Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolinki Krakowskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolinki Krakowskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Marcówka w Pierwszy Dzień Wiosny

Warto czasem obejrzeć w telewizji w godzinach okołopołuniowych wiadomości przeznaczone dla rolników i hodowców. Dowiedziałam się z nich sporo ciekawych rzeczy, np o problemie w USA ze skupem tuczników z powodu jakiegoś nowego wirusa, który dziesiątkuje najmłodsze pokolenie trzody chlewnej (przeżywalność bliska zeru procent), oraz, że o ile w piątek i sobotę pogoda w moim regionie będzie wyśmienita, o tyle w niedzielę się pokićka i w następne dni będzie już tylko gorzej - tym samym ewentualne wycieczki dobrze by jednak przewidzieć na początek weekendu. Owa prognoza pogody była zatem moim argumentem w negocjowaniu z Bubem szczegółów wypadu poza miasto. Wątłym wprawdzie, bo oboje z przepowiadaczy pogody najczęściej się nabijamy, ale lepszym niż, dajmy na to, powoływanie się na prognozę Polsatu. W końcu ci wszyscy rolnicy muszą mieć jakieś dobre źródło informacji, inaczej wszyscy pomarlibyśmy z głodu.

Stało się zatem tak, że w piątkowy wieczór poszliśmy do kina na film "Witaj w klubie" (o ile za aktorem grającym bohatera głównego nie przepadam, a jego hollywoodzkiego uśmiechu szczerze nie lubię, o tyle w filmie tym pokazał prawdziwą klasę i kunszt gry aktorskiej, czego bym się po nim nie spodziewała - no i charakteryzatorzy przyżółcili mu te jego śnieżnobiałe ząbki ;)), natomiast w sobotni poranek ostatecznie wyzyskałam akceptację planu "wyprawy" w Dolinki Podkrakowskie. Uff :)

Wypad okazał się mieć naprawdę więcej wspólnego z przyzwoitą wyprawą niźli zwykłą wycieczką. Uwidziałam sobie bowiem wzięcie psa, który nie umie podróżować środkami komunikacji zbiorowej, nienawidzi kagańca a poza tym wszystkim nigdy nie był poza domem dłużej jak 4-5 godzin (kiedy go zamknęłam na podwórku i o nim zapomniałam...). Nijak ma się to jednak do jego kundlowatego usposobienia i predyspozycji w postaci zwinności, niespożytych sił witalnych i energii, nadpobudliwości - żebym wiedziała wcześniej, że to jest pies stworzony do życia na wsi, nie w mieście - może bym rozważyła oddanie go do schroniska po ustaniu zagrożenia zalaniem tegoż, spowodowanego alarmem powodziowym, w wyniku czego psiak do mnie trafił na przechowanie... Biorąc pod uwagę powyższe, w tym roku postanowiłam nieco Gacka uszczęśliwić i dać mu namiastkę poczucia wolności. Chciałabym, żeby docelowo mógł on ze mną jeździć na wszelkiego rodzaju wypady, żeby łaził ze mną po lasach, gonił wiewiórki, hasał po krzakach i spał przy mnie pod gwiazdami. Ale od czegoś trzeba zacząć. Wypad za miasto z Lubym wydawał się okazją doskonałą. Eh... A skoro już Gacław miał jechać, przemyciłam też w planach obecność jego starszej koleżanki, rasowo miastowej jamniczki, gotowa na noszenie jej przez cały dzień na rękach, kiedy to zabrakłoby jej chodnika czy ścieżki, miałaby się zaprzeć czterema koślawymi nóżkami i zbuntować, że przez trawy i chaszcze to ona dziękuje... No więc "wyprawiliśmy się" - ja, chłopak i dwa psiaki.

Kagańce (materiałowy i plastikowy) wzięte do przyuczania dla Gacka okazały się nieprzydatne. Nie, nie był aniołkiem - podróż w pierwszą stronę kolejno dwoma zatłoczonymi autobusami, w których prócz ścisku panował też zaduch i gorąc, było drogą przez mękę. Wciąż się baliśmy, że psiak spanikuje i się komuś odwinie niezabezpieczonym pyskiem... Ale kagańce jednym ruchem łapy zsuwał z pyska, jak bym ich ciasno nie zapięła. R. pilnował zatem, by mój mały chłopiec łeb miał daleko od kończyn pasażerów, ja natomiast zajęta byłam trzymaniem Nitki - bo co jak co, ale w autobusie ona inaczej podróżować nie będzie, jak właśnie na rękach. Jechaliśmy tak we czworo w dziwnych pozycjach, a ja niecierpliwie liczyłam przystanki... Jeden, drugi, szósty... A tu najpierw 10, później 15. Łącznie godzina jazdy.

Wszyscy z ulgą wysiedliśmy z autobusu. Zgrzani, mokrzy i zmęczeni. Ale też jakoś tak mocno zadowoleni, w końcu się udało i obeszło bez żadnych nieprzyjemności, a tu pogoda fantastyczna, psy już przeczuwające, że ten dzień spędzą w ciekawy sposób - Nitka, choć miastowa, szczenięctwo i młode lata spędziła na wsi i widać było, że gdzieś tam odżyły w niej wspomnienia, rozbudzane przez zapach czystszego powietrza, pól i gospodarstw. Poszliśmy więc naprzód, ciągnięci przez psiaki na smyczach, które gnały przed siebie z wywalonymi jęzorami. Gdy już doszliśmy na drogę z zakazem wjazdu dla samochodów, psy mogły zostać spuszczone. Weszliśmy w Wąwóz Bolechowicki.

