę i spaceru do Pieskowej Skały w niedzielę, zaliczyłam jeszcze jedną atrakcję na miłe zakończenie weekendu: spacer do lasku, tego samego co ostatnio, niedaleko domu chłopaka - z resztą poszłam nie sama, a z nim.

Tym razem nie będę się wiele rozpisywać; lasek, czy raczej zalesiona mała dolinka, nie jest takich rozmiarów, by cokolwiek więcej pisać ponad to, co na temat jej topografii napisałam ostatnio. Teraz po prostu po raz kolejny miałam okazję podziwiać coraz bardziej rozkwitłą i zazielenioną naturę :)



wtorek, 3 września 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień VI

Ten dzień również mieliśmy w zamiarze spędzić rowerowo, w czwórkę eksplorując kolejne urokliwe zakątki Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Warunkiem mojej jazdy była jednak wymiana roweru na inny ze stodoły, który po wymianie dętek z jego poprzednikiem, okazał się dużo milszym towarzyszem. Nie zmieniło to jednak faktu, że od paru dni wzmagające się złe samopoczucie osiągnęło tego ranka poziom krytyczny - poza złym nastrojem, potęgowanym przez wciąż towarzyszące mi rozterki, obawy i małe złostki, fizycznie kompletnie nie nadawałam się do wspólnej jazdy, o czym zrezygnowana poinformowałam R. pod pierwszym pagórkiem za naszym gospodarstwem. Było mi niedobrze i miałam wrażenie, jakbym świeżo zsiadła z karuzeli w wesołym miasteczku - a po karuzelach generalnie czuję się paskudnie. Zdecydowałam się odpuścić.

Chłopak został ze mną, choć jego towarzystwo chwilowo generowało tylko dodatkowe, niepotrzebne konflikty słowne. Wyszedł on bowiem z założenia, że po prostu źle się do wycieczki od samego początku nastawiłam i w tym upatrywał przyczyn mojej porażki, co wyjątkowo mnie rozsierdzało - jak się bowiem miałam źle nastawić, kiedy to tak bardzo chciałam zobaczyć mnogość ciekawych miejsc w SPK... Atmosfera była przez dłuższą chwilę nieciekawa, wreszcie osiągnęliśmy jakiś stopień porozumienia i postanowiliśmy ruszyć do przodu - ja wyciszona i uspokojona, R. bardziej wyrozumiały i z założenia cierpliwie wyczekujący mnie, pchającej rower, na szczycie każdego podjazdu. Obrana trasa liczyła zaś sobie zaledwie paręnaście kilometrów po najbliższej okolicy, nie przewidywała próby dogonienia Starszyzny, a w razie jakichkolwiek niedomagań miała być elastyczna i stale modyfikowana w odniesieniu do moich wątpliwych możliwości. W ten oto sposób zaliczyliśmy, jak się okazało, bardzo udaną wycieczkę rowerową, odpuszczając obustronnie wszelkie dalsze stresy na ten dzień.

Skierowaliśmy się w stronę, którą ostatnio wracaliśmy - żeby uniknąć poznanego już nieprzyjemnego podjazdu na ostatnich kilometrach powrotu. Przy pierwszej okazji, przed Udziejkiem, skręciliśmy jednak na prawo i w ten sposób dostaliśmy się pod zabytkowy młyn, wyraźnie świeżo wyremontowany.



Jeziora Kleszczowieckie

Dalej jechaliśmy szlakiem, który za młynem wiódł nas powolutku w stronę Smolnik. Zanim jednak tam dotarliśmy, jechaliśmy kawałek drogi niesamowicie pachnącym lasem, w którym to na naszej leśnej dróżce pojawiły się w pewnym momencie zagadkowe tropy psowatego. Wyraźnie nie był to mały spacerujący jork, a jakieś spore bydlę w biegu. Zastanawialiśmy się długo nad pochodzeniem tropów - były tak duże, że zaczęliśmy główkować, czy w tej okolicy pojawiają się wilki. Dziwne jednak było to, że tropy tak długi czas wiodły leśnym duktem, zamiast zboczyć w momencie w otaczający nas las... Cóż, bardziej spodziewałabym się jednak wilka, niż wilczura, który pędził chwilę później w naszą stronę za jadącym skuterem. Zagadka wyjaśniła się, rozwiązanie okazało się dość proste - jednak w odmiennych niż na co dzień warunkach wyobraźnia podsuwa różne scenariusze :)

Droga z lasu wywiodła nas na pola. Przed nami rozciągał się widok na bliższe i dalsze wzniesienia, przede wszystkim z daleka już widzieliśmy wyjątkowo stromy podjazd, który nas czekał. To o nim wspominał Szymeon, gdy w pierwszych dniach pobytu wybrał się samotnie na rower, rezygnując z naszego jeziorka. Szymeon generalnie dużo jeździ i na nie byle jakim sprzęcie, zatem lubi wyzwania i do każdego podjazdu startuje z równym zapałem. Ten miał być jednym z dwóch, które wyczerpały go totalnie.

