Dostałam prezent. Dla mnie. Brelok składający się z gwizdka ratowniczego, kompasu, termometru i lupki. Wszystko w jednym, maksimum funkcji w minimum objętości. Brelok był podarkiem mikołajowym od siostry, która - w nawiązaniu do mojej burzliwej rozmowy z mamą i wylania swoich żali poprzedniego wieczora, dotyczącej braku akceptacji mnie jako takiej i nieustannej próby wtłoczenia mnie przez najbliższe otoczenie w pewne ramy, w to, "jaką" powinnam być - do breloka dołączyła tajemniczą karteczkę z napisem "mam nadzieję, że zrozumiesz". Nie zrozumiałam. Aluzja, żebym się nie pałętała, gdy jest mróz? Że mogę się zgubić?... Wyjaśniła mi później z trudem. Zrozumiała, o co mi chodziło i ona nie chce, żebym się zmieniała. Chce, żebym wiedziała, że niezależnie od tego, kim jestem i jaka jestem, mogę liczyć na wsparcie. Poczułam wzruszenie i ulgę.
Dostałam drugi prezent. Od Kogoś. Zestawik składający się z podkładu, tuszu do rzęs i tym podobnych kobiecych przyborów. Prezent dostałam od najbliższego mi człowieka. Uśmiechnęłam się... Nie wiem, czemu liczyłam na drugi brelok.
Prezent pod względem doboru kosmetyków bardzo trafiony, jednak mój uśmiech wynikał z paru sprzecznych emocji, które w tamtym momencie poczułam. Rozczulenie, że o mnie myśli, że chce, bym była piękna... I przejmujący smutek - bo choć patrzy na mnie z miłością to wiem, że lepiej by mu było patrzeć na mnie inną, taką właśnie z podkręconą rzęsą, ponętnym błyskiem ust... Chciałby, żebym była inna. Kocha, ale ma nadzieję, że mi przejdzie, że się zmienię. Nigdy mnie nie zrozumie.
Z uśmiechem użyłam jednak tego wieczora sprezentowanych mazidełek. Poszliśmy do kina. Film był świetny, ale jeszcze lepsze było rozpromienione spojrzenie Mojego. Makijaż mnie zmienia nie tylko tuszując moje niedoskonałości czy dodając urody. Ubieram się w makijaż tak samo jak w moro - mijając przechodniów na ulicy ubrana w tym czy innym wydaniu zyskuję na pewności siebie, wdzięku, charyzmie i empatii w stosunku do innych. Tylko w lesie, w naturze, ani jedno, ani drugie mnie nie zmienia, nie przejmuję się opiniami innych i jestem po prostu sobą.
Pomyślałam sobie potem, że tak naprawdę czeka mnie taki okres w życiu, kiedy gwizdek i lupka na niewiele się zdadzą. Przypominać będą tylko boleśnie o tym, że ktoś mnie zaakceptował, ale też o tym, że chwilowo nie mogę cieszyć się wolnością. Nie tylko zima mnie powstrzyma. Znalazłam się w bardzo trudnym momencie życia, na co składa się nieszczęśliwie na raz kilka okoliczności. Walczę o swoją przyszłość, jestem głównym strategiem prowadzonych równolegle kilku walk, a zarazem swoim jedynym żołnierzem. Ode mnie zależy, jak zinterpretuję i jak dostosuję się do rzeczywistości, bym tym samym nagięła ją na własne potrzeby. Stawka jest wysoka: wolność.
Wolność ma dla mnie wiele odcieni. Uwielbiam odczuwać tę "leśną", kiedy to wszystkie zmartwienia tego świata dotyczą nie mnie, kiedy to czuję, że mogę pójść gdzie chcę, spać jak chcę, jeść jak chcę, trwać jak chcę... Drugi rodzaj wolności wiąże się z poczuciem niezależności i samodzielności przy równoczesnym poczuciu spełnienia - czyli niemal nieograniczonych możliwości realizowania wszystkich swoich potrzeb. Las mi tego do końca nie jest w stanie dać, po prócz potrzeb duchowym mam też "prymitywne" zachcianki i upodobania; uwielbiam remonty, marzę o własnej firmie w wybranej przeze mnie profesji, a właściwie dwóch... Ktoś może zarzucić mi, że to jest pogoń za pieniądzem, że jestem omamiona a prawdziwe szczęście leży gdzie indziej. I że nie można mieć wszystkiego. Ale ja właśnie, na przekór innym i zdrowemu rozsądkowi, ostatnio na powrót zaczęłam marzyć. Tak po dziecięcemu. A dzieci marzą o wszystkim właśnie, nie kalkulują, które z marzeń jest bardziej realne, które więcej warte. Chcę zatem zmierzyć się ze swoimi ograniczeniami i ograniczeniami tego świata, próbując zrealizować właśnie wszystkie marzenia po kolei. Chcę mieć małe gospodarstwo z kozami i królikami, własnymi wędlinami i przetworami, chcę mieć rodzinę, dzieci, bliskich, którzy będą mnie trzymać w domu - ale chcę też być niezależna i wolna, móc pozwolić sobie wyjechać na weekend w teren, by chłonąć esencję natury i czuć się prawdziwie wolna. Chcę przy tym wszystkim mieć stałe źródło utrzymania, lub nawet kilka, którego będę musiała doglądać i interesować się nim. Chcę przy okazji mieć czas i pieniądze na realizowanie całkiem dziwnych pomysłów wynikających z moich zainteresowań - pozwolić sobie na remont tu i ówdzie, pozwiedzać opuszczone budynki, poszwendać się po kawałku świata... W każdym razie marzę i wierzę, że przynajmniej w jakimś zakresie mi się uda - a to już bardzo wiele jak na niewierzącego sceptyka ;)
Teraz termometr i kompas idą w odstawkę. Mogą tylko przypominać o moich celach, świadczyć o dualizmie mojej natury... Póki co jednak to tusz do rzęs i błyszczyk się przydają. Dziś pomyślałam, że są jak zła wróżba - póki ich nie było, póty życie było dla mnie bardziej łaskawe w ostatnich miesiącach. Że wywołano wilka z lasu i będę zmuszona teraz udawać. Później dopiero uświadomiłam sobie, że tak naprawdę, ubrana w maskę makijażu, wcale nie jestem kimś innym - to, że dzięki niej łatwiej mi wejść w rolę w teatrze codzienności nie oznacza, że jestem dwulicowa i nie jestem sobą. Bo właśnie jestem taka - czy w makijażu, czy kurzu z ogniska, jestem po prostu tym kimś, kto potrafi się odnaleźć w tych dwóch skrajnych stanach. Jak kameleon, nie posiadam jednej, pierwotnej barwy. A jeśli już miałabym takową wskazać, to powiedziałabym - przeźroczysta...