Dobór miejsca był nieprzypadkowy. Chodziło o możliwie najszybszy dojazd i w miarę ułatwiony wczesny powrót (a więc niezbyt długa trasa), bo tego dnia chciałam jeszcze zdążyć odebrać, przed zamknięciem punktu odbioru pewnego sklepu internetowego, a więc przed siedemnastą, zamówionego grilla elektrycznego. Równocześnie chciałam też pokazać po prostu Mojemu miejsce, w którym sama byłam po raz pierwszy w zeszłym roku i które mnie już na wejściu urzekło - bo choć Wąwóz Bolechowicki (Dolina Bolechowicka) jest naprawdę króciuteńki, to już na wejściu, czyli u wylotu, imponujące skały tworzą słynną Bramę Bolechowicką, zapraszającą w naprawdę magiczny, zielony zakątek, z wartkim potokiem niosącym swe wody dnem wąwozu, pośród łączek i porozrzucanych na nich mniejszych i większych głazów, otoczonych stromymi skalistymi zboczami.
tak Brama zaprezentowała mi się za pierwszym razem, w zeszłym roku :)
Nie byliśmy w dolince sami, ale to zupełnie nie przeszkadzało. Poszliśmy niespiesznie przed siebie, rozglądając się i zbaczając na boki z wydeptanej "głównej" ścieżki. Psiaki radośnie biegały - Nitka z typowym dla siebie zachowaniem Pani na Nowych Włościach, Gacław ot tak, po prostu, szybko, zwinnie i beztrosko. To ostatnie określenie z resztą dobrze oddaje to, jak psiurek się zachowywał przez większość czasu; o ile w kamienicy ma lęk wysokości i nie przepada za wychodzeniem na balkon, tu zaskoczył mnie swoją śmiałością w zwinnym wyskakiwaniu po najbardziej stromych skałkach. Wyglądał momentami jak mocno włochata, zmutowana kozica. Widać w tym wszystkim było jednak jego sprawność fizyczną (jakby tak zliczyć, ile km pokonał łącznie, to wyszłoby tego naprawdę sporo), przez co spokojnie wspinaliśmy się za nim, pozwalając mu na swobodę i tylko czasem ostrzegawczo podnosząc głos, gdy zdawało się, że spadnie. Jamniczka biegała za młodszym kolegą, zadziwiając mnie swoim samozaparciem; naprawdę w jej przypadku byłam przekonana, że będę ją nosić pod pachą, a tu okazuje się ona być niezgorszym potencjalnym towarzyszem wypraw, jak Gacek. Oczywiście poza faktem, że niekontrolowanie zjeżdżając ze stromego zbocza harata sobie podwozie wszystkimi nierównościami i ostrościami podłoża. I tym, że jest postrzelona, nierozważna i miewa fobie i lęki, co w terenie może być trudne do opanowania. Ale kto wie, może i ona mi kiedyś potowarzyszy... Tego dnia oba były szczęśliwe. My też :)



Wiosna w dolince nie zagościła jeszcze w pełni - rośliny podszytu dopiero wschodzą, choć zbocza gdzieniegdzie okryte były połaciami przylaszczek, a niektóre drzewa i krzewy ozdobione były delikatną, zieloną mgiełką. Na skałach wygrzewały się za to pod promieniami wiosennego słońca młodziutkie świderki rozchodników i rozetki rojników. W takich okolicznościach odpoczywaliśmy i chłonęliśmy widoki najpierw na skałach z jednej strony Bramy, w drodze powrotnej po stronie przeciwległej. Obeszliśmy bowiem dolinkę tak jakby dookoła - tj najpierw szliśmy dołem, później górą po stronie prawej, później znów dołem, a potem górą po stronie drugiej, już nie zboczem tylko w ogóle poza dolinką i jej drzewostanem, skrajem łąk i pól, prawie że do domostw którejś miejscowości i na końcowym odcinku trasy znów przy krawędzi doliny, na skały Bramy, w dół i znów przez wylot Wąwozu. Spacerowanie zajęło nam trochę czasu, ale też nie sprawdziliśmy sobie zawczasu połączenia powrotnego, więc u wylotu doliny spędziliśmy dobrą chwilę na postoju na psi posiłek, siedzenie i luźne rozmowy. Potem kolejną chwilę na przystanku autobusowym, gdzie w oczekiwaniu na autobus jedliśmy zakupione w pobliskim sklepie bułki z szynką i obserwowaliśmy grupkę gimnazjalistek, które wcześniej co jakiś czas w Wąwozie nam się objawiały (wizualnie lub akustycznie).

widok na żywo fantastyczny, zdjęcie fatalne - telefon komórkowy :/


Zajęliśmy w autobusie miejsca siedzące, psiaki na kolanach... Jazda była komfortowa - do czasu. W pewnym momencie okazało się, że ma mnie kosztować kupę nerwów i 120zł. Kontrola biletów, a ja jechałam na miesięcznym, nie strefowym... Ten przydługawy i obfitujący w przykre doznania kawałek dnia najchętniej wycięłabym, także nie będę się jeszcze teraz nad sobą pastwić. Wystarczy mi świadomość, że ta nieplanowana "opłata" za pobyt w Dolinkach Podkrakowskich destabilizuje mój skromny budżet i stawia pod znakiem zapytania wiosenny zlot Recona. Normalnie nie wiem, co zrobię... Ale mam trochę czasu na myślenie o tym. Tymczasem jechałam dalej, rozwalona, wściekła i rozżalona, z R. i psami bez kagańców (kontrolerzy zwrócili uwagę i na to, "łaskawie" nie wlepiając mi dodatkowej opłaty za przewóz zwierząt w nieprzepisowy sposób). Czasu było mało, a trzeba było jeszcze odebrać ten nieszczęśliwie zamówiony grill, którego to, przy nagłej niedomodze budżetowej, nie brałabym wcale. Kolejna żmudna podróż z psiakami na drugi koniec miasta, a potem, już z grillem, na trzeci koniec, do domu... Gdyby na tym miał się zakończyć ten dzień, byłoby to zdecydowanie kiepskie zakończenie. Postanowiliśmy z R. jednak wieczorem przetestować mój prodietetyczny zakup - i w ten sposób otworzyliśmy oficjalnie tegoroczny sezon grillowy :) Wieczorem, przy świetle stuwatowej żarówki, zwisającej z kabla przewieszonego przez gałąź podwórkowego świerka, doglądałam wraz z R. pięknie pachnącej karkówki, cielęcinki i piersi z kurczaka, w międzyczasie pichcąc grzanki z mozarellą, pomidorem i bazylią. Powietrze przepełniały zapachy, rozmowy z pozostałymi biesiadnikami (mama i Młoda ze Swoim) i jakaś nuta z radia w tle. Zamarynowana dzień wcześniej cielęcina była naprawdę smakowita, kurczak zrobił się spodziewanie szybko, karkówka - świeżo kupiona - nie zdążyła przejść przyprawami i smakowała trochę jak opiekany zwierz (zaskakujące ;)). Letni wietrzyk miło muskał skórę, nie powodując uczucia gęsiej skórki. Ahh, ta wiosna... :)

środa, 13 listopada 2013

Wypad na jurę z Dulowej do Sułoszowy, czyli z terenu w dom:)

Za mną kolejny naprawdę udany wypad weekendowy - choć, żeby nie skłamać, nieco sobie ów weekend wydłużyłam o piątkowe popołudnie i poniedziałkowe święto, aż do wtorkowego ranka ;) Wolne dni rozplanowałam zawczasu na dwa etapy: pierwszy stanowiło wyjście terenowe, bardziej aktywne, z uwzględnieniem sporej dawki ruchu i skromnych warunków noclegowych gdzieś w lasach; pozostały okres miał upłynąć pod znakiem umiarkowanego lenistwa i nicnierobienia w warunkach domowego zacisza, w starym domku, na wyjątkowo długiej i coraz bliższej memu sercu wsi.