Ja z góry podejście do tematu odpuściłam, chłopak na mniej stromych fragmentach trasy próbował coś tam pedałować, bo nie należy do ludzi, którzy łatwo się poddają. Powierzyłam mu zatem mój aparat, by czekając na mnie gdzieś wyżej robił zdjęcia rozpościerającym się widokom, ja za ten czas zaś mogłam powolutku, w swoim tempie, krok po kroku wypychać mój sprzęt i tyłek do góry. A że z tego miejsca rozpościerał się fantastyczny widok na Jeziora Kleszczowieckie, to każde z nas było z tego układu zadowolone (tym bardziej, że po drodze dopadłam porastające gęsto skarpę jeżyny :))


Smolniki

Tym niespiesznym tempem dotarliśmy wreszcie do Smolnik. Tam pozwoliliśmy sobie na chwilowy odpoczynek, zakup mapy parku (na pamiątkę) i opłacenie dwóch wejściówek na punkt widokowy "U Pana Tadeusza", który swą nazwę zawdzięcza kręceniu scen do filmu o wspomnianym literackim bohaterze. Widoki rozpościerające się z drewnianej wiaty generalnie niewiele się różniły od tych widzianych poprzednio, nie wiem nawet, czy tamte, z polnej drogi otoczonej polnymi zaroślami nie bardziej mnie urzekły... Ale na takie widoki zawsze patrzeć można, nawet za cenę dwóch złotych ;)

To niewielkie mokradło mijaliśmy jeszcze w drodze do Smolnik
W Smolnikach mieliśmy chwilę wahania co do dalszego przebiegu naszej przejażdżki - okrutnie marzyło mi się pojechanie kawałek dalej, na Starą Hańczę, skąd, w otoczeniu pomników przyrody dworskiego parku, miał się roztaczać widok na jezioro Hańczę. Ze względu na moje niepewne siły i fakt, że tylko my byliśmy w posiadaniu kluczy do pokoi, zdecydowaliśmy jednak udać się już w drogę powrotną, wiodącą tym razem przez Kleszczówek. Jako że Smolniki są położone dość wysoko w regionie, na asfalcie wiodącym przez wieś można było osiągać naprawdę szalone prędkości zjazdu. Właściwie ledwo zauważyłam tablicę z nazwą miejscowości, a już chwilę później minęliśmy tablicę oznaczającą wyjazd ze wsi. Później mieliśmy już tylko zgodnie z mapą dotrzeć do głównej asfaltowej wiodącej na Litwę, którą, w przeciwnym kierunku, udać się mieliśmy do Gulbieniszek i stamtąd już prosto do naszego gospodarstwa. Po drodze, z bardziej interesujących zjawisk, minęliśmy jeszcze tylko pole wymarłych brzózek sterczących z wysokich, mokrych traw (wyraźnie niedawno powstałe rozlewisko), a później widok stada krów spędzanego z pola na asfalt z pomocą zjadliwego kundelka sięgającego połowy łydek, który, niczym pies pasterski, poganiał bardziej oporne mućki i nawracał te zbaczające z trasy.


Do gospodarstwa, mimo obaw, dotarliśmy tuż przed powrotem Starszyzny. Okazało się, że podczas gdy my zrobiliśmy (bezspornie dzięki mnie) niecałe 17km, oni zdążyli w podobnym czasie pokonać ponad 40, objeżdżając właściwie cały Suwalski Park Krajobrazowy dookoła - co w kontekście walorów widokowych i tak im nic nie dało, bo, jak to powiedziała Starsza, "przy Szymku nie miała czasu rozglądać się na boki".