Stanęłam przed lustrem, nałożyłam fluid, puder, pomalowałam oczy. Ubrałam buty na obcasie, wskoczyłam w płaszczyk, wzięłam torebkę i wyszłam z domu. Najpierw do komornika. Później urząd miasta, jeden wydział. Inna ulica, inny budynek, urząd miasta, inny wydział. Dom Pomocy społecznej, po podpis od ojca na jednym wniosku. Urząd miasta, znów ten drugi wydział, dziennik podawczy. Bo wcześniej to plątanie się po odpowiednich referatach i odpowiednie rozmowy z odpowiednimi ludźmi. Rozmowa u mecenasa, właściwie prowadzona na ulicy, bo spieszy się do sądu i po drodze może ze mną zamienić kilka słów. Wybranie się do kolejnego komornika. Oczy dalej umalowane, rola dalej grana. Świetnie się w niej z resztą czuję, w sumie nie muszę grać, jestem po prostu sobą - choć nieco inną niż wydanie codzienne. Tu prośba poparta życzliwym uśmiechem, tu wniosek przedkładany rozmówcy z nieskrywaną pewnością siebie, tu oficjalny, chłodny ton. Trzeba wyczuć ludzi, wiedzieć, czy należy ich zdominować czy pozwolić im na poczucie władzy, by załatwić sprawę... Jeszcze administracja. Niee, podaruję sobie. Psychicznie dałabym radę, z rozpędu - ale obcasy, tak dawno nie używane, męczą teraz okrutnie stopy. Wracam do domu. Jeszcze jeden telefon, jedna tylko rozmowa została... A potem zmyję makijaż. I pooglądam las. Na zdjęciach.
Luźny notatnik o tym, jak, niewtajemniczona w sens życia, próbuję naszkicować je na nowo. W zgodzie z naturą, blisko przyrody i w harmonii z własnym wnętrzem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cele. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 grudnia 2013
czwartek, 26 września 2013
Pod górę
Może to kwestia ponurej aury za oknem, może destabilizacji stanu zdrowia, może wizji nadciągających nieuchronnie zmian w życiu, konieczności zakończenia pewnego etapu i wkroczenia w następny... A może wszystko po trosze. Tak czy inaczej, czuję się ostatnio wyjątkowo marnie. Wciąż jem i śpię, w przerwach funkcjonując w społeczeństwie na najniższych obrotach. Nie mam na nic siły, na nic ochoty... Myśl o zbliżającym się okresie wielkich zmian rozbudza nadzieje, po czym brutalnie usadza na ziemi z przeświadczeniem, że zwyczajnie nie podołam. Nie umiem się ogarnąć w szarej codzienności, jak zatem mam z podniesioną głową wkroczyć w nowe życie i przedsięwziąć tyle nowych działań, wymagających czasu, mobilizacji, samozaparcia i wiedzy?... Zaszywam się zatem w domu, marna i słaba, otulając się szczelniej kocykiem snuję się po powierzchni mieszkania - próbuję nie myśleć... Potrzebuję wpaść w wir codzienności, takiej, podczas której na myślenie zwyczajnie nie ma czasu. Okazuje się jednak, że wszystko mogę sobie odpuścić, nie ma praktycznie w moim planie tygodnia takich punktów, których nie da się przesunąć, pominąć czy obejść naokoło... Zajęcia notorycznie opuszczam - jestem dobra w tym co robię i wystarcza mi pojawienie się w szkole raz na jakiś czas, by wszystko w błyskawicznym tempie nadrobić. Jak już się na nie wybrać muszę, to nic nie stoi na przeszkodzie, bym się zwolniła, kiedy żywcem nie będę miała ochoty dłużej zostać. Praktyki ostatnio sobie odpuściłam - co też mogłam zrobić bez większych skrupułów, bo z szefową umówiłam się na bardzo wygodny tryb pracy - przychodzę, kiedy mogę. No więc ostatnio po prostu notorycznie nie mogę i co poradzić. Ona jest wyrozumiała, nie nagli, nie jestem jej z resztą niezbędna w tym okresie... Skomplikowane sprawy rodzinne tylko jeszcze bardziej się komplikują - dzięki mojej osobistej ingerencji z resztą. Dziś jest dzień, w którym przynajmniej w tym temacie coś ruszy do przodu. Będę już krok dalej w tej mojej wędrówce ku przyszłości. Czuję się trochę tak, jakbym bardzo zmęczona wychodziła pod górę. Nie jakąś gigantyczną - na te wychodzi się lepiej, niejako mechanicznie. Moja góra jest na tyle trudna, bym z niechęcią myślała o każdym następnym kroku, na tyle też wredna, bym po drodze zdążała zauważać ostre krawędzie śliskich kamieni, wystające korzenie, grząski grunt - przy czym w międzyczasie mam jeszcze wystarczającą jasność umysłu, by dostrzegać wszystkie boczne ścieżki wiodące w dół, wszystkie piękne widoki przebijające się zza drzew... I choć codzienne unikanie życia nie powoduje zastoju w wędrówce, to ciążących mi wyrzutów sumienia i "spraw przesuniętych na kiedyś" jest coraz więcej.
...Co ujrzę ze szczytu?
czwartek, 5 września 2013
Kolejny zryw wolności?
...Chyba wreszcie skutecznie uwidziała mi się kolejna samotna wyprawa :) Od dłuższego czasu mam ssanie na samotne wyjście w teren, wczasy na północy Polski nie zaspokoiły mojej potrzeby prawdziwego obcowania z przyrodą... I pomęczenia się trochę ;) Miałam jechać zaraz w pierwszy weekend po nich, ale ostatecznie wybrałam się z chłopakiem do Sułoszowy - czyli tam, gdzie zawsze, przy czym nie wybraliśmy się na żaden spacer po okolicy, nie mówiąc już o odwiedzeniu Ojcowskiego Parku Narodowego. Ot, przesiedziałam dwa dni w domu, w najlepszym wypadku wychodząc do sklepu. Nie powiem, takie błogie lenistwo jest bardzo miłe, ale mnie już za bardzo dusi wisielcza pętla codzienności i woła zew natury... Mam zatem ogromną nadzieję, że to, co mi się od dłuższego czasu niezdefiniowane tłukło we łbie, a co dziś postanowiłam dookreślić i skonkretyzować, wypali - i póki noce nie są na minusie, uda mi się skorzystać z jakiegoś lasu użyczającego mi miejsca noclegowego ;)
Inna sprawa, że na swoim koncie mam dopiero dwa wyjścia z nocowaniem na dziko, i, choć nie były to komfortowe warunki (raz wilgoć, raz komary), to temperatury nocą chyba panowały wyższe (nie mam porównania z pierwszym razem, dlatego "chyba"). W teorii niby wiem, czego się spodziewać, w praktyce jednak czuję lekki niepokój/podniecenie. Tak czy inaczej chcę wykorzystać te ostatnie dni lata, póki na głowę nie zwaliły mi się jeszcze przygotowania do egzaminu dyplomowego... Z resztą, całą zimę zapewne przesiedzę w domu, to co - mam czekać do wiosny?...
Potrzebuję tego wyjścia. Potrzebuję oddechu i dystansu.
Inna sprawa, że na swoim koncie mam dopiero dwa wyjścia z nocowaniem na dziko, i, choć nie były to komfortowe warunki (raz wilgoć, raz komary), to temperatury nocą chyba panowały wyższe (nie mam porównania z pierwszym razem, dlatego "chyba"). W teorii niby wiem, czego się spodziewać, w praktyce jednak czuję lekki niepokój/podniecenie. Tak czy inaczej chcę wykorzystać te ostatnie dni lata, póki na głowę nie zwaliły mi się jeszcze przygotowania do egzaminu dyplomowego... Z resztą, całą zimę zapewne przesiedzę w domu, to co - mam czekać do wiosny?...