Etap I - w terenie :)

Zgodnie z ostatecznymi ustaleniami, z chłopakami mieliśmy się spotkać na stacji PKP w Dulowej w piątek po 16:25 (godzina przyjazdu ich pociągu, 4 minuty po moim, także złożyło się elegancko). Zanim to jednak nastąpiło, ostatnie czynności bezpośrednio przed podróżą upłynęły mi pod znakiem kolejki. Najpierw nastałam się dobre 20 minut w kolejce w mięsnym, gdzie chciałam się zaopatrzyć w słoik zakosztowanych niegdyś przy okazji zrazików w sosie koperkowym (pulpetów?), które smakują dość po domowemu i wpisywały mi się w wizję rozpoczętej tegoż samego dnia diety lekkostrawnej ;) (względy zdrowotne). Czas niemiłosiernie upływał, zanim zostałam obsłużona i wyszłam wreszcie ze słoiczkiem konserwy i kaszanką. Musiałam jeszcze zdążyć do domu, dopakować do końca plecak, przebrać się i spieszyć na dworzec. Pod Galerię przy dworcu dotarłam trochę za wcześnie (tak mi się wydawało), zaszłam więc jeszcze do hipermarketu po dodatkową małą butelkę mineralnej. Jaki to był błąd... Nie, nie woda, ile zakup w sklepie, gdzie do wszystkich kas utworzono jedną, wielką kolejkę, wymuszając na klientach dreptanie wzdłuż bariery obstawionej wszelkimi "przydatnymi" drobiazgami, od słodkości, przez gumy, zabawki, po baterie. Stałam z tą jedną wodą i coraz mocniej zastanawiałam się, kiedy kupię bilet na pociąg, ale niepokoju jeszcze nie czułam. Nastąpiło to dopiero w momencie, gdy odnalazłam kasę biletową w przejściu podziemnym prowadzącym na dworzec, a kilku ludzi przede mną jak na złość nie umiało załatwić swojej sprawy od ręki, musieli przy tym zadać mnóstwo pytań i w ogóle użyć mnóstwa niepotrzebnych słów. Przede mną były jeszcze 4 osoby a ja do pociągu miałam 11 minut. Gdy dopadłam wreszcie kasy powiedziałam szybko, czego potrzebuję, po czym tknięta złym przeczuciem zapytałam, czy na bilecie będę miała podany numer peronu. Nie będę miała. Spoko... do pociągu zostało mi 5 minut. Dopadam żółtej tablicy informacyjnej z wypisanymi drobnym druczkiem niezrozumiałymi informacjami, błędnie szukam wzrokiem jakiegokolwiek punktu zaczepienia - musiałam wyglądać na już mocno spanikowaną, bo w tym momencie podeszła do mnie uśmiechnięta młoda dziewczyna z pytajnikiem na koszulce i pytaniem, czy może w czymś pomóc. Pomogła. Poszukała w swojej rozpisce, w którą była jako pracownik dworca wyposażona, wskazała właściwy peron i życzyła przyjemnej podróży. Tego dnia miałam się już więcej nie denerwować :)

W przedziale zajęłam miejsce stojące przy drzwiach, na dobrą sprawę dało się na nim też usiąść, tylko współpasażerowie krzywo się patrzyli. Do Krzeszowic mieliśmy jechać w sporym tłoku, na dodatek na moje nieszczęście zidentyfikowałam jako źródło intensywnego smrodu buzię pewnego rozgadanego obcokrajowca. Wtedy to postanowiłam się nie przejmować niczym i wyciągnąć się na ziemi, gdzie panowały lepsze warunki atmosferyczne. Za Krzeszowicami baczniej przeczesywałam wzrokiem tereny mijane za oknem, bo nie wiedziałam dokładnie, na której z kolei stacji mam wysiąść. Zapytana o to w pewnym momencie przechodząca konduktorka oświadczyła, że to już na najbliższej. Gdy pociąg się zatrzymał, wysiadłam i poczułam w pełni inność tego momentu mojej historii - ot, znowu miało się dziać coś ciekawego i wartego wspominania na stare lata :) 6 minut później z przeciwnej strony nadjechał pociąg, z którego wysiedli moi dalsi towarzysze wędrówki: Kubush z Moną, Johnny z Rufusem i Nakyy, czyli forumowi koledzy i ich psiaki :)


Puszcza Dulowska

Plan na ten dzień był prosty: wejść w las i znaleźć miejsce na nocleg. W praniu wyszło jednak jeszcze, że następnego dnia z rana będziemy chcieli się udać do ruin zamku Tenczyn w Rudnie, których ja wcześniej pod uwagę nie brałam, także w poszukiwaniu miejsca noclegowego nie zdaliśmy się tak całkiem na przypadek  - Kubush przy pomocy swojej nawigacji obrał właściwy kierunek i poprowadził nas wgłąb lasu tak, by część dystansu dzielącego nas od ruin pokonać jeszcze tego dnia. Szliśmy trochę na przełaj, potem jakimiś leśnymi drogami. Jeszcze przed zapadnięciem zmroku zboczyliśmy z którejś z nich i zaczęliśmy się ostatecznie rozglądać za przyjaźnie wyglądającym kawałkiem terenu. W tym miejscu nadmienię, że Puszcza Dulowska to (przynajmniej na tym odcinku) dość podmokły kompleks leśny, pełen rowów i małych, a głębokich dziur w ziemi, stanowiących (zamaskowane wysoką, suchą trawą) pułapki wodno-błotne. Nie tylko ja wlazłam w taką dziurę, natomiast nikomu innemu nie dane było się kąpać w rowie ;] Tak się bowiem stało, że podczas przeskakiwania jednego z nich (kto skakał, ten skakał), ja przezornie postanowiłam pozbyć się zawczasu plecaka i podać go stojącemu już na przeciwnym brzegu Kubie. Elegancko wziął on potem całą winę na siebie, że niby źle chwycił i tak dalej, ale prawda jest taka, że mi też zwyczajnie zabrakło pary w rękach do sprawnego przekazania plecaka, efektem czego było jego nieplanowane zanurzenie i pociągnięcie za sobą mojej osoby ;) Dość żwawo jednak z wody wylazłam - w plecaku nic się nie zdążyło zamoczyć, a moja kąpiel po kolana i woda w butach nie były w stanie popsuć mi nastroju. No nic, może kiedyś nauczę się skakać przez te rowy, dwie takie kąpiele za mną, a ponoć do trzech razy sztuka ;) 