Przed zachodem słońca rozpaliliśmy grilla, by standardowo posilić się kiełbaską, uraczyć karkówką i nawodnić piwem. Zdążyłam jeszcze na chwilę odejść od towarzystwa pod sosnowy lasek, gdzie zaraz wszelkie troski wyleciały mi z głowy - podeszłam bowiem niechcący pod sosnową gałąź, zawieszoną 1,5m nad moją głową, skąd prosto z nad mojej głowy zerwał się do lotu bocian. Chciałam go jeszcze raz z tak bliska zobaczyć, kucnęłam zatem cichutko w zaroślach i obserwowałam, jak zatacza kręgi wokół lasku - nie był jednak najwyraźniej na tyle głupi by nie zauważyć, że coś w las weszło a nic z niego nie wyszło, i po parunastu okrążeniach odpuścił sobie powrót na swą ulubioną miejscówkę.


Zachód słońca przystroił tego wieczoru niebo w bardziej pastelowe szaty niż zwykle, natomiast późniejszy księżyc zawisły na granatowym niebie świecił bliskim, pomarańczowym światłem, zwiastującym niespokojną noc szamotaną wiatrami i burzami. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że po nocy zostało w nas tylko zacierające się szybko wrażenie nocnej deszczowej melodii.







poniedziałek, 2 września 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień V

Ponieważ spędziłam ten weekend zupełnie inaczej, niż planowałam (poza domem, ale nie w terenie), toteż, nie mając nic w temacie do napisania, powrócę do relacjonowania sierpniowych wczasów w Ścibowie ;)

Dnia piątego, a właściwie jeszcze wieczorem dnia poprzedniego, powzięłam stanowczy zamiar uprzedzenia w swoim wstawaniu wschodu słońca. Ponieważ jednak nie miałam zamiaru zaszantażować w perfidny sposób chłopaka (w stylu: "albo idziesz ze mną, albo pójdę tam sama" - tam, czyli na Górę Cisową, skąd bardzo chciałam zobaczyć słońce wschodzące nad Suwalskim Parkiem Krajobrazowym, a gdzie R. samej nie chciał mnie wypuszczać o tak "nieprzyzwoitej" porze), wybrałam się tylko kawałek od naszego gospodarstwa. O mało co nie udało mi się wybyć z domu na czas, bo ustawiony w komórce alarm zadzwonił, gdy schowane za widnokręgiem słońce malowało już krajobraz soczystymi barwami. Pospiesznie się ubrałam, chwyciłam aparat i wyleciałam cichcem z domu, zmierzając prosto przed siebie, za gospodarstwo, przez drogę i dalej, w pola - by uchwycić tę czarowną chwilę choć na jednej fotografii, bez zbędnego przekłamania kolorystycznego, co na szczęście mi się udało :)


Gdy wróciłam później do domu, poczułam rozkładające mnie z zaspania zmęczenie. Położyłam się na łóżku i przespałam jeszcze dobre cztery godzinki.


Tego dnia garaż z narzędziami został nam udostępniony, i po założeniu dętek, tudzież podmianie kół, skonstruowaliśmy z Lubym dwa rowery. W międzyczasie Starszyzna pojechała na zakupy do najbliższego sklepu w Jeleniewie. Po ich powrocie ustaliliśmy plan naszej dzisiejszej wycieczki rowerowej, z grubsza wiodącej "moimi" trasami, obczajonymi jeszcze w domu. Starszyzna wywlekła swoje drogie rowery ze stodoły, ja dostałam prawo wyboru jednego z dwóch przez nas przygotowanych. Wybrałam ten z koszmarnie scentrowanym kołem, którego udało się jednakowoż lepiej dopompować, poza tym wyczułam przerzutki - trzeba było tylko lewego przytrzymać prawą ręką i dopiero wtedy przekręcać, bo inaczej kręciła się cała rękojeść. Rower Mojego strzelał przy próbie zmian przerzutek, poza tym na takim flaku chyba nie byłabym w stanie jechać.

Jezioro Szurpiły

Jak zwykle niespiesznie wybyliśmy w trasę. Wyjechaliśmy na "główną polną", gdzie skierowaliśmy się w lewo, do asfaltu. Tam znowu skręciliśmy w lewo, by kawałek dalej odbić na "naszą" trasę. W zamiarze mieliśmy się dostać pod Górę Zamkową, pozostałości po grodzisku plemienia Jaćwingów. W pewnym miejscu jednak dojechaliśmy do rozdroża, gdzie udaliśmy się w błędnym kierunku ścieżką poznawczą "Na Górę Zamkową". Okazało się bowiem, że zamiast za parę minut dotrzeć do celu, skierowaliśmy się na Kazimierówkę, nadkładając całe kilometry trasy i okrążając jezioro Szurpiły o pięknej, malachitowej barwie swych wód.