Potrzebuję tego wyjścia. Potrzebuję oddechu i dystansu.
wtorek, 13 sierpnia 2013
Niepotrzebne nerwy
Wyjazd jednak się odbędzie. To dobra wiadomość, choć ostatnie wydarzenia tak nadszarpnęły mi nerwy, że chyba już nie jestem w stanie tak na nowo, całkiem uczciwie i zwyczajnie się cieszyć. Gdzieś tam we mnie tli się jeszcze iskra gniewu, uwiera ziarenko rozgoryczenia. Jednak jedziemy, i to pojutrze, czas więc rozciągnąć twarz w uśmiechu i trzymać go tak długo, aż przypomni się ten jeszcze niedawny, wywoływany myślą o niemal nieskażonej współczesnością naturze Suwalszczyzny.
Skoro już wszystkie przeciwności losu wydają się mniej więcej okiełznane, warto chyba ku własnej pamięci po trosze to opisać - jestem pewna, że czytając ten wpis za X lat wspomnienie tych chwil nie będzie wywoływało we mnie gniewu i frustracji, jak teraz, a jedynie swego rodzaju rozbawienie. Najczęściej tak właśnie jest z niepotrzebnymi nerwami. A nerwy okazały się niepotrzebne nad wyraz. Tak nieszczęśliwie znaleźliśmy z chłopakiem siebie nawzajem na tym świecie, że gdyby nie to, że nam ze sobą dobrze, to byśmy się chyba nie znosili :) On, do wszystkiego podchodzący z nadmiernym optymizmem, luzem, wiarą w człowieka i brakiem pomyślunku, a przynajmniej brakiem przewidywania przewidywalnego. I ja, pragmatyczna i zachowawcza, lubiąca w kwestiach istotnych mieć wszystko z góry zaplanowane, poukładane, przemyślane na dziesiątą stronę, z uwzględnieniem nawet najbardziej nieprzewidywalnych sytuacji. W efekcie on się denerwuje, jak dziesiąty raz pytam, czy ma to a tamto ustalone, a ja się denerwuję, gdy on dziesiąty raz odpowiada mi "ale przecież do tego czasu to jeszcze wieczność minie". Ja nie umiem zdać się na przypadek, on nie potrafi czegokolwiek samodzielnie w życiu ogarnąć, bez dopuszczania do głosu przypadku. No i stało się.
Cieszyłam się z wyjazdu jak głupia. Czekałam bardzo długo na jakąkolwiek okazję wyrwania się w te wakacje gdzieś na dłużej, niż 3 dni. Cały lipiec spędziłam na praktykach, tak zresztą, jak i w roku szkolnym - wtedy musiałam dodatkowo znajdywać czas na normalne zajęcia. W lipcu zaczęłam powolutku myśleć, czy by się nie wybrać w okolice Golejowa (woj. świętokrzyskie) - byłam tam jako całkiem małe dziecko, miałam najwyżej trzy latka, stamtąd pochodzą moje moje pierwsze wspomnienia w ogóle. Przebłyski zaledwie - mały pokoik z żółtymi ścianami i brązowymi tapczanami, mijanie zadowolonych ludzi podczas wędrówki piaszczystym brzegiem jeziorka graniczącego z gęstą, zieloną ścianą lasu pełnego borówek, przestronna stołówka z oszklonymi ścianami, czerwono - biała, gdzie starsza siostra nie chce zjeść schabowego. Te trzy żywo zapisane w pamięci obrazy pamiętam iście po dziecięcemu, wszystko bardzo wyraźne, kolorowe, duże, głośne. I mimo tego, że pamiętam tak niewiele, od zawsze noszę wewnętrzne pragnienie, by kiedyś tam powrócić. Zaczęłam więc myśleć, że czas najwyższy to zrealizować i wybrać się tam w tym roku.
Ale oto znienacka pojawiła się okazja - podczas odwiedzin u przebywającej w tym czasie siostry Mojego w szpitalu, dowiedziałam się od niej, że planuje ona wybrać się ze swoim "na Mazury". Zapytała, czy nie wybierzemy się tam z nimi. Hmm... Nie bardzo, z kasą krucho... Ale co tam, wymyślimy coś. Miałam się zastanowić. Zastanowiłam się - olać prawo jazdy, czekało odłogiem dwa lata, poczeka jeszcze parę miesięcy. Nie pojechać na Mazury, kiedy to okazja jest pod samym nosem? Dojazd elegancki, facet siostry Mojego jest samochodowy, ja z chłopakiem bylibyśmy "na doczepkę". Organizacją noclegów też zajmie się starszyzna... No i się złamałam, bo jak tu na Mazury nie pojechać. Byłam raz, na koloni w Augustowie; niewiele pamiętam, właściwie to tylko samo kąpielisko i "chrzest", na którym, nie wiedzieć czemu, mianowano mnie Śnieżką (???) i wlepiono we włosy surowe ciasto, które pod gorącym prysznicem genialnie zmieniło się w kluski. Aaa, i jeszcze dziewczynę, która mnie zastraszała i udawała lesbijkę, a także moje niefortunne lądowanie ręką w śmierdzącym kiblu. Taaak, kolonie zawsze niosą ze sobą bogate wspomnienia;) Tak czy inaczej, na Mazurach byłam raz i nigdy tak naprawdę nie dane mi było odkrycie ich prawdziwego, nieco dzikszego oblicza. A że do jezior, za sprawą tajemniczego Golejowa może, ciągnie mnie niezmiernie, toteż wizja wydała mi się przepiękna. Lasy i jeziora, kwintesencja zmysłowości natury... Nieco ścięła mnie uzyskana po jakimś czasie informacja, gdzie dokładnie się wybieramy. Ścibowo. No dobrze, Ścibowo, wklepmy nic nam niemówiącą nazwę w google... Oszzz kurna. Gdzie oni się do cholery doszukali takiej pipidówy?? Suwalszczyzna? Drugi koniec Polski, sam koniuszek? Polski "biegun zimna"? Przyznaję bez bicia - poczułam lekki niesmak. Szlajać się tak daleko po to tylko, by wylądować w śród kilku jeziorek, nie okraszonych nawet przyzwoitą, nieprzebytą puszczą czy choćby ścianą zieleni? Rolniczy krajobraz "od domku do domku", "podziurawiony" okrągławymi akwenami?... No ale głupio mi było się odezwać, jeszcze głupiej wycofać. Cóż, mój Golejów poczeka... Postanowiłam, jak to ja, zawczasu poznać okolicę. Z początku powierzchownie, zaczynając od strony gospodarstwa agroturystycznego, które nas będzie gościć. Tam z entuzjazmem typowym dla wszystkich gospodarstw agroturystycznych, również tych znajdujących się w skrajnie mało atrakcyjnych miejscach, poinformowano mnie o lokalnych atrakcjach. Brzmiało, mimo entuzjazmu, dość ubogo - ot, jakiś park krajobrazowy, jakaś wieś staroobrzędowców, jeziorko, rybki, grzybki, dalej Wigierski Park Narodowy, który jednak jest na tyle daleko, że trzeba by samochodem, na całodzienną wyprawę, a ja nie znam planów rekreacyjnych naszej starszyzny, toteż nie mogę liczyć na jego odwiedzenie... Hem. No nic, idźmy za ciosem, sprawdźmy ten park krajobrazowy (mało mam pod nosem niepoznanych? Po co tak daleko?...). Hasło wpisane, strona oficjalna odnaleziona... I w tym momencie coś się we mnie odmieniło. Spojrzałam z zupełnie innej perspektywy, jakby zupełnie na nowo uświadomiłam sobie, że jadę na Suwalszczyznę. To, co kryje w sobie ten region wart jest przejechania takiego szmatu drogi... Zaczęłam wirtualnie zwiedzać. Najpierw małe spacerki, bez rozmachu, ot, z lotu ptaka wygooglowana i maksymalnie przybliżona na mapie satelitarnej najbliższa okolica naszego gospodarstwa. Potem coraz dalej, coraz intensywniej... W pewnym momencie wpadłam w ciąg - już zaraz chciałam kupować mapy i przewodniki, odwiedziłam możliwie wiele interesujących internetowych źródeł wiedzy o tej okolicy, pooglądałam sobie mapę parku krajobrazowego, wreszcie wyrysowałam "potencjalne" trasy całodziennych wypraw po Suwalskim Parku Krajobrazowym tak, by zobaczyć jak najwięcej, by wchłonąć piękno tamtejszej, ukształtowanej na bogato przez lodowce krainy, pełnej polodowcowych jezior wytopiskowych, z ciekawostkami w postaci wiszącej doliny lub wiszącego torfowiska, z ozami, pagórkami, głazowiskami... Zakochałam się w tej krainie, choć przecież tak naprawdę nigdy tam nie byłam.