Postanowiliśmy zakończyć łażenie na ten dzień i rozbić się dosłownie kawałek dalej. Przebrałam spodnie na drugą parę, wziętą na przebranie do Sułoszowej, choć wcześniej o nich nie pamiętałam i byłam gotowa przystać na propozycję Kubusha, który solidarnie zaproponował mi swoje kalesony. Gdy już każdy ogarnął w miarę swoje miejsce noclegowe a ognisko miło grzało i rozświetlało mrok, dosuszając moje rzeczy, przygotowaliśmy sobie posiłki. Dodatkowo dane nam było raczyć się przepyszną kawą Kubushowej receptury, obserwować poczynania rozbrykanego Rufusa, wreszcie pogadać na wiele różnych tematów i mile spędzić ostatnie godziny przed snem. Pogoda pozwoliła nam spać tej nocy pod gołym niebem, czasem całkiem rozgwieżdżonym i mocno rozświetlonym wąskim ogryzkiem dopełniającego się księżyca, czasem zasnutym cienką warstwą chmur. Nakyy jako jedyny przezornie rozwiesił nad sobą plandekę, w razie nagłego deszczu wszyscy mu się pod nią zapowiedzieliśmy. Noc minęła spokojnie, ponoć tylko trochę chrapałam - nie prawda! :P - a Johnny długo nadawał na Rufusa, który postanowił przekopać piach spod drzewa obok na twarz właściciela.

 

Następnego dnia wstaliśmy o siódmej, czyli z dwugodzinnym poślizgiem - oba nastawione wcześniej przez kolegów budziki nie zadzwoniły. Ze zbieraniem się, rozpaleniem ogniska i zjedzeniem skromnego śniadanka lub tylko wypiciem kawy mogło nam zejść z jakąś godzinę, nie wiem dokładnie. Nasz plan wyruszenia w czas do ruin zamku i zrobienia tego dnia wielu kilometrów zaliczył zatem małą obsuwę czasową, ale póki co planów nie zmienialiśmy - nocleg mogliśmy rozplanować tak naprawdę gdziekolwiek, byle nie za daleko od tej mojej nieszczęsnej Sułoszowej, gdzie obiecałam chłopakowi dotrzeć w niedzielę do dwunastej. Przez to też chłopakom nie było tym razem dane zobaczenie Doliny Racławki, leżącej obok naszej (wiodącej przez Dolinę Eliaszówki) trasy. Tymczasem jednak czekało nas parę kilometrów do zamku i przy nim pozostańmy ;)


Zamek Tenczyn


Do zamku szliśmy po części lasem, trochę zaś leśnymi asfaltami. Po drodze dane nam było zobaczyć sarnę i gronostaja, który czmychnął pod stertę gałęzi i spod niej obserwował zbliżającego się nieznacznie stwora z obiektywem. Nie udało mi się mu zrobić wystarczająco pięknego zdjęcia, ale przynajmniej widać na nim owo sympatyczne stworzenie. Końcowy odcinek pod ruiny wiódł lasem bukowym, trzeba był zaliczyć też dość strome podejście, by wreszcie stanąć na wzniesieniu pokrytym łąką i zobaczyć nasz pierwszy cel. Chwilę później, gdy podeszliśmy pod bramę ruin zamczyska z widniejącą nań informacją, że teren zagrożony i generalnie wstęp wzbroniony, postanowiliśmy mimo wszystko nie przepuścić okazji i zabytkowy obiekt nieszkodliwie zwiedzić. Udało się to po chwili wahań, powątpiewań i zmagań z wysokim murem. Najpierw przelazł Johnny, potem ja, później dołączył Nakyy; Kubush w tym czasie został z psami i tobołami u podnóży wzniesienia, twierdząc, że już tu kiedyś był. Zajął się na chwilę szukaniem w ziemi bulw jakiejś rośliny, my w tym czasie szaleliśmy z aparatem po dziedzińcu i wnętrzach potężnego niegdyś zamczyska.


Po ekspresowym, acz dokładnym zwiedzaniu, zlitowaliśmy się nad Kubą czekającym na nas na łączce i wzięliśmy się za powrotne przeskakiwanie przez mur. Nie było to takie proste, bo po naszej stronie stało się na ceglanej "półce", z której poziomu trzeba było forsować sam mur, pod nami nie było dobry kawałek nic. I tak była to jednak bardziej komfortowa strona, gdyż po drugiej mur liczył sobie dobre 2,5m i o ile w pierwszą stronę pokonaliśmy go używając prymitywnych metod wspinaczkowych (czyli rąk i nóg), o tyle teraz trzeba było zeń zeskoczyć prosto na stok pagórka lecący stromo w dół. Nie było to zadanie niewykonalne, ale trzeba było się przełamać do samego skoku tyłem, gdy już wisiało się po właściwej stronie, słabnącymi rękami trzymając jakichś ceglano-kamiennych punktów zaczepienia. Ja mam problem z przewrotami w tył (właściwie to ich nie umiem) i nie czuję się zbyt komfortowo, gdy nie mam za bardzo kontroli wzrokowej nad tym, gdzie i jak upadam. Tak naprawdę jednak wszystko trwało moment i za chwilę znalazłam się na podłożu obok Johnny'ego, który mnie asekurował.

Obserwujący przez chwilę nasze poczynania rowerzyści w odblaskowych kamizelkach odjechali, co ostatecznie mnie uspokoiło, że nie są z ochrony ;) Zebraliśmy nasze bety i ruszyliśmy żółtym szlakiem wiodącym przez Krzeszowice w Dolinę Eliaszówki. Wkrótce więc wyszliśmy z lasu, którego obrzeża przybrały parkowy charakter. Idąc wzdłuż drogi dzięki kolegom poznałam smak i smród owoców kaliny oraz coś głogopodobne. I zerwaliśmy bordowy kwiatostan jakiegoś ozdobnego drzewa, który miał nadawać parzonej herbacie cytrynowy aromat. Dalej nasza trasa wiodła przez miejscowość, gdzie zrobiliśmy chwilowy postój. Mężczyźni poszli na łowy do sklepu przy niewielkim rynku, ja zaś zostałam z psami i plecakami. Po jakimś czasie, gdy już panowie doposażyli się w piwa, kawę inkę, ziemniaczki (słodkie) i inne rarytasy, udaliśmy się w dalszą drogę. W międzyczasie Kubush wstąpił jeszcze do mięsnego, by i psy miały jakąś przegryzkę.