Z racji ogólnego tempa nadawanego przez towarzystwo nie było mi dane zatrzymywać się co krok i uwieczniać zachwycające mnie widoki na zdjęciach. Nie jestem przez to w stanie dokładnie określić, w którym momencie rozkraczyły się do reszty dwa rowery... Za Kazimierówką zamieniłam się z Szymeonem, który musiał doświadczyć jazdy na moim wehikule, by zrozumieć, że donośne dźwięki przezeń wydawane to nie ocieranie koła o błotnik, a koła w ogóle. Tak więc już za Kazimierówką, może na wysokości miejscowości Szurpiły, może trochę dalej, po jednym z bardziej stromych i agresywnych zjazdów (podjazdów o tych cechach było jeszcze więcej ;)) koło zaczęło tak boksować, jakby zaraz się miało odkręcić lub złamać. Nie wiem, co tam przy nim wykombinowali faceci - trochę dokręcili, chyba też parę razy w nie mocniej grzmotnęli - w każdym razie zaczęło się kręcić, jak przedtem, co przynajmniej wróżyło jazdę w ogóle. Starsza zasiadła zatem na swoim drogim trekkingowym cacku i rzuciła hasło: "ruszamy", na co jej brat odparł z rozbawieniem, że ona to chyba nie... Nie wiemy, jak długo jechała na rozwalonej dętce. Tak czy inaczej cud, że nie pokancerowała koła, zjeżdżając z prędkością niemałą, krętą, kamienistą drogą. Dalej już jednak jechać nie miała.

Po namyśle i utarczkach słownych między zakochanymi postanowiono, że Starszyzna wraca te 10 kilometrów piechotką, taszcząc nowy rower Starszej i moje pokrzywione cudo. My z R. mieliśmy jeździć sobie dalej i niczym się nie przejmować. Więc pojechaliśmy... Nie daleko jednak, bo zgłodnieliśmy i urządziliśmy sobie postój na zjedzenie przygotowanych kanapek i nabranie apetytu na dalszą trasę.


Po postoju zdążyliśmy zaledwie zjechać z góry i dotrzeć do rozstaju dróg (i szlaków, tu mogliśmy odbić na rezerwat przyrody w Rutce), gdy po kontakcie telefonicznym ze Starszymi dowiedzieliśmy się, że mamy na nich czekać. Okazało się bowiem, że ci po drodze zahaczyli innych rowerzystów, parę, gdzie kobieta miała identyczny rower jak Aga, z niestandardową wielkością kół, i akurat mają przy sobie zapasową dętkę. Starszyzna, odkupiwszy ją zatem i wymieniwszy się uwagami dotyczącymi wczasów i restauracji w Jeleniewie, zmierzała teraz ku nam z powrotem. Gdy już do nas dotarli, skierowaliśmy się wszyscy na Górę Zamkową.

Góra Zamkowa

Nie będę teraz przytaczać naukowych danych dotyczących grodziska, każdy może sobie to znaleźć w internecie. W każdym razie, mimo czytania o tym archeologicznie ciekawym miejscu w przewodnikach i wcześniej na stronach internetowych, miałam blade pojęcie, gdzie się wybieramy. Jeszcze zostawiając pod schodkami rowery i Starszyznę myśleliśmy z R., że owe schodki prowadzą jedynie na widoczny nam pagórek i to ma być ta cała "Góra Zamkowa". Okazało się jednak, że pagórek zasłania nam nasz faktyczny cel - który okazał się dość wysoki i imponujący. Kamienno-ziemistymi schodkami, później polno-leśną ścieżką dotarliśmy na zalesiony szczyt góry, skąd roztaczały się fantastyczne widoki na otaczające nas zewsząd tafle jezior. Jaćwingowie nie bez powodu obrali w zamierzchłych czasach właśnie to wzniesienie na swoje grodzisko - wody stanowiły naturalną barierę dla wroga, co dodatkowo jeszcze spotęgowali odkrytą przez archeologów palisadą wokół wzgórza. Góra stanowiła nie tylko doskonały punkt obronny, a była centrum życia jaćwieskiego plemienia; dwa nieopodal znajdujące się wzniesienia nie bez powodu nazwane są "Górą Cmentarną" i "Górą Kościelną". Aż dziw bierze, że plemię tak po prostu przepadło w odmętach historii, nie zostawiając po sobie nic prócz czekających w ziemi na odkrycie pozostałości okazałych grodzisk, kurhanów, czy śladzie w obecnie funkcjonującym regionalnym nazewnictwie.