I nagle otrzymałam bolesny cios: nie wiadomo, co z wakacjami, bo siostra chłopaka nie może dostać urlopu. Trzeba jeszcze rozmawiać z kierownikiem, na razie zołzowata kadrowa absolutnie tego nie widzi. Do tego coś chłopak starszej ma krucho z kasą. Tyle dowiedziałam się od Mojego, no przecież od niego więcej się nie dowiem... Więc zaczęłam smęcić mu dzień w dzień, żeby dowiedział się czegoś więcej. Rozmawiała już z tym kierownikiem? Nie było go? Kiedy będzie? Co z zaliczkami? Ile to właściwie noclegów zarezerwowane? Kiedy właściwie miał być wyjazd? Oczywiście on nic z tych rzeczy nie wiedział, musiał się "na bieżąco" dowiadywać, czyli po trzykrotnym zadaniu tego samego pytania któryś dzień z kolei istniała szansa, że uzyskam odpowiedź. Kosztowało mnie to kupę nerwów. Bo żebym wiedziała, że starszyzna definitywnie nie jedzie, to bym ogarnęła dojazd w inny sposób, pociągiem czy coś... A tu nie wiadomo zupełnie, na czym się stoi. Nie można wykonać żadnego ruchu, bo ten należy teraz do drugiego gracza. Trzeba czekać. Wkurzałam się okrutnie, ale ze swoistym nastawieniem, że najwyżej pojedziemy we dwójkę z Moim. A tu bach. Sierota się opamiętała w porę z zapytaniem kierownika w firmie, gdzie chodzi drugi tydzień na praktyki, czy dostanie w piątek wolne (planowany wyjazd w czwartek, święto). I dowiaduje się, że no nie bardzo, bo nie ma kto wtedy robić, bo pracownicy na urlop idą. I sierota przekazuje to mi bez cienia poczucia winy, raczej z niewypowiedzianą potrzebą przytulenia, pogłaskania i powiedzenia "oj, bido, co za niedobry człowiek z tego kierownika". A ja mam ochotę nazwymyślać chłopakowi, że to przecież najpierw się planuje urlopy, a dopiero potem wczasy, że jak on to od dupy strony załatwia... Trochę mu muszę honoru zwrócić, okazuje się, że niby tam gadał z tym kierownikiem wcześniej i wówczas problemów nie robił. Bo w ogóle to było tak, że na te praktyki miał iść w lipcu, ale kierownika nie było i ugadali się na początek sierpnia, ponoć z porozumieniem na zasadzie "że może nie całe dwa tygodnie, jakoś się ugadamy, bo ja mam wyjazd". I że wówczas wizja skończenia przez Mojego praktyk wcześniej, niż zakładała uczelniana umowa, była w pełni przez kierownika akceptowalna. Co nie zmienia faktu, że od tamtego czasu kierownik zdążył nie raz okazać się szują, cała ta firma okazała się "fantastyczna" - wyzysk, wyzysk i jeszcze raz wyzysk. Według mnie na podstawie tych faktów należało się już spodziewać problemów z wolnym piątkiem, no ale moje Szczęście na to nie wpadło. Codziennie żalił mi się z roboty, a nie pomyślał, że jeszcze urlop może mu się zmaścić... No nic. Miał jeszcze przypomnieć się kierownikowi wczoraj. A po wczoraj dzisiaj. I przypominał się, dziś "w biegu" dowiedział się, że prawdopodobnie wolne będzie miał. Tylko to jest On i jego przekazy ustne, skąpe jak sam kierownik. I jego uzgodnienia, które i tym razem bazują na słowach kierownika "coś wymyślimy". No ja po takim "pozwoleniu" nie czułabym się usatysfakcjonowana, ale to jestem ja, sztywna, zachowawcza i formalistka ;) Tak czy inaczej, na chwilę obecną przekaz chłopaka jest taki, że jedziemy. Bo, co prawda, z siostrą Lubego jeszcze się nie wyjaśniło (dowie się jutro), ale okazało się, że rozgrywka toczy się w jej przypadku nie o piątek, a o następny tydzień (czyli drugą część pobytu). Gdybym wiedziała to wcześniej, to odpadłoby mi tyle niepotrzebnych nerwów związanych z obawami o dojazd, o rezerwację biletów, z tym miotaniem się ze strzępkami informacji i ich koszmarnie niełatwym wydobywaniem z chłopaka... No tak, ale nie wiedziałam wcześniej, bo mi nie powiedział. Tak jak teraz na to spojrzeć, to mogłam to przewidzieć... ;)
Skoro już wszystkie przeciwności losu wydają się mniej więcej okiełznane, warto chyba ku własnej pamięci po trosze to opisać - jestem pewna, że czytając ten wpis za X lat wspomnienie tych chwil nie będzie wywoływało we mnie gniewu i frustracji, jak teraz, a jedynie swego rodzaju rozbawienie. Najczęściej tak właśnie jest z niepotrzebnymi nerwami. A nerwy okazały się niepotrzebne nad wyraz. Tak nieszczęśliwie znaleźliśmy z chłopakiem siebie nawzajem na tym świecie, że gdyby nie to, że nam ze sobą dobrze, to byśmy się chyba nie znosili :) On, do wszystkiego podchodzący z nadmiernym optymizmem, luzem, wiarą w człowieka i brakiem pomyślunku, a przynajmniej brakiem przewidywania przewidywalnego. I ja, pragmatyczna i zachowawcza, lubiąca w kwestiach istotnych mieć wszystko z góry zaplanowane, poukładane, przemyślane na dziesiątą stronę, z uwzględnieniem nawet najbardziej nieprzewidywalnych sytuacji. W efekcie on się denerwuje, jak dziesiąty raz pytam, czy ma to a tamto ustalone, a ja się denerwuję, gdy on dziesiąty raz odpowiada mi "ale przecież do tego czasu to jeszcze wieczność minie". Ja nie umiem zdać się na przypadek, on nie potrafi czegokolwiek samodzielnie w życiu ogarnąć, bez dopuszczania do głosu przypadku. No i stało się.