Zaszliśmy do Krzeszowic dość szybko, może głód nas gnał na przód - co prawda niektórzy sobie pojedli, ale Johnny postanowił ćwiczyć moją słabą silną wolę wywijając mi przed nosem ziemniaczkiem. Postój na kawę i przegryzienie czegoś mieliśmy sobie zrobić dopiero w dolince, także Krzeszowice przecięliśmy bez niepotrzebnego marudzenia. Dworek, który Kubush planował wcześniej zobaczyć z bliska, nie urzekł nas nadmiernie, gdy już go dostrzegliśmy - obeszło się zatem bez zwiedzania i podchodzenia do niego, po prostu poszliśmy prosto przez rynek, park i dalej, wzdłuż płynącej weń rzeczki. Rufus po kontakcie z wodą rozszalał się radośnie, biegając w kółko na naprężonej smyczy. Później jeszcze kilka razy Johnny pozwalał mu na wodne brykanie, co później miało się na nim zemścić ;]


Dolina Eliaszówki

Opuściliśmy park i szliśmy drogą asfaltową przez jakieś zapuszczone ziemie, później minęliśmy jeszcze kopalnię wapienia w Czatkowicach. Tu zaczynała się Dolina Eliaszówki. Do Diabelskiego Mostu pozostało nam naprawdę niewiele do przejścia, tam też zdecydowaliśmy urządzić mały postój. Szybko zeszliśmy z asfaltu na ścieżkę wiodącą pod kamiennym łukiem, stanowiącym fragment jakichś dawnych murów, które teraz mijaliśmy na bukowym zboczu doliny. Przez chwilę prawie uznałam, że to tylko tyle pozostało po słynnym moście... ;) Kawałek dalej przed nami wyrosły ruiny jakiegoś budyneczku, mogącego stanowić coś na kształt "strażnicy" czy "biura przepustek" (bardziej inteligentne nazwy niestety w tym momencie nie przychodzą mi na myśl :P) przy samym moście, którego pozostałości widniały kilkadziesiąt metrów dalej. Wewnątrz murów starego budyneczku rozłożyliśmy się z naszymi rzeczami by nieco okrzepnąć. Wypiliśmy ciepłe napoje z wrzątku zagotowanego na mini kucheneczce Kubusha, podzielił się on też bułkami zakupionymi wcześniej. Mój posiłek składał się z takowej bułki i jabłka od Nakyy'ego. Johnny walnął sobie tradycyjnie drugie zimne śniadanko ;] Wtedy to, podczas naszego odpoczynku, siedzenia, łażenia, oglądania, czytania i jedzenia, zaczęło lekko kropić. Później miało się to tylko nasilić i nie przestawać aż do dnia następnego... Ale o tym później. Tymczasem pojedzeni i popici podeszliśmy pod Diabelski Most - obiekt o tyle ciekawy, że konstrukcją przywodzący niektórym na myśl rzymskie akwedukty. Nie zostało z niego zbyt wiele, ale niegdyś pełnił on ważne połączenie komunikacyjne pomiędzy klasztorem znajdującym się na przeciwnym zboczu a resztą świata ;) My do samego klasztoru kamedułów jakoś się nie paliliśmy, nastąpiła seria zdjęć i wodne harce Rufusa, którego nowy pan, nie mogąc go okiełznać przy przechodzeniu przez wartki nurt potoku, po prostu przelazł przez wodę nie bacząc na zamoczenie. Rufus był zadowolony :)

 

Idąc dalej wzdłuż potoku parę razy czekało nas przeskakiwanie po kamieniach na jego przeciwległe brzegi. Zdążyliśmy również zajrzeć zaciekawieni drogowskazem do groty świętego Hicośtam, która to jednak okazała się sama w sobie mało ciekawa a nasze spostrzeżenia dotyczyły głównie fajnej opcji przekimania się w takiej. Ostatnią ciekawostkę w Dolince, na którą mieliśmy się natknąć, stanowiło Źródełko Miłości - adekwatnie z resztą do nazwy oprawione w kamienny zbiornik w kształcie serca. Mężczyźni uzupełnili wodą pitną butelki i manierki.


Z racji porannej obsuwy czasowej po wyjściu z doliny przyspieszyliśmy tempo marszu. Przez cały czas naszej wędrówki, jak i zresztą później noc całą, aż do następnego ranka, siąpiło i padało. Gdy więc z asfaltu, którym jakiś czas się przemieszczaliśmy, odbiliśmy na leśną drogę wiodącą przez stosunkowo wąskie pasmo lasu, byliśmy dość niewybredni w wyborze kolejnego miejsca noclegowego. Gdy znaleźliśmy w miarę równy i płaski kawałek terenu, nie bacząc na pobliskie drogi rozbiliśmy obozowisko. Johnny rozbił się jak zwykle, wykorzystując tarpa, biwi i ceratę, my z Nakyym złożyliśmy się na schronienie dwuosobowe w postaci rozwieszonej plandeki ogrodowej i mojego poncha jako izolacji od mokrej ziemi, Kubush zaś rozłożył swój ergonomiczny jednoosobowy namiocik. Gdy już schronienia były gotowe, zapłonęło ognisko i zaczęły się poszukiwania i donoszenie mokrego opału. Rozpędziliśmy się tak, że spokojnie starczyłoby go na kawał nocy - z tym, że utrzymywanie ognia było w takich warunkach raczej zbędne. Zmrok zapadł już chwilę temu, każdy w swoim tempie zajął się szykowaniem swojej kolacji. Kubush tym razem przyszalał z szaszłykiem, prócz tego były francuskie racje żywnościowe, moje kupne zraziki z kuskus, konserwy rybne, inne takie, oraz ziemniaki pieczone, którymi podzielił się ze mną Nakyy, na skosztowanie prażone orzeszki bukowe... Wreszcie nie mogło się obejść bez kolejnej porcji inki z czekoladą, która była jakby nieco mniej powalająca od pierwowzoru, ale też dobra i ożywcza. Po długim siedzeniu przy ogniu, mimo moknących grzbietów, powoli zebraliśmy się wszyscy do spania. Tym razem Rufus był na tyle wyspacerowany, że nie dokazywał w nocy i dał dospać do samego ranka bez zbędnych przebudzeń - tylko ja oczywiście musiałam za potrzebą w środku nocy wygrzebywać się z nagrzanego śpiwora, pozbywać ze stóp ciepłych, grubych skarpet i wyleźć na deszcz i mrok. Oj, długo ze sobą walczyłam zanim się wygramoliłam... :)