Tak czy inaczej, przez szmat czasu dobrze im się tu musiało żyć ;)


Wodziłki i Głazowisko Łopuchowskie

Nie bardzo był sens wracać do uwzględnianego w planach, a pominiętego w praktyce rezerwatu Rutka, zatem skierowaliśmy się do Wodziłek - jednej z nielicznych już w regionie wsi Staroobrzędowców, położonej pośrodku SPK. Tak na dobrą sprawę pośród obecnych mieszkańców już naprawdę nieliczni są praktykującymi Staroobrzędowcami, ale w centrum niewielkiej wioski stoi zabytkowa molenna, nadająca temu miejscu nieco nostalgiczną aurę.


Będąc na rowerach nie rozejrzeliśmy się zbytnio po okolicy, z resztą przez większość wycieczki chodziło bardziej o to, by pedałować, niż w zadumie zachwycać się nad każdym widokiem i ciekawostką. Pojechaliśmy zatem w stronę jeziora Hańcza, do Bachanowa, którego jednak się na miejscu za dużo nie naoglądaliśmy - coś tam prześwitywało nam zza drzew i domostw. Tak naprawdę, by móc podziwiać Hańczę, trzeba by udać się na przeciwny brzeg i wspiąć na Górę Leszczynową, tudzież dotrzeć do Starej Hańczy, gdzie z miejsca po dawnym dworze roztacza się widok na całe jezioro. My jednak podczas tej wyprawy czuliśmy już niemałe zmęczenie (Szymeon zwrócił mi moje cudem jeżdżące cacko) i powoli zataczaliśmy pętlę. Z Bachanowa skierowaliśmy się zatem na Łopuchowo, gdzie znajduje się jedno z trzech w okolicy głazowisko, objęte ochroną rezerwatową. Po paru pamiątkowych zdjęciach na głazie i w otoczeniu głazów, ruszyliśmy już całkiem w drogę powrotną - na Udziejek i dalej, gdzie ja już po drodze wysiadałam psychicznie i fizycznie, zsiadając z mojego zgrzypiaka przed każdym, najmniejszym wzniesieniem. I tak oto wreszcie dotarliśmy do naszego gospodarstwa, gdzie wieczorem, by tradycji stało się zadość, zjedliśmy kiełbaski do piwa (tym razem z grilla, i w towarzystwie karkówki). A ja, tradycyjnie, dorwałam zachód słońca spod naszego sosnowego lasku :)


czwartek, 29 sierpnia 2013

Wczasy na Suwalszczyźnie - dzień IV



>>Przedwstępem do dzisiejszego wpisu, na jednym wydechu, powiem tylko, że prócz za moment opisywanego dnia IV zostaną jeszcze kolejne cztery, z których jednakowoż zdawanie relacji przełożę na bliżej nieokreślony czas - planuję bowiem chwilę poszwendać się za domem, w tym jednodniowo po jakimś ładnym kawałku natury, o czym oczywiście tu później napomknę :P<<