Cieszyłam się z wyjazdu jak głupia. Czekałam bardzo długo na jakąkolwiek okazję wyrwania się w te wakacje gdzieś na dłużej, niż 3 dni. Cały lipiec spędziłam na praktykach, tak zresztą, jak i w roku szkolnym - wtedy musiałam dodatkowo znajdywać czas na normalne zajęcia. W lipcu zaczęłam powolutku myśleć, czy by się nie wybrać w okolice Golejowa (woj. świętokrzyskie) - byłam tam jako całkiem małe dziecko, miałam najwyżej trzy latka, stamtąd pochodzą moje moje pierwsze wspomnienia w ogóle. Przebłyski zaledwie - mały pokoik z żółtymi ścianami i brązowymi tapczanami, mijanie zadowolonych ludzi podczas wędrówki piaszczystym brzegiem jeziorka graniczącego z gęstą, zieloną ścianą lasu pełnego borówek, przestronna stołówka z oszklonymi ścianami, czerwono - biała, gdzie starsza siostra nie chce zjeść schabowego. Te trzy żywo zapisane w pamięci obrazy pamiętam iście po dziecięcemu, wszystko bardzo wyraźne, kolorowe, duże, głośne. I mimo tego, że pamiętam tak niewiele, od zawsze noszę wewnętrzne pragnienie, by kiedyś tam powrócić. Zaczęłam więc myśleć, że czas najwyższy to zrealizować i wybrać się tam w tym roku.
Ale oto znienacka pojawiła się okazja - podczas odwiedzin u przebywającej w tym czasie siostry Mojego w szpitalu, dowiedziałam się od niej, że planuje ona wybrać się ze swoim "na Mazury". Zapytała, czy nie wybierzemy się tam z nimi. Hmm... Nie bardzo, z kasą krucho... Ale co tam, wymyślimy coś. Miałam się zastanowić. Zastanowiłam się - olać prawo jazdy, czekało odłogiem dwa lata, poczeka jeszcze parę miesięcy. Nie pojechać na Mazury, kiedy to okazja jest pod samym nosem? Dojazd elegancki, facet siostry Mojego jest samochodowy, ja z chłopakiem bylibyśmy "na doczepkę". Organizacją noclegów też zajmie się starszyzna... No i się złamałam, bo jak tu na Mazury nie pojechać. Byłam raz, na koloni w Augustowie; niewiele pamiętam, właściwie to tylko samo kąpielisko i "chrzest", na którym, nie wiedzieć czemu, mianowano mnie Śnieżką (???) i wlepiono we włosy surowe ciasto, które pod gorącym prysznicem genialnie zmieniło się w kluski. Aaa, i jeszcze dziewczynę, która mnie zastraszała i udawała lesbijkę, a także moje niefortunne lądowanie ręką w śmierdzącym kiblu. Taaak, kolonie zawsze niosą ze sobą bogate wspomnienia;) Tak czy inaczej, na Mazurach byłam raz i nigdy tak naprawdę nie dane mi było odkrycie ich prawdziwego, nieco dzikszego oblicza. A że do jezior, za sprawą tajemniczego Golejowa może, ciągnie mnie niezmiernie, toteż wizja wydała mi się przepiękna. Lasy i jeziora, kwintesencja zmysłowości natury... Nieco ścięła mnie uzyskana po jakimś czasie informacja, gdzie dokładnie się wybieramy. Ścibowo. No dobrze, Ścibowo, wklepmy nic nam niemówiącą nazwę w google... Oszzz kurna. Gdzie oni się do cholery doszukali takiej pipidówy?? Suwalszczyzna? Drugi koniec Polski, sam koniuszek? Polski "biegun zimna"? Przyznaję bez bicia - poczułam lekki niesmak. Szlajać się tak daleko po to tylko, by wylądować w śród kilku jeziorek, nie okraszonych nawet przyzwoitą, nieprzebytą puszczą czy choćby ścianą zieleni? Rolniczy krajobraz "od domku do domku", "podziurawiony" okrągławymi akwenami?... No ale głupio mi było się odezwać, jeszcze głupiej wycofać. Cóż, mój Golejów poczeka... Postanowiłam, jak to ja, zawczasu poznać okolicę. Z początku powierzchownie, zaczynając od strony gospodarstwa agroturystycznego, które nas będzie gościć. Tam z entuzjazmem typowym dla wszystkich gospodarstw agroturystycznych, również tych znajdujących się w skrajnie mało atrakcyjnych miejscach, poinformowano mnie o lokalnych atrakcjach. Brzmiało, mimo entuzjazmu, dość ubogo - ot, jakiś park krajobrazowy, jakaś wieś staroobrzędowców, jeziorko, rybki, grzybki, dalej Wigierski Park Narodowy, który jednak jest na tyle daleko, że trzeba by samochodem, na całodzienną wyprawę, a ja nie znam planów rekreacyjnych naszej starszyzny, toteż nie mogę liczyć na jego odwiedzenie... Hem. No nic, idźmy za ciosem, sprawdźmy ten park krajobrazowy (mało mam pod nosem niepoznanych? Po co tak daleko?...). Hasło wpisane, strona oficjalna odnaleziona... I w tym momencie coś się we mnie odmieniło. Spojrzałam z zupełnie innej perspektywy, jakby zupełnie na nowo uświadomiłam sobie, że jadę na Suwalszczyznę. To, co kryje w sobie ten region wart jest przejechania takiego szmatu drogi... Zaczęłam wirtualnie zwiedzać. Najpierw małe spacerki, bez rozmachu, ot, z lotu ptaka wygooglowana i maksymalnie przybliżona na mapie satelitarnej najbliższa okolica naszego gospodarstwa. Potem coraz dalej, coraz intensywniej... W pewnym momencie wpadłam w ciąg - już zaraz chciałam kupować mapy i przewodniki, odwiedziłam możliwie wiele interesujących internetowych źródeł wiedzy o tej okolicy, pooglądałam sobie mapę parku krajobrazowego, wreszcie wyrysowałam "potencjalne" trasy całodziennych wypraw po Suwalskim Parku Krajobrazowym tak, by zobaczyć jak najwięcej, by wchłonąć piękno tamtejszej, ukształtowanej na bogato przez lodowce krainy, pełnej polodowcowych jezior wytopiskowych, z ciekawostkami w postaci wiszącej doliny lub wiszącego torfowiska, z ozami, pagórkami, głazowiskami... Zakochałam się w tej krainie, choć przecież tak naprawdę nigdy tam nie byłam.