Ostatni wspólny poranek upłynął na próbie rozpalenia ogniska, co w końcu się udało przyspieszyć dzięki taktycznemu wkładowi do kucheneczki Kubusha ;) Udało się więc zjeść ciepły posiłek i napić czegoś rozgrzewającego, by bez zbędnego ociągania się wyruszyć w dalszą drogę. Tym razem budziki zadzwoniły, tylko ludzie zawiedli ;) Znów mieliśmy więc lekki poślizg czasowy w stosunku do pierwotnych planów, które zasadniczo ograniczały się do zdążenia przeze mnie przed dwunastą do Sułoszowej. Koledzy solidarnie spieszyli się razem ze mną, choć tak naprawdę oni pociąg w Olkuszu mieli po czternastej i chyba wcale nie musieli tak gnać przed siebie. Wyszliśmy z lasu i przemierzaliśmy rolnicze okolice, by dotrzeć w końcu do Przeginii, gdzie przyszło nam się rozstać. Panowie odbili na Olkusz, najkrótsza trasa nieszczęśliwie wiodła wzdłuż głównej drogi - z mapy z zaznaczona trasą GPS wnioskuję, że trochę sobie uprzyjemnili wędrówkę, idąc polami. Moja trasa właśnie przez pola wiodła, przez cały czas urokliwą drogą gruntową, pośród pięknych, rozległych, rolniczych pejzaży, rozświetlanych nieśmiało słońcem, które postanowiło wreszcie przebić się zza warstwy chmur. Zgodnie z planem jeszcze przed 12 ujrzałam znajomą wieżę kościoła i jakieś 20 minut później znalazłam się w Sułoszowej, by tam rozpocząć zupełnie inny rodzaj wypoczynku - ale o tym już nie tu :)

niedziela, 29 września 2013

Romans z Dolinkami

Dolinki Krakowskie we wtorek odwiedziłam tak naprawdę pierwszy raz w życiu. Niby wiedziałam, dokąd się wybieram - udało mi się wcześniej znaleźć wiele praktycznych i ciekawych informacji na ich temat w internecie. Nie jest to miejsce niedostępne, skryte przed wzrokiem ciekawskich i chronione przed zadeptaniem. Przeciwnie - gminy, na których terenie leżą Dolinki, zadbały o swoją promocję i z pomocą funduszy unijnych postarały się zrobić wszystko, by przyciągnąć rzesze turystów. U wylotów dolinek (przynajmniej tych, w których byłam) wszystko jest elegancko urządzone i odpicowane. Miejsca na odpoczynek zaopatrzone są w ławeczki i kosze, przy nich postawione są liczne tablice informacyjne i mapy, teren jest zadbany i wolny od śmieci... Skałki w dolinach są, w miejscach w szczególnie popularnych, opisane pod kątem wspinaczki, oznaczone, drogi wspinaczkowe mają wymienione punkty zaczepu. To ostatnie w ramach projektu "Skalny raj", którego konsekwencją również są wyraźne oznaczenia i kierunkowskazy. Na terenie dolinek stacjonuje również oddział GOPRu - tak więc bezpieczna turystyka pełną krasą.
Skoro to wszystko jest tak "ucywilizowane", to czemu Dolinki zrobiły na mnie aż tak pozytywne wrażenie, kiedy to potrzebowałam przecież znaleźć się w otoczeniu natury i niczego więcej? Ano ujęły mnie nie tylko swoimi niewątpliwymi walorami krajobrazowymi. Duży wpływ na mój rozwijający się powolutku romans z Dolinkami, ma ich położenie - bezpośrednie sąsiedztwo Krakowa. Ich bliskość i dostępność jest dla mnie dużym udogodnieniem, nie dysponuję aż taką ilością czasu, by co weekend jeździć poza Myślenice... A na jedno, czy nawet "półdniowy"wypad w podkrakowskie dolinki, prędzej znajdę czas i środki. Tak niewiele trzeba, by bezpośrednio z miasta wybrać się pomiędzy skały i jaskinie, zieleń, potok wartko przedzierający się dnem doliny pokrytej lasami i zaroślami... Ludzie mijani na trasie tylko czasem przeszkadzają. Jak są to wielkomiejskie gbury, po których z daleka widać, że nawet nie ma co mówić im "cześć" czy "dzień dobry". Są jednak i tacy, do których można się promiennie uśmiechnąć, a oni odwdzięczą się tym samym, można też zamienić dosłownie zdanie podczas mijania się na wąskiej ścieżce... Dolinki nie mają jeszcze klimatu typowo górskiego, ludzie nie wyzbywają się w pełni dystansu do innych, ci idący z naprzeciwka nie są "swoimi". Mi to jednak zupełnie nie przeszkadza - mam wystarczająco zajmujących widoków, by iść w poczuciu, że Dolinki są tylko moje ;) ...To jest chyba typowo krakowska postawa :D Jesteśmy bardzo przywiązani do swojej małej ojczyzny i po prostu ją kochamy, ze wszystkimi jej mankamentami... Jak zatem mogłabym nie polubić Dolinek Krakowskich? :)

No więc po wtorkowym spacerze wiedziałam już, że w weekend wybiorę się do kolejnych dolin. Wczoraj po dziesiątej wyszłam zatem z domu, by udać się w Dolinę Bolechowicką i Dolinę Kluczwody. Są to dwie doliny najbliższe miastu, bałam się zatem ilości turystów... Tym bardziej, że w i tak przepakowany autobus, mijający na trasie owe doliny, na przystanku wraz ze mną wpakował się spory tłumek ludzi, z czego niektórzy byli ewidentnymi turystami.

Nie sprawdziłam sobie dobrze, na którym przystanku mam wysiąść. Po jakimś czasie przeszłam więc przez autobus do kierowcy - by przy, okazji zakupu biletu strefowego, zapytać o przystanek najbliższy Dolinie Bolechowickiej. Okazało się, że facet nie wiedział o jej istnieniu, upewniał się, czy nie chodzi mi o Będkowską... A potem zaczęła się standardowa rozmowa na zasadzie "A to pani tak sama podróżuje? A nie wolała by pani z kimś? No no... Blablabla... A to może podjedzie pani ze mną do końca, do Zelkowa, tam są ładne górki - a w drodze powrotnej pani wysiądzie pod tą doliną..." - panu najwyraźniej dobrze się rozmawiało, uśmiechał się promiennie więc i ja się uśmiechałam, ale zmuszona byłam odmówić propozycji konwersacji aż do Zelkowa i wysiadłam pod kościołem. Tam, pokierowana przez jakąś kobietę, poszłam w stronę wylotu doliny.