Dzień czwarty pobytu na Suwalszczyźnie może i nie obfitował w moc wydarzeń, ale czytając poprzednie wpisy nie trudno się zorientować, że generalnie cały pobyt miał mniej więcej taki charakter ;) Nie bez powodu mój wyjazd nazywam wczasami; nie miał on nic wspólnego z nawet najmniej survivalową wyprawą, która mi się marzyła... Tak to już jednak jest, że jak się jedzie z towarzystwem, to trzeba się liczyć z pewnymi odstępstwami od swoich wyobrażeń na temat przebiegu wyjazdu, przewidzieć mimowolne "iście" na kompromis. Nie spodziewałam się jednak, że jadąc z Moim będę tak naprawdę sama przeciwko trójce - rodzeństwu i partnerze Starszej... Nie było wojny, nie było praktycznie nawet malutkiego konfliktu; po prostu zagryzałam zęby i w duchu plułam sobie w brodę, że tych ośmiu dni nie spędzam gdzieś sama w dziczy. Niestety, mimo lekkiego opisu wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce, w duchu przez cały pobyt w Ścibowie pozostawałam zgnębiona... Powody były tak naprawdę trzy: pierwszy to fakt, że jadąc w tak fantastyczny kawał natury, jakim jest Suwalszczyzna, chciałabym móc w pełni się w niej zanurzyć. Przemierzyć region wzdłuż i wszerz, od wczesnego ranka do późnego wieczora będąc na nogach, w terenie. Nie było mi to dane, tak jak i możliwość zrealizowania drugiej potrzeby - niezależności. Od samego początku "grzecznościowo" odebrana mi została niezależność finansowa, a za nią poszła w zapomnienie jakakolwiek decyzyjność. Otóż tak się jakoś dziwnie porobiło, że za wszystko "zakładał" Szymeon. Na samym początku, już pierwszego dnia, po pierwszych wspólnych zakupach chciałam się od razu rozliczyć zwracając jedną czwartą (prosty rachunek), ale główny finansjer niemal się z tego powodu na mnie obraził, więc odpuściłam. Okazało się niestety, że tak miało już być przez cały pobyt. Wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że gorzej stałam z kasą od reszty i koszmarnie źle się czułam widząc, jak szybko rozchodzą się pieniądze... Gdybym sama za siebie płaciła i sama robiła sobie zakupy, byłabym w stanie wyżyć (i być zadowoloną!) za naprawdę niewielkie pieniądze. Tymczasem po trzech dniach pobytu ja już doskonale widziałam, że moje (czynione za mnie) wydatki przekraczają mój dzienny limit dwukrotnie... Ta nieznośna myśl tak skutecznie psuła mi nastrój, że w efekcie kawał czasu przechodziłam zadumana, milcząca, drażliwa. Cholera.
Trzecią bolączką okazał się niefortunny związek z najmłodszym bratem Starszej, która, chociaż starsza o zaledwie trzy lata, to jednak najwyraźniej wciąż widzi w Moim "swojego małego braciszka" i dalejjj go niańczyć. Aga jest istotą sympatyczną, ale ma tak silną osobowość, że stłamsiła mnie na miejscu. Nie specjalnie i nie wprost, ale poprzez przejęcie roli decydenta, zakupowego i matki po trosze. Bo skoro braciszek jest wciąż malutki, to i jego dziewczyna postrzegana jest w podobny sposób... Momentami myślałam, że wyjdę z siebie, ale musiałam robić dobrą minę do złej gry, przecież pojechałam z Moim grzecznościowo - i tylko on biedny na tym tracił. Bo wszelkie stresy właśnie na najbliższych się odbijają... Żałuję, że nie pojechaliśmy gdziekolwiek we dwoje.

Powróćmy jednak do dnia czwartego. Zaczął się on kiepsko, tym bardziej, że poza bolączkami psychicznymi, zwyczajnie nie najlepiej się czułam. Cały ranek minął jakoś tak na niczym konkretnym - ot, jakieś spacery po okolicy, jakieś rozmowy, jakieś czytanie, trochę zdjęć, trochę marudzenia, trochę polowania na motyle... W układance wspomnień brakuje coraz więcej puzzli, coraz ciężej jest odtworzyć bieg wydarzeń. Pojedyncze fotografie przywołują jedynie fragmenty rozmów i myśli, ułamki chwil zaledwie...

Zdjęcie z muchą nie jest mojego autorstwa; jest to jedno z tych "artystycznych ujęć", które dla obśmiania mnie wykonał chłopak. Jakoś mimowolnie mnie urzeka ;)

Czarna Hańcza

W którymś momencie zapadła decyzja (czyt. zadecydowali), że wybierzemy się na spływ kajakowy Czarną Hańczą. Starszyzna obczaiła wypożyczalnie kajaków organizujące takie spływy, obdzwoniła, wybrała lokalizację - i po przygotowaniu prowiantu udaliśmy się samochodem do Magdalenowa.

Na miejsce trafiliśmy bez większych problemów. Zgłosiliśmy się po kajaki do córki właściciela, którego akurat nie zastaliśmy. Dziewczyna nie bardzo mocno się nagimnastykowała, by nam jakoś wytłumaczyć trasę - wyszło to chyba jednak gorzej, niż jakby nie mówiła nic. Tak nas bowiem zamotała, że zamiast zaraz na początku jeziora Wigry, wypływając z naszej zatoczki trzymać się blisko brzegu, by trafić na kanał pod drogą, my zdążyliśmy przepłynąć kawał dalej, za klasztor. Dopiero jakiś człowiek sterujący stateczkiem turystycznym pokierował nas we właściwą stronę.


Atmosfera na naszym kajaku nie była najlepsza; dopiero później, po osiągnięciu punktu krytycznego, miało być lepiej. Tymczasem płynęliśmy w ciszy i dodatkowym napięciu wywołanym przez źle podane nam instrukcje i wręczoną niedokładną mapkę, której moje poprawne interpretacje były jakoś od samego początku mocno lekceważone. Nic tam, trochę nadłożyliśmy drogi, trochę czasu do wieczornego obiadu zamówionego u właścicielki zleciało... Trafiliśmy na kanał, za nim, przepływając przez mniejsze jezioro, opłaciliśmy w punkcie opłat wstęp do Wigierskiego Parku Narodowego, by dalej płynąć już prosto z biegiem rzeki...