I nagle otrzymałam bolesny cios: nie wiadomo, co z wakacjami, bo siostra chłopaka nie może dostać urlopu. Trzeba jeszcze rozmawiać z kierownikiem, na razie zołzowata kadrowa absolutnie tego nie widzi. Do tego coś chłopak starszej ma krucho z kasą. Tyle dowiedziałam się od Mojego, no przecież od niego więcej się nie dowiem... Więc zaczęłam smęcić mu dzień w dzień, żeby dowiedział się czegoś więcej. Rozmawiała już z tym kierownikiem? Nie było go? Kiedy będzie? Co z zaliczkami? Ile to właściwie noclegów zarezerwowane? Kiedy właściwie miał być wyjazd? Oczywiście on nic z tych rzeczy nie wiedział, musiał się "na bieżąco" dowiadywać, czyli po trzykrotnym zadaniu tego samego pytania któryś dzień z kolei istniała szansa, że uzyskam odpowiedź. Kosztowało mnie to kupę nerwów. Bo żebym wiedziała, że starszyzna definitywnie nie jedzie, to bym ogarnęła dojazd w inny sposób, pociągiem czy coś... A tu nie wiadomo zupełnie, na czym się stoi. Nie można wykonać żadnego ruchu, bo ten należy teraz do drugiego gracza. Trzeba czekać. Wkurzałam się okrutnie, ale ze swoistym nastawieniem, że najwyżej pojedziemy we dwójkę z Moim. A tu bach. Sierota się opamiętała w porę z zapytaniem kierownika w firmie, gdzie chodzi drugi tydzień na praktyki, czy dostanie w piątek wolne (planowany wyjazd w czwartek, święto). I dowiaduje się, że no nie bardzo, bo nie ma kto wtedy robić, bo pracownicy na urlop idą. I sierota przekazuje to mi bez cienia poczucia winy, raczej z niewypowiedzianą potrzebą przytulenia, pogłaskania i powiedzenia "oj, bido, co za niedobry człowiek z tego kierownika". A ja mam ochotę nazwymyślać chłopakowi, że to przecież najpierw się planuje urlopy, a dopiero potem wczasy, że jak on to od dupy strony załatwia... Trochę mu muszę honoru zwrócić, okazuje się, że niby tam gadał z tym kierownikiem wcześniej i wówczas problemów nie robił. Bo w ogóle to było tak, że na te praktyki miał iść w lipcu, ale kierownika nie było i ugadali się na początek sierpnia, ponoć z porozumieniem na zasadzie "że może nie całe dwa tygodnie, jakoś się ugadamy, bo ja mam wyjazd". I że wówczas wizja skończenia przez Mojego praktyk wcześniej, niż zakładała uczelniana umowa, była w pełni przez kierownika akceptowalna. Co nie zmienia faktu, że od tamtego czasu kierownik zdążył nie raz okazać się szują, cała ta firma okazała się "fantastyczna" - wyzysk, wyzysk i jeszcze raz wyzysk. Według mnie na podstawie tych faktów należało się już spodziewać problemów z wolnym piątkiem, no ale moje Szczęście na to nie wpadło. Codziennie żalił mi się z roboty, a nie pomyślał, że jeszcze urlop może mu się zmaścić... No nic. Miał jeszcze przypomnieć się kierownikowi wczoraj. A po wczoraj dzisiaj. I przypominał się, dziś "w biegu" dowiedział się, że prawdopodobnie wolne będzie miał. Tylko to jest On i jego przekazy ustne, skąpe jak sam kierownik. I jego uzgodnienia, które i tym razem bazują na słowach kierownika "coś wymyślimy". No ja po takim "pozwoleniu" nie czułabym się usatysfakcjonowana, ale to jestem ja, sztywna, zachowawcza i formalistka ;) Tak czy inaczej, na chwilę obecną przekaz chłopaka jest taki, że jedziemy. Bo, co prawda, z siostrą Lubego jeszcze się nie wyjaśniło (dowie się jutro), ale okazało się, że rozgrywka toczy się w jej przypadku nie o piątek, a o następny tydzień (czyli drugą część pobytu). Gdybym wiedziała to wcześniej, to odpadłoby mi tyle niepotrzebnych nerwów związanych z obawami o dojazd, o rezerwację biletów, z tym miotaniem się ze strzępkami informacji i ich koszmarnie niełatwym wydobywaniem z chłopaka... No tak, ale nie wiedziałam wcześniej, bo mi nie powiedział. Tak jak teraz na to spojrzeć, to mogłam to przewidzieć... ;)
wtorek, 30 lipca 2013
Nowa perspektywa
...Brodziłam jeszcze niedawno w gęstej brei haseł, stron i zagadnień, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia dla mojego nieciekawego życia. Rozpaczliwie pragnęłam znaleźć coś, co nadałoby sens mojej codzienności, stałoby się zarówno drogą, jak i celem samym w sobie. Chciałam wrócić do źródeł, osiągnąć równowagę ducha i harmonię ze światem. Natura mojego świata polega jednak właśnie na chaosie i dysproporcji, przez co szamocząc się pomiędzy swoimi potrzebami wewnętrznymi a doczesnymi, straciłam zupełnie chęć do działania, a nawet wolę biernego czekania na lepsze.
Wciąż jednak jakiś pierwiastek mnie pozostawał zbuntowany, gdzieś głęboko czułam, że nie można tak po prostu trwać; trzeba żyć. Nie mając siły na nic więcej, jak tylko rozwalenie się przed komputerem, odnajdywałam wywołane konkretnymi hasłami pojedyncze blogi, strony, posty na forach, których właścicielom i twórcom zazdrościłam i równocześnie ich podziwiałam. Powolutku moja nieokreślona wewnętrzna potrzeba zaczęła się klarować, przybrała postać pragnienia życia w zgodzie z naturą, na własnym, malutkim kawałeczku świata. Zaczęłam marzyć o egzystencji opartej na prostych zasadach wynikających wprost z natury świata; nieskomplikowanych zależnościach międzyludzkich, jeszcze prostszych i bardziej pierwotnych relacjach człowiek-zwierzę, rytmie życia wyznaczanym przez cykl dobowy i pór roku. Dziś wiem, że kiedyś osiągnę ten stan, ale mam jeszcze wcześniej coś do zrobienia.
Dalej czytam kilka blogów "wieśniaków" z wyboru; wciąż marzy mi się własne gospodarstwo z uprawami i niewielkimi hodowlami. Nabrałam spokoju wewnętrznego wynikającego z przekonania, że jestem w stanie to wszystko osiągnąć. Wiem, "czym to się je" i wcale mnie to nie przeraża. Łatwo nie będzie, ale ja kawał życia przeszłam na łatwiznę. Mając więc pewność, czego chcę, odłożyłam te marzenia na przyszłość. Teraz i tak nie są do zrealizowania. A żyć przecież trzeba.
Trafiłam przy okazji tych moich poszukiwań nieokreślonego na nieco inną ścieżkę. Początkowo słabo zaznaczona i mocno zarośnięta, z czasem okazała się doskonale oznakowana i naznaczona setkami niewidocznych kroków poczynionych przez rozważnie i świadomie stawiane stopy. Mimo tego ścieżka była moja i tylko moja; jej bieg był mniej więcej zarysowany, ale to ja przekraczałam naustawiane przez siebie samą ograniczenia, pokonywałam własne przeszkody i mi tylko pisane trudności. To w znalezionej ścieżce okazało się najpiękniejsze: kierunek jest ten sam, ale każdy ową ścieżkę wyznacza na nowo...