Dolina Bolechowicka


Wylot doliny zwieńczony jest przepiękną Bramą Bolechowicką - z której z resztą owa dolina słynie. Druga taka brama znajduje się na terenie OPN-u - nie wiem nawet, czy nie jest mniej majestatyczna jak ta... Pokręciłam się przy niej chwilę, robiąc zdjęcia i obserwując zmagania pewnej kobiety z pionową ścianą skalną. Słońce przyjemnie rozpromieniało szarzyznę skał i ponurość gasnącej jesiennie zieleni, utrudniało jednak zrobienie zdjęcia tak, by nie wypalało mi środka lub nadmiernie przyciemniało boków. Nie znam się niestety na fotografii, pewnie wystarczyło wiedzieć, jak zmienić ustawienia... A tak, robiłam to na czuja i w końcu, nieszczególnie z efektów zadowolona, odpuściłam i poszłam dalej.


Ścieżka wiodła praktycznie cały czas wzdłuż potoku płynącego dnem doliny. Miała ona charakter jaru w dużej mierze porośniętej lasem, także skałki ginęły w dalszym jej odcinku w leśnych zaroślach. Większość uwagi przykuwał jednak potok, wijący się pomiędzy zaroślami, głazami i pniami drzew, jak również tworzący na skalnych progach liczne, małe wodospadziki. Szło się przy nim wyjątkowo przyjemnie, szum płynącej wody jest naprawdę miły dla ucha i szczególnie relaksuje... Czasem tworzył on niewielkie, płytkie rozlewiska, czasem trzeba go było przekroczyć po śliskich kamieniach czy przerzuconej kładce. Tak czy inaczej - to on był na pierwszym planie, a otaczająca go natura stanowiła tło.


Dolina Bolechowicka jest dość krótka, zatem krajobrazy w niej dość szybko ulegają zmianie. Początkowe niskie, potem leśne zarośla ustąpiły w końcu buczynie porastającej wąwóz. Jeszcze chwile tylko ścieżce towarzyszył potok, w końcu podzielił się na mniej wyraźne wici i znikał gdzieś u swych źródeł. Dalsze koryto potoku było suche, widocznie jest on okresowo zasilany przez wodę płynącą od początku wąwozu podczas opadów deszczu. Chwilę tylko szło się zboczem wąwozu, gdzieś w dole zostawiając usiane rudymi liśćmi dno. Las zaczął rzednąć i po ostrym zakręcie ścieżki, przez którą wiódł mnie żółty szlak, dotarłam do przyjemnego zagajniczka, gdzie się rozsiadłam w celu odpoczęcia i zjedzenia kilku sucharków.

 


Ścieżka szybko mnie wywiodła z lasu na nieco szerszą drogę, która stanowiła dojazdówkę do położonego w bezpośrednim sąsiedztwie lasu drewnianego domku. Zadrzewienia i zarośla ustąpiły miejsca najpierw pojedynczym zabudowaniom, później nowym osiedlom, przez które prowadził mnie już asfalt. Prowadził, prowadził... I wywiódł w pola :) Okolica musiała silnie się zmienić ostatnimi czasy, bo szlak w wielu miejscach po prostu nie istniał. Zdając się trochę na mapę, a trochę na intuicję, szłam naprzód wielokrotnie tak zamyślona, że wracałam potem, by upewnić się, czy aby na tym a tamtym drzewie nie minęłam jakiegoś oznaczenia. Po drodze raczyłam się widokiem rozświetlonych słońcem łąk, pięknie kontrastujących z wielką, burzową chmura, która niebezpiecznie zawisła nad widnokręgiem. Spodziewałam się ulewy.


Rozpromienione słońcem łąki szybko straciły złociste barwy suchych kłosów traw. Burzowa chmura ominęła okolicę, jednak przywlekła w swoim towarzystwie ogólne zachmurzenie, które w późniejszym czasie szczelnie pokryło całe niebo. Tymczasem ja zdążyłam całkiem zgłupieć na rozdrożu, które nie widniało na mapie (jak większość polnych dróg rozchodzących się na boki z mojego traktu) i chwilę pokręcić się to tu, to tam, szukając żółtego oznaczenia, kiedy z momentu zawahania wybawiła mnie kobieta przejeżdżająca z rodziną samochodem - idąc tędy dotrę do Wierzchowia. Spoko - właśnie tam miałam wstąpić do Doliny Kluczwody :)

Moim oczom szybko ukazały się kolejne skałki, które świadczyły o rychłym zbliżeniu się do tej części doliny, gdzie miałam znaleźć, prócz innych, Jaskinię Wierzchowską Górną. Jest to jaskinia kilometrowej długości, z najdłuższą trasą turystyczną w Polsce... Chciałam pod nią podejść i zorientować się w kosztach i tak dalej, z ewentualnym zamiarem jej zwiedzenia. Dotarłam (już asfaltem, który prowadził mnie od Bębła) do skrzyżowania z drogą wiodącą przez Dolinę. Docelowo miałam skręcić w prawo i udać się wzdłuż doliny aż do jej wylotu, ale Jaskinia Wierzchowska znajdowała się na lewo ode mnie. Spytałam jeszcze dla pewności kobiety spacerującej z dzieckiem w wózku, czy o tej porze roku jaskinia jest jeszcze udostępniona do zwiedzania - i uzyskawszy odpowiedź twierdzącą, poszłam chodniczkiem w stronę jaskiń.

Pierwsza na trasie była Jaskinia Mamutowa - nie wiem, czy była to ta odnaleziona przeze mnie, dosłownie przy samej drodze - była to niewielka dziura przy ziemi, w którą można by się na upartego wczołgać, gdyby nie tony śmieci zalegające u wejścia. Widać - bardzo popularna jaskinia. Odpuściłam i poszłam do następnej - położonej w połowie zbocza wydeptanego od wielu ludzkich podejść i zjazdów ;) Wspięłam się tam i stanęłam przed skałą, w której, tradycyjnie, była dziura - nieco większa od poprzedniej, taki w sumie wąski korytarzyk. Po obejrzeniu malowideł skalnych weszłam w jaskinię.


Stosunkowo wygodnym korytarzem szło się kawałek, po drodze mijając pojedyncze ślady bytności ludzkiej - nawet skorupkę z jajka. Później trzeba było zejść do parteru, zostawić plecak i przeczołgać się dobre parę metrów wąskim gardłem nie pozwalającym nawet za bardzo na ruchy suwne - tym bardziej, że podłoże usiane było pokruszonymi, ostrymi kamieniami. Uważałam, by nie uszkodzić na nich aparatu, w sumie trochę kosztem własnego komfortu czołgania. Po paru przebytych w ten sposób metrach (jak to się dłuży, kiedy się czołga...), dotarłam do pierwszej większej komory.