Otaczająca nas przyroda była fascynująca, zaabsorbowała nas bez reszty. Atmosfera powoli ulegała oczyszczeniu. Płynęliśmy bardzo niespiesznie, właściwie z nurtem rzeki, co jakiś czas korygując kurs, by nie wpakować się całkiem w gęste trzciny. Moczyliśmy łapki i nóżki, wystawialiśmy buźki do słoneczka, robiliśmy zdjęcia, oglądaliśmy ptaszki i kwiatuszki i takie tam ;) A tak poważnie to zachwycaliśmy się w ciszy otaczającą nas zewsząd szemrzącą na wietrze ścianą zieleni, podziwialiśmy podwodne łąki, doskonale widoczne w niezmąconej, przejrzystej wodzie... Czułam się jak posadzona na jakimś wielkim akwarium, pełnym egzotycznych wodnych roślin.

Nie byliśmy na rzece sami; generalnie Czarna Hańcza jest bardzo popularna pod względem spływów kajakowych, zatem co jakiś czas dobijaliśmy do ekipy żółtych kajaków przed nami. Na szczęście przez większość czasu mogliśmy się delektować samotnością i ciszą pełną głosów natury. Czasem tylko mijaliśmy jakiegoś wędkarza lub kąpiącego się wczasowicza. W pewnym momencie żółtokajakowców udało nam się wyprzedzić, gdy ci urządzili sobie postój na polu turystycznym. Też mieliśmy już w zamiarze coś przekąsić, ale zdecydowaliśmy się popłynąć kawałek dalej w celu znalezienia bardziej zacisznej miejscówki. Po jakimś czasie natrafiliśmy na kolejne przygotowane dla turystów miejsce, choć bardziej zielone i intymne od mijanego. Dobiliśmy kajakami do pomostu i w tym miejscu, przy wysiadce, Mój nieoczekiwanie postanowił wpaść do wody. Ta na szczęście w tym miejscu miała 1,5m głębokości, dno nie zdążyło go pochłonąć ani nurt porwać :) Dzięki temu już we dwoje byliśmy cali mokrzy (bo wcześniej chlusnął na mnie wiosłem wody).

Ściągnęliśmy mokre ubrania, zjedliśmy kanapki z serem i napoiliśmy się. W międzyczasie minęły nas żółte kajaki. Podczas odpoczynku po raz pierwszy naszła nas refleksja, że za wolno płyniemy, jeśli chcemy zdążyć na kolację (ja właściwie to nie chciałam, nie była mi do szczęścia potrzebna, wolałam płynąć - ale cóż mogłam powiedzieć). Padła też myśl, by spływ zakończyć w Maćkowej Rudzie, a nie, jak było ustalone i zapłacone, w Wysokim Moście. Decyzję w tej kwestii odsunięto jednak na później. Zebraliśmy się do dalszej drogi.


Płynęło się różnie. Były odcinki, gdzie nurt sam niespiesznie niósł kajak, ale bywały też momenty, gdy wiatr cofałby nas, gdyby nie silne, równe wiosłowanie. Rzeka meandrowała pośród brzegów porośniętych brzozowymi gaikami, które czasem były nam tak odległe, że nawet na stojąco na kajaku (tak, to cała ja ;)) nie widziałam nic prócz sitowia.

Mając na uwadze wcześniejsze obiadowe rozterki, płynęliśmy zdecydowanie szybciej niż na początku, choć szło to znacznie trudniej. Rzeka coraz częściej przybierała postać małych rozlewisk, czasem płynęło się centralnie pod wiatr, czasem pojawiał się dylemat, w którą odnogę wpłynąć (niepotrzebnie, bo te zawsze zbiegały się z powrotem po parunastu metrach). Próbowaliśmy się zorientować w swoim położeniu, patrząc na niedokładną mapkę i szukając jakichś punktów odniesienia. Nie płynęliśmy jednak wcześniej na tyle uważnie, by wiedzieć, czy mijaliśmy już wszystkie zaznaczone pola namiotowe, nie dostrzegliśmy też po drodze lewego dopływu, Żubrówki. Gdzieś w tych okolicach bowiem umiejscowiłam nas na mapie (jak się później okazało, całkiem słusznie) - i nie wróżyło to dobrze obiadowi tudzież wyprawie do Wysokiego Mostu, bo przed nami był jeszcze szmat drogi.