Tak naprawdę jestem zaledwie na jej początku, nie wiem przy tym, jaka jest długa i jak w miarę upływu czasu będę ją kształtowała. Na razie zarastające ją chaszcze zwalczam powolutku - stopniowo zdobywaną wiedzą i profilaktycznie zakupionym nożem. Powoli odnajduję tysiące odnóg rozchodzących się na boki - ku strzelistym górom, ku wspólnym wyprawom, ku dzikiej kuchni. W każdą teoretycznie mogę zboczyć, ale czuję, że moja droga na razie wiedzie dalej, na przód. Minę jeszcze wiele drogowskazów i podpowiedzi, przejdę jeszcze przez wiele intrygujących rozwidleń, ale na końcu i tak czeka mnie mój własny cel. I znajdę na jego realizację własny sposób.
Ślady zostawiane przeze mnie póki co są wyraźne i niesubtelne. Gdybym nagle postanowiła zawrócić, bez problemu znajdę drogę powrotną wiodącą przez nieudolnie utorowaną i nieostrożnie przedeptaną puszczę. Nie chcę jednak zawracać. Chcę nauczyć stawiać się stopy delikatnie, zostawiając niewidoczne tropy, nie naruszając ściółki i otaczającej mnie ciszy. Chcę mieć za plecami jeszcze większy gąszcz jak przed sobą. Widzieć, zanim zostanę dostrzeżona, słyszeć, zanim zostanę usłyszana. Chcę wtopić się w tło tak, by zwierzęta bez trwogi przemykały obok mnie, bym ja bez trwogi mogła im patrzeć w oczy. Chcę sama z czasem zacząć zostawiać swoiste subtelne wskazówki dla innych, którzy przypadkiem zabłąkają się na mojej ścieżce. I ze spokojnym, lekkim uśmiechem wspominać pierwszy nocleg w lesie, bez cienia niepewności myśląc o kolejnym.
...A kiedyś, daleko w przyszłości, chcę mieć prawdziwy dylemat, stając przed możliwością zostawienia takiego życia. Na rzecz marzeń.
Wciąż jednak jakiś pierwiastek mnie pozostawał zbuntowany, gdzieś głęboko czułam, że nie można tak po prostu trwać; trzeba żyć. Nie mając siły na nic więcej, jak tylko rozwalenie się przed komputerem, odnajdywałam wywołane konkretnymi hasłami pojedyncze blogi, strony, posty na forach, których właścicielom i twórcom zazdrościłam i równocześnie ich podziwiałam. Powolutku moja nieokreślona wewnętrzna potrzeba zaczęła się klarować, przybrała postać pragnienia życia w zgodzie z naturą, na własnym, malutkim kawałeczku świata. Zaczęłam marzyć o egzystencji opartej na prostych zasadach wynikających wprost z natury świata; nieskomplikowanych zależnościach międzyludzkich, jeszcze prostszych i bardziej pierwotnych relacjach człowiek-zwierzę, rytmie życia wyznaczanym przez cykl dobowy i pór roku. Dziś wiem, że kiedyś osiągnę ten stan, ale mam jeszcze wcześniej coś do zrobienia.
Dalej czytam kilka blogów "wieśniaków" z wyboru; wciąż marzy mi się własne gospodarstwo z uprawami i niewielkimi hodowlami. Nabrałam spokoju wewnętrznego wynikającego z przekonania, że jestem w stanie to wszystko osiągnąć. Wiem, "czym to się je" i wcale mnie to nie przeraża. Łatwo nie będzie, ale ja kawał życia przeszłam na łatwiznę. Mając więc pewność, czego chcę, odłożyłam te marzenia na przyszłość. Teraz i tak nie są do zrealizowania. A żyć przecież trzeba.
Trafiłam przy okazji tych moich poszukiwań nieokreślonego na nieco inną ścieżkę. Początkowo słabo zaznaczona i mocno zarośnięta, z czasem okazała się doskonale oznakowana i naznaczona setkami niewidocznych kroków poczynionych przez rozważnie i świadomie stawiane stopy. Mimo tego ścieżka była moja i tylko moja; jej bieg był mniej więcej zarysowany, ale to ja przekraczałam naustawiane przez siebie samą ograniczenia, pokonywałam własne przeszkody i mi tylko pisane trudności. To w znalezionej ścieżce okazało się najpiękniejsze: kierunek jest ten sam, ale każdy ową ścieżkę wyznacza na nowo...
Tak naprawdę jestem zaledwie na jej początku, nie wiem przy tym, jaka jest długa i jak w miarę upływu czasu będę ją kształtowała. Na razie zarastające ją chaszcze zwalczam powolutku - stopniowo zdobywaną wiedzą i profilaktycznie zakupionym nożem. Powoli odnajduję tysiące odnóg rozchodzących się na boki - ku strzelistym górom, ku wspólnym wyprawom, ku dzikiej kuchni. W każdą teoretycznie mogę zboczyć, ale czuję, że moja droga na razie wiedzie dalej, na przód. Minę jeszcze wiele drogowskazów i podpowiedzi, przejdę jeszcze przez wiele intrygujących rozwidleń, ale na końcu i tak czeka mnie mój własny cel. I znajdę na jego realizację własny sposób.
Ślady zostawiane przeze mnie póki co są wyraźne i niesubtelne. Gdybym nagle postanowiła zawrócić, bez problemu znajdę drogę powrotną wiodącą przez nieudolnie utorowaną i nieostrożnie przedeptaną puszczę. Nie chcę jednak zawracać. Chcę nauczyć stawiać się stopy delikatnie, zostawiając niewidoczne tropy, nie naruszając ściółki i otaczającej mnie ciszy. Chcę mieć za plecami jeszcze większy gąszcz jak przed sobą. Widzieć, zanim zostanę dostrzeżona, słyszeć, zanim zostanę usłyszana. Chcę wtopić się w tło tak, by zwierzęta bez trwogi przemykały obok mnie, bym ja bez trwogi mogła im patrzeć w oczy. Chcę sama z czasem zacząć zostawiać swoiste subtelne wskazówki dla innych, którzy przypadkiem zabłąkają się na mojej ścieżce. I ze spokojnym, lekkim uśmiechem wspominać pierwszy nocleg w lesie, bez cienia niepewności myśląc o kolejnym.
...A kiedyś, daleko w przyszłości, chcę mieć prawdziwy dylemat, stając przed możliwością zostawienia takiego życia. Na rzecz marzeń.
wtorek, 30 kwietnia 2013
Dupa z przygotowaniami do Pierwszej Wyprawy, czyli niedźwiedź nieupolowany.