Rzeźba jej ścian była naprawdę imponująca, liczne dziury, prześwity i ciekawe bryły robiły wrażenie. W powietrzu w momencie oświetlania wnętrza błyskiem flesza aparatu dawały się zauważyć dziwne, sine opary wznoszące się w powietrze - a może kurz, nie wiem. Poza tymi ułamkami sekund w czeluściach skały panował mrok niemal absolutny - wzięta z domu latarka okazała się wyjątkowo zawodna i jej światełko się tylko co jakiś czas wątle rozjarzało, by dodać poczucia wszechobecnej tajemnicy i wynaturzyć jeszcze bardziej formy skalne zarysowywane głębokim cieniem.
Z komory człowiek moich wymiarów mógł sobie pozwolić na dalszą eksplorację wnętrza, udało mi się przeleźć wąski korytarz i, po coraz bardziej śliskich od wilgoci kamieniach, zjechać nieco w dół, do kolejnej, mniejszej komory. Było tu już zdecydowanie bardziej mokro. Zakończyłam tu swoją wędrówkę, choć zmieściłabym się jeszcze w następne wąskie korytarze i nory - tu jednak przydałby mi się już zdecydowanie inny ubiór i sprzęt. Latarka czołowa, obcisłe ubrania, inne buty... Towarzystwo dla bezpieczeństwa. Z żalem wspięłam się po śliskich kamieniach do wyższej komory i na powrót wpakowałam się w norę prowadzącą mnie ku wyjściu.


Robiąc zdjęcia z fleszem i automatycznym ustawianiem ostrości, dość mocno wyeksploatowałam baterię aparatu. Pozostała mi jedna kreska, nie wzięłam ze sobą zapasowej... Martwiłam się, że aparat mi zdechnie w najlepszym odcinku Doliny Kluczwody. Wiedziałam też już, że raczej odpuszczę sobie Jaskinię Wierzchowską - szkoda by było znaleźć się w takim miejscu i nie móc porobić zdjęć. Skierowałam się jednak w jej stronę, bo już byłam naprawdę niedaleko. Wreszcie dotarłam pod ogrodzony ze wszystkich stron teren przylegający bezpośrednio do wejścia jaskini. Była otwarta, mogłam nabyć w kasie (prócz pamiątek) bilet ulgowy za 12zł (14 normalny), i dopłacić jeszcze 2zł za zdjęcia. I poczekać pół godziny, gdyż wejścia odbywały się w godzinach pełnych. Ponieważ jednak drobne nie ciążyły mi w kieszeni, a dodatkowo pomyślałam, że przyjdziemy tu niedługo z R. w ramach atrakcji imieninowej, zawróciłam we właściwą stronę doliny.

Dolina Kluczwody

Okazała się ona mało widokowa, jeśli chodzi o krajobrazy usiane skałkami - właściwie głównie szło się dnem zalesionego na zboczach wąwozu, ścieżką rozjeżdżoną przez rowery, wiodącą oczywiście wzdłuż potoku Kluczwoda. Dnem doliny wiodła niegdyś granica pomiędzy zaborem austriackim i rosyjskim, o czym informowała ustawiona u wejścia do doliny tablica informacyjna. Miałam nieszczęście jeszcze w okolicy Jaskini Wierzchowskiej napatoczyć się na matkę z nastoletnią córką, które to podążały w tym samym kierunku co ja, i podobnym tempie - przez co raz one mnie wymijały, raz ja je. Trochę mi to zaburzało oddanie się luźnym rozmyślaniom; grzechoczące sucharki już wcześniej uspokoiłam, wtykając do pudełka zawiniątko z chusteczki i woreczka foliowego. Podsumowując jednak, szło mi się całkiem przyjemnie - może też dlatego, że w sklepiku na rozdrożu zdążyłam wcześniej kupić kawałek sernika z brzoskwiniami :)


W którymś momencie zarośla się przerzedziły i moim oczom ukazały się skałki. Na szczycie jednej stało towarzystwo militarne - ekipa chłopaków w spodniach moro mocowała u szczytu liny przewiązane do drzewa stojącego naprzeciw skały. Wyglądało na to, że montują coś w stylu zjazdu linowego. Wszystko to zresztą bardziej po "survivalowemu" niż wedle nowoczesnych technik - ot, jakieś sznury, liny, u stóp skały zaś namiot i rozpalone ognisko z wojskowymi menażkami dookoła. Korciło mnie, żeby się zatrzymać na chwilę i zamienić z nimi słowo, ale wszyscy byli bardzo zaangażowani w wiązanie lin i zajęci sobą, postanowiłam nie przeszkadzać i iść dalej.


Minąwszy jedno jedyne gospodarstwo właścicieli pięknej kózki, zgubiwszy z roztargnienia szlak i skierowawszy się nie w tą stronę, co trzeba, w rytmie jakiegoś polskiego radiowego przeboju dochodzącego z małego, ukwieconego domku letniskowego, powróciłam do potoku. Idąc znów szlakiem kolejny raz tego dnia wpadłam w błogi relaks wywołany szemraniem wody. Dolina miała się niedługo skończyć, niewiele już mi pozostało spaceru tego dnia... Tak przynajmniej wtedy myślałam :)


W pewnym momencie znów nie poszłam zgodnie ze szlakiem, który wiódł jakoś górą, trafiłam więc na ogrodzenie; potok w tym miejscu przepływał przez prywatne włości i pozostało mi iść wzdłuż siatki, w towarzystwie rozszczekanego, acz tchórzliwego psa. Miał on swoich towarzyszy za siatką, jakaś dziewczyna otworzyła z domu automatycznie bramę, by wszedł - usłyszawszy zawołanie nie ociągał się długo. Wyszłam tym sposobem na drogę - najpierw dojazdową, później normalny asfalt, przy którym pojawiały się coraz liczniej zabudowania. Przystanku autobusowego jednak w okolicy nie było, postanowiłam więc iść dalej... A w najbliższej miejscowości znowu dalej, bowiem autobus miał mi jechać za około godzinę. Zrobiłam tylko użytek z drobniaków (teraz zaczęły mi ciążyć ;)) i zakupiłam batona i chrupki, pytając przy okazji ekspedientkę o rozkład jazdy jednego autobusu, którego nie zauważyłam na przystanku. Kobieta w swej życzliwości zadzwoniła aż do córki a potem do męża, zamykając na ten czas kasę i kierując ludzi do koleżanki obok :) Nie dowiedziałam się jednak od niej niczego, podziękowałam kilkukrotnie, na przystanku zorientowałam się, że rozkład jednak wisi... No więc poszłam znów przed siebie, a potem dalej i dalej, bo mijając kolejne przystanki wciąż miałam za dużo czasu do autobusu. Tak doszłam do Modlniczki, gdzie usiadłam na ławeczce i doczekałam wreszcie spóźnionego autobusu. Koooniec :)