Do żółtych kajaków dobiliśmy tym razem w miejscu, gdzie pani oferowała jagodzianki z mlekiem - przy czym to drugie żółci zdążyli nam w całości wypić. Zakupione drożdżówki były bardzo smaczne, jak to domowe wypieki - w każdym razie smakowały nawet łabędziowi, który, początkowo bojowo nastawiony, kęsem został przekupiony i pozwolił przepłynąć obok swojej dorastającej dziatwy i damy.


W pewnym momencie dopłynęliśmy do sporego rozlewiska. Nie bardzo wiadomo było, gdzie mamy dalej płynąć. Podpłynęliśmy kawałek przed siebie, gdzie wyminęliśmy płynącą z naprzeciwka panią, która poinformowała nas, że tam dalej nic nie ma; zapytała też, czy mijaliśmy takich państwa płynących przed nią. Ponieważ nie mijaliśmy nikogo płynącego pod prąd (choć tu właściwie nurt się rozmył i nim się sugerować nie należało), wyglądało na to, że znalazł on inną drogę. Jednak obejrzawszy się dookoła stwierdziliśmy, że innej drogi jak ta, skąd wraca pani, po prostu nie ma. Czy możliwe było, żebyśmy przegapili wcześniej główne koryto rzeki i zabłądzili tak daleko?  W tym czasie żółci dobili do nas i zlekceważyli powtórzoną przez nas informację o braku dalszej drogi. Byli tak pewni siebie, że popłynęliśmy za nimi.


Oczywiście dość szybko zdaliśmy sobie sprawę, że na pewno głównym biegiem rzeki się nie przemieszczamy. Szło nam trochę łatwiej jak żółtym przed nami, bowiem plątanina trzcin pod kajakami była już trochę przez nich stłamszona i "ulizana". Przebijaliśmy się przez gęste sitowie odbijając wiosłami od sprężynującej zielonej masy pod nami, lub też "podciągając" poprzez zahaczanie wioseł o rosnące z boku rośliny. Było przy tym niemało śmiechu i adekwatnych komentarzy. W pewnym momencie usłyszeliśmy dziką radość dziewczyny z żółtej ekipy: "PŁYWAMY W KÓŁKO!"... Spojrzeliśmy z R. po sobie; może trzeba było nie płynąć za nimi na ślepo?... Ale pewnie zrobili po prostu małe kółeczko i stąd mają tyle radości. Zaraz znajdą drogę.

Znaleźli. Żółci zniknęli nam na chwilę z oczu, po czym wypłynęliśmy na rzekę... Jakieś paręset metrów przed rozlewiskiem.

Tym razem w ogólnie panującej radości i równoczesnym niedowierzaniu dopłynęliśmy znów do naszego rozlewiska, gdzie już z całą stanowczością zawróciliśmy naszych rychłych następców z idei powtarzania naszego wyczynu. Ekipa z kajaka za nami, małżeństwo w średnim wieku, zerkało na nas nieufnie. Tymczasem żółci pobrodzili trochę kajakami przy szuwarach i uznali, że pewne miejsce jest właściwym biegiem rzeki. Nie wyglądało to wiele lepiej jak poprzednie strugi prowadzące nas w chaszcze, jednak sitowie wyraźnie pochlastane było przez wiele kajaków przed nami. Cóż, najwyżej wpłyniemy w kolejny labirynt... Okazało się jednak, że niepozorna droga okazała się właściwa. Wypłynęliśmy na normalną rzekę, która szybko poniosła nas w zabudowania. Dotarliśmy do Maćkowej Rudy. Tu już ostatecznie padła nieco decyzja o powrocie do gospodarstwa na zamówiony obiad. Nie odezwałam się. Przygoda się skończyła...

Tego wieczoru nie katowaliśmy na szczęście żołądków kolejną porcją ogniskowej kiełbachy. Obiad gospodyni był smaczny, prawdziwie domowy. Najedliśmy się jak dzikie bąki, po czym dostaliśmy jeszcze na deser talerz ciast. Mimo największych chęci nie byliśmy ich w stanie tknąć, na szczęście dostaliśmy pozwolenie na wzięcie talerza ze sobą, na potem. Chętnie skorzystaliśmy.

Późnym wieczorem obaliliśmy ciasto, popijając kawą. Później z przejedzenia, rozbudzenia, złości i radości nie mogłam długo zasnąć. W nocy we łbie kotłowały mi się same głupie rzeczy. Na szczęście następnego dnia miałam się obudzić na tyle zadowolona, by choć symbolicznie zrobić to, co mi się marzyło.