Tak, coś tam już się zająknęłam w poprzednim poście na temat jutrzejszych planów... A przecież jeszcze wczoraj miałam wznioślejsze, wspanialsze - miałam się udać na Pierwszą Wyprawę! I co? I lipa. Przygotowana po pas, po szyję, wciąż pozostaję bez przenośnego dachu nad głową. Zbyt późno zamówiłam pałatkę... Wcześniej nie miałam kasy, zrobiłam to dopiero w niedzielę. Przez internet. A wiadomo, w niedzielę sklepy internetowe niekoniecznie rwą się z wysyłaniem produktów. Logiczne było, że wyślą w poniedziałek... Ale już nie taką oczywistością było to, co zakładałam: że przesyłka przyjdzie mi we wtorek, najpóźniej w środę. Ok, mamy wtorek i nawet przesyłka niedzielna zdążyła do mnie dotrzeć, ale nie ta co naprawdę trzeba. Przywieziono mi menażkę. Dlaczego akurat ona mogła dojść w tym czasie, a nie pałatka? Nie muszę zaraz w terenie gotować wykwintnego obiadu, a tak bardzo przydałoby się mieć pod czym spać :/ Zatem niepocieszona ekspresową dostawą menażki zrzędzę cały dzień z powodu braku pałatki. No bo jak, JAK mogłam liczyć na to, że jeśli nie dziś, to przyjdzie jutro?... Przecież jutro jest dzień ustawowo wolny od pracy. Poczta nie funkcjonuje, nic nie jest czynne. I tak, jak myślałam sobie, że najwyżej ruszę jutro po południu, tak teraz śmiem wątpić, czy w czwartek w ogóle wyruszę. Bo kto wie, czy w czwartek mi to dostarczą... Poza tym mój misternie przygotowany majówkowy plan i tak runął, i tak jedna nocka w terenie to nie to samo co dwie. W jedną, pierwszą noc to nawet oka nie zmrużę.
Wygląda więc na to, że jutro muszę sobie zorganizować dzień inaczej. Tak jak pisałam w poprzednim poście, mam już pewną wizję zastępczą, tylko zakłada ona delikatnego prztyczka w nos Mojego. Wolałabym tego uniknąć, chciałabym jakoś pogodzić potrzebę zwiedzenia rowerem kolejnego kawałeczka okolicy z potrzebą spędzenia czasu wspólnie z lubym. Jak na złość znów musi się to gryźć, wzajemnie wykluczać. Czy już zawsze tak będzie? :(
Podsumujmy jednak, coby już dać spokój sobie ze zrzędzeniem: Pierwsza Wyprawa w majówkowym terminie definitywnie odwołana. Takowa odbędzie się kiedy indziej, możliwie szybko. Jak tylko już będę miała pałatkę, wyznaczę sobie termin. Żeby znów nie dzielić skóry na niedźwiedziu.
Wygląda więc na to, że jutro muszę sobie zorganizować dzień inaczej. Tak jak pisałam w poprzednim poście, mam już pewną wizję zastępczą, tylko zakłada ona delikatnego prztyczka w nos Mojego. Wolałabym tego uniknąć, chciałabym jakoś pogodzić potrzebę zwiedzenia rowerem kolejnego kawałeczka okolicy z potrzebą spędzenia czasu wspólnie z lubym. Jak na złość znów musi się to gryźć, wzajemnie wykluczać. Czy już zawsze tak będzie? :(
Podsumujmy jednak, coby już dać spokój sobie ze zrzędzeniem: Pierwsza Wyprawa w majówkowym terminie definitywnie odwołana. Takowa odbędzie się kiedy indziej, możliwie szybko. Jak tylko już będę miała pałatkę, wyznaczę sobie termin. Żeby znów nie dzielić skóry na niedźwiedziu.
niedziela, 24 marca 2013
Początki
Każdy blog jakieś tam początki ma. Moje blogi - a miałam ich w swoim życiu kilka (na ten moment prowadzę jeszcze jeden, w założeniu bardziej osobisty od tego, który być może przypadkiem przeglądasz) - nigdy nie rozrosły się do kultowych czytadeł, sama też nie miałam w sobie na tyle zapału i determinacji, by prowadzić je regularnie przez dłuższy czas. Początki tych dawnych właściwie zawsze wyglądały podobnie: pojawiała się myśl, najczęściej wydawać by się mogło mocno spontaniczna, lecz w rzeczywistości będąca odzewem na ogromną potrzebę ducha do zapełnienia pustki w życiu, w jakiś niematerialny sposób zbliżenia się do ludzi i potrzebę walki z dojmującą samotnością. Siadałam do komputera, wybierałam nazwę, adres, swój pseudonim... I zabierałam się do konstruowania mojego alternatywnego kawałeczka życia. Musiało być pięknie, musiało cieszyć moje oko, powinno przywoływać konkretny nastrój. W efekcie blogi stawały się intensywnie różowe w czarne trupie czaszeczki lub odwrotnie, czarne w różowe serduszka. To miało miejsce, gdy byłam jeszcze nastolatką - ale wcale przecież nie taką! Blogi nie wyrażały mnie, tylko to, jaką chciałam być. Nie miałam nigdy aspiracji do bycia wielką filozofką czy poetką - ot, zawsze marzyłam tylko o tym, by móc czuć się tak, jakie są przeciętnie osoby w moim wieku. Chciałam poczuć że mam tyle lat, ile mam. Nie udało mi się to jednak nigdy. Nawet dziś, licząc 21 zim, czuję się już bardzo starym człowiekiem.
Jestem osobą bardzo zmęczoną życiem. Myślę, że obiektywnie patrząc, można by się pokusić o stwierdzenie, że lekko nie miałam. Wiem, wiele osób ma gorzej... I nie zamierzam na tym blogu rozwodzić się nad moimi problemami, rozterkami, trudami dnia codziennego, codzienną walką o jakieś wyimaginowane przyszłe, lepsze życie. Nie chcę w tym miejscu ani jednej negatywnej emocji, które mnie zabijają od wewnątrz. Może znów próbuję stać się kimś, kim nie jestem - tym razem jednak daję sobie na to pełne przyzwolenie, bo zrozumiałam, że tylko tak mogę ocalić się od zatracenia. Człowiek musi o czymś marzyć, MUSI mieć jakieś cele. Ja od dobrych kilku lat mam jedynie mary senne, widma przyszłości lepszej, w które nie wierze i do których nie dążę, oraz gorszej, w którą, nie czyniąc żadnego kroku, brnę coraz dalej. Mimo stosunkowo ustabilizowanego życia, nie mam motywacji, by dotrwać lepszych czasów... Nikomu nie życzę braku sensu życia. Wobec niego nic, naprawdę nic nie wydaje się wystarczającą motywacją do dalszej egzystencji.
Od 5 lat jestem w bardziej lub mniej szczęśliwym, ale prawdziwym i dojrzałym związku z chłopakiem znanym tak naprawdę od podstawówki. Właściwie to oboje z partnerem dojrzewaliśmy razem, co nie trudno wnioskować patrząc na to, ile mam lat... Mam dwa psiaki, które są, o zgrozo, zaraz po chłopaku najbliższymi mi istotami. Mam też rodzinę - tą bliską, z którą zmuszona jestem mieszkać, póki się nie usamodzielnię, i tą dalszą, części której zazdroszczę, a części nie znoszę. Mam znajomych, raczej żadnych przyjaciół, mam różne dziwne małe zainteresowania, których nie rozwijam do rangi pasji głównie ze względu na notoryczny brak pieniędzy. Mam też różne marzenia, w które nie wierzę, ale które z chęcią raz po raz odtwarzam jak projekcje filmowe w moim umyśle... Ten blog ma mi pomóc przekłuć je w czyny. Zostań ze mną, jeżeli nie masz siły wierzyć w to, że marzenia są osiągalne. Ta notatka jest jedynym nostalgicznym wpisem, na jaki sobie tu pozwoliłam. Od teraz będzie tylko pozytywnie i do przodu